Nie planowałam tego. Weszłam do Kauflandu na Górnej Wildzie tylko po mleko i karmę dla kota. Wtorek, po siedemnastej, ale w Poznaniu już robiło się ciemno. Ludzie z siatami, wciśnięta między regały korporacyjna samotność: każdy patrzy w telefon, nikt nie podnosi głowy znad listy zakupów. Tak miało zostać.
Przy wejściu nowa partia koszyków. Jedne szare, drugie — różowe. Sięgnęłam po szary, ale została tylko różowa góra. Kobieta przede mną wzięła dwa: jeden dla siebie, jeden dla córki. Wzruszyła ramionami, jakby to był żart. Nie pytałam, o co chodzi. Wzięłam różowy, bo nie chciało mi się czekać na obsługę.
Przeszłam przez dział warzywny. Późne pomidory pachniały tak, jak pachnie szklarnia: wodą i plastikiem. Włożyłam cztery, chociaż nie było ich na liście. Kot i tak nie zje, ale ja zjem. Z szuflady na dole wyciągnęłam mleko 3,2%. Termin ważności dzisiejszy — znaczy się, będzie tańsze. Przeliczyłam w myślach: 3 złote 49 groszy. Z pensji w bibliotece na Wildzie nie szaleje. Dwadzieścia lat przepracowanych, a konto dalej płacze co miesiąc.
Minęłam stoisko z pieczywem. O tej porze zawsze wykładają chałki z kruszonką. Pachnie wanilią i masłem. Zatrzymałam się, choć nie powinnam. Buraki i mąka na liście, a nie chałka. Czasem trzeba coś dla siebie.
— Ładny koszyk.
Głos dobiegł z lewej, od strony wózków. Nie podniosłam głowy. Obracałam w palcach papierową torebkę z chałką, jakby ważyła kilogram ołowiu. Powiedziałam tylko „mhm” — ani grzecznie, ani niegrzecznie. Tak, jak odpowiada się obcym w kolejce do lekarza.
— Pani też nieświadoma? — Mężczyzna z wózkiem stał obok. Chudy, szara kurtka, zarost nieodmładzający. — Różowy koszyk to sygnał, iż jest pani otwarta na poznanie kogoś. Takie akcje w Finlandii. U nas też wprowadzili.
Odwróciłam się do półki z bułkami. Palce mi zlodowaciały na metalu koszyka. Nie oglądałam się.
— Nie wiedziałam — rzuciłam.
— Ja też nie. Wziąłem pierwszy z brzegu. A tu nagle baby się uśmiechają przy stoisku z serami. — Zaśmiał się krótko, jakby sam do siebie. — Jakie to głupie.
— Bardzo głupie — powtórzyłam.
Mężczyzna przesunął wózek o dwa kroki, ale nie odszedł. Czułam go peryferyjnie, jak cień za regałem. Pachniał tytoniem i wilgotną kurtką. Powiedziałabym coś, ale wtedy zza słupka z pieczywem wyłonił się Tomek. Mój Tomek. Były Tomek. Ten, który jedenaście lat temu wniósł o rozwód, bo „związek z nauczycielem biblioteki nie ma perspektyw”. W ręku trzymał telefon, na szyi szalik w serek, prezent ode mnie sprzed trzynastu lat. Szedł z kobietą, którą znałam ze zdjęć na Facebooku — młoda, ciemne włosy, torebka z logo za osiemset złotych. Mówiła coś o prosciutto. Nie zauważyli mnie od razu.
Kaufland nagle zrobił się duszny. Zacisnęłam pięść na mleku tak mocno, iż karton zgiął się w połowie. Tomek zatrzymał się dwa metry ode mnie. Jego wzrok prześlizgnął się po różowym koszyku, po mnie, po mężczyźnie w szarej kurtce. Uśmiechnął się tym uśmiechem, który zawsze poprzedzał sarkazm.
— Aga. — Skinął głową. — Nie wiedziałem, iż szukasz. — Rzucił okiem na koszyk. — Powodzenia.
Kobieta przy nim nie zareagowała. Tylko poprawiła pasek torebki. Mężczyzna w szarej kurtce nagle znieruchomiał. Wózek trącił go w biodro, ale nie drgnął. Zrozumiałam wtedy, iż Tomek nie zostawi tego bez komentarza. Mój były mąż zawsze musiał dobić: żartem, gestem, spojrzeniem. Nie podniósł głosu, ale słowa wbiły się między nas jak szpilki.
— Wybacz, ale to dość żałosne. — Wskazał brodą koszyk. — W twoim wieku z różową siatką? Chyba iż to jakaś gra miejska.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na datę ważności na mleku: 07.11.2024. Za trzy dni skończy się ważność. Za trzy dni. A ja stałam jak nastolatka przyłapana na pisaniu SMS-a do obcego.
— To nie jest żałosne — powiedział nagle mężczyzna w szarej kurtce. Głos mu się nie załamał. — Żałosny jest facet, który po jedenastu latach podchodzi w sklepie, żeby dokuczyć kobiecie, która go nie chce.
Tomek zmrużył powieki. Zrobił krok w przód, ale kobieta z torebką szarpnęła go za rękaw. Coś mruknęła. Poszli. Odszedł, nie oglądając się, ale po sposobie, w jaki ścisnął telefon, wiedziałam, iż ugryzł się w język.
Zostałam sama z mężczyzną i różowym koszykiem. Serce waliło mi w gardle. Nie mogłam złapać tchu.
— Nie musiał pan — wydusiłam.
— Musiałem. — Podrapał się po szyi, tam gdzie znikała szara kurtka. — Jestem Jacek. Też nie chciałem brać różowego. Ale widzi pani, mój syn mówił, iż mam przestać siedzieć w domu. — Zawahał się. — Umówiliśmy się, iż jeżeli wezmę różowy koszyk, to znaczy, iż nie ucieknę do kasy samoobsługowej.
Spojrzałam w dół. Jego koszyk też był różowy. Stał tak, niezgrabnie trzymając w nim tylko kefir i paczkę ciastek herbatników. Na jednym palcu — obrączka. Zauważyłam, bo błysnęła pod jarzeniówką. Zauważył, iż zauważyłam.
— Wdowiec. Cztery lata. — Przesunął pierścionek kciukiem. — To zostaje na pamiątkę, nie z wierności.
— A ja po rozwodzie. Jedenaście lat. — Słowa wyszły, zanim je pomyślałam. — I nie szukam nikogo. Koszyk wzięłam przez pomyłkę. Serio.
— A ja przez zakład z synem. — Uśmiechnął się, ale nie sztucznie. — Może to powinno nas czegoś nauczyć, co?
Zaśmiałam się krótko. Nie wiem, dlaczego. Może przez nerwy. Może przez tę chałkę, którą wciąż ściskałam jak talizman. Może przez to, iż w bibliotece przy ulicy Świętego Wojciecha codziennie widziałam ludzi, którzy przychodzili po książki, a nikt nie pytał ich, czy są samotni.
Jacek wyciągnął z kieszeni kurtki długopis i paragon. Jeden z tych, które nigdy nie mieszczą się w portfelu. Podał mi go, przytrzymując kciukiem brzeg.
— Tu jest mój numer. Nie dzwonię pierwszy. — Wyrwałam się z odrętwienia. — Wie pan, gdzie jest najtańsza kawa na Wildzie? „Pod Kapeluszem”, róg Świętokrzyskiej. Pojutrze, po osiemnastej. Jak pani przyjdzie, to przyjdzie. Nie przyjdzie, to nie przyjdzie.
Wziął swój różowy koszyk i ruszył w stronę kas. Zanim zniknął za wódką z promocji, odwrócił się.
— Chałkę lepiej zjeść dziś. Jutro będzie jak kamień.
Zostałam na środku alejki, zgnieciony karton mleka w ręku, paragon z numerem w kieszeni i sercem bijącym jak po biegu. Wiedziałam, iż Tomek może jeszcze stać przy wyjściu i patrzeć. Wiedziałam, iż będę musiała przejść obok niego. Wiedziałam też, iż jeżeli nie zrobię czegoś teraz, to za trzy dni data ważności na mleku wybuchnie mi w twarz.
Podeszłam do kasy samoobsługowej. Maszyna zważyła chałkę, policzyła mleko. 6 złotych 80 groszy. Zapłaciłam. Obok, dwa stanowiska dalej, Tomek płacił za ich zakupy: oliwki, sery, wino. Kobieta z torebką śmiała się z czegoś. Nie patrzyłam. Wyjęłam z portfela starą, złożoną na cztery części fotografię. Myślałam, iż już dawno ją wyrzuciłam. Tomek i ja, jezioro Rusałka, 2012. Jego ręka na moim ramieniu. Moja głowa na jego ramieniu. Wtedy wydawało się, iż tak będzie zawsze.
Zacisnęłam palce na narożniku zdjęcia. W jednej sekundzie podarłam je na drobne kawałki, aż biała ramka została w mojej dłoni. Podeszłam do kosza przy kasie. Wyrzuciłam wszystko: drobinki jego twarzy, naszych ubrań, wody w tle. Patrzył. Widziałam, iż patrzy. Nie zbliżył się, ale jego oczy zwęziły się, a usta zacisnęły w wąską kreskę. Podeszłam do wyjścia, przechodząc obok niego. Minęłam go, nie przyspieszając.
Przy drzwiach, gdzie zawsze stoi automat z gumą kulkową, wyciągnęłam z kieszeni paragon z numerem Jacka. Spojrzałam na niego. 11 lat. Tyle zajęło mi, żeby w końcu pójść do kasy z różowym koszykiem. Zapisany numer komórki był jak bilet w jedną stronę: bez zobowiązań, ale z datą. Pojutrze, po osiemnastej, „Pod Kapeluszem”. Mógł to być najzwyklejszy wtorek na Wildzie. Mógł też być dniem, w którym nie kupiłam mleka w promocji, tylko coś, czego nie było na liście.
Wsiadłam do tramwaju linii 5. W środku pachniało wilgotną kurtką i palonym karmelem z budki przy moście. Usiadłam przy oknie. Na wysokości Starego Browaru wyciągnęłam telefon. Nie otwierałam żadnej aplikacji randkowej, bo żadnej nie miałam. Otworzyłam listę kontaktów. Przewinęłam do litery „J”. Dodałam nowy kontakt: „Jacek Kaufland”. Zapisałam. Nie dzwoniłam. Tylko zapisałam. Tak, jak się zapisuje numer do dentysty, żeby nie zginął w praniu.
Tomek zostanie w mojej historii jako kawałek zdjęcia w koszu przy kasie numer 4. A różowy koszyk? Zostawiłam go przy wyjściu, tam gdzie inne klienci odkładają swoje. Nie wzięłam go do domu. Nie moja sprawa. Moja sprawa to czwartek, osiemnasta piętnaście, i kawa, której jeszcze nie zamówiłam.
Jutro wyjmę z szuflady biurka w bibliotece starą teczkę z moimi wierszami. Tę, której nie otwierałam od matury. Może powinnam zrobić z nią to samo, co z fotografią: wyrzucić. Ale nie zrobię tego. Zamiast tego wezmę ją pod pachę i pójdę do pracy, a po drodze kupię sobie różowy długopis. Będzie pasował do koszyka, którego już nie ma.












