Ptasi Przebój

twojacena.pl 19 godzin temu

Walcia! Co ty się tak długo guzdrzesz?! Czekam na ciebie i czekam! Siadaj już! Ania, sąsiadka Walentyny, przesunęła się na ławce, próbując się wygodniej rozsiąść.

No bo co? Wieczór taki, iż żal w domu siedzieć! Tam tylko telewizor i kocica, Mańka. Nuda! A na podwórku wiosna pełną parą! Jeszcze niby kwiecień, a już ciepło jak w maju. choćby ta wiśnia pod blokiem, którą jeszcze świętej pamięci Staszek, mąż Ani, sadził, przebudziła się i obsypała kwiatami. I ławka pod nią ta sama, robiona przez Stacha świeżo odmalowana, aż się prosi, żeby na niej przycupnąć i poplotkować jak za dawnych lat. O dzieciach, o zdrowiu, o życiu, o miłości.

No bo o czym innym kobietom rozmawiać? Choćby się znały od podszewki, i tak co chwila wychodzi coś nowego. Powód do gadania zawsze się znajdzie. Dzieci rosną, bólów przybywa, a miłość Co z tą miłością? Zawsze jej za mało, a nigdy za dużo. I tak człowiek wyczekuje wyznań, jak dziecko prezentu na Mikołaja. Usłyszy, jak to jest, gdy ktoś kocha, i od razu lżej na sercu. choćby jeżeli własne serce ciche i puste skoro u kogoś gra, to znaczy, iż miłość jeszcze nie wyparowała ze świata. Jest, świeci, grzeje, daje życie

Anna, znana jako Anka wszystkim na podwórku, znała Walentynę od kołyski. Prawie ćwierć wieku mieszkały na tej samej klatce. Gdy były małymi dziewczynkami, matki nie zamykały drzwi bo i po co? jeżeli nie u jednej, to u drugiej się dzieciaki pałętały. Oczywiście później już zamki wróciły do łask, zwłaszcza gdy Anka i Wala poszły szukać szczęścia.

Miały wtedy po sześć lat.

Do Anki przyjechała babcia na gościnę i opowiedziała dziewuchom, iż najważniejsze w życiu to złapać ptaka szczęścia za ogon i przy sobie go trzymać. Oj, wtedy to wszystko się poukłada, a życie będzie jak świeżutka drożdżówka lekkie i puchate.

Dziewczynki kilka z tego pojęły, ale zapamiętały, iż dzięki temu wszyscy wkoło będą zadowoleni. No a kto nie chce, żeby rodzice się nie kłócili o głupstwa, a za to żyli zgodnie? Postanowiły więc odnaleźć ptaka szczęścia, i to jak najszybciej.

Zwłaszcza iż Anka twierdziła, iż dokładnie wie, gdzie ta bestia mieszka w sąsiednim bloku, u takiego mruka z chrapliwym głosem. Czasem wyprowadzał zwierza na dwór. Kolorowy, duży bardziej papuga niż wróbel wrzeszczy dziwnie, ale to na pewno on! Bo w zoo, gdzie z rodzicami czasem chodziły w niedzielę, takiego cuda nie było.

Przygotowały się solidnie: odnalazły na Ancinym balkonie starą klatkę po króliku, przytaszczyły do niej chleb i ciastka bo nie wiadomo, czym ptak się raczy a Walcia dorzuciła jeszcze cukierka. Bezpieczniej słodyczy przecież nikt nie pogardzi! Wyobrażały już sobie, jak to będą szczęśliwe i ze wszystkim się dzieciakom pochwalą. A potem wiadomo pojawi się i lody w ogromnym pudełku, i letnia sukienka w grochy, najlepiej dwie identyczne, żeby od razu było widać, iż są przyjaciółkami. A najważniejsze: rodzice Przestaną się wreszcie kłócić, jeżeli tylko dziewczynom uda się schwytać ptaka szczęścia!

Byle nie pozwolić mu się wywinąć! Bo przecież, gdyby był naprawdę dobrym ptakiem, nie ukrywałby się gdzieś na cudzym balkonie, tylko przysiadłby na gałęzi pod nosem i spał spokojnie.

Ruszyły, pełne nadziei i zadumy. Było cicho i pusto, bo upał wyganiał wszystkich do domów, choćby dzieciarnia gdzieś przepadła. Dziewczyny spojrzały na siebie z rezygnacją. I co teraz, jak znaleźć ptaka, nie mając kogo podpytać? Już Walcia się zaraz popłacze usta w podkówkę, nos w mars, jakby miała zaraz dostać burę. Ale Anka nie była przyzwyczajona do łez na sucho. Jak trzeba, to trzeba! Inaczej nici z babci, lodów i sukienek.

Szybko wpadły na pomysł: zapukać do któregoś mieszkania i po prostu spytać o ptaka. Kto wie może szczęście czeka tuż za drzwiami? Zapukały tu, zapukały tam. Ktoś nie otwierał znaczy, nie ma go w domu. Ktoś inny fukał i poganiał. Pukały więc dalej, ile sił w małych rączkach.

Przepraszam, gdzie mieszka ptak szczęścia?

Ale dorośli to jednak inny świat! Proste pytanie, a tu albo krzyczą, albo wygrażają, choćby jeden próbował grozić klapsem przez drzwi! Zwiały od razu, zieloną klamkę zapisały w pamięci tam już nie wrócą. Bo tam, gdzie tyle złości, ptaka szczęścia na pewno nie ma.

I w końcu się udało. Drzwi otworzył chłopak trochę starszy od nich i na pytanie odpowiedział po prostu:

Wchodźcie.

Ptasiora nie znalazły. Ale było tam tyle innych cudów, iż dziewczyny zapomniały o całym świecie. Oglądały straszne maski na ścianie, przykładały do ucha ogromne muszle, w których szumiało morze, i wpatrywały się w wielką makietę statku o białych żaglach i ludziki na linach, i kotwica, wszystko jak prawdziwe!

Takiego statku to nigdzie nie widziałam!

Składaliśmy go z tatą. Nazywa się Święta Anna.

O, jak ja! ucieszyła się Anka.

Ty jesteś Anką? Fajne imię, moja mama też jest Anka.

A gdzie jest twoja mama?

W pracy, zaraz wróci. A wy same łazicie? Nie będziecie miały domowej awantury?

Dopiero wtedy przypomniały sobie o ptaku i obiedzie, i tym, iż zaraz będą szukać ich całe osiedle, a matki wyciągać z kapci w pogoni za pociechami.

Walka, uciekamy!

Anka chwyciła koleżankę za rękę i pognały na łeb, na szyję, zapominając choćby o klatce.

Czekajcie! chłopak dogonił je już na schodach. To dla was!

Wcisnął im w ręce niezwykłe pióra, iż aż dech zaparło. Dziewczyny zaniemówiły z wrażenia.

Co to za cudo?

Pawie pióra! Mama pracuje w zoo, czasem przynosi. Weźcie!

Przyjęły dar z rąk nowego znajomego, jakby złoto dostały, i pobiegły prosto do domu.

A tam burza z piorunami! Zapłakane mamy, biegające po podwórku, ojcowie nerwowo palący pod blokiem, czekający na dzielnicowego, który kazał nikomu się nie ruszać, póki nie wyda poleceń.

Gdy tylko dziewczyny się znalazły, matka Walentyny klapnęła na ziemię jak śnięta ryba.

Nareszcie

Były łzy, całusy i solidna reprymenda. Dobrze, iż czasu za dużo na kary już nie zostało.

Kilka dni później, siedząc na drewnianych huśtawkach w ogrodzie domu wynajmowanego na wakacje, obie podsumowały swoją przygodę szeptem przy trzasku desek:

Wiesz co, Walka do szczęścia żadnego ptaka nam nie trzeba!

Dlaczego?

Bo babcia mówiła, iż najszczęśliwsza jest ta, której ktoś kocha.

No i?

No właśnie! Gdyby nas nie kochali, to by tak nie płakali, gdy zniknęłyśmy? I nie bali, iż już nas nie będzie? Widzisz?

Faktycznie

Czyli jesteśmy szczęściarami, nie?

Chyba tak

Takie to były ich najcudowniejsze wakacje dzieciństwa.

Anna zawsze cieszyła się, mając kogoś, z kim można było te wspomnienia dzielić. I choćby czasem dopytać, jak się coś zapomniało pamięć zbiorowa zawsze skuteczniejsza. Zresztą, Walentyna i tak pamiętała wszystko lepiej. Była spokojniejsza taka, co niczego nie przegapi. Anka żywe srebro, wszędzie jej pełno. Wala przysiądzie, pomyśli, posegreguje myśli i dopiero idzie dalej.

Kiedy Anka poznała swojego przyszłego męża, przez miesiąc nie rozpoznała go z dzieciństwa. Dopiero kiedy weszła do jego mieszkania, zobaczyła ten sam statek na półce Świętą Annę I od razu wróciły wspomnienia. Po ślubie wyjęła z książki to wymarzone, pawie pióro i pokazała mężowi.

Pamiętasz?

A potem śmiała się z jego miny, gdy próbował sobie przypomnieć wydarzenia sprzed lat.

A potem nadeszły długie lata szczęścia. Z drobiazgami, zmartwieniami, radościami. Z pierwszymi krokami córeczki, a potem synka. Z chorobą, którą Staszek wywalczył zwycięsko, trzymając Ankę za rękę i nie pozwalając losowi zatrzasnąć drzwi. Był dzień, w którym czas stanął, i Anka przestała oddychać ze smutku, bo powietrze i życie odeszło razem ze Staszkiem. Wtedy przy niej była Walentyna. Bez wahania potrząsnęła przyjaciółką, a potem przytuliła ją jak dziecko.

Trzymaj się, Anciu! Dzieci masz

I Ania się pozbierała. Bo szczęście wciąż było obok, niepełne już, ale dane jej przez Staszka. Dzieci kochały, wnuki powoli się pojawiały. A przecież starsza wnuczka już dorośle stoi przy jej łóżku i słucha bajek, udając, iż jeszcze ich nie zna na pamięć.

Cisza wróciła. Spokój. Radość, chociaż inna lekka jak piórko; może nie aż tak kolorowe jak to pawie, ale własne i wymarzone.

Nie każdemu się tak trafi. Jedni pragną szczęścia, a ono jak na złość wciąż nie przychodzi. Anka z Walentyną miały wyjątkowe farta. Ptasia ogona nie złapały dosłownie, ale szczęścia nie przeoczyły. W dzieciństwie pojęły, co dla kobiety znaczy szczęście dzieci zdrowe, reszta się ułoży. A reszta? Przychodzi, jak się bardzo chce.

A Walka? I jej nie było łatwo. Cudów się w rodzinie nie doczekała, ale się nie poddała. Ze swoim mężem dzieci mieć nie mogła a przecież miłości mieli w domu tyle, iż można by nią obdzielić pół osiedla. Zawsze razem, zawsze blisko, sąsiadki narzekały na własnych chłopów, a Wala tylko się delikatnie uśmiechała.

Z kolei jej teściowa, Marysia, była aniołem wcielonym. Tylko te złośliwe szwagierki wieczne pretensje: za krzywo spojrzała, za mało ciastek do herbaty, za pstro w głowie. choćby względem teściowej Wala miała więcej cierpliwości niż święta Franciszka. Marysia gwałtownie ją pokochała taką, jaką była.

Żyli blisko, matka Antka w końcu sprzedała mieszkanie i kupiła sobie kawalerkę w bloku obok. Nie chciała być ciężarem. O cudzych troskach tych z przeszłości, co czasem wracają jak bumerang już rzadko wspominała. Dzięki Wali i rozmowom, pogodziła się z losami swoimi i syna.

Synka Walentynie znalazła właśnie teściowa w szpitalu położniczym, gdzie została pielęgniarką po opuszczeniu wielkiego szpitala. Wala wszystko przemyślała wyjechali na rok, wrócili już w trójkę, rodzina musiała zaakceptować nowego członka. Anka była jedyną powiernicą tajemnicy.

Z synem Wali, Pablem, wszystko się naprawdę ułożyło został oficerem, wnuki przywoził kilka razy w roku. Jego żona, Świetlana, ze swoją córeczką z poprzedniego związku, została przez Walentynę przyjęta z otwartymi ramionami. Wspólne święta, działka, śmiech i gwar na nowo powtórzyła się historia otwartych drzwi na oścież.

Aż w końcu i Staszek, i Antek odeszli jeden po cichu, drugi nagle. Walentyna była złamana więc Ania nie pozwoliła jej się rozpaść, powtykała do serca ciepłe słowa, by nie marnować miłości Antka przez łzy.

Słowa te wystarczyły, żeby ruszyć dalej, zbudować nowe życie, podtrzymywać rodzinę. Walentyna nauczyła się patrzeć w przyszłość i kochać tych, których dostała od losu własnych i nie do końca, bo co za różnica? Serce matki jest jak pieróg zmieści każde nadzienie, byle miłość.

No i znowu siedzą późnym popołudniem pod wiśnią, a Anka podnosi głowę i mówi:

Waluś, kiedy wyjeżdżamy na działkę? Czas najwyższy! Zobacz, jak cieplutko!

W weekend, kochanieńka. Po myciu okien.

Racja! Całkiem zapomniałam, iż Wielkanoc wcześniej w tym roku.

Wnuki przyjeżdżają?

Na dwa dni, przejazdem. Najstarszy chce iść na studia do Warszawy, więc jadą popatrzeć. Młodsi może trochę dłużej zostaną. A twoi?

Dopiero na wakacje, szkoła trwa.

Niby tylko półtora miesiąca, ale czekać się nie chce!

Tak już jest. Gdyby dobre chwile trwały wiecznie, nie umiałybyśmy ich docenić. Ale wiesz co, Anka?

No?

Ja bym oddała wszystko za jedną taką chwilę. Bo one potem trzymają cię w kupie przez całą resztę roku. Aż się czasem dziwię, ile tego szczęścia już mi dano bo każdy widzi, ile mu brakuje, a mało kto, ile dostał.

Święta racja! Hej, pamiętasz, jak polowałyśmy na ptaka szczęścia?

Walentyna zaśmiała się serdecznie:

Jeszcze bym nie pamiętała! Mama potem dwa dni nie mogła ze złości przejść. Ale kto by się przejmował? Przygoda była!

Tak myślę, Walcia może jednak złapałyśmy wtedy tego ptaka? Wcale nie uciekł, tylko cały czas latał gdzieś u nas nad głowami.

Na pewno! Dziękować mu trzeba, by pomachał jeszcze skrzydłem i ogonkiem, żeby i naszym ukochanym życia przyniósł tyle szczęścia, ile my miałyśmyAż tu, spomiędzy gałęzi rozkwitłej wiśni, zerwał się lekki podmuch ciepłego wiatru. Białe płatki zatańczyły wokół sąsiadek jak konfetti, osiadając im we włosach i na ramionach. Przez chwilę milczały, pozwalając, by wspomnienia i rozbawienie łaskotały je od środka.

Nagle zza rogu bloku rozległ się śmiech dzieciaków biegających z piłką. Mała Basia wnuczka Ani dostrzegła babcię i pobiegła ku niej, wołając radośnie:

Babciu, łap! i rzuciła piłkę z całych sił.

Anka złapała niezdarnie, rozśmieszyła się znów była tą małą, szczęśliwą dziewczynką. Walentyna patrzyła na nią ciepło, a potem objęła ją ramieniem.

Widzisz, Aniu? Ten nasz ptak nigdy nie odleciał. Po prostu wykluł się w nas.

Anka uśmiechnęła się przez łzy, których nie była w stanie powstrzymać. Przygarnęła Basię do siebie, Walentyna przesunęła się bliżej cała trójka na starej ławce pod wiśnią pachnącą dzieciństwem.

A z góry, spośród kwitnących gałązek, na chwilę przysiadł szpak z piórami połyskującymi w słońcu, przyglądał się im przez moment, po czym rozwinął skrzydła i odleciał wysoko zostawiając za sobą ślad śpiewu i nadziei.

Bo może szczęście nie zawsze daje się schwytać za ogon. Czasem wystarczy otworzyć ramiona i pozwolić mu przysiąść na sercu. Choćby tylko na chwilę taką, która starcza, by czuć, iż się naprawdę żyło.

Idź do oryginalnego materiału