Rodzynek z Wołomina

polregion.pl 1 tydzień temu

Jestem Bartek, mam czterdzieści jeden lat i prowadzę warsztat lakierniczy przy ulicy Kobyłkowskiej w Wołominie. Piszę to, bo moja siostra Ela pewnie by tego nigdy nie napisała, a ktoś musi powiedzieć, jak to naprawdę wyglądało od mojej strony.

Nasza mama, Krystyna, miała siedemdziesiąt osiem lat, kiedy w marcu lekarze znaleźli u niej guza w płucach. Rokowania dali jej na osiem miesięcy, może rok. Mieszkała sama w tym samym mieszkaniu na Sasina, w bloku z wielkiej płyty, gdzie na klatce od lat cieknie rura i nikt tego nie naprawi, bo spółdzielnia zbiera podpisy pod remontem już trzeci rok.

Ela mieszka w Warszawie, dwadzieścia minut drogi, ale odkąd została dyrektorką w tej swojej agencji reklamowej, te dwadzieścia minut zamieniły się jakoś w miesiąc. Ja byłem bliżej – dosłownie i w sensie, iż to ja codziennie po robocie wpadałem do mamy z zupą z baru mlecznego, bo sam gotować nie umiem, a ona już nie miała siły.

Nie mówię tego, żeby się użalać. Mówię to, bo wtedy naprawdę miałem do niej żal. Duży.

Bo mama, leżąc już adekwatnie cały czas w łóżku, wołała mnie kiedyś w nocy i mówiła: zadzwoń do Eli, niech przyjedzie, chcę z wami obojgiem porozmawiać. A ja dzwoniłem, i słyszałem w słuchawce to samo za każdym razem: jestem w trasie, mam prezentację, klient się wścieka, przyjadę w weekend. I nie przyjeżdżała.

Miałem wtedy w głowie jedno zdanie, które powtarzałem sobie non stop, myjąc naczynia po mamie: ja tu zdycham ze zmęczenia, a ona liczy punkty w Excelu.

To było niesprawiedliwe. Wiem to teraz. Ale wtedy tego nie wiedziałem.

We wrześniu, jakieś dwa tygodnie przed końcem, mama poprosiła, żebyśmy przyszli oboje na raz, nie na zmianę. Ela w końcu odwołała jakieś spotkanie – pierwszy raz w życiu, o ile pamiętam – i przyjechała po robocie, w garsonce, z telefonem, który non stop wibrował w torebce. Usiadła po mojej lewej, ja po prawej, mama pomiędzy nami na tym swoim łóżku z wypożyczalni sprzętu medycznego, z kroplówką, z tym zapachem szpitalnego mydła, który teraz kojarzy mi się już tylko z nią.

Za oknem akurat ktoś w bloku obok odpalał grilla, bo pogoda jeszcze trzymała, i ten dym wchodził przez uchyloną kwaterę razem z krzykiem dzieciaków na podwórku. Mama miała wtedy na sobie tę swoją bluzę w kwiatki, którą kupiła jeszcze na bazarze w Wołominie ze dwadzieścia lat temu, i której nie chciała oddać do prania, bo mówiła, iż pachnie domem.

I wtedy powiedziała rzecz, która zmieniła coś w mojej głowie na zawsze.

Powiedziała: „Bartuś, ja wiem, iż ty się na siostrę złościsz. I wiem, iż ona się boi tu przyjeżdżać, bo nie umie patrzeć, jak choruję. To nie znaczy, iż cię mniej kocha, tylko iż każde z was ze mną walczy inaczej."

Ela wtedy się rozpłakała, mówiąc, iż nie umiała, iż codziennie chciała zadzwonić i codziennie odkładała telefon, bo bała się, iż usłyszy w moim głosie, iż jest za późno. Ja siedziałem i milczałem, bo w gardle mi coś stanęło.

Mama wzięła naszą ręce – moją i Eli – i złożyła je razem na kołdrze. Powiedziała tylko: „Dzwońcie do siebie. Obiecajcie mi."

Obiecaliśmy.

Umarła jedenastego listopada, w Święto Niepodległości, co Ela zawsze teraz komentuje z gorzkim uśmiechem, bo w telewizorze akurat leciała transmisja z Warszawy, a myśmy siedzieli przy łóżku i trzymaliśmy ją za ręce.

Zostawiła po sobie mieszkanie na Sasina warte jakieś czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych i, co gorsza, testamentu żadnego. U notariusza w Wołominie, przy Legionów, spędziliśmy razem trzy godziny, żeby wszystko rozdzielić po połowie – bez kłótni, bez adwokatów, sami, tak jak mama by chciała.

Mieszkanie sprzedaliśmy w styczniu. Połowę pieniędzy Ela włożyła w swój dług hipoteczny, ja resztę wpakowałem w nowy kompresor do warsztatu, o którym marzyłem od lat. Ustawiłem go tam, gdzie kiedyś stała stara szafka mamy, chociaż nikt inny by tego nie skojarzył.

Ale to nie pieniądze są tu ważne.

Ważne jest to, iż teraz, prawie rok później, dzwonię do Eli w każdy czwartek wieczorem, bo tak nam jakoś wyszło – ona akurat wtedy kończy pracę, ja zamykam warsztat. Czasem rozmawiamy dziesięć minut, czasem godzinę. W zeszły czwartek gadaliśmy o tym, iż sąsiedzki pies spod jej bloku znowu uciekł i całą klatkę postawił na nogi, i śmialiśmy się z tego głupio długo, bo takie rzeczy teraz nagle wydają się ważne.

W tę niedzielę, jedenastego listopada, w rocznicę, pojedziemy razem na Cmentarz Wołomiński, postawimy znicz przy grobie i pewnie znowu Ela zapyta mnie, czy pamiętam tę bluzę w kwiatki. Pamiętam. Oddałem ją do Domu Samotnej Matki w zeszłym roku, bo nie umiałem patrzeć, jak wisi w szafie i nikt jej nie nosi.

Teraz, kiedy ktoś w rodzinie – szwagier, sąsiad, nieważne kto – próbuje wbić między nas klin, mówiąc, iż przecież to ja się mamą opiekowałem, a Ela tylko przyjechała pod koniec, po prostu wyjmuję telefon, wybieram jej numer i pytam: „Ela, gadałaś już z tym psem sąsiadów?" A ona wie, o co chodzi, i śmieje się w słuchawkę.

Idź do oryginalnego materiału