Rodzinna tajemnica Mariny. Opowieść o córce znalezionej w lesie, przybranych rodzicach, których już nie ma, i poszukiwaniach prawdziwej matki w polskiej rzeczywistości – poruszająca historia o miłości, przebaczeniu i ukrytej prawdzie

twojacena.pl 2 tygodni temu

Moja ukochana. Opowiadanie

Małgorzata dowiedziała się, iż wychowała się w rodzinie zastępczej.

Nadal trudno jej było w to uwierzyć. Ale już nie miała z kim o tym porozmawiać. Jej przybrani rodzice odeszli prawie jeden po drugim. Najpierw osłabł tata. Położył się do łóżka i już się z niego nie podniósł. niedługo po nim odeszła mama.

Małgorzata wtedy czuwała przy łóżku mamy, trzymając jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była już bardzo chora. I nagle Małgorzata zauważyła, iż mama lekko otwiera oczy:

Małgosiu, córeczko, my z tatą nie mieliśmy odwagi ci powiedzieć… język nam się nie obracał My cię znaleźliśmy. Tak, tak, w lesie. Płakałaś, byłaś zagubiona. Czekaliśmy, iż ktoś cię będzie szukał. Zgłosiliśmy to na policji, ale nikt się nie odezwał. Może coś się stało, nie wiem. Dostaliśmy zgodę, żeby cię adoptować.

W domu, w komodzie z moimi dokumentami, są różne papiery… Korespondencja, przeczytaj kiedyś. Wybacz nam, córeczko. Mama zmęczyła się i zamknęła oczy.

Ależ mamusiu, Małgorzata przytuliła dłoń mamy do policzka, nie wiedząc, co powiedzieć mamusiu, kocham cię i tak bardzo chciałabym, żebyś wyzdrowiała.

Ale cud się nie wydarzył. Po kilku dniach mamy już nie było.

Małgorzata żałowała, iż mama jej to powiedziała.

Swojemu mężowi i dzieciom nic wtedy nie powiedziała o ostatnich słowach babci. choćby sama, jakby o tym zapomniała, odkładając wyznanie mamy na najdalsze zakamarki pamięci.

Dzieci bardzo kochały babcię i dziadka. Małgorzata nie chciała, by niepotrzebna prawda wszystkich zasmuciła.

Lecz pewnego dnia, kierowana niejasnym przeczuciem, jednak otworzyła tę teczkę, o której wspomniała mama.

Wycięte artykuły z gazet, zapytania, odpowiedzi. Małgorzata zaczęła czytać, i nie mogła przestać. Kochani rodzice!

Odnaleźli ją, Małgosię, półtoraroczną dziewczynkę, w lesie. Sami byli już po czterdziestce. Nie mogli mieć dzieci. I nagle płacząca dziewczynka wyciąga w ich stronę rączki.

Wiejski dzielnicowy rozkładał ręce nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka.

Zaadoptowali Małgorzatę. Ale mama wciąż szukała jej biologicznych rodziców.

Najwyraźniej już nie po to, by ich znaleźć, ale upewnić się, iż nikt nie upomni się o ich ukochaną córeczkę.

Małgorzata zamknęła teczkę i schowała ją głęboko na półce. Komu potrzebna jest taka prawda?

Po tygodniu Małgorzatę wezwano do działu kadr:

Proszę, pani Małgorzato Pawłowna, interesują się panią z poprzedniego miejsca pracy.

Obok kadrowej siedziała kobieta mniej więcej w wieku Małgorzaty:

Dzień dobry, nazywam się Nadzieja. Bardzo muszę z panią porozmawiać, zerknęła niepewnie na kadrową Chodzi o zapytania od pani Ireny Lubczyńskiej. To pani mama?

Mówili, iż to coś z pracy… oburzyła się kadrowa o prywatnych sprawach proszę rozmawiać po pracy!

Nadzieja, chodźmy porozmawiać na korytarz, zaproponowała Małgorzata. I wyszły pod czujnym wzrokiem kadrowej.

Przepraszam za kłopot, historia jest dziwna, ale obiecałam zaczęła roztrzęsiona Nadzieja:

Trzy lata temu spotkałam moją pierwszą nauczycielkę. W Siedliskach uczyłam się u niej w podstawówce. Potem wyjechała. Samotna, już bardzo starsza. Zaprosiła mnie na herbatę. Poprosiła o pomoc. Podobno jej córka zginęła wiele lat temu, była malutka. I korespondowała z pani mamą.

Przepraszam, Nadzieja, mama zmarła, ja tej sprawy nie kontynuuję, odparła sucho Małgorzata i odwróciła wzrok.

Przepraszam, rozumiem. Tylko proszę wiedzieć, iż pani Irena, nauczycielka, bardzo poważnie choruje. Ma nowotwór, lekarze mówią, iż kilka jej zostało. Bardzo chce odnaleźć swoją córkę. Całe życie jej szukała. Dała mi choćby kosmyk włosów, żeby zrobić badania. Wyobraża sobie pani?

Małgorzata chciała na tym zakończyć rozmowę, ale coś ją powstrzymało:

Mówi pani, iż ona jest ciężko chora?

Nadzieja skinęła głową.

Małgorzata wzięła od Nadziei woreczek z kosmykiem włosów i umówiła się na kontakt.

Po tygodniu obie jechały razem do szpitala do pani Ireny.

Gdy weszły na salę, pani Irena z wysiłkiem wpatrywała się w twarze odwiedzających:

O, Nadziu, to ty! Dziękuję, kochanie, uśmiechnęła się z wdzięcznością i popatrzyła pytająco na Małgorzatę.

Pani Ireno, udało się. To Małgorzata, sama chciała tu przyjechać, powiedziała Nadzieja, podając Irenie kopertę.

Co to jest? choćby w okularach nie odczytam… jej oczy bezradnie patrzyły na przybyłe.

To wynik badania, Nadzieja wyjęła kartkę tu pisze, iż macie panie potwierdzone pokrewieństwo. Małgorzata jest pani córką.

Twarz pani Ireny rozjaśniła się, zajaśniała nie powstrzymała łez ulgi i radości:

Moja kochana, moje szczęście… Odnalazłam cię. Żyjesz! Piękna, w młodości byłam taka sama. Mój skarbie… Całe życie budziłam się nocami, czując, jakbyś płakała i mnie wołała.

Nie zasłużyłam na wybaczenie…

Żywa jesteś. Teraz mogę odejść spokojnie.

Po chwili Nadzieja i Małgorzata wyszły z sali. Pani Irena zmęczona zasnęła.

Dziękuję, Małgorzato, naprawdę pani zobaczyła, jaka ona słaba. Dała jej pani szczęście.

Po kilku dniach pani Irena zmarła.

Małgorzata podarła wszystkie papiery z teczki mamy. Nie chciała, żeby prawda, której nikt nie potrzebuje, wyszła na jaw.

Bo w istocie Małgorzata nigdy nie miała innej mamy. To, co się stało, było świętym kłamstwem.

Czy miała rację, iż tak postąpiła? Wierzy, iż tak było najlepiej.

Każdy jednak sam odpowiada przed Bogiem za wszystko, co uczynił w swoim życiu.

A Małgorzata zrozumiała, iż miłość to nie tylko więzy krwi, ale troska, oddanie i serce, które drugiemu człowiekowi daje się na całe życie.

Idź do oryginalnego materiału