Pracuję jako kasjerka w sklepie osiedlowym przy ulicy Wrocławskiej, w Świdnicy, już jedenasty rok. Kasa numer dwa, ta pod oknem, skąd widać przystanek i tę wiatę, na której zawsze ktoś czeka za długo. Znam prawie wszystkich klientów z widzenia, więc kiedy pod koniec sierpnia zaczęła przychodzić do nas pani Krystyna, zauważyłam ją od razu — nie dlatego, iż coś kupowała, tylko dlatego, iż stawała w kolejce do mnie, mimo iż druga kasa była wolna.
Miała może pięćdziesiąt trzy lata, siwe włosy ścięte krótko, kurtkę w kolorze khaki, trochę za dużą jak na tę porę roku. Kupowała mało — bułkę, twarożek, czasem pół litra mleka — i płaciła zawsze drobnymi, odliczonymi wcześniej, jakby bała się, iż przy kasie zabraknie jej czasu w policzenie.
Trzeciego dnia z rzędu zapytałam, bo akurat nie było kolejki za nią, czy szuka gdzieś pracy — tak, mimochodem, bo miała przy sobie zwiniętą gazetę z ogłoszeniami, tę bezpłatną, co leży u nas przy wejściu. Powiedziała, iż tak, iż zwolnili ją z fabryki opakowań w Żarowie po dwudziestu dwóch latach — zakład ograniczał produkcję, została bez pracy w wieku, w którym nikt jej już nie chce.
Zaproponowałam jej wtedy — bo akurat u nas w centrum handlowym firma sprzątająca szukała ludzi, widziałam ogłoszenie przy tablicy koło toalet — żeby spróbowała. Nie obiecywałam nic wielkiego. Powiedziałam tylko, iż to jakiś dochód, iż stawka to trzy tysiące osiemset złotych na rękę przy pełnym etacie, sześć dni w tygodniu, i iż kierowniczka zmiany, pani Beata, podobno mówiła nowym, iż przy dobrej pracy „może być premia".
Pani Krystyna wróciła do mnie po dwóch tygodniach. Stanęła w kolejce, kupiła jak zwykle bułkę i twarożek, a kiedy podałam jej resztę, powiedziała cicho, iż wzięła tę pracę. I iż mąż się z nią pokłócił, bo uważał, iż za takie pieniądze lepiej siedzieć w domu i pilnować wnuków, niż harować po nocach z mopem.
Zapytałam ją prosto z mostu, bo tak mam, iż nie umiem owijać w bawełnę przy kasie z kolejką za plecami: a ty co myślisz. Odpowiedziała, iż osiem lat temu, kiedy miała czterdzieści pięć, wydawało jej się, iż jeszcze zdąży znaleźć coś lepszego. Że wtedy odrzuciła ofertę w hurtowni budowlanej, bo płacili mało, a teraz żałuje, bo od tamtej pory nie miała żadnej pracy poza dorywczym sprzątaniem u sąsiadki.
Nie widziałam jej potem przez dobre trzy tygodnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle wytrzymała, bo takie prace odpadają gwałtownie — znam to z opowieści innych klientek, które przez nas przewinęły się do tej samej firmy sprzątającej i po miesiącu rzucały robotę, bo nogi puchły, a kierowniczka rozliczała z minuty.
Wróciła w piątek, późnym popołudniem, kiedy w sklepie jest najspokojniej, bo ludzie jeszcze nie wyszli z pracy. Miała na sobie służbowy fartuch firmy sprzątającej, granatowy, z naszywką „Czystość Plus" na piersi — musiała iść prosto z hali targowej, gdzie akurat sprzątali po dniowej zmianie. Kupiła tym razem więcej niż zwykle: chleb, ser, dwie puszki groszku, paczkę herbaty. Powiedziała, iż dostała premię — sto dwadzieścia złotych za miesiąc bez spóźnień i bez reklamacji od klientów.
Odliczała pieniądze z portmonetki, w której zauważyłam nową kartę — kartę pracowniczą sieci, na której figurowało jej nazwisko. Zapytałam, czy się przyzwyczaiła. Powiedziała, iż nogi bolą, iż mąż dalej nie jest zadowolony, bo woli, żeby była w domu koło wnuków, ale iż po raz pierwszy od dwóch lat kupiła sobie nowe buty za własne pieniądze, nie pożyczone od córki.
Nie wiem, co będzie z nią za rok. Nie moja sprawa, żeby to oceniać — jestem tylko kasjerką, która podaje resztę i czasem podpowie, gdzie szukać ogłoszenia. Ale tamtego piątku, kiedy pakowała chleb do reklamówki, zauważyłam, iż portmonetkę trzyma inaczej niż wcześniej — nie zaciska jej w pięści przy kasie, tylko kładzie na ladzie, otwartą, i liczy monety bez pośpiechu, jakby wiedziała, iż i tak starczy.










