Różni ludzie Żona Igora — dziwna kobieta. Przepiękna: naturalna blondynka o czarnych oczach, zgrab…

polregion.pl 2 dni temu

RÓŻNI LUDZIE

Żona Bartosza była dziwna. Piękna niesamowicie: naturalna blondynka o czarnych oczach, zgrabna, długonoga, z kobiecistą sylwetką. W łóżku pożar. Najpierw ogień i namiętność, bez chwili do namysłu. Potem ciąża. No to jak trzeba, pobrali się.

Urodził się syn, identycznie jasnowłosy i czarnooki. I wszystko niby po kolei pieluchy, nocniki, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Agnieszka zachowywała się jak każda młoda matka: rozczulała się nad chłopcem, czuła, opiekuńcza.

Zaczęło się, gdy syn dorósł do nastolatka. Agnieszka nagle złapała bakcyla fotografii. Ciągle coś pstrykała, pochłonęły ją kursy. Z aparatem praktycznie się nie rozstawała.

Czego ci brakuje? pytał Bartosz. Pracujesz jako prawniczka, to rób swoje.

Prawnikiem poprawiała spokojnie Agnieszka.

No więc prawnikiem. Zajmij się bardziej rodziną, a nie lataj nie wiadomo gdzie.

Sam nie wiedział, co go tak drażniło. Przecież żona nie zaniedbywała domu. Obiad zawsze był, porządek, lekcje syna to na niej. On po pracy na kanapie przed telewizorem, niby jak trzeba. Ale ta złość… Czuł, iż żona mu z życia znika, iż już jej dla niego nie ma. Jest, a jakby jej nie było. Nigdy nie siadła z nim do telewizora, nie komentowała meczu czy wiadomości. Nakarmi i znów osobno.

Ty jesteś żoną, czy nie? irytował się Bartosz, po raz kolejny łapiąc ją przy komputerze.

Agnieszka milczała. W sobie zamknięta.

Na dodatek kochała jeździć po świecie. Urlop brała i z tym swoim aparatem znikała w Tajlandii czy Portugalii. Bartosz tego nie rozumiał.

Może byśmy do znajomych na działkę pojechali? Mają saunę porządną, swojską wódeczkę, a swoją działkę też już czas mieć.

Agnieszka konsekwentnie odmawiała. Ale zapraszała jego na swoje wyprawy. Raz spróbował. No i co? Wszystko obce, języki jakieś dziwne, żarcie ostre jak diabli, a jemu na widok pięknych widoków zawsze było wszystko jedno.

I tak Agnieszka zaczęła wyjeżdżać bez niego. A potem rzuciła jeszcze pracę.

A co z emeryturą? oburzył się Bartosz. I w ogóle, za kogo ty się masz? Myślisz, iż zagramanica i parę fotek zrobi z ciebie gwiazdę? Wiesz ty, ile trzeba zarobić, żeby się przebić?

Agnieszka nie odpowiedziała. Aż pewnego dnia, nieśmiało, przy kolacji, rzuciła:

Będę miała swoją pierwszą wystawę. Moja własna.

Wszyscy mają jakieś wystawy burknął Bartosz. Ale wyczyn…

Ale na otwarcie poszedł. Nic nie zrozumiał. Twarze jakieś obce, niepiękne. Zmarszczone dłonie, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Agnieszka.

Wyśmiał ją wtedy. A ona popatrzcie tylko! kupiła mu samochód. Proszę, jesteśmy rodziną, jeździj sobie. Sama choćby prawa jazdy nie zrobiła, jego obdarowała. Zarobiła na fotkach, na zamówieniach, po nocach biegała.

Wtedy się przeraził. Nie swojo mu się zrobiło. Co za stworzenie zamiast żony? Skąd na to pieniądze? Może od facetów? Przecież nie da się na takich przebłyskach dorobić auta. Może ma kochanka? choćby jeżeli nie, to na pewno będzie miała.

Nawet próbował ją utemperować tak, lekko, dał jej policzek. Chwyciła za kuchenny nóż, przecięła mu brzuch, dwa szwy. Dobrze, iż nie pchnęła mocniej. Później przepraszała, ale Bartosz już nigdy nie podniósł na nią ręki.

Agnieszka uwielbiała koty. Wszystkim pomagała, ciągnęła je do domu, leczyła, oddawała innym. W domu zawsze dwa koty kręciły się pod nogami. Miłe, łagodne, ale przecież to nie ludzie! Jak można tak kochać kota, chyba bardziej niż męża?

Pewnego dnia zdechł jej ukochany kot. Nie udało się uratować, odszedł na jej rękach u weterynarza. Agnieszka rozpaczała płakała, piła koniak, obwiniała się. Tydzień to trwało. Bartosz w końcu wściekł się i rzucił:

Jeszcze się za karaluchami rozpłacz!

Spotkał tylko jej ciężkie spojrzenie, zamilkł, drzwi trzasnął i tyle. Niech robi, co chce.

Znajomi litowali się, koleżanki żony też trzymały jego stronę. Wszyscy mówili: Agnieszka przewróciła się w głowie, nie zna już granic. I tak Bartosz znalazł pocieszenie u sąsiadki, przy okazji najlepszej koleżanki z dzieciństwa Agnieszki Renaty. Prostszą była, łatwiejsza do zrozumienia. Pracowała w sklepie, nie interesowało ją żadne tam sztuki, do seksu i rozmowy zawsze pierwsza. Piła sporo, ale co tam nie zamierzał się z nią żenić…

Czekał, aż Agnieszka zauważy, wybuchnie, urządzi scenę zazdrości, potłucze talerze. Wtedy powie jej: A ty? Ciągle cię nie ma!. Potem wybaczą sobie wszystko, wrócą do siebie, a Renatę porzuci.

Ale Agnieszka milczała. Patrzyła tylko nieprzyjemnie. W łóżku już zupełnie się rozeszli. Przytulał cała się kuliła. W końcu przeszła do osobnego pokoju.

Syn dorósł, skończył uniwersytet, czarnooki, jasnowłosy, dziwny jak matka.

A kiedy wnuki? pytał Bartosz.

Dawidek tylko się śmiał, mówiąc, iż chce coś jeszcze osiągnąć, a i prawdziwej miłości nie spotkał. Wtedy i wnuki się pojawią, ojcze. Obcy jakiś, nie do pojęcia. Matczyna krew. Z Agnieszką zawsze się dogadywali, choćby bez słów. Bartosz czuł się niepotrzebny, przerażały go ich czarne oczy, których nigdy nie umiał odczytać. Znowu i znowu szedł do Renaty po pocieszenie.

A potem Agnieszka się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział. Bartosz zresztą się choćby nie ukrywał. Wrócił kiedyś do domu, Agnieszka przy stole, z papierosem. Cicho, szeptem:

Wynoś się! Wynocha z mojego domu!

A oczy czarne, straszne, podkrążone.

Przeniósł się do Renaty. Czekał, aż żona go wezwie. Po tygodniu dostał na WhatsApp krótką wiadomość, iż muszą porozmawiać. Ucieszył się, wykąpał, spryskał drogimi perfumami. Agnieszka od progu:

Jutro składamy papiery o rozwód.

Potem już wszystko jak przez mgłę. Sąd, papiery, podpisy, mieszkania się zrzekł i tak dostała je po rodzicach, po co się wykłócać.

I co teraz, zamierzasz sama żyć, rozwódko? zapytał gniewnie, wychodząc z sądu. Już miał dodać: Komu ty jesteś potrzebna?, ale się powstrzymał.

Agnieszka się uśmiechnęła. Po raz pierwszy od lat, do niego, szczerze i szeroko:

Jadę do Gdańska. Tam mam poważny projekt fotograficzny, zaproponowali mi.

Tylko mieszkania nie sprzedawaj bezsensownie rzucił. Gdzie potem wrócisz?

Nie wrócę spokojnie odparła żona, już była. Wiesz, od dawna kocham kogoś innego. Też fotograf, z Gdańska. Jest mi z nim cudownie, rozumiemy się naprawdę. Myślałam jestem mężatką, zdradzanie obrzydza, a i rozwodu adekwatnie nie ma z czego brać. Tylko my jesteśmy po prostu różni ludzie. Przez to się nie rozwodzi? A może się rozwodzi?

Nie rozwodzi przyznał Bartosz.

A jednak się rozwiedliśmy zaśmiała się Agnieszka. Najpierw się wściekłam, gdy dowiedziałam się o Renacie. A potem pomyślałam: wszystko na dobre wychodzi. Ja będę szczęśliwa, i ty też. Ożeń się z nią, niech wam się układa.

I wyszła.

Ja się nie ożenię powiedział Bartosz w próg.

Ale Agnieszka już nie słyszała.

Od tej pory nie było żadnych wieści od niej. Tylko raz w roku krótka wiadomość na WhatsApp: Wszystkiego najlepszego! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna.

Idź do oryginalnego materiału