Przyjechała przyjaciółka z dzieciństwa – nigdy nie miała dzieci, świadomie wybrała życie tylko dla siebie. Sama, bez dzieci i wnuków, realizuje marzenia, podróżuje i nie żałuje swojej decyzji

twojacena.pl 2 dni temu

Przyśniło mi się dzisiaj, iż przyjechała do mnie dawno niewidziana przyjaciółka z dzieciństwa, Dobrochna Kowalska. Zawsze była inna niż wszyscy nigdy nie miała dzieci, choć wokół same Basie, Zosie i Jadwigi biegały z wózkami po parku. Dobrochna po prostu zdecydowała, iż woli żyć dla siebie. W tym śnie wszystko miało dziwne, zamglone kolory, ulice naszego rodzinnego miasteczka Radoszewo były puste, a zegary chodziły wspak.

Spotkałyśmy się w kawiarni Pod Starym Klonem, gdzie kawa smakowała jak dzieciństwo, a kawałki ciasta układały się w wzory przypominające mazurki wielkanocne. Obie miałyśmy siwe włosy, ale tylko ona wydawała się lekka jak liść na wietrze. Kiedy skończyłyśmy studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Dobrochna od razu rzuciła wszystko, spakowała walizki i wyjechała do Warszawy, potem do Gdańska, raz choćby do Zakopanego, a czasem słyszałam, iż była widziana jak spacerowała po krakowskim Rynku z nieznanym mężczyzną.

Przez lata pisałyśmy do siebie listy takie pachnące starym papierem i herbatą z goździkami. Potem kontakt się urwał, jakby nasze słowa popłynęły Wisłą aż do Bałtyku. Dowiedziałam się od Grażyny, wspólnej znajomej, iż Dobrochna podróżuje raz mieszka w Małopolsce, raz nad morzem mężowie zmieniają się jak rękawiczki, żaden nie zatrzymał jej na długo. Do sześćdziesiątki miała już trzech mężów, ale choćby ostatniego zostawiła, bo nie chciała dzieci. Zawsze mnie to zastanawiało. Przecież większość kobiet, choćby jak życie się pokomplikuje, ma przynajmniej dzieci, czasem potem wnuki, które mogą odwiedzić na imieniny czy przynieść słoik ogórków kiszonych.

Dobrochna wróciła do Radoszewa, żeby sprzedać mieszkanie po babci. Opowiedziała mi o swoich dalekich podróżach i samotnych zimowych wieczorach spędzonych w górach. Ja mówiłam o mojej rodzinie, o wnuku, który przynosi mi jabłka z sadu, o kłopotach z ZUS-em i cenach w sklepach.

Wtedy zapytałam, głosem, który odbijał się echem od ścian w tym śnie:
Dobrochno, czemu tak? Czemu nie chciałaś dzieci, choćby dla siebie? Kto ci poda szklankę wody na starość, gdy nogi nie poniosą z łóżka do kuchni?

Roześmiała się dźwięcznie, aż pękały szklanki na stoliku:
Jaka szklanka, Haniu? Dzieci wcale nie dbają o starych rodziców. Lepiej przez całe życie odkładać złotówki do szuflady i wynająć dobrą opiekunkę z Ukrainy, niż łudzić się, iż dzieci będą mnie nosić na rękach. Ludzie myślą, iż dzieci to inwestycja na starość, a to największy żart naszych czasów.

Patrzyła na mnie, jakby rozumiała wszystko od zawsze.
Nie urodziłam dziecka, bo nie miałam takiej potrzeby. Nie chciałam się wiecznie martwić, odkładać każdy grosz, karmić, ubierać, gonić za czyimś szczęściem. Chciałam patrzeć, jak Tatry zmieniają kolor o świcie, słuchać szumu fal w Gdyni, wydawać zarobione pieniądze na podróże, nie na kredki i zeszyty. Mężowie odchodzili, bo myśleli, iż się zmienię a ja nie chciałam się zmieniać.

Teraz, kiedy mijam w parku kobiety na emeryturze, widzę ich zmęczone spojrzenia. Często są same dzieci za granicą, wnuki nie pamiętają, żeby przysłać kartkę na święta. A ja? Mam własny spokój, kawę parzoną we włoskiej kafeterce i żadnych żalów. Nigdy nie żałowałam. Współczuję tym, którzy poświęcili się dla dzieci, a potem siedzą sami i czekają, aż telefon zadzwoni.

Słuchałam Dobrochny i czułam, jak powietrze w kawiarni staje się lżejsze, jakby ktoś otworzył wszystkie okna na wiosnę. Może ma rację, pomyślałam. Po co rodzić z nadzieją, iż ktoś poda mi szklankę wody, skoro mogę sama po nią pójść?

Obie zniknęłyśmy z kawiarni, rozpływając się w świetle zimowego poranka, bez żalu z tą myślą, iż każdy ma prawo żyć po swojemu.

Idź do oryginalnego materiału