I gdzie mam postawić tę miskę z galaretką z nóżek? W lodówce choćby centymetra wolnego nie ma, wszystko zawalone twoimi… jak to… carpaccio i awokado, phi, język można połamać pomarudziła kobieta, upychając wielką emaliowaną miskę na najniższą półkę, przesuwając starannie poukładane pojemniki.
Otylia, stojąc przy kuchence i mieszając sos do pieczeni, zacisnęła powieki i liczyła w myślach do dziesięciu. Wiedziała, iż to dopiero początek. Goście weszli do mieszkania może dwadzieścia minut temu, a już czuła się, jakby do jej domu wtargnęła hałaśliwa, rozbestwiona banda, która zapragnęła podporządkować wszystko swojej woli.
Ciociu Walentyno, proszę, niech ciocia postawi galaretkę na balkonie jest zimno, okna szczelnie zamknięte, nic się nie stanie odpowiedziała Otylia, starając się nie podnieść głosu. W lodówce mam składniki sałatek, nie wolno ich mrozić.
Na balkon?! oburzyła się ciotka, masywna kobieta z trwałą ondulacją i we wzorzystym, workowatym szlafroku, który przebrała zaraz po wejściu do przedpokoju. Tam przecież kurz z miasta lata! I co to za pomysł, żeby jedzenie na podłodze trzymać! Dobra, zdejmę te twoje słoiki z zielskiem, i tak nikt tego jeść nie będzie. Prawdziwy chłop to mięsa potrzebuje, a nie jakiegoś kiszonkowego.
Otylia spojrzała błagalnie na męża. Paweł, wysoki i spokojny mężczyzna, kroił chleb przy stole, próbując stać się niewidzialnym. Doskonale znał temperament cioci Walentyny i jej córki, dalekiej kuzynki Otylii Dobrawy, która akurat robiła inspekcję łazienki, głośno komentując jakość kafli.
Paweł, pomóż cioci zanieść galaretkę na balkon poleciła Otylia stanowczo. Przygotowałam tam szafkę, wszystko wytarte. Nie ma żadnego kurzu.
Paweł wstał posłusznie, wziął ciężką miskę od opornej krewniaczki i zniknął w korytarzu. Ciocia zaraz przeskoczyła na Otylię.
Czemu taka blada jesteś, Otylko? Znowu się głodzisz na tych swoich dietach? Skóra i kości. Zobacz, moja Dobrawa to zdrowa kobieta, aż miło popatrzeć. Ty zanadto się odchudzasz. I ten wasz remont… jak w szpitalu. Białe i szare, nuda. Widziałam, w sklepach są piękne tapety ze złotem, wygląda wytwornie.
Wolimy minimalizm, ciociu odpowiedziała Otylia, próbując sos. Każdy ma swój gust.
W tym momencie do kuchni weszła Dobrawa. Starsza od Otylii o trzy lata, zawsze zachowywała się tak, jakby była o piętnaście lat starsza i miała prawo do moralizowania młodszej siostry. Podążało za nią dwóch rozrabiaków jej synowie, pięcio- i sześcioletni, już umorusani czekoladą.
Otylka, ty masz w łazience tylko prysznic? rozczarowana usadawiała się na krześle i zarzucała nogę na nogę. Myślałam, iż wanna będzie. Jak ja chłopaków umyję wieczorem? Oni przyzwyczajeni do wody i piany.
Robiliśmy remont pod siebie. Wolimy prysznic. Chłopców można pod prysznicem umyć, nie są już niemowlakami odbiła Otylia, czując rosnącą irytację.
Na ten przyjazd przygotowywała się długo, ale do końca liczyła, iż rodzina z innego miasta zmieni plany. Ciocia Walentyna i Dobrawa z chłopcami uparły się spędzić święta w Warszawie, bo rodzina powinna się zjechać i trzeba poznawać piękną stolicę. Otylia była wychowana w duchu gościnności, więc nie potrafiła odmówić, choć pamiętała doskonale ostatnią wizytę trzy lata wcześniej przez tydzień sprzątała mieszkanie i składała nerwy do kupy.
Wtedy mieszkali jeszcze w starej dwupokojowej na Pradze. Teraz z Pawłem wprowadzili się do przestronnego, trzy pokojowego mieszkania, remontowanego od podstaw przez renomowaną firmę. To był ich azyl, ich duma, każdy szczegół wybrany w ciężkich negocjacjach z ekipą.
Szczególnie Otylii zależało na sypialni. To była strefa zakazana, świątynia spokoju. Granatowe ściany, grube zasłony, duże łóżko z ortopedycznym materacem wartym tyle co używany polonez, i miękki dywan, w który zapadały stopy. Otylia z Pawłem ustalili: goście nie mają wstępu do sypialni, drzwi zawsze zamknięte. Salon z rozkładaną kanapą i, w razie konieczności, gabinet Pawła z sofą, wystarczą dla wszystkich.
Mamo, chcę pić! zanosił się płaczem młodszy syn Dobrawy, szarpiąc ją za rękaw.
Idź do cioci Otylki po sok odprawiła go Dobrawa. Otylka, daj im coś do picia, wykończone dzieci po podróży.
Otylia wyciągnęła sok jabłkowy z lodówki i nalała do dwóch szklanek.
Tylko ostrożnie, nie rozlewajcie na podłogę, mamy tu parkiet! ostrzegła.
Eee, nie przesadzaj z tym parkietem prychnęła ciocia Walentyna. Mieszkanie ma służyć ludziom, nie odwrotnie. Dzieci wiadomo, coś pochlapią, wytrzesz. Otylka, zdziwiałaś, tylko Warszawa ci w głowie.
Paweł wrócił z balkonu i, wyczuwając napięcie, zaproponował:
Może już usiądziemy do stołu? Dochodzi piąta, zaraz trzeba żegnać stary rok.
Wieczerza zaczęła się chaotycznie. Dzieci biegały wokół stołu, podkradając sery i kiełbasę, Dobrawa trajkotała przez telefon z koleżanką, opowiadając całą podróż, a ciocia Walentyna krytykowała każde danie.
Sałatka z krewetkami? wydłubała krewetkę widelcem, oglądając ją podejrzliwie. Tego nie rozumiem. Sałatka śledziowa to ja szanuję. A tu jakieś fanaberie, zielenina i guma. Otylka, ugotowałabyś normalne ziemniaki z koperkiem, a nie to mus z truflami ten zapach jakby się popsuło.
Mamo, to przecież przysmak zbywała ją Dobrawa, odkładając telefon. Ale i ja wolę swojskie jedzenie. Otylia, podaj grzybki. Sama kisiłaś czy kupowane?
Kupowane, z ekologicznej produkcji odpowiedziała Otylia.
Jasne, własnymi rękami się nie chciało skwitowała ciocia. Ja przywiozłam swoją marynatę, zobaczycie, co to prawdziwe grzyby.
Otylia jadła w milczeniu, patrząc w talerz. Paweł pod stołem ścisnął ją za rękę. Wytrwaj, jeszcze tylko trzy dni chciał jej przekazać spojrzeniem.
Przed ósmą, gdy szampan już się skończył, a dzieci wreszcie ucichły wpatrzone w tablety, przyszło do rozmowy o noclegu.
Już nie mam siły po tej podróży stękała ciocia, masując plecy. Pociąg tłukł jak furmanka, wszystko mnie boli. Muszę się położyć, wyprostować nogi.
Tak, mamo, musisz porządnie odpocząć dodała Dobrawa. Otylka, gdzie nam posłałaś?
Otylia była przecież przygotowana na tę chwilę.
W salonie jest kanapa, rozkłada się szeroko, dwie dorosłe osoby mają wygodnie. Dla Dobrawy z chłopcami przygotowałam sofę w gabinecie, też pełnowymiarowa. Gdyby było za ciasno, mamy jeszcze materac dmuchany, bardzo komfortowy.
Zapadła cisza. Walentyna przerwała jedzenie, Dobrawa podniosła brwi.
Kanapa? ciocia popatrzyła na nią jak na pomyloną. To chyba żartujesz? Ja mam kręgosłup jak wiór! Kanapa to dla młodych, mi trzeba normalnego łóżka. Takiego miękkiego, równego.
Ciociu, kanapa jest ortopedyczna, specjalnie dla gości, twarda, bez złączeń zaczęła Otylia tłumaczyć.
Kanapa to zawsze kanapa! warknęła ciocia. Dla młodych może być, a ja to nie ta liga. Myślałam, iż oddacie nam sypialnię. Przecież podobno materac tam bajeczny.
Otylia znieruchomiała. Spodziewała się próśb, ale nie tak ostrego żądania, by przejąć ich intymną przestrzeń.
Sypialnię? Paweł zmarszczył brwi. Pani Walentyno, sypialnia to nasz pokój. Tam śpimy.
I co z tego? dodała Dobrawa. Jesteście młodzi, zdrowi. Parę nocy na kanapie czy materacu wam nie zaszkodzi. Mamie byt trzeba zapewnić. Z dziećmi też się lepiej spać w sypialni, drzwi się zamknie, chłopcy w nocy biegają po pokoju.
Zaraz, zaraz… Otylia poczuła gorąco bijące do twarzy. Chcecie, żebym z Pawłem oddała wam swoje łóżko, a sami mielibyśmy spać w przechodnim salonie?
Otylka, dramatyzujesz machnęła ręką ciocia Walentyna. Oddała, odeszła. To święta, rodzina przyjechała! Gościom należy się wszystko, co najlepsze. Matka mnie tak uczyła, babcia też. Ale ty chyba już typowa Warszawianka, tradycje zapomniałaś.
Ciociu, tradycje są po to, by nakarmić i ugościć rzekła Otylia. Ale łóżko to sprawa prywatna, jak szczoteczka do zębów. Przykro mi, ale nie oddamy naszej sypialni. Temat zamknięty.
Dobrawa ostentacyjnie odstawiła kieliszek. Szkło zadźwięczało.
Serio, Otylia? Nie oddasz łóżka cioci i kuzynom? Jechaliśmy tu trzysta kilometrów, prezenty przywieźliśmy, a ty na kanapę, jak na psy?
Przepraszam bardzo odezwał się Paweł ta kanapa kosztowała pięć tysięcy złotych, jest mega wygodna. Niejedną noc na niej przespałem.
Co mi po cenie! wrzasnęła ciocia. Chodzi o szacunek! Moja mama by się zapadła ze wstydu, gdyby to widziała. Samolubka! Cała w tatę!
Wzmianka o matce była ciosem poniżej pasa. Mama Otylii, delikatna, cicha kobieta, wiecznie znosiła kaprysy Walentyny, oddawała jej ostatnie pieniądze, zajmowała się jej dziećmi. Otylia pamiętała z dzieciństwa, jak ciocia zabierała najlepsze kąski, krytykowała wszystko i wyjeżdżała, zostawiając znerwicowaną matkę i pusty portfel.
O mamie niech ciocia nie wspomina powiedziała Otylia spokojnie, ale stanowczo. Mama była święta, którą wykorzystywała ciocia całe życie. Ja nie jestem jak mama. Znam swoje granice. Sypialnia zostaje zamknięta. Koniec rozmowy. Kto nie chce spać na kanapie mogę pomóc z rezerwacją w hotelu.
Hotel?! Dobrawa się zakrztusiła. Przegania mnie do hotelu? Za pieniądze? Mamo, słyszysz?
Słyszę, kochanie, słyszę! ciocia teatralnie złapała się za serce. O, źle mi… ciśnienie skacze. Wody, szybko!
Dobrawa pobiegła po dzbanek, podała tabletki matce. Dzieci umilkły i patrzyły z ciekawością na rozwój awantury.
Tak rzekła Dobrawa, gdy ciocia już uspokoiła się trochę. To decyzja: albo spanie w sypialni, normalnie, albo wychodzimy. Nie zostaniemy tu ani chwili! I cała rodzina się dowie, jaka jesteś, Otylia, rozpieszczona warszawianka. Wybieraj.
Otylia spojrzała na Pawła. Ten siedział z kamiennym wyrazem twarzy, ale w oczach przezierała pełna aprobata. On też miał już dość dość chamstwa, zawłaszczania i zamiany ich mieszkania w hotel.
Dziwny wybór, Dobrawo odparła Otylia, podnosząc się od stołu. Oferuję wam gościnę, dobre jedzenie, wygodne miejsca do spania. Wy żądacie mojego łóżka i stawiacie ultimatum. jeżeli sypialnia ważniejsza niż rodzinna atmosfera to chyba rzeczywiście nie mamy o czym rozmawiać.
Tak?! ciocia zerwała się z miejsca, zapominając o kręgosłupie. Dobrawa, zbieraj się! Ubieraj chłopców! Tu nie zostaniemy choćby minuty! Lepiej na dworcu spać niż z taką rodziną!
Mamo, gdzie niby teraz pójdziemy? Pociągi już nie kursują! spanikowała Dobrawa, bo jej szantaż wyraźnie nie zadziałał. Liczyła, iż Otylia ustąpi pod presją.
Na taxi pojedziemy! Do Zofki na Ochotę! Mieszka w bloku, ale serce ma szczere, przyjmie nas od ręki! A wy tu się dławiście truflami!
Zapanował wrzask. Dobrawa ze złością pakowała rzeczy, ciocia lamentowała, snując się po mieszkaniu i wyliczając wszystkie dawne urazy.
Oddajcie nasze prezenty! zażądała ciocia w przedpokoju. Przywiozłam ręczniki lniane! Nie zasłużyliście. Zaniosę Zofce.
Otylia weszła do pokoju, wyjęła pakiet ręczników, których choćby nie zamierzała używać, i podała je cioci.
Proszę, i słoik z grzybami niech ciocia zabierze.
Zabierzemy! wrzasnęła Dobrawa, chwytając pakiet. A cukierki dla dzieci też!
Paweł wyłącznie patrzył na ten spektakl, oparty o drzwi. Czuł wstyd za dorosłych zachowujących się gorzej niż maluchy.
Wszystko trwało zaledwie kwadrans. Cały czas ciocia Walentyna nie przestawała narzekać, wyciągając stare, zakurzone urazy i wróżąc Otylii i Pawłowi samotność do końca życia.
Taxi zamówione? spytał Paweł, gdy panie już się ubierały.
Sami sobie zamówimy! rzuciła Dobrawa, stukając w ekran telefona. Mamo, idziemy, auto przyjedzie za pięć minut. Poczekamy na zewnątrz, bo tu duszno od jadu.
Wyszli na klatkę schodową, tłocząc się i hucząc. Ciocia trzasnęła nowymi, drogimi drzwiami tak mocno, iż tynk poleciał z sufitu.
W mieszkaniu nastała cisza. Słychać było tylko szum lodówki i tykanie zegara. Na stole zostały resztki sałatki z krewetkami, porozrzucane serwetki i kleksy po soku.
Otylia osunęła się na krzesło, zasłaniając twarz dłońmi, jej ramiona zatrzęsły się.
Paweł podszedł, objął ją i pocałował w głowę.
Już dobrze, Otylko. Spokój. Poszły.
Otylia podniosła wzrok nie płakała. Śmiała się. Nerwowy, ale pełen ulgi śmiech.
Paweł, słyszałeś? Lepiej na dworcu niż u was! Boże, co za szczęście!
Szczęście, prawdziwe zgodził się Paweł i roześmiał. Ale galaretkę zostawiły ci na balkonie!
Otylia parsknęła.
Racja! Zostawili największy skarb! A Zofka, do której jadą, mieszka na dwunastu metrach z pijanym mężem. Wyobrażasz sobie ich tam w noc sylwestrową?
To już nie nasz kłopot podsumował Paweł, nalewając kieliszek szampana. Wiesz, było mi niezręcznie, ale gdy zaczęła o twojej mamie… Ledwo się powstrzymałem, żeby ich nie wyrzucić. Jesteś dzielna. Bardzo.
Po prostu bardzo kocham naszą sypialnię Otylia przyznała, upijając łyk z jego kieliszka. I ciebie. I nasz spokój. Wiesz, to będzie najlepszy Sylwester. My, te kilogramy jedzenia i spokój bez marudzenia o złych sałatkach.
Zabrali się za sprzątanie. Otylia zniosła brudne talerze, Paweł włożył je do zmywarki. Powietrze jakby się oczyściło. Zniknęła ciężka, gęsta aura zazdrości i pretensji.
Otylia podeszła do okna. Za nim padał gęsty, puszysty śnieg, przykrywając ślady po odjeżdżającej taksówce. Miasto świeciło latarniami. Tam, wśród tych świateł, pędzili jej krewni, braląc ze sobą swój gniew i niezadowolenie. Było jej ich choćby żal. Życie z takim bagażem jest ciężkie. Dużo trudniejsze niż noc na kanapie.
Paweł odezwała się włączymy muzykę? I postawimy świeczki. Przecież święto.
Oczywiście odparł mąż z kuchni. Za moment będzie pieczeń. Ta kaczka, której choćby nie spróbowały.
Godzinę potem siedzieli razem przy nakrytym na nowo stole; płonęły świece, grał cichy jazz. Pieczona kaczka z jabłkami była przepyszna chrupiąca, soczysta, cudownie pachnąca.
Za nas wzniósł toast Paweł. Za nasz dom. I za to, żeby zawsze był otwarty tylko dla szanujących nas ludzi.
I za granice dodała Otylia, stukając kieliszkiem. Których nauczyliśmy się bronić.
Późną nocą, leżąc w ukochanej sypialni, na tym spornym materacu, Otylia czuła absolutne szczęście. Otulała ją cisza, pościel pachniała świeżością i lawendą, a nie cudzymi perfumami. Myślała, iż rodzina pewnie właśnie siedzi u Zofki na podłodze albo na dworcu, złorzecząc na rozpieszczoną Otylię. Ale nie czuła już wyrzutów sumienia.
Zrozumiała coś ważnego: nie da się być dobrą dla wszystkich, zwłaszcza kosztem siebie. jeżeli cena spokoju to obraza bezczelnej rodziny to niewysoka cena.
Rano telefon Otylii dzwonił bez przerwy. Pisali dalsi krewni, przekazując zniekształconą wersję wydarzeń, według której Otylia wyrzuciła biedną chorą ciotkę na mróz w samych kapciach. Otylia nic nie odpisała, choćby nie czytała wiadomości włączyła tryb samolotowy, przeciągnęła się w łóżku i uśmiechnęła do nowego dnia.
Galaretkę później razem z Pawłem zanieśli podwórkowym psom. Psy były bardzo wdzięczne i nie narzekały ani na ilość czosnku, ani na konsystencję. Bo zwierzęta wiedzą, jak docenić dobre serce czego nie można powiedzieć o niektórych ludziach.












