RÓŻNI LUDZIE Żona Igora trafiła mu się – dziwna. Piękna bardzo, naturalna blondynka o czarnych ocz…

twojacena.pl 4 dni temu

RÓŻNI LUDZIE

Moja żona, Justyna, zawsze była… wyjątkowa. Ładna bardzo, nie da się ukryć prawdziwa Polka z długimi blond włosami, czarnymi jak węgiel oczami, zgrabna, kobieca, wysokie nogi, biust jak z okładki. W łóżku istna burza. Na początku była między nami tylko namiętność, do przemyśleń nie miałem głowy. A potem ciąża. Jak trzeba, to trzeba wzięliśmy ślub.

Urodził się syn, Paweł identyczny jak matka: włosy jasne, oczy czarne. Było normalnie jak u wszystkich. Pieluchy, nieprzespane noce, pierwsze kroki, gaworzenie. Justyna dbała o wszystko, matka jak się patrzy, czule do synka mówiła, opiekowała się domem.

Później zaczęło się, gdy Paweł dorósł, zrobił się nastolatkiem. Żona nagle wkręciła się w fotografię. Ciągle coś pstrykała, zapisała się choćby na jakieś kursy. Wciąż latała z aparatem, siedziała wieczorami przy komputerze, obrabiała zdjęcia.

Czego ci brakuje? dopytywałem się. Pracujesz w kancelarii, to pracuj.

Prawniczką poprawiała mnie.

No prawniczką. Zajmij się domem bardziej, a nie latasz nie wiadomo gdzie.

Sam nie wiedziałem, co mnie tak drażniło. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiady ciepłe, mieszkanie lśni, syn szkoła zawsze pod kontrolą, wszystko na niej. Wracałem po pracy, siadałem na kanapie przed telewizorem, jak trzeba. Ale złościło mnie to, iż Justyny jakby nie było niby przy mnie, a jakby zniknęła gdzieś, gdzie nie mam wstępu. Nigdy nie oglądała telewizji ze mną, nie pogadała o ciekawych sprawach. Nakarmiła mnie i znów zniknęła.

Jesteś moją żoną czy nie? wściekałem się, gdy znowu znalazłem ją przed komputerem.

Nie odpowiadała. Zamknęła się w sobie.

Lubiła też podróżować największą frajdę sprawiały jej wyjazdy do dalekich krajów. Brała urlop, chwytała plecak, aparat i jechała. Za Chiny nie mogłem tego pojąć.

Jedźmy do znajomych na działkę, zrobili saunę, mają świetny bimber, a my w końcu musimy mieć swoją działkę! rzucałem.

Odmówiła, zapraszała mnie za to na swoje wyprawy. Raz w końcu się dałem namówić, ale nic mnie tam nie cieszyło. Wszystko obce, ludzie dziwnie gadają, jedzenie ostre, nie do przełknięcia. Krajobrazy? Nigdy mnie nie interesowały.

Justyna zaczęła więc jeździć sama. W końcu choćby rzuciła pracę.

A co z emeryturą? zbulwersowałem się. Za kogo ty się masz? Wielka artystka? Wiesz ile to pieniędzy kosztuje, żeby się przebić?

Nie odpowiadała, tylko raz nieśmiało powiedziała:

Mam swoją pierwszą wystawę. Moją własną.

Wszyscy mają wystawę odburknąłem. Też mi osiągnięcie.

Ale na otwarcie poszedłem. Nic nie zrozumiałem. Twarze jakieś, wcale nie najładniejsze, pomarszczone ręce, mewy nad wodą dziwne to było, tak jak sama Justyna.

Wyśmiałem ją wtedy. A ona, krótko potem, kupiła mi samochód. Ot, proszę, jedna rodzina, korzystaj. Sama choćby nie zrobiła prawa jazdy, wszystko dla mnie. Zarobiła na swoich zdjęciach, dorabiała na zleceniach, biegała po mieście.

Wtedy trochę się wystraszyłem. Nieswojo się poczułem. Kim ona adekwatnie jest? Skąd te pieniądze? Od facetów? Przecież niemożliwe, żeby na takim hobby zarobić na auto. Zdradza mnie? choćby jeżeli nie, na pewno kiedyś zdradzi.

Raz, w złości, chciałem ją nauczyć rozumu wymierzyłem lekki policzek. A ona chwyciła kuchenny nóż, zamachnęła się na ślepo skończyło się na dwóch szwach na brzuchu. Dobrze, iż nie wbiła porządnie, wariatka. Potem przepraszała. Więcej już nie podniosłem na nią ręki.

Strasznie kochała koty. Wszystkim pomagała, zbierała z ulicy, leczyła, szukała domów. U nas zawsze były dwa futra przyjazne, miziaki, no, ale bez przesady przecież to nie ludzie! Jak można kochać bardziej je niż męża?

Pewnego dnia zdechł jej kot, nie zdążyła go uratować, umarł jej na rękach w klinice. Justyna nie mogła się pozbierać: płakała, piła koniak, obwiniała się. Całymi dniami taki stan trwał. Mnie już to wykończyło w końcu rzuciłem w nerwach:

Jeszcze szczury i karaluchy opłakuj!

Popatrzyła ciężko, zamilkła, odwróciła się, a ja wyszedłem. Niech robi, co zechce.

Przyjaciele współczuli, znajome żony, choćby koleżanki Justyny, mówiły, iż jej już całkiem odbiło. Wtedy właśnie znalazłem sobie oparcie u naszej sąsiadki Irki, która była przyjaciółką Justyny z dzieciństwa. Irka prosta dziewczyna, ekspedientka, nie pchała się w żadne sztuki, zawsze gotowa i do seksu, i do rozmowy. Prawda, piła sporo, ale przecież nie zamierzałem się żenić…

Czekałem aż Justyna odkryje, zrobi awanturę, scenę zazdrości, może talerzem rzuci. Wtedy powiedziałbym: A sama? Wiecznie cię nie ma!. Później byśmy sobie wybaczyli, wszystko wróciłoby do normy. A Irkę można by było zostawić.

Ale Justyna milczała. Patrzyła tylko nieprzyjemnie. I w łóżku się popsuło cała zesztywniała, jak próbowałem ją przytulić. Przeniosła się do osobnego pokoju.

Syn całkiem dorósł, skończył politechnikę. Też czarnooki, jasnowłosy, dziwny, jak matka.

Kiedy wnuki? pytałem.

Paweł tylko się śmiał, iż chce coś osiągnąć, prawdziwą miłość znaleźć, to ojciec i wnuków się doczeka. Obcy, niezrozumiały. Matczyna krew. Z Justyną zawsze byli w tej sprawie zgodni rozumieli się bez słów. Mi zdawało się, iż jestem intruzem. A te ich czarne oczy przejść obojętnie nie można, patrzysz i nie wiesz, co widzą.

Znów chodziłem szukać pocieszenia do Irki.

A potem Justyna się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów jej powiedział. Wcale się nie kryłem. Przyszedłem któregoś dnia do domu, a żona siedzi przy stole, pali papierosa. I tylko cicho, szeptem:

Wynoś się! Wynoś się z tego domu.

Te jej czarne oczy… Straszne. Podkrążone, szalone.

Poszedłem do Irki. Czekałem kiedy żona zadzwoni albo napisze, żebym wrócił. Po tygodniu przyszła wiadomość na WhatsAppie: Musimy pogadać. Ucieszyłem się, od razu się ogoliłem, wypryskałem drogimi perfumami. A Justyna z progu:

Jutro składamy papiery rozwodowe.

Później wszystko działo się jak we śnie. Rozwód, sterty papierów, podpisy. Z mieszkania zrezygnowałem, bo przecież ona je dostała po rodzicach…

I co teraz? Zamierzasz żyć jak taka rozwódka? spytałem z pretensją wychodząc z urzędu stanu cywilnego. Chciałem jeszcze dodać kto cię zechce?, ale się ugryzłem w język.

Po raz pierwszy od lat się naprawdę do mnie uśmiechnęła.

Jadę do Gdańska. Mam propozycję dużego projektu.

Tylko nie sprzedawaj mieszkania… poprosiłem nie wiem po co. Gdzie wrócisz?

Ja już nie wrócę odpowiedziała spokojnie. Rozumiesz, zakochałam się dawno w kimś innym. Też fotograf, z Gdańska, czuję się przy nim szczęśliwa, jest mi z nim interesująco. Ale myślałam po co rozbijać małżeństwo, po co zdradzać A przecież my z tobą jesteśmy zupełnie różni. Czy dla tego się rozwodzi? Może tak…

Nie, nie rozwodzi się potwierdziłem.

A jednak się rozwiedliśmy zaśmiała się. Najpierw byłam wściekła na ciebie za Irkę. A potem pomyślałam, iż wszystko wyszło na dobre. Ja będę szczęśliwa, ty też możesz być. Ożeń się z nią, życzymy wam szczęścia.

I wyszła.

Nie ożenię się rzuciłem jej w plecy.

Ale już nie usłyszała.

Od tamtej pory nie miałem od niej wieści. Tylko raz w roku krótkie życzenia w WhatsAppie: Sto lat! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna.Czasem przeglądam te stare zdjęcia, co zostały mi po niej czarno-białe portrety ludzi, kotów, rąk, z których nie umiem odczytać tego, co ona widziała. Patrzę na syna: odwiedza mnie rzadko, przywozi jakąś dziewczynę, ale żadna nie zostaje na dłużej. Wiem, iż jest szczęśliwy po swojemu. Nie mówi ze mną długo, nie pije już piwa przy meczu. Inny świat, inne pokolenie.

Irka jeszcze czasem dzwoni, zaprasza na kolację, narzeka na klientów. Czasem idę, ale adekwatnie nie rozglądam się już za nikim. Zawsze chciałem mieć święty spokój i teraz mam go aż nadto. Wieczorem siadam na tej kanapie sam, z kotem, którego wziąłem z fundacji Justyny. Uczy mnie cierpliwości i ciepła. Pomału, powoli.

Zastanawiam się, czy gdybyśmy umieli mówić sobie prawdę, byłoby inaczej. Czy bylibyśmy szczęśliwi razem, gdybym zaakceptował, iż różni ludzie mogą być blisko? Może nie. Może trzeba było się rozstać, żeby nauczyć się być sobą.

Często śni mi się Justyna: idzie w długim płaszczu przez obce miasto, śmieje się, robi zdjęcie czemuś, czego nie widzę. Budzę się wtedy, patrzę przez okno na to samo podwórko i uśmiecham się prawie tak samo jak ona na weselu, kiedy mieliśmy wszystko przed sobą.

Może w życiu to wystarczy jedna prawdziwa chwila, jedna osoba, której się zawdzięcza własną opowieść.

A potem wstaję, robię herbatę. Kot układa się przy nogach. I przez chwilę wszystko jest na swoim miejscu, właśnie tak, jak miało być.

Idź do oryginalnego materiału