Rozdział 7 (1/2)
Emocjonalny chłopak do przytulania.
Biały fortepian stojący pod wielkim oknem lśni w grudniowym świetle. Za szybą rozciąga się panorama ośnieżonych Helsinek – szeroka ulica rozświetlona girlandami i ozdobami świątecznymi, ruchliwa, a jednak cicha z tej wysokości. Światła tramwajów, złote gwiazdy zawieszone nad jezdnią, białe płatki opadające powoli na chodniki. Mijający się ludzie, zapach pieczonych kasztanów gdzieś z dołu, widok migoczących światełek – to wszystko istnieje, ale nie dla niego.
Ville siedzi przy instrumencie, pochylony, zatopiony w swoim świecie. Na uszach ma słuchawki, a w palcach – delikatny puls melodii. Ubrany w dopasowaną czarną marynarkę i niebieskie jeansy, z długim srebrnym kolczykiem w prawym uchu, wygląda teatralnie i eterycznie. Włosy ma perfekcyjnie ułożone, choć kilka kosmyków spada mu na oczy. Paznokcie pomalowane na czarno z drobinkami brokatu błyszczą przy każdym stuknięciu w klawisz. Przed nim leży zeszyt – świeżo zapisany, pomięty, pełen emocji. Ruch jego dłoni jest płynny, choć ledwo zauważalny. Dźwięki, które rozbrzmiewają tylko w jego głowie, wydają się miękkie i wolne – ale to może być cisza przed burzą. Gdy Libertyn tworzy, nie wiadomo, dokąd poprowadzi go melodia. Jedno jest pewne: nikt nie powinien mu teraz przeszkadzać.
W drzwiach pojawia się Rami. Stoi chwilę nieruchomo, z rękami skrzyżowanymi na piersi, przyglądając się synowi. Ville wygląda jakby był nieobecny, zamknięty w sobie, odcięty od wszystkiego poza tą jedną linią dźwięku, która właśnie się rodzi. Mężczyzna zna ten stan aż za dobrze. Sam napisał w życiu mnóstwo hitów, również tych radiowych i doskonale wie, iż takie momenty – kiedy rodzi się muzyka – są święte. Dlatego cicho zamyka drzwi i wychodzi. Mimo iż przyszedł z istotną sprawą – sprawą rady nadzorczej RRstudio, do której Ville niedawno dołączył – to nie jest ten czas. Jeszcze nie.
W rodzinie Rianów każdy wie, iż kiedy Libertyn komponuje, świat może poczekać. Nikt go nie rusza, nikt nie odważy się przerwać. No, prawie nikt. Rose ma swoje prawa. jeżeli jej nie ma, ktoś inny z ekipy sprawdza, czy Ville coś zjadł, czy wypił herbatę, i czy – jeżeli znowu zaśnie pod fortepianem – ma poduszkę i ciepły koc. Rose wielokrotnie spała razem z nim na podłodze, z twarzą wtuloną w jego ramię, pod miękkim pledem, przy ledwo tlącej się lampce. Dla niej to nie ekscentryzm – to ich codzienność. Być może dziś znów będzie musiała nad nim czuwać…
A może jednak nie, bo już kilka godzin później gabinet Libertyna wygląda inaczej. Ville siedzi już przy biurku, w głębi pomieszczenia, pochylony nad dokumentami. Na stole porozrzucane są karteczki samoprzylepne z liczbami, słowami, strzałkami i pytajnikami. W tle gra cichy jazz – stary, kojący, ledwo słyszalny Drzwi uchylają się lekko, z cichym skrzypnięciem. Do środka wpada chłodniejsze powietrze, niosąc ze sobą zapach pieczonych jabłek i cynamonu z kuchni.
– Komponowałeś? – pyta Rami, stając w progu.
Ville podnosi wzrok znad kartek i uśmiecha się niemal odruchowo.
– Owszem. Byłeś tu wcześniej?
– Tak, tylko zajrzałem – odpowiada opierając się luźno o framugę.
Chłopak kiwa głową z rozbawieniem, a z jego nadgarstka opada cienki srebrny łańcuszek, gdy poprawia długopis.
– Tak mi się wydawało.
– Jak postępy? – pyta zerkając na rozrzucone kartki. – Będzie hit?
– Miałem wenę. Mam solidny szkic. Wszystko na dobrej drodze. Może Rose nie będzie musiała ścielić mi na podłodze.
Rami siada naprzeciwko syna, odchyla się na krześle, przeczesując palcami włosy. Jego spojrzenie robi się poważniejsze.
– Przychodzę w sprawie spotkania rady – mówi, lekko zniżając głos.
W tym samym momencie drukarka ożywa. Krótkie mruknięcie, kliknięcie rolek, a potem świst papieru. Tabele z liczbami wysuwają się z niej powoli.
Ville sięga po kubek, ale ten okazuje się pusty. Stawia go z westchnieniem, a po chwili patrzy pytająco na ojca.
– Wyszedłeś bez słowa. Bez żadnego wyjaśnienia. Synu, to duży projekt. Nie możesz znikać w połowie spotkania.
– Kosztorys się nie zgadzał – rzuca sucho. – A oni się ze mnie śmiali.
Rami unosi brwi, ale zaraz potem kręci głową z niedowierzaniem. Przesuwa palcem po krawędzi teczki leżącej na kolanach szukając sposobu, by nie wybuchnąć z irytacji.
– Podobno – mówi wolno – jedynie rzuciłeś okiem na dokument, stwierdziłeś, iż brakuje pięćdziesięciu tysięcy euro… i po prostu wyszedłeś. Bez komentarza. Bez słowa.
Libertyn sięga po jedną z karteczek, odkleja ją mechanicznie, po czym przykleja ją z powrotem kawałek dalej, jakby to miało coś zmienić.
– Pi razy drzwi pięćdziesiąt tysięcy – rzuca spokojnie, bez emocji, nie podnosząc wzroku.
Mężczyzna unosi brodę, przyglądając się synowi, który zdaje się bardziej zajęty układaniem notatek niż tą rozmową.
– Wiem. Ale właśnie po to są te spotkania. Każdy ma prawo się wypowiedzieć. jeżeli miałeś wątpliwości, to był dobry moment, żeby je zgłosić. Takie błędy w projektach się zdarzają, to nie katastrofa.
Ville spogląda na szereg cyfr zapisanych naprędce na jednej z karteczek. Drapie się w głowę, jakby sam siebie pytał, po co to wszystko tu zanotował.
– Nie wzięli mnie na poważnie. Żartowali.
Rami bierze głęboki oddech, prostuje się na fotelu i przez chwilę milczy. Widać, iż chce coś powiedzieć inaczej niż zwykle. Kładzie dłonie na kolanach, zaciska je, po czym powoli rozluźnia. Uspokaja się – krzyki i frustracja nie są w jego stylu.
Patrzy na syna długo, uważnie, jakby próbował zajrzeć pod powierzchnię.
– Ville… przecież znasz ich od lat. Wszyscy tam ciągle żartujecie. I co? Aha – mruczy z lekkim westchnieniem. – Miałeś wenę, prawda?
– Kiedy zaczęli się śmiać z moich wyliczeń… – mówi, stukając cicho paznokciem w blat – pojawił się refren.
Ojciec przewraca oczami, ale nie potrafi się nie uśmiechnąć. Sięga do teczki i wyciąga plik dokumentów.
– Proszę. Tu są twoje pięćdziesiąt tysięcy. A dokładniej – czterdzieści cztery i pół. Dziewczyna przepisująca tabelki pominęła jedną pozycję. Jak ty to w ogóle zauważyłeś?
Ville rozkłada ręce z bezradnym, ale nieco zuchwałym gestem.
– Robiliśmy podobne rzeczy w fundacji. Tylko na mniejszą skalę. – Jego głos brzmi spokojnie, rzeczowo. – Znam koszty, znam rynkowe ceny. Wiem, ile co zajmuje. Przecież to nie jest skomplikowane.
Rami nie odpowiada od razu. Wstaje wolno z fotela i podchodzi bliżej, przystając obok biurka. Kładzie dłoń na ramieniu syna – gest nie jest ani ciężki, ani zbyt ojcowski. Raczej dyskretny, życzliwy.
– Synu… – mówi cicho. – Po prostu następnym razem nie wychodź bez słowa, dobrze? Nie musisz się nikomu tłumaczyć – nie w mojej firmie. Ale miło byłoby im chociaż pomachać na pożegnanie.
Ville unosi głowę, uśmiecha się z lekkim zakłopotaniem. Przez chwilę wygląda jak chłopak, który rzeczywiście coś przeskrobał, ale nie zamierza się kajać zbyt długo.
– Moja wina. Następnym razem zapiszę tekst w telefonie, dokończę spotkanie i dopiero wtedy wyjdę… z przytupem.
Rami parska śmiechem, kręcąc głową, jakby już dawno przestał próbować zrozumieć, jak działa umysł jego syna. Wstaje z lekkim przeciągnięciem, podchodzi do okna. Za szybą zaczyna padać śnieg – drobne, lekkie płatki spadają pionowo, równo, rozświetlone ciepłym światłem latarni. Jeszcze nie ma ich wiele, ale wystarczy, by wiedzieć, iż zima przyszła na dobre.
– O to mi chodziło – mruczy, wciąż patrząc w okno. Po chwili odwraca się z półuśmiechem. – Masz coś nagrane? Chętnie posłucham.
Chłopak bez słowa wskazuje głową fortepian, gdzie na lakierowanej powierzchni leżą słuchawki i zeszyt z tekstem. Ruch bez zbędnych wyjaśnień – wystarczająco wymowny, by odpowiedzieć na pytanie.
Rami siada w miękkim fotelu vintage, który stoi obok fortepianu, przegląda zeszyt – pomięty, pełen koślawych wersów, przekreśleń i wtrąceń pisanych w natchnieniu. Zakłada słuchawki, zamyka oczy i słucha raz. Drugi. Trzeci. Trwa w tej muzyce, jakby na chwilę chciał zapomnieć, iż to jego syn ją stworzył.
W międzyczasie Ville przynosi z kuchni litrowy bidon z wodą i garść czekoladowych cukierków, które rzuca luźno na biurko. Jeden z nich trafia tuż przy klawiaturze laptopa. Rami w końcu zdejmuje słuchawki i odkłada je ostrożnie na fortepian. Wstaje, przeciąga się lekko, czując w barkach echo muzyki. Podchodzi do biurka, a Libertyn bez słowa rzuca mu cukierka przez pokój. Mężczyzna łapie go bez trudu, jakby robili to setki razy. Zgrzyt folii, krótki szelest – rozpakowuje i gryzie kawałek, przymykając na chwilę oczy.
– Może być – mówi w końcu, nie zdradzając jeszcze, co ma na myśli.
Ville zerka z ukosa, z cieniem rozbawienia.
– Cukierek czy melodia?
– I to, i to. Ale ja bym tam dał skrzypce.
Libertyn unosi brew, przekręca głowę lekko w bok.
– Nie będzie skrzypiec.
– Wiem – wzdycha teatralnie, przeżuwając ostatni kawałek czekolady. – Pewnie Thomas coś zmiksuje.
Syn posyła mu rozbrajający uśmiech. Przez chwilę milczą. Potem ojciec zerkając na zegarek, robi lekki grymas.
– Piąta. Już czas wracać do domu – mówi, wstając. Kieruje się powoli do wyjścia ale zatrzymuje się w progu i rzuca przez ramię. – Aha. Masz nową ksywkę.
Ville przeciąga się i przewraca oczami, z udawaną rezygnacją.
– Jeszcze jedną?
– Pi razy drzwi. – uśmiecha się złośliwie. – Z naciskiem na drzwi. – Przesuwa dłonią po skrzydle, jakby je oceniał, teatralnie wolno i z przesadną powagą.
Obaj się śmieją. Ciepło, miękko. I przez moment – mimo spotkań, liczb i odpowiedzialności – wszystko znów jest proste.
Rezydencja Rianhouse pachnie pieczonymi jabłkami, świeżo parzoną herbatą i czymś niespokojnym, trudnym do nazwania. Ville wcześniej zadzwonił, iż spóźni się na kolację. Rami – jak większość domowników – wrócił już dawno i od dłuższej chwili krąży po domu z kubkiem herbaty, co kilka minut zerkając na ekran telefonu.
W kuchni Rose opiera się o blat, stukając nerwowo palcami w porcelanowy talerzyk. Na jej czole pojawia się drobna zmarszczka.
– Napisał tylko, iż wróci później – rzuca w stronę Emmy i Wendy. – Znowu nie odbiera telefonu. Dam mu jeszcze chwilę i pojadę do RRstudio.
Emma sięga po winogrono z półmiska i zasiada na blacie, gotowa do akcji.
– Pojadę z tobą. Najwyżej we dwie go stamtąd wyniesiemy.
Wendy, wtulona w narożnik z laptopem na kolanach, nie odrywa wzroku od ekranu.
– Dawno nie widziałam go w transie. Kiedy ostatnio miał wenę tak silną, iż spał pod fortepianem kilka dni?
Rose wzdycha i zsuwa rękawy grubego swetra.
– Fakt, minęło trochę czasu. Ostatnio komponuje szybko, jakby bardziej przejmował się finansami RRstudio niż muzyką... Puszcza oczko do Ramiego, który właśnie przechodzi przez kuchnię z filiżanką.
– Chociaż... może to cisza przed burzą – dodaje Rose, odgarniając kosmyk włosów z policzka. – Pamiętacie, jak rok temu, z braku weny, chciał iść, tam gdzie chciał iść?
– Pamiętam – mruczy Jari, rozciągnięty na fotelu z kubkiem kakao. – Na szczęście go nie przyjęli. A zaraz potem napisał Behind The False Mustache na czwarty krążek.
– Mam pewne nagrania – przyznaje Rose cicho, z wahaniem. – Spanie na podłodze, brzdąkanie bez sensu, płacz… Ale nie wiem, czy chcę do tego wracać. Może kiedyś zmontuję odcinek. jeżeli widzowie będą chcieli.
Nagle jej twarz rozjaśnia się niespodziewanym uśmiechem. Z oddali dobiega znajomy, głęboki pomruk silnika V8 – Ville wraca. Chwilę później ciszę przerywa ciężkie otwarcie drzwi z poziomu podziemi. I wtedy się pojawia – staje w progu jak postać z filmu, teatralnie rozchylając idealnie skrojony, czerwony płaszcz z miękkiej wełny. Włosy w lekkim nieładzie, spojrzenie rozświetlone błyskiem twórczej energii. Na ustach – jego charakterystyczny, półzadziorny uśmiech.
– Hej, już jestem. Jest coś do jedzenia?
Rose natychmiast rusza w jego stronę i całuje go w policzek. Amidala, która wybiegła z drugiego pokoju, rzuca się ojcu na szyję.
– Martwiłam się – mówi Rose, szukając jego wzroku.
– Nie ma czym, ukochana Libertyni – odpowiada beztrosko. – Skończyłem piosenkę. Nie wiem, czy będzie hit, ale jestem zadowolony. Już się nie mogę doczekać próby. Zaciera ręce z entuzjazmem. – No, rozbieram się, wrzucam kanapkę na ruszt i chłopaki – idziemy na dół pograć!
Z salonu dobiega stłumiony głos Roba:
– Dopiero co wróciłem z treningu. Daj mi spokój, ledwo żyję.
Thomas, przysypiający na długiej sofie, unosi rękę i – nie otwierając oczu – pokazuje Villemu środkowy palec.
– Daj posłuchać, co masz, ale ja się z tej kanapy nie ruszam do jutra.
Paul, z powagą kamerdynera, podchodzi do Libertyna, odbiera od niego płaszcz i teczkę, odkłada je do szafy i gestem wskazuje drogę do jadalni.
– Chodź, coś dla ciebie zostało. A ja… jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyśliłeś.
Jari odkłada kubek na komodę i rusza przez salon z energią, jak po sygnale do startu. Przeskakuje przez leżący na podłodze koc i staje naprzeciwko Villego.
– Koniecznie daj posłuchać – mówi, wyciągając dłoń, jakby odbierał artefakt o magicznej mocy.
Ville wręcza mu pendrive i siada do kolacji. Rose zajmuje miejsce obok, nachyla się nad stołem, coś mu szepcze. On kiwa głową, a potem pyta zawadiacko:
– Libertini, czy ci się podobam?
Dziewczyna kładzie dłoń na jego dłoni i patrzy mu w oczy, próbując zachować powagę.
– Oj ty moje pi razy drzwi. Plotki gwałtownie się rozchodzą.
– Nie jestem alfą i omegą. Sami by zauważyli błąd. Ale wiem, iż ojciec był zadowolony – poklepał mnie dziś po plecach. A na nowy kawałek powiedział „może być”.
Rose uśmiecha się, patrząc mu w oczy. On posyła jej całusa po czym bierze duży kęs kanapki.
Tymczasem chłopcy w salonie zaczynają zbierać się do domowego studia. Rob ziewa, przeciąga się i podnosi z kanapy. Thomas, wlokąc za sobą koc, idzie za nim. Jari i Paul są już na schodach.
Chciałoby się powiedzieć, iż w domu zapada cisza. Ale nie u Rianów.
Właśnie przyjeżdża Oskari – dwunastoletni syn Jariego, przywieziony przez swoją matkę. Chłopak ma spędzić kilka dni w Rianhouse. Amidala zrywa się z sofy i biegnie w jego stronę, rzucając mu się na szyję.
– Hej, stęskniłam się za tobą! Jak jesteś głodny, to chodź do jadalni – Ville zrobił sobie kanapki.
Oskari – chudy brunet w okularach, lekko stylizowany na emo – uśmiecha się szeroko.
– Nie, dzięki, jadłem. Poza tym nie chcę się narażać twojemu ojcu.
– To co, idziemy do mnie? Obejrzymy kolejną część Gwiezdnych wojen. Tam Amidala zakochuje się w Anakinie. Przewraca oczami z teatralną miną. – Pewnie starszyzna znowu będzie oglądać stare odcinki LFL...
– Tak. Nie wolno mi ich oglądać, a i tak znam je na pamięć.
Obydwoje szczerzą się do kamery i uciekają na górę.
Chwilę później zespół wraca ze studia. Rozmawiają żywo, widać, iż nowa piosenka przypadła im do gustu – tak bardzo, iż zamiast rozejść się do swoich spraw, wszyscy idą towarzyszyć Villemu... w kąpieli. Libertyn z dumą podąża do sypialni jak sułtan w obstawie janczarów.
Teraz już w nowoczesnej, czarnej wannie pełnej piany leży oparty wygodnie o rant. Paul cicho stroi akustyczną gitarę. Thomas i Rob siedzą na podgrzewanych kafelkach, z zamkniętymi oczami. Jari unosi wzrok znad notatek i zwraca się do operatora kamery:
– Tego już nie można nagrywać. Trzeba zachować tajemnicę.
I ma rację. To, co właśnie skomponował Ville, może trafić na nową płytę albo zostać singlem. Fani zespołu będą musieli poczekać. I to długo – ostatni krążek przecież dopiero co wyszedł.
Dopiero przed północą chłopcy kończą omawianie nowej piosenki napisanej przez Libertyna. Energia wciąż ich trzyma, krąży między nimi – znają ten stan aż za dobrze i wiedzą, iż sen nie przyjdzie szybko. Postanawiają więc to wykorzystać i obejrzeć kolejny odcinek Liberty Fade Life. Nikt nie protestuje – weekend dopiero się zaczął, noc jest długa, a jutro nie ma powodu, by się spieszyć ani wcześnie wstawać.
Do salonu wchodzi Sandra z tacą filiżanek i dzbankiem herbaty. Emma podnosi się z poduszki, by pomóc jej ustawić wszystko na stoliku kawowym.
Po tym, jak Rami został skrytykowany za przybranie kilku kilogramów, stanowczo zabronił przynoszenia do pokoju telewizyjnego przekąsek i słodkich napojów.
Wszyscy zajmują wygodnie swoje miejsca. Rami przygasza światło, Mia wciska play i na ekranie pojawia się tytuł: Emocjonalny chłopak do przytulania.












