Krystyna Wieczorek miała pięćdziesiąt trzy lata, kiedy pochowała ojca na cmentarzu przy ulicy Ogrodowej w Radomiu, a trzy dni później dowiedziała się, iż warsztat samochodowy przy Żeromskiego, ten sam, w którym przepracowała dwadzieścia dwa lata jako księgowa, ojciec zapisał nie jej, tylko jej młodszemu bratu, Adamowi.
Notariusz, pan Sobczak, odczytał testament w swoim biurze nad sklepem RTV, przy oknie, za którym akurat ktoś rozładowywał skrzynki z wodą mineralną z dostawczaka – trzask plastiku o beton słychać było przez całe czytanie. Krystyna siedziała z rękami złożonymi na kolanach i słuchała, jak głos notariusza wymienia: nieruchomość przy Żeromskiego 14, wyposażenie warsztatu, prawa do marki "Wieczorek i Syn" – wszystko dla Adama. Jej przypadło mieszkanie w bloku na Gołębiowie, w którym mieszkała od trzydziestu lat, i tyle.
Adam nie przyjechał na czytanie testamentu. Był akurat w Niemczech, gdzie od pięciu lat pracował na budowach, wracał do Polski może trzy razy w roku, na Boże Narodzenie i czasem na urodziny matki, póki matka jeszcze żyła. Do ojca dzwonił raz na dwa tygodnie, na pięć minut, i to wystarczyło, żeby dostać firmę, którą Krystyna prowadziła praktycznie sama od śmierci matki jedenaście lat temu.
Nazajutrz po pogrzebie Krystyna poszła do warsztatu jak zwykle, o siódmej rano, bo klienci nie wiedzieli, iż coś się zmieniło, i dwa auta czekały na przegląd przed południem. Otworzyła kluczem, który nosiła w torebce od dwudziestu lat, zapaliła światło w biurze, włączyła czajnik. Na parapecie stała foliowa reklamówka z nasionami rzodkiewki – ojciec zawsze coś sadził w donicy przy oknie, choćby w warsztacie, mówił, iż zapach benzyny trzeba czymś przebić. Nasiona tak i zostały niezasiane.
O dziewiątej zadzwonił telefon. Adam, z Niemiec, głos trochę spóźniony przez połączenie.
– Krysiu, słyszałem od Sobczaka. Wiem, iż to… iż to nie jest sprawiedliwe.
– Nie jest – powiedziała krótko.
– Ale tata tak zdecydował, ja w to nie ingerowałem, przysięgam.
– Nie ingerowałeś. Tylko dzwoniłeś raz na dwa tygodnie i to wystarczyło.
Adam milczał chwilę, potem powiedział, iż wróci za miesiąc, iż "coś wymyślą", iż przecież ona jest jego siostrą i on jej nie skrzywdzi. Krystyna odłożyła słuchawkę i poszła obsłużyć klienta, który przyjechał na wymianę oleju w swoim starym passacie.
Miesiąc później Adam rzeczywiście wrócił, ale nie po to, żeby cokolwiek "wymyślić". Przyjechał z dziewczyną, Justyną, którą poznał w Niemczech, i oznajmił, iż chcą sprzedać warsztat i wyjechać razem na stałe, bo w Niemczech płacą lepiej, a poza tym Justyna nie mówi po polsku i nie ma zamiaru się uczyć. Powiedział to przy kawie w kuchni Krystyny, między jednym kęsem szarlotki a drugim, jakby mówił o pogodzie.
– To znaczy, iż warsztat zamkniesz – powtórzyła Krystyna, żeby się upewnić, iż dobrze usłyszała.
– Sprzedam. Jest kupiec, taki Kowalczyk spod Kielc, chce zrobić tam wulkanizację. Daje sześćset tysięcy.
– A ludzie, którzy tam pracują? Marek, Tadek, ten chłopak, Bartek, co się uczy zawodu?
– Znajdą coś innego. Krysiu, to mój warsztat, tata mi go zapisał.
I wtedy Krystyna zrozumiała, iż ojciec, który przez dwadzieścia dwa lata patrzył, jak ona liczy faktury do jedenastej w nocy, który przy niej umierał w szpitalu przy Alei Wojska Polskiego trzymając ją za rękę, nie zostawił jej niczego poza mieszkaniem – i iż to, co zbudowała, może w ciągu tygodnia zniknąć, bo tak zdecydował ktoś, kto tego nie budował.
Nie płakała. Zamiast tego, tego samego wieczoru, otworzyła szufladę w swoim biurku w domu, tę zamkniętą na kluczyk, i wyjęła z niej teczkę, którą trzymała tam od siedmiu lat – odkąd ojciec, jeszcze w pełni sił, podpisał z nią umowę o prowadzeniu działalności, w której ona, jako współwłaścicielka faktyczna choć nie zapisana w księgach wieczystych, miała prawo pierwokupu udziałów w firmie na wypadek jej sprzedaży osobom trzecim. Ojciec to podpisał, bo wtedy, w gabinecie mecenasa Nowaka, powiedział jej wprost: "Krysiu, ja wiem, iż kiedyś zrobię coś głupiego dla twojego brata, bo to moja słabość. Ale ty musisz mieć zabezpieczenie."
Rano Krystyna pojechała do kancelarii mecenasa Nowaka przy placu Konstytucji, z teczką pod pachą. Mecenas, już siwy, pamiętał tamto spotkanie sprzed siedmiu lat, wyjął z archiwum oryginał umowy i potwierdził: jeżeli Adam chce sprzedać warsztat Kowalczykowi, musi najpierw zaproponować sprzedaż siostrze – na tych samych warunkach, za tę samą kwotę.
Krystyna nie miała sześciuset tysięcy złotych. Ale miała mieszkanie na Gołębiowie warte trzysta osiemdziesiąt, oszczędności sto dwadzieścia i skłonność banku PKO, w którym prowadziła rachunki warsztatu przez dwadzieścia lat, do udzielenia jej kredytu pod zastaw nieruchomości, bo dyrektor oddziału znał ją osobiście i wiedział, iż firma przynosi dochód.
Spotkanie z Adamem odbyło się w warsztacie, w tym samym biurze, gdzie stał nierozsadzony rzodkiewkowy nasienny worek. Krystyna położyła na blacie teczkę z umową sprzed siedmiu lat i drugą, nową – gotową ofertę odkupu udziałów, przygotowaną przez mecenasa Nowaka.
– Co to jest – zapytał Adam, nie dotykając papierów.
– To znaczy, iż sprzedajesz mnie, a nie Kowalczykowi. Po tej samej cenie. Tata to podpisał siedem lat temu.
Justyna, siedząca obok, spojrzała na Adama pytająco, nie rozumiejąc ani słowa – rzeczywiście nie mówiła po polsku. Adam przez chwilę przeglądał dokumenty, sprawdzał podpis ojca, datę, pieczęć notarialną. W końcu odłożył kartki i powiedział cicho, iż nie wiedział o tej umowie, iż ojciec nigdy o niej nie wspomniał.
– Bo wstydził się, iż musiał ją podpisać – odparła Krystyna. – Wiedział, jaki jesteś, i się zabezpieczył za mnie, skoro sam nie potrafił ci odmówić.
Podpisali przeniesienie udziałów tydzień później, u mecenasa Nowaka. Krystyna wzięła kredyt na dwadzieścia lat, zapłaciła Adamowi jego część, a on wyjechał z Justyną do Niemcy jeszcze przed końcem miesiąca, nie oglądając się za siebie. Marek, Tadek i Bartek zostali w warsztacie, tabliczkę "Wieczorek i Syn" Krystyna zamieniła na "Wieczorek i Córka" – zamówiła ją u tego samego grawera przy Żeromskiego, który robił jeszcze tabliczki dla ojca.
Wieczorem, kiedy już wszyscy wyszli, zasadziła w końcu tę rzodkiewkę w donicy na parapecie. Nasiona okazały się jeszcze dobre.







