Rafał wrócił w listopadzie, w środę, akurat kiedy Ewa wyjmowała z pieca blachę z drożdżówkami. Zadzwonił domofon. Myślała, iż to kurier z mąką, bo zamówienie miało przyjść przed południem. Wcisnęła przycisk, nie patrząc na wyświetlacz. Po chwili usłyszała kroki na schodach — za ciężkie na kuriera.
Stanął w progu kuchni. Płaszcz mokry od deszczu, pod pachą tekturowa teczka z napisem „Auto-Serwis Rafał Marek”. Zostawił ją na progu, jakby nie wiedział, czy wolno mu wejść dalej.
— Ewa… mogę?
Nie odwróciła się od blachy. Ułożyła drożdżówki na kratce, jedna przy drugiej, równo jak w witrynie. Lukier jeszcze się świecił.
— Mów, po co przyszedłeś.
Za jej plecami skrzypnęła podłoga. Zrobił dwa kroki i stanął przy stole, tam gdzie kiedyś stał jego kubek z napisem „Najlepszy mechanik”. Zabrała go w marcu, razem z resztą jego rzeczy. Zawiozła wszystko do warsztatu i postawiła pod bramą. Nie chciała trzymać w domu niczego, co pachniało olejem napędowym i cudzymi perfumami.
— Chcę wrócić — powiedział.
Ewa zdjęła fartuch, powiesiła na haku. Ręce miała białe od mąki, więc odkręciła kran i długo myła je, nie oglądając się na niego.
— Rok temu mówiłeś, iż się duszę tutaj. Że chcesz żyć, a nie tylko istnieć.
— Wiem. Popełniłem błąd.
— Nie. Popełniłeś wybór. Błąd to jak się pomyli numer mieszkania. A ty spakowałeś walizkę, wziąłeś auto i wyjechałeś do tej… jak jej tam. Do Klaudii.
— Ewa, proszę…
Zakręciła kran. Dopiero teraz na niego popatrzyła. Schudł, skóra pod oczami zrobiła się sina. Zarost niechlujny, jakby od tygodnia nie stawał przed lustrem. Kiedyś, jak wychodził do warsztatu, zawsze golił się na mokro, bo twierdził, iż klient nie zaufa facetowi z trzydniowym zarostem.
— Zostawiłeś mnie z piekarnią, z kredytem i z matką, która pytała co niedzielę, kiedy wrócisz. A teraz co? Klaudia cię rzuciła?
— Sam odszedłem.
— Odszedłeś — powtórzyła. — A różnica?
W kuchni pachniało wanilią i karmelem. To był jedyny zapach, który Ewa znosiła. W sypialni po lewej stronie łóżka przez cały czas leżał jej sweter, chociaż Rafał spał tam kiedyś. Teraz sypiała na środku, rozrzucona po całej pościeli jak kot.
— Rozmawiałem z prawnikiem — powiedział. — Chcę podpisać rozdzielność. Bez walki. Piekarnia zostaje twoja, mieszkanie też.
— To wspaniale. Jestem wzruszona.
— Ewa, nie bądź taka.
Zabrała z parapetu konewkę i podeszła do zielistki, którą hodowała od pięciu lat. Rafał zawsze mówił, iż to chwast, iż szkoda doniczki. A ona podlewała go co tydzień, choćby po jego odejściu. Liście zrobiły się ciemnozielone, puszyste, jakby roślina odżyła.
— Czego chcesz? — zapytała. — Naprawdę. Bez owijania.
— Wrócić do domu.
— To nie jest twój dom. Sam podpisałeś dokumenty, iż zrzekasz się udziału. Dwa tygodnie po tym, jak wyjechałam do sanatorium. Siedziałam tam z własną głową, a ty w tym czasie zdjąłeś z konta czterysta osiemdziesiąt tysięcy. Cały nasz fundusz remontowy.
Rafał milczał.
— Myślisz, iż nie wiem? Bank przysłał wyciągi. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy, Rafał. Jedenaście lat zbierałam na nowe piece i na wymianę dachu. A ty wziąłeś i wpłaciłeś to jako zaliczkę na… co? Na warsztat w Radomiu? Na auto Klaudii? Na spłatę jej długów?
— Miałem plan.
— Jaki plan?
— Chciałem odejść i nie żądać niczego. Myślałem, iż tak będzie uczciwie.
Ewa zaśmiała się krótko. W kuchni nagle zrobiło się ciasno, jakby ściany przysunęły się o pół metra.
— Uczciwie? Zabrałeś mi czterysta osiemdziesiąt tysięcy z konta i mówisz, iż to uczciwe? A potem co? Klaudia cię rzuciła, plan nie wypalił, zostałeś z kredytem na warsztat i bez domu. I teraz wracasz, bo nie masz dokąd.
— Wracam, bo zrozumiałem, co straciłem.
— Straciłeś coś, czego nie chciałeś — powiedziała. — Dom, który założyłam razem z moim ojcem. Piekarnię, w której wstaję o czwartej rano. Zapach drożdży, długie noce, rachunki za prąd. Ty tego nie chciałeś. Chciałeś… jakiegoś innego życia. Proszę bardzo, żyj sobie.
Rafał usiadł na taborecie, ciężko, jakby nogi mu zmiękły. Oparł łokcie o blat. Ewa widziała jego dłonie — spękane od smaru, pod paznokciami czarne smugi. Zawsze to robił, jak się denerwował: skrobał kciukiem wnętrze drugiej dłoni.
— Ewa, zróbmy tak — powiedział. — Ja ci oddam. Co miesiąc, po trzy tysiące. Podpiszę weksel u notariusza. A ty mi daj szansę. Jeden miesiąc. Niech tylko zamieszkam w… w tamtym pokoju. W dawnym gościnnym.
— Tam jest teraz składzik na mąkę.
— To gdziekolwiek.
— Nie ma gdziekolwiek. To moje mieszkanie, mój dach, mój kredyt. A ty jesteś obcym człowiekiem, który rok temu powiedział mi, iż jestem dla niego jak ciężar. Że nie mogę znieść, jak ktoś w sobotę rano piecze cynamonki i słucha Trójki. Że to jest dla ciebie kara.
Rafał podniósł wzrok. Miał wilgotne oczy. Kiedyś na to leciała — na te jego brązowe tęczówki, na to, jak prosił. Teraz patrzyła w nie jak w szybę w samochodzie, który już dawno sprzedano.
— Wiem, iż cię zraniłem — wyszeptał.
— Nie wiesz. Nie masz bladego pojęcia. Siedziałam tu w listopadzie, kiedy przyszedł pierwszy rachunek za warsztat. Na twoje nazwisko. Adres korespondencyjny: to mieszkanie. Musiałam płacić twoje faktury, bo listonosz wrzucał je do mojej skrzynki. A ty w tym czasie pisałeś do Klaudii wiersze. Znalazłam je w starym laptopie, który zostawiłeś. Zostawiłeś wszystko, tylko nie długi.
Rafał wstał. Przesunął teczką po podłodze, jakby chciał ją zabrać i wyjść.
— To koniec? — zapytał.
— Koniec był jedenaście lat temu — powiedziała. — Tylko ty tego nie zauważyłeś.
Wyjął z teczki plik papierów. Rozłożył na stole, obok blachy z drożdżówkami. Ewa zobaczyła pieczątkę notariusza z ulicy Żeromskiego.
— To umowa — powiedział. — Oddaję ci czterysta osiemdziesiąt tysięcy. W ratach, jak mówiłem. Pierwsza wpłata za tydzień. Mogę podpisać dziś.
Ewa podeszła do stołu. Wzięła jedną drożdżówkę, przełamała na pół. Ciepłe ciasto parowało. Jadła powoli, nie patrząc na papiery.
— Nie musisz oddawać — powiedziała. — Sąd już zajął twoje konto. Dostałam pismo w poniedziałek. Komornik wszedł na pensję, na samochód, na wyposażenie warsztatu.
Rafał zbladł. Sięgnął po oparcie krzesła, jakby groziło, iż upadnie.
— Co?
— Złożyłam sprawę o odzyskanie wspólnego majątku. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy to nie twoja kieszeń na drobne. To pieniądze firmy. Pieniądze mojego ojca, który całe życie naprawiał autobusy w Radomiu, żeby mi pomóc otworzyć piekarnię. Nie zostawię ich.
— Sąd… nie mogłaś… dlaczego mi nie powiedziałaś?
— A ty mi powiedziałeś, iż wypłacasz? Że mnie zostawiasz? Że kochasz Klaudię? Zawsze dowiadywałam się ostatnia.
Rafał złapał teczkę i rzucił nią o podłogę. Papiery rozsypały się między nogami taboretu. Ewa nie drgnęła. Stała przy blasze, obracając w palcach gumkę do włosów — starą, beżową, którą rano znalazła pod kaloryferem.
— Myślałem, iż dasz mi szansę — powiedział. — Liczyłem na to.
— Liczyłeś. To miłe. A ja liczyłam, iż nie wyczyścisz konta, kiedy leżę w szpitalu.
— To nie tak!
— A jak? Powiedz, jak to było. Bo ja to widzę tak: jedenaście lat małżeństwa, z czego ostatnie trzy puste, jak studnia w sierpniu. Ty wracasz po pracy, siedzisz w telefonie, ja wstaję o czwartej, piekę chleb, zbieram pieniądze na dach. A ty w tym czasie… co? Układasz plan ucieczki? I jeszcze masz czelność pytać, czy dam ci szansę.
Rafał chciał coś powiedzieć, ale Ewa podniosła rękę. Nie chciała słuchać. Otworzyła szufladę przy kuchence, wyjęła klucz na kółku. Położyła go na stole, obok jego umowy.
— To był twój zapasowy — powiedziała. — Do piwnicy. Kiedyś mi go dałeś, żebym nigdy nie zeszła tam sama, gdyby zgasło światło. Proszę, weź. I idź.
— Ewa…
— Idź, Rafał. Zamknij drzwi z drugiej strony. To wszystko, co możesz dla mnie zrobić.
Nie ruszył się. Stał z dłońmi w kieszeniach płaszcza, patrząc na klucz. Za oknem deszcz bębnił w parapet. Gdzieś na klatce u sąsiadki szczeknął mały kundel — pani Basia z drugiego piętra wyprowadzała go zawsze przed obiadem.
— Nie chcesz mnie wcale wysłuchać — powiedział cicho.
— Nie mam czego wysłuchiwać. Rok temu zamknąłeś drzwi. Ja tylko sprawdzam, czy zamek działa.
Rafał wziął klucz. Wsunął go do kieszeni, po czym pochylił się i pozbierał papiery. Robił to wolno, jakby każde dotknięcie podłogi kosztowało go całą siłę. Kiedy się wyprostował, złożył umowę na pół, wsunął do teczki.
— Zadzwonię — rzucił.
— Nie dzwoń.
Wyszedł. Ewa słuchała, jak schodzi po schodach. Krok ciężki, znajomy. Przez chwilę miała wrażenie, iż to tylko wyjście po bułki do sklepu, iż zaraz wróci z torbą pomarańczy i powie, iż na rynku była korek. Ale nie wrócił. Minął domofon, trzasnęły drzwi wejściowe.
Podeszła do okna. Widziała, jak przystaje na chodniku, podnosi kołnierz, wyjmuje telefon. Potem ruszył w stronę przystanku, na którym stał autobus linii 14. Ten sam, którym jeździł do warsztatu, zanim kupił samochód.
Ewa odwróciła się do kuchenki. Wzięła z kratki dwie drożdżówki, położyła na talerzu. Dolała sobie kawy z dzbanka, usiadła przy stole. Przed nią leżała faktura za prąd — 312 złotych i 80 groszy. Do zapłaty do końca tygodnia. Obok druga faktura, za mąkę żytnią z młyna w Warce. 780 złotych.
Sięgnęła do torebki po telefon. Wybrała numer do prawnika, tego samego, który prowadził sprawę o odzyskanie majątku.
— Pani Ewa? — usłyszał głos.
— Panie mecenasie — powiedziała. — Proszę wycofać wniosek o ugodę. Nie będę czekać na jego raty. Wchodzimy na całość. Niech robią licytację warsztatu.
Rozłączyła się. Potem wstała, wyjęła z torby plastikowe pudełko, do którego zbierała drobne za pieczywo. Wysypała na stół. Przeliczyła: 98 złotych. Dołożyła do koperty na komornika.
Za oknem autobus numer 14 odjechał z przystanku. Ewa podniosła kubek z kawą, wzięła do ust kawałek drożdżówki. Ciepło. Jeszcze słodkie.














