No Tadek, no proszę cię! Naprawdę nie wiem już, co robić! Woda leje się na całego, zaraz zaleję sąsiadów, a przecież znasz tą furiatkę z dołu wykończy mnie nerwowo! Tak mi się trzęsą ręce, zaworu choćby znaleźć nie mogę! głos w słuchawce brzmiał tak cienko i żałośnie, iż choć telefon nie był na głośniku, dosłyszała go choćby ze swojego miejsca przy stole.
Małgorzata odłożyła widelec na talerz powoli, z namysłem. Dźwięk łyżeczki o porcelanę zabrzmiał w cichej, przytulnej kuchni jak sygnał do rozpoczęcia kolejnej rundy walki, która wiedziała to doskonale trwała już trzeci rok. Po drugiej stronie stołu siedział jej mąż, Tadeusz, i przygryzał nerwowo wargę: co raz zerkał na stygnący bigos, a co raz na świecący ekran telefona.
Emilka, spokojnie mruczał do słuchawki. Jaki zawór, pod zlewem czy w łazience? Zakręcaj główny.
Nie wiem, gdzie on jest! Tadek, przyjedź, błagam cię! Boję się, co jak to wrzątek? Sama jestem, strach mnie zjada!
Podniósł wzrok na żonę. Przebłyskiwała w jego spojrzeniu ta znajoma mieszanka prośby i rezygnacji, którą Małgorzata widywała ostatnio za często.
Gosiu, słyszysz? Zaleje mieszkanie. Emilia to jak dziecko zero z techniki. Trzeba jechać.
Oczywiście, trzeba odrzekła spokojnym, kontrolowanym tonem, nie zdradzając burzy, która szalała w niej w środku. Bo to nie jest dziś nasza rocznica. I nie planowaliśmy tego wieczoru przez dwa tygodnie. I nie spędziłam trzech godzin przy garach. Jedź, oczywiście. Ratuj Emilię, bez ciebie przecież przepadnie.
No nie zaczynaj… Tadeusz wstał nagle, łapiąc nerwowo za kluczyki do samochodu. Przyjaciele z dzieciństwa jesteśmy, pomocy ktoś potrzebuje. Tylko uszczelkę wymienię i zaraz wracam. Bigos włóż do piekarnika, żeby nie wystygł.
Trzasnęły drzwi. Małgorzata została sama w mieszkaniu, w którym aromaty domowej kolacji mieszały się z goryczą rozczarowania. Podeszła do okna zza firanki zobaczyła, jak samochód Tadeusza odjeżdża w ciemność.
Emilia. To imię stało się trzecią osobą w ich małżeństwie. Koleżanka z podstawówki, dziewczyna swoja jak ją tylko Tadeusz przedstawiał. Pojawiła się nagle, zaraz po swoim rozwodzie, i przepadła w ich codziennym życiu. Na początek to były drobne prośby tu coś przewieźć, tam naprawić komputer. Tadeusz, który każdemu pomógł, bez mrugnięcia okiem jeździł.
Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem prośby Emilii przybierały rozmiary kataklizmów. Albo złapie gumę na trasie, albo polka w łazience runie, albo pilnie trzeba skręcić szafkę, bo nie ma gdzie rzeczy położyć. Zawsze dokładnie wtedy, gdy Małgorzata i Tadeusz mieli swoje plany.
Gosia nie była chorobliwie zazdrosna. Rozumiała, iż przyjaźń to przyjaźń. Ale kobieca intuicja podpowiadała jej wyraźnie, iż sprawa nie rozbija się o cieknące krany. Emilia była atrakcyjna, zadbana, z tym szczególnym błyskiem w oku i głosem, który przy mężczyznach zamieniał ich przynajmniej w jej mniemaniu w herosów z Olimpu. Perfekcyjnie grała kartą bezradnej dziewczynki, a Tadeusz czuł się wtedy bohaterem, który ratuje świat.
Małgorzata schowała kolację do lodówki. Apetyt minął. Tadeusz wrócił za trzy godziny, zmęczony, ubrudzony, ale zadowolony z siebie.
Uff, udało się! Tam naprawdę zaczynało być groźnie poszło uszczelka. Trochę się z tym bawiłem, potem jeszcze do nocnego sklepu po uszczelki. Emilia się wystraszyła, piła melisę.
Chociaż herbatą cię poczęstowała, wybawco? zapytała Małgorzata, udając, iż czyta książkę.
Poczęstowała. I jabłecznikiem. Upiekła, wiesz? Przepraszała, iż zepsuła nam wieczór i pozdrawia cię.
Jabłecznikiem poczęstowała, pomyślała Małgorzata. Czyli kiedy 'nie mogła znaleźć zaworu’, ciasto piekło się w piekarniku? Ciekawe.
Nic nie powiedziała. Kłócić się była już zmęczona Tadeusz zaraz by wyjechał z oskarżeniami o niewdzięczność i oschłość. Postanowiła działać inaczej. Następnym razem nie zostanie w domu. Pojedzie razem ratować Emilię.
A następnym razem nadszedł szybciej, niż myślała. W sobotę rano mieli jechać na działkę. Pogoda wymarzona maj, ciepłe słońce, a w bagażniku już marynował się karkówka do grilla, w marzeniach Małgorzaty widzieli siebie na tarasie, z lampką wina.
Telefon Tadeusza rozdzwonił się, gdy ładował węgiel do bagażnika. Małgorzata zesztywniała znała ten charakterystyczny dzwonek: specjalny dla Emilii.
Tak, Emi? Jak to iskrzy? zbladł. Bardzo? Dymi? Niczego nie dotykaj, wyłącz korki! Tak, rozumiem. Zaraz będę.
Wyłączył telefon i spojrzał niepewnie na żonę z tacką sadzonek w rękach.
Gosiu, sprawa…
Kontakt? przerwała mu.
Gorzej. Skrzynka elektryczna się iskrzy. Cały korytarz cuchnie spalenizną, boi się, iż pożar. Z administracji w sobotę nikt nie przyjedzie, a elektrycy z ogłoszeń policzą jak za zboże i jadą godzinami.
Rozumiem Małgorzata spokojnie odstawiła sadzonki. Czyli działka nieaktualna.
Przecież nie odwołuję! Przejdziemy do niej, ja rzucę okiem. Jak coś poważnego, zadzwonię po pogotowie, jak drobiazg, naprawię. To po drodze prawie. Godzina, no.
W porządku przytaknęła Małgorzata. Jadę z tobą.
Tadek wstrzymał się z odpowiedzią.
Po co? Ty się na elektryce nie znasz. Zostań, gwałtownie wrócę.
Nie, Tadziu. My jedziemy na działkę. Razem. Po drodze wpadniemy do Emilii, pomożesz i jedziemy dalej. Nie zamierzam czekać tu nie wiadomo ile. Chętnie też się z Emilką przywitam.
Nie chciał się spierać. Wsiedli razem do auta. Tadeusz całą drogę był spięty, nerwowo bębnił palcami w kierownicę. Małgorzata miała w sobie spokój lodowatego Bałtyku, choć wewnątrz wszystko gotowało się do wybuchu.
Emilia powitała ich w satynowym szlafroku ledwo zakrywającym uda, z makijażem jak na sylwestra. Na widok Małgorzaty, która wysiadła z samochodu, przez sekundę skrzywiła się, ale zaraz wyciągnęła promienisty uśmiech.
Gosieńko! Taka niespodzianka! A ja w takim stanie, znerwicowana, nieuczesana… teatralnie poprawiła nienaganne loki. Wchodźcie do środka. Tadek, w przedpokoju groza iskrzy, syczy!
Tadeusz zabrał się do roboty. W korytarzu faktycznie czuć było lekki zapach przypalonego plastiku, nic więcej. Od razu zabrał się za skrzynkę ze śrubokrętem i miernikiem elektrycznym.
Chodź, Małgosiu, na kawę, pogadamy, jak chłopy naprawiają zagadała Emilia, próbując odciągnąć ją od korytarza.
Zostanę tutaj. Może Tadziu potrzebuje podać latarkę, przytrzymać coś.
Latarkę? zachichotała Emilia. Tadek jak profesjonalista, wszystko naprawi zamkniętymi oczami, prawda?
Tadek pogrzebał przy kablach, nie odpowiadając.
Emilko Małgorzata patrzyła wprost na koleżankę męża dlaczego nie wezwałaś pogotowia z administracji? Pracują całą dobę, a prąd to nie żarty.
Tam chamstwo! Przyjadą, zadepczą, nawrzeszczą Tadek to swój człowiek, ma złote ręce, tylko jemu ufam.
Złote ręce mojego męża wyraźnie powiedziała Małgorzata dziś miały trzymać szaszłyki. Mieliśmy jechać na działkę.
Przepraszam! Cały czas przeze mnie problemy… Sama nie daję sobie rady, po rozwodzie wszystko się wali. Ty masz dobrze, pod solidnym ramieniem a ja sama!
Po piętnastu minutach było po wszystkim.
Poluzował się styk, trochę przypaliło przewód. Oczyściłem, dokręciłem. Ale Emilka, powinnaś wymienić bezpiecznik, stary już.
Tadku, a mógłbyś mi załatwić bezpiecznik? Ja zapłacę, tylko kup jaki trzeba. Założysz przy okazji?
Tadek nie zdąży Małgorzata uprzedziła odpowiedź. Jedziemy na działkę. Wieczorem wrócimy bardzo późno, a w następny weekend mamy bilety do teatru. Zadzwoń po elektryka, Tadeusz ci spisze typ na kartce.
Emilia spojrzała na nią z nieukrywanym rozdrażnieniem, zaraz jednak znów rozczuliła oczy do Tadeusza:
Chociaż na kawę zapraszam! Kupiłam wasze ulubione eklerki!
Dzięki, jesteśmy najedzeni ucięła Gosia, łapiąc męża pod ramię. Jedziemy, mamy plan.
Gdy wyszli na klatkę, Tadek westchnął z ulgą.
Gosiu, czemu taka szorstka? Przecież prosiła z serca.
Z serca, ale o twoją uwagę. Przecież nie widzisz? Ten szlafrok, ten głos. Ona nie szuka pomocy, tylko twojego czasu i zachwytu.
Przestań! Znamy się od lat, dla niej jestem jak brat.
Oj tak, brat na posyłki, co naprawi kontakt, pogłaszcze ego. Wygodny brat.
Pojechali w końcu na działkę, ale niesmak pozostał. Małgorzata wiedziała, iż to nie koniec. Emilia tak łatwo nie odpuści. Lubiła czuć władzę, sterować i patrzeć, jak mąż innej kobiety przybiega do niej na każde zawołanie.
Finał nadszedł po dwóch tygodniach. Tadek był w delegacji, miał wrócić w piątek. Małgorzata szykowała kolację i bardzo czekała na powrót. O szóstej wieczorem zadzwonił mąż.
Gosiu, będę trochę później. Wjechałem już do miasta, ale Emilia ma awarię…
Co tym razem? Meteoryt na balkon?
Nie… Kupiła nowy karnisz, ciężki, kuty. Próbowała sama zamontować, upuściła i uderzyła się w stopę. Palec spuchł, nie może chodzić. Karnisz leży pośrodku pokoju i nie da się przejść. Prosi, żebym pomógł, a po drodze zajadę do apteki po maść. gwałtownie załatwię.
Małgorzata westchnęła głęboko.
Posłuchaj, Tadek. Jedź do domu. Ja pojadę do Emilii.
Ty? Po co?
Bo ja jestem kobietą i wiem, jaką maść kupić. Pomogę z nogą, zrobię opatrunek. Ty jesteś zmęczony po drodze. Jadę do niej za pół godziny.
jeżeli chcesz, tylko nie wdawaj się w kłótnie, dobrze? Ona ledwo chodzi.
Gosia sięgnęła po telefon. Wcale nie zamierzała leczyć Emilii. Chciała wyleczyć całą sytuację.
Znalazła przez internet ogłoszenie Złota rączka, o najlepszych opiniach. Zamówiła fachowca do zamontowania karnisza. Dalej zamówiła przez aptekę na dowóz przeciwbólową maść i bandaż.
Wsiadła w samochód.
Pod blokiem Emilii zastała już kuriera z apteki, który dzwonił domofonem. Odebrała paczkę, weszła na piętro. Drzwi były otwarte Emilia nie zamknęła ich, czekając prawdopodobnie na Tadeusza.
Weszła bez pukania.
W salonie półmrok, płonące świeczki, na stoliku butelka wina i dwa kieliszki. Emilia leżała na sofie w tym samym szlafroczku, nogę wyciągniętą. Karnisz rzeczywiście leżał na podłodze, ale wszystko wyglądało na starannie wyreżyserowane.
Usłyszawszy kroki, Emilka jęknęła:
Tadku, jesteś? Przyniosłeś maść?
Małgorzata zapaliła górne światło, niszcząc nastrojowy półmrok.
Emilia poderwała się, zapominając o urazie.
Gosia?! Po co przyszłaś? Gdzie Tadek?
Tadek w domu, je kolację spokojnie oznajmiła Małgorzata, stawiając paczkę leków na stole obok wina. Ja przywiozłam maść. I pomoc.
Ale… ja potrzebowałam Tadka! On silny, on by karnisz zawiesił!
Karnisz zawiesi fachowiec.
Wtedy zadzwonił dzwonek. Gosia otworzyła drzwi. Przed progiem stanął solidny mężczyzna w kombinezonie z walizką narzędzi.
Dzień dobry. Złota rączka. Karnisz, prawda?
Tak, proszę, tam w salonie. Pani pokaże, gdzie zawiesić.
Fachowiec obejrzał ścianę i wziął się za robotę.
Ściana betonowa, potrzeba sześciu kołków. Pani ma drabinę?
Emilia siedziała czerwona z gniewu. Patrzyła na Małgorzatę z jawną niechęcią.
Po co ty to wszystko aranżujesz? wysyczała, ogłuszona wiertarką.
Ja? Ja tylko pomagam. Sama prosiłaś o pomoc oto lekarstwa, oto fachowiec. Za usługę zapłacone. Tadek odpoczywa, a ty masz, czego chciałaś. Albo jednak potrzebowałaś mojego męża?
Emilia zerwała się z kanapy już nie kulejąc.
Wynoś się! wrzasnęła. Jesteś żałosna! Tadek zwariuje przez twoje zasady. On potrzebuje świętego spokoju… a ty sztywniara!
Może i sztywniara, ale to do mnie wraca. Ty za to każdą awarię wymyślasz tylko po to, żeby mieć go na godzinkę. To nie nudzi cię udawanie? Jesteś atrakcyjną kobietą, Emi. Znajdź sobie wolnego faceta. Nie żebrz przy cudzych drzwiach.
WYJDŹ!
Oczywiście. Fachowiec skończy za dwadzieścia minut, zapłacone. Do widzenia, Emilia. I trochę oszczędzaj nogę, bo wyjątkowo gwałtownie nią tupiesz.
Małgorzata wyszła z mieszkania, lżej niż kiedykolwiek. Nie urządziła awantury mężowi, nie wyrywała włosów, po prostu pokazała wszystkim, jak naprawdę wygląda cała ta relacja.
W domu Tadeusz czekał na nią niespokojny.
Jak tam? Mocno stłukła nogę? Próbowałem się dodzwonić, nie odbiera.
Gosia nalała sobie herbaty, spojrzała na męża.
Z nogą wszystko w porządku. Karnisz montuje fachowiec, ja opłaciłam robotę i lekarstwa.
Po co fachowiec? Sam bym…
Usiądź, Tadku. Powiedz szczerze: naprawdę nie widziałeś, co się dzieje? Świeczki, wino, szlafrok, prośby dokładnie wtedy, kiedy mnie nie ma?
Tadeusz poczerwieniał. Milczał, dłubiąc okruszki chleba.
Domyślałem się… Ale nie mogłem uwierzyć. Przecież przyjaciele jesteśmy Nie umiałem odmówić, bo była samotna.
Samotna? Tadek, ona tobą kręciła jak dzieckiem. Ty próbując być dobry dla niej, byłeś zły dla naszej rodziny. Dziś wszystko zobaczyłam wino, kieliszki. Nie fachowiec miał przyjść ona czekała na ciebie.
Tadeusz milczał, zawstydzony. Przypomniał sobie te wszystkie przypadkowe” dotknięcia ręki, przesadnie długie spojrzenia, chwalenie go przy równoczesnym pomniejszaniu Gosi.
Przepraszam powiedział cicho. Głupi byłem.
Trochę, ale dobry. Kocham cię. Ale od dziś żadnej pomocy dla Emilii. Teraz ma numer do Złotej rączki. Jak coś się popsuje dzwoni tam. O samotności rozmawia z koleżankami. Dla niej nie jesteś już pogotowiem. Zgoda?
Zgoda. Naprawdę to zrozumiałem. Dziękuję, iż pojechałaś. Gdybym ja zobaczył te świece byłoby gorzej.
Emilia już więcej nie zadzwoniła. Ani za tydzień, ani za miesiąc. Może duma nie pozwoliła jej wpaść znowu do rodziny, gdzie przejrzano jej zamiary.
Po pół roku Małgorzata spotkała ją w galerii handlowej Emilia pod rękę z postawnym mężczyzną, z torbami z eleganckich butików, promienna i zadowolona. Ich wzrok się spotkał. Emilia ledwie drgnęła, parsknęła i przeszła obojętnie.
Gosia tylko się uśmiechnęła. Cieszyła się, iż Emilia znalazła kogoś, kto już całkiem legalnie naprawi jej kran i powiesi karnisz. A w ich domu wreszcie zapanował spokój przetykany herbatą, wspólnymi planami na urlop i świadomością, iż jeżeli zaplanują wyjazd na działkę, to razem na nią dotrą.
Bo granic rodziny trzeba pilnować, choćby jeżeli ktoś przekracza je pod płaszczykiem największej bezradności.
Jeśli podobała ci się ta opowieść i uważasz, iż granice są ważne choćby w przyjaźni, zostaw serce i podziel się swoim zdaniem: co zrobiłbyś na miejscu Małgorzaty?











