Ronienie / floriankonrad

publixo.com 1 godzina temu

coś z wycugleń: lot. nad szałasowiskami,
chatostwem zamieszkiwanym przez wcześniejszą
odmianę (osobnicy troszeńkę abiotrofijni
mózgowo, przejawiający małpoludność,
choć w garniturach i spryskani
kolońskim denaturaciwem).

coś z łagodności: rozherbianie. każdemu, kto
próbuje być wyniosły, nakazuję wycięcie
na plecach, torsie i pośladkach, tarczy
z rodzinnym logiem. nikt nie ma ochoty, wszyscy
stają się nagle niedosiedleni, mało związani
ze stanem. nawet: skupienia.

coś z wrośnięć: Ганжук. moje nazwisko w
nietutejszym zapisie, obcej mowie, a więc
niejako stojące parę kroków dalej, poza granicą,
a ja – wniżający się, schodek po schodku,
łagodniejący z każdym metrem. choć czasami –
jak dom posadowiony na mrowisku, którego
ściany podparte są pszczelim rojem,
dach – zawieszony na kluczu żurawi.

coś z kojącej dzikości: zatracenie się. prosto w ciebie,
w tobie, w głąb i poniżej. nigdy ponad.

całujesz i prostuje mi się język, nie jest
już pełen kłaków, emfazy poprzednich zwrotek.
z neologizmów zostaje jedynie cienka nić,
na której pociesznie dynda, zwinięte w pączek,
jeszcze nierozkwitłe słówko.
Idź do oryginalnego materiału