No, Bartuś, proszę cię! Kompletnie nie wiem, co zrobić, woda leje się ciurkiem, zaraz zaleję sąsiadów! Wiesz, jaka ta kaszalotka z dołu potrafi narobić rabanu! Ręce mi się trzęsą, choćby kurka nie mogę znaleźć! głos rozlegał się z taką rozpaczą, iż słychać go było choćby z drugiego końca stołu, choć telefon nie był na głośnomówiącym.
Zosia powoli odłożyła widelec na talerz. Brzęk sztućca o porcelan rozbrzmiał w przytulnej kuchni jak gong rozpoczynający kolejny rundę bitwy, którą toczyła już od trzech lat. Po drugiej stronie stołu siedział jej mąż, Bartosz, i z poczuciem winy gryzł wargę, wpatrując się raz w stygnący domowy gulasz, raz w świecący ekran telefona.
Mania, spokojnie, mruczał do słuchawki. Jaki kurek? Pod zlewem, czy w łazience? Zakręć główny zawór.
Ja choćby nie wiem, gdzie on jest! Bartuś, przyjedź do mnie, proszę! Boję się! Może tam wrzątek leci! Sama jestem, przerażona!
Bartosz spojrzał na żonę z tą mieszaniną błagania i rezygnacji, którą Zosia znała już na pamięć.
Zośka, słychałaś? Przecież ją zaleje. Mania i technika to jak kot i ogień nie idzie w parze. Trzeba pojechać.
Oczywiście, trzeba, odpowiedziała Zosia równym głosem, nie zdradzając burzy kłębiącej się w środku. Przecież dziś nie mamy rocznicy ślubu. I nie planowaliśmy tego wieczoru od dwóch tygodni. I ja wcale nie siedziałam pół dnia nad tym gulaszem. Jedź, Bartosz. Ratuj Manię, bo przecież beze mnie w życiu byś się nie odnalazł.
No weź, nie zaczynaj… Bartosz zerwał się z miejsca, chwycił klucze. To tylko chwila, przyjaciel w potrzebie. Przewinę uszczelkę i wracam. Schowaj gulasz do piekarnika, żeby nie wystygł.
Drzwi trzasnęły. Zosia została sama w mieszkaniu pełnym aromatów świątecznej kolacji i goryczki rozczarowania. Zerknęła przez okno, widząc, jak auto jej męża wylatuje z piskiem opon w noc.
Mania. Imię, które w ich małżeństwie zrobiło się wąsatym trzecim do pary. Przyjaciółka z podstawówki, swój chłop jak mawiał Bartosz. Pojawiła się w ich życiu zaraz po własnym rozwodzie i bardzo gwałtownie rozsiadła się wygodnie w ich codzienności. Najpierw niewinne prośby: przewieźć kartony, podłączyć drukarkę. Bartosz, człowiek złota rączka, bez chwili wahania pomagał.
Ale człowiek gwałtownie się przyzwyczaja do luksusów. Z czasem prośby Mani nabrały rozmachu klęsk żywiołowych. To koło na trasie, to półka runęła w łazience, to szafa, co się sama nie złoży. Oczywiście, zawsze wtedy, gdy Zosia i Bartosz mieli własne plany.
Zosia nie była zazdrosna z natury. Dobrze rozumiała, iż są rzeczy ważne, a przyjaźń jest święta. Ale kobieca intuicja głośno podpowiadała, iż chodzi tu nie tylko o naprawy hydrauliczne. Mania zawsze zadbana, z tym ależ to wszystko przerasta biedną kobietkę w oczach i głosie. Bartosz, rozprostowywał ramiona, czuł się jak superbohater ratownik, gdy ona przewracała oczami, patrząc na niego jak na pana świata.
Zosia schowała kolację do lodówki. Apetyt ulotnił się z kuchni. Bartosz wrócił po trzech godzinach, spocony, upaprany i z miną zdobywcy.
Uf, ledwo zdążyłem! Tam już była prawie powódź. Syfon się zerwał. Musiałem lecieć po nową uszczelkę. Mania cała spanikowana, musiałem organizować melisę.
Poczęstowała cię przynajmniej herbatą, bohaterze? Zosia niby czytała książkę.
Jasne! choćby szarlotkę upiekła. Przeprasza i pozdrawia, zepsuła nam wieczór, mówi.
Szarlotka? zanotowała w myślach Zosia. Czyli kiedy lała się woda i nie wiedziała, gdzie kurek, ciasto się piekło w piekarniku? Fajna akcja.
Na głos nie powiedziała nic. Kłótnia byłaby stratą energii Bartosz od razu bronił koleżanki, oskarżając żonę o bezduszną zazdrość. Sytuację należało rozegrać subtelniej. Zosia postanowiła, iż następny raz pojedzie wraz z mężem ratować Manię.
Następny przypadek nastąpił błyskawicznie. Sobotni poranek, wybierali się na działkę. Piękne, majowe słońce, w bagażniku już leżała zamarynowana karkówka, a w głowie Zosi wizja wieczoru z lampką wina na tarasie.
Telefon Bartosza zadzwonił akurat, kiedy wkładał do bagażnika węgiel. Zosia poznała znajomy dzwonek specjalny, ustawiony na Manię.
Słucham, Mania? Co się iskrzy? Bartoszowi aż szczęka opadła. Poważnie? Czujesz spaleniznę? Nic nie ruszaj, wyłącz korki w przedpokoju! Dobra, już jadę.
Rozłączył się i spojrzał z wyrzutem na Zosię, która trzymała kasetkę z sadzonkami pelargonii.
Zośka, słuchaj…
Gniazdko? przerwała spokojnie.
Gorzej. Tablica rozdzielcza iskrzy. Cuchnie spalenizną, Mania panikuje, iż mieszkanie pójdzie z dymem. Z administracji w sobotę nie przyjadą, prywaciarze zdzierają i jeżdżą wieczność.
Czyli nici z działki?
Ale gdzie tam! Wskoczymy do niej na chwilę. Najwyżej godzinę stracimy. Zaraz coś pokręcę i lecimy dalej.
Jadę z tobą, oznajmiła Zosia.
Bartosz aż się zapowietrzył.
Po co? Ty się nie znasz. Posiedź w domu, ja tylko moment.
Nie, Bartosz. Jedziemy razem na działkę, przejazdem pod Manię, ty naprawiasz, ja przywitam się z koleżanką. Zresztą dawno jej nie widziałam.
Bartosz nie miał wyjścia. Wsiedli do auta. W drodze był spięty i klepał palcami o kierownicę. Zosia zachowywała spokój mistrza zen, choć w środku wszystko w niej aż warczało.
Mania powitała ich w jedwabnym szlafroku sięgającym ledwo połowy uda i z nienagannym makijażem. Kiedy zobaczyła wysiadającą z auta Zosię, przez jej twarz przemknął cień rozczarowania, ale gwałtownie przywołała uśmiech.
Zośka! Ale niespodzianka! I ja w takim stanie, roztrzęsiona, z włosami w nieładzie! przekładała perfekcyjnie ułożone loki. Chodźcie, ratunku mi tu trzeba!
W środku naprawdę lekko czuć było plastikiem, ale panika była ewidentnie na pokaz. Bartosz wszedł pewnym krokiem do przedpokoju i wymachał śrubokrętem.
Zośka, chodź na kawę! Nudzić się będziemy przy majstrowaniu ćwierkała Mania i próbowała odciągnąć Zosię z przedpokoju.
Nie, dzięki, zostanę tu, może będę mogła potrzymać ci latarkę albo coś.
Latarkę? chichotała Mania. Bartosz choćby na ślepo podoła!
Bartosz coś tam wymamrotał grzebiąc przy kablach.
Mania, zagaiła Zosia, bacznie patrząc przyjaciółce męża w oczy. Czemu nie zadzwoniłaś do administracji? Przecież dyżurują choćby w weekendy, to prąd, sprawa poważna.
Ooo nie, tam same gbury pracują! Przyjdą, nabrudzą, jeszcze coś rozwalą. A Bartuś to swój chłop, złote ręce, to tylko jemu ufam.
Złote ręce mojego męża, dodała z naciskiem Zosia, dziś miały trzymać ruszt od grilla. Jechaliśmy na działkę.
Ojej, wszystko psuję! Mania złożyła ręce do modlitwy. No, widzisz, bez faceta w domu rozpada się wszystko. Ty masz szczęście, Zośka, twardy mur!
Bartosz uwinął się w kwadrans.
Kabel trochę stopniał, poprawiłem. Mania, musisz wymienić bezpiecznik, ten już dawno do wymiany.
Ojej, a jakbyś kupił, zamontował? Oczywiście ci oddam, Bartuś! Zrobisz to dla mnie?
Bartosz nie zamontuje, odpowiedziała za niego Zosia. Wracamy na działkę. W przyszły weekend mamy bilety do teatru. Wezwij elektryka, Mania. Bartosz napisze ci na kartce model.
Mania popatrzyła na Zosię z jawną niechęcią, ale od razu gwałtownie się uśmiechnęła do Bartosza:
To może chociaż na kawę i eklerki, twoje ulubione?
Dziękujemy, jesteśmy po śniadaniu ucięła Zosia, łapiąc męża pod ramię. Jedziemy, mamy plan.
Na klatce schodowej Bartosz westchnął, ale gwałtownie zaczął tłumaczyć Manię:
Zośka, po co ta sztywność? Przecież to wszystko z serca!
Z serca, ale nie od serca odparowała Zosia. Widzisz naprawdę tylko te naprawy? Szlafrok, oczka, prośby padną zawsze, kiedy jesteśmy razem lub mamy plany.
Przestań wyobrażać sobie głupoty! Przecież znamy się od dziecka.
Właśnie, od dziecka. I dla niej jesteś bratem, który nie tylko gniazdko naprawi, ale i ego połaskocze.
Pojechali na działkę, ale niesmak pozostał. Zosia czuła, iż to nie koniec. Mania tak łatwo się nie podda. Uwielbiała czuć władzę i patrzeć, jak czyjś mąż biegnie na jej każdy dzwonek.
Prawdziwa rozgrywka nastąpiła dwa tygodnie później. Bartosz był w delegacji, miał wrócić w piątek. Zosia właśnie szykowała kolację, wyczekując go z utęsknieniem, gdy tuż po osiemnastej Bartosz zadzwonił:
Zośka, słuchaj, trochę się spóźnię. Już jestem w mieście, ale Mania dzwoniła… Znowu jakaś awantura.
Tym razem co? Meteoryt na balkon?
Nie, karnisz kupiła, ciężki, kuty. Sama próbowała powiesić no, wiadomo, Mania upuściła go na stopę. Palec ponoć spuchnięty, ledwo chodzi. A karnisz blokuje pół pokoju. Prosi, żebym wpadł, podniósł, może do apteki skoczył po maść. Błyskawicznie załatwię.
Zosia wzięła głęboki oddech.
Bartosz, posłuchaj. Jedź do domu. Ja się do niej wybiorę.
Ty? Po co?
Jestem kobietą. Lepiej wiem, jaką maść wybrać i jak opatrzyć. Ty wracaj, odpocznij, grzej kolację. Za pół godziny będę u niej.
No dobrze. Ale ty się nie pokłóćcie, ok? I tak jej ciężko.
Zosia rozłączyła się i ruszyła do działania. Malownicze opatrywanie Mania zostawi na potem dziś leczyć będzie sytuację.
Zamówiła najsurowszego majstra w serwisie Złota Rączka z najlepszymi opiniami. Kupiła przez internet maść i bandaż w aptece z dostawą pod drzwi Mani.
Wsiadła do auta. Pod mieszkaniem Mania spotkała kuriera z apteki, przejęła przesyłkę i weszła na górę. Drzwi były uchylone Mania chyba liczyła, iż Bartosz wejdzie jak rycerz bez proszenia.
W salonie półmrok, świeczki, na stoliku wino i dwa kieliszki. Mania wyciągnięta na kanapie w tym samym koronkowym szlafroczku i z wyciągniętą, rzekomo bolącą, nogą. Karnisz wprawdzie na środku pokoju, ale wyglądało to tak, jakby na wszelki wypadek go tam odłożyła.
Gdy usłyszała kroki, Mania jęknęła zalotnie:
Bartuś, to ty? Masz maść?
Zosia weszła, klikając górne światło. Romantyczny klimat zgasł jak świeca na przeciągu.
Mania aż podskoczyła na kanapie, zapominając o kontuzji.
Zosia?! Co tu robisz? A Bartosz?
Bartosz je kolację. Przywiozłam ci lekarstwa i pomoc.
Jaka pomoc? Chciałam Bartosza, silny jest, karnisz zawiesi!
Karnisz zawiesi fachowiec, odparła Zosia.
W tej chwili zadzwonił dzwonek. Zosia otworzyła drzwi. Przed nią stał kawał chłopa w kombinezonie z walizką narzędzi.
Serwis. Karnisz do zawieszenia? rzucił.
Tak, proszę wejść, pokażę, gdzie powiedziała Zosia.
Facet, fachowo omiótł wzrokiem ścianę, karnisz, wyciągnął wiertarkę.
Beton, będą kołki szóstki, mam w samochodzie. Pani pokazuje, gdzie drabina.
Mania siedziała na kanapie czerwona jak burak i patrzyła na Zosię jakby mogła ją zabić wzrokiem.
Po co to urządziłaś? syknęła, gdy świdrujący dźwięk zagłuszał rozmowę.
Ja? Zosia wzniosła brwi. Pomagam. Zamówiłam lekarstwa, fachowca wszystko opłacone. Bartosz jest zmęczony, należy do rodziny, nie do twojego serwisu awaryjnego.
Mania zerwała się z kanapy, nagle już zdrowa.
Spadaj! wykrzyczała. Udajesz świętoszkę! Bartosz to się od twojej poprawności niedługo udusi! Potrzeba mu luzu, a ty wiecznie moralizujesz!
Być może, Zosia wzruszyła ramionami. Ale wraca do mnie. A ty za każdym razem wymyślasz nową katastrofę, żeby przyciągnąć go do siebie choćby na chwilę. Mano, no serio ładna z ciebie dziewczyna, znajdź sobie wolnego faceta i przestań żebrać pod czyimiś drzwiami.
Wypad! zasyczała Mania.
Oczywiście. Majster skończy za dwadzieścia minut, zapłacone. Do zobaczenia i lepiej uważaj na tę nogę, bo biegasz całkiem sprawnie.
Zosia wyszła z mieszkania z poczuciem ulgi. Nie narobiła awantury, nie rwała włosów z głowy. Po prostu pokazała wszystkim, jak jest.
W domu Bartosz czekał już spięty.
Jak tam? Mocno podeptała stopę? Dzwoniłem, nie odbierała…
Zosia usiadła, nalała sobie herbaty, spojrzała na niego.
Noga w porządku, Bartosz. Sama skacze wokół kanapy. Karnisz wiesza fachowiec, ja wszystko załatwiłam.
Fachowiec? Po co? Sam bym…
Bartosz, usiądź, Zosia wskazała krzesło.
Mąż posłusznie usiadł.
Powiedz mi szczerze, nie widziałeś, co się dzieje? Świeczki, wino, szlafrok, a prośby zawsze wtedy, gdy mnie nie ma albo kiedy mamy plany?
Bartosz poczerwieniał, spuścił wzrok, zaczął wysypywać okruszki na stół.
Może się domyślałem, ale… głupio mi było odmówić. Wydawało mi się, iż to minie, jeżeli nie będę reagował. Samotna… trochę jej żal.
Samotna… Zosia parsknęła. Bartosz, robiła z tobą, co chciała. Chcąc być dobrym dla niej, bywałeś kiepski dla nas. Dla niej byłeś ratownikiem, dla mnie nieobecnym. Dziś zobaczyłam wszystko świeczki, dwa kieliszki. Nie na złotą rączkę czekała.
Bartosz milczał. Bolało. W oczach miał smutek i zmieszanie. Przypomniał sobie, ile razy Mania przypadkiem go dotknęła, jak patrzyła mu prosto w oczy, gdy opowiadała o swoich nieszczęściach na wyrost.
Przepraszam, jestem głupi.
Trochę, przyznała Zosia. Ale i dobry. I ja cię kocham. Ale od dziś Mania dzwoni do fachowców, jeżeli coś się popsuje. Nie do nas. jeżeli jej się nudzi pisze do innych koleżanek. Ty jesteś już na emeryturze z funkcji pogotowie techniczne dla Mani. Umowa?
Umowa powiedział pewnym głosem Bartosz. Zrozumiałem. Dziękuję, iż to załatwiłaś. Gdybym sam pojechał i zobaczył te świeczki chyba wyszłoby dużo gorzej.
Mania więcej nie zadzwoniła. Ani za tydzień, ani za miesiąc. Prawdopodobnie jej ambicja (czy to, co z niej zostało) nie zniosła kompromitacji.
Pół roku później Zosia przypadkiem spotkała Manię w galerii handlowej. Tamta szła pod rękę z kulturalnym panem, obładowana torbami z modnych sklepów i wyglądała na całkiem szczęśliwą. Spojrzały na siebie przelotnie Mania uniosła brodę, prychnęła i udawała, iż nie zna Zosi.
Zosia uśmiechnęła się pod nosem. Cieszyła się, iż Mania w końcu znalazła sobie swojego hydraulika i montera na pełen etat. A w ich domu z Bartoszem wreszcie zapanował upragniony spokój, niezakłócany alarmami o cieknącej spłuczce.
Wieczorami pili herbatę i planowali wakacje, a jeżeli decydowali się jechać na działkę, to na tę działkę jechali. Bo granic rodzinnych warto pilnować, choćby jeżeli narusza je ktoś, kto robi minę najbardziej bezradnej istoty na świecie.
Podobała ci się ta historia? W świecie, gdzie każdy ma manię do naprawiania innym życia, zawsze warto znać swoje granice. Napisz w komentarzu, co zrobiłabyś na miejscu Zosi!











