Przybrana córka

twojacena.pl 1 tydzień temu

Pasierbica

Kiedy poznałem Marinę i zakochaliśmy się w sobie, Zuzia miała sześć lat. Wychowywała się bez ojca i tak bardzo łaknęła miłości, iż nie mieliśmy żadnych problemów z nawiązywaniem relacji. Wszystko układało się między nami znakomicie, aż nadszedł ten czas burzliwy okres dojrzewania!

Nie jesteś moim ojcem! krzyknęła kiedyś Zuzia.

Jak to nie ojciec? A kto, przepraszam bardzo, przez te wszystkie lata wysłuchiwał Twoich żalów na kolegów z klasy i stawał w Twojej obronie na zebraniach rodzicielskich? Kto chował ostatnie krówki w szafce, by dać Ci je, gdy byłaś smutna? Kto znał Twój sekret o zabraniu lalki od zadziornej Basi z sąsiedniego bloku? I kto, za przeproszeniem, późną nocą przemykał z tą lalką przez trzepak i podrzucił ją w krzaki, żeby potem się odnalazła jakby nigdy nic? Przecież, przypominam sobie, jeszcze kilka lat temu obiecywałaś, iż będziemy oboje mówić prawdę więc dlaczego od kiedy nazywałaś mnie tatą stałem się nagle nie ojcem?

Słowa pasierbicy, którą zawsze uważałem za własną córkę, zabolały mnie strasznie. Ale nie mogłem dać tego po sobie poznać. Po pierwsze, jestem mężczyzną. Po drugie, obrażając się na Zuzię, pogłębiłbym tylko nasz problem, nie rozwiązał.

Przyjęte do wiadomości zameldowałem, salutując lekko dla podkreślenia powagi sprawy. To jak, omówimy nasze nowe stosunki? Prawa i obowiązki nie ojca i nie córki, co Ty na to?

Choć serce krwawiło mi na samą myśl, wiedziałem, iż to dobre podejście. Trzeba pozwolić jej wybrać samodzielnie ale w granicach, które sama wyznaczy. Jednak i tym razem Zuzia mnie zaskoczyła:
Nie chcę mruknęła i trzasnęła drzwiami przed moim nosem.

Nigdy wcześniej nie zachowywała się w ten sposób. Jako dziecko zawsze jasno artykułowała swoje potrzeby, a potem wspólnie decydowaliśmy, co jest możliwe. Gdy stwierdziła, iż chciałaby latać skacząc z szopy, tłumaczyłem jej dokładnie, czemu to niemożliwe, ilustrując skutki przykładowymi zdjęciami z internetu. Za to gdy w pierwszej klasie postanowiła, iż jej mężem będzie Kuba Moskal z równoległej klasy i ona przeprowadzi się do niego, od razu powiedziałem, iż pomogę, jak tylko prawo pozwoli. Oczywiście, miesiąc później sama to odwołała.

Zawsze więc rozsądnie rozmawialiśmy o różnych nieporozumieniach, a teraz oto, nagle nie chcę i nie ojciec. Kiedyś choćby swoje niechcenie uzasadniała logicznie:
Nie smakuje mi ta kasza! mówiła.
Dlaczego?
Bo prawie w ogóle nie ma cukru i na wierzchu zrobiła się kożucha.

No to wiadomo! Albo mama gotuje nową kaszę, albo już dajemy dziecku wymarzone ciastko z reklamowanym mlekiem w proszku.
Postałem chwilę przed jej drzwiami, patrząc na wzór słojów w drewnie, szukając odpowiedzi, jednak żadna nie przyszła mi do głowy. Odetchnąłem głęboko. Takie życie, zobaczymy, co dalej.

Marina podchodziła do zmian w zachowaniu Zuzi spokojniej. Twierdziła, iż sama w młodości tak narozrabiała, iż jej ojciec marzył, żeby zniknęła gdziekolwiek, byle z domu. Powtarzała, iż gdy hormony przestaną wariować, wszystko wróci do normy. Chociaż każdy dojrzewa w inny sposób, a ja szczerze mówiąc, zaczynałem tęsknić za Zuzią. Nie miałem z kim oglądać wieczorem meczów albo podśmiewać się z Joanny, przyjaciółki Mariny, u której kolor włosów zmieniał się szybciej niż pogoda nad Wisłą.

Z czasem Zuzia zaczęła na chwilę wychodzić ze swojego kokonu, a w pozostałe chwile jeszcze bardziej się od nas odsuwała i była wrogo nastawiona. Kiedy były momenty normalności, cieszyłem się jak dziecko.

Dziewczyny, a może w weekend wyskoczymy za miasto? zaproponowałem. Pogoda ma być super, zabierzemy wędki, rozstawimy namioty.
O, naprawdę, Zuziu, pojedziemy? zapaliła się Marina.
Ja z wami nigdzie nie jadę! Sami sobie dźwigajcie wędki, wędkarze! huknął za mną drzwiami i popatrzyliśmy na siebie z żoną zaskoczeni. Przecież chwilę wcześniej była w dobrym humorze.

Chyba już choćby wędkowania nie lubi rozłożyłem ręce.

A potem, pewnego razu, Zuzia po prostu zniknęła. Nie wróciła do domu po lekcjach, nie odbierała telefonu. Obdzwoniliśmy wszystkie jej koleżanki, a ja, nie mogąc już wytrzymać, wyruszyłem na poszukiwania. Na początek pojechałem do Maćka niegdyś jej najlepszego kolegi, od którego jednak odsunęliśmy się ostatnio.
Nie wiem, gdzie ona jest burknął Maciek.
Może chociaż przypuszczenie?
Odkąd powiedziała, iż jestem nudny, nie utrzymujemy kontaktu.
Wiesz, też nazwała mnie nie ojcem, ale dalej się nią interesuję Stare przyjaźnie zobowiązują.

Ruszyłem już w stronę schodów.
Zaczekaj zawołał Maciek. Może jest z Dawidem.
Z który to Dawid?
Z równoległej klasy. Taki, wie pan, niegrzeczny chłopak. Lepiej wam się nie spodoba to, co tam zobaczycie.
Tym bardziej! Chodź, pokażesz mi, gdzie urzęduje ten Dawid.
Ja tam nie pójdę.
Czasem ludziom trzeba pomóc, choćby jeżeli nie chcą. Zawsze myślałem, iż jesteś silny, iż nie zrażają Cię takie słowa.

No dobrze westchnął i poszedł za mną.

Podjechaliśmy pod jakieś garaże. Już z daleka było słychać głośną muzykę.
Jak chcesz, możesz zostać w samochodzie zaproponowałem Maćkowi.
Wcale się nie boję.

Przy wejściu stało kilku chłopaków i jedna dziewczyna, ale Zuzi nie było. Podszedłem bliżej.
Szukam Zuzi, jest z wami? musiałem przekrzyczeć muzykę.

Ty to chyba z ekipy poszukiwawczej? rzucił ktoś głupim żartem.

Nagle w drzwiach pojawiła się Zuzia.
Po co tu przyszedłeś?! prawie wykrzyczała.
Po ciebie.
Znam drogę do domu i bez ciebie.
Być może, ale jest późno i nie chciałbym odbierać cię z komisariatu. Chodź, taksówka już czeka, księżniczko.

Fuknęła, ale jednak wsiadła do auta, mrucząc pod nosem do Maćka:
Zdrajca!

Od tamtej pory coraz częściej znikała wieczorami, a ja, niczym uparty osioł, za każdym razem woziłem ją spod tego garażu, znosząc żarty chłopaków o osobistym kierowcy. Pewnego dnia jednak odmówiła powrotu ze mną.
Czego chcesz?! krzyczała. Daj mi spokój, jestem dorosła, będę wracać, kiedy chcę!
Z takim pytaniem zwróć się do sejmu odpowiedziałem bo w Konstytucji są jasno określone prawa i obowiązki niepełnoletnich.
Idź, wiesz gdzie! Zuza odwróciła się, uznając rozmowę za zakończoną.
Wiesz, iż bez ciebie i tak nigdzie nie pójdę, choćby tam, gdzie mnie właśnie wysłałaś.
Żałuję, iż spotkałeś moją mamę, lepiej by cię nie było! powiedziała, jednak w końcu wsiadła do auta.

To był cios poniżej pasa, przez całą drogę szczypały mnie oczy i przez moment pomyślałem, żeby faktycznie się wycofać. Kim ja adekwatnie jestem, żeby wtrącać się w jej życie? Obcy człowiek, tylko mąż jej matki Ale nie potrafiłem nie mogłem zostawić jej samej wśród licznych życiowych pułapek i przepaści. A jeżeli się potknie? Przewróci? I nie będzie nikogo, kto poda jej rękę? Niech sobie krzyczy i obraża się nie ustąpię.

Wkrótce Zuzia i jej paczka zmienili miejsce spotkań. Garaż był zamknięty, muzyki już nie grało, a ja znów nie wiedziałem, gdzie jej szukać. Przejęty, wydusiłem z Maćka jeszcze kilka możliwych miejscówek, ale Zuzi nigdzie nie było.

Zaczęła wracać sama, wtedy kiedy sama chciała, czasami w środku nocy. Widząc, jak Marina cierpi, rozumiałem, iż jej spokój był pozorny; udawała opanowanie, by trzymać rodzinę w ryzach. Leżeliśmy w łóżku, nasłuchując dźwięku wracających drzwi, udając, iż wszystko w porządku, tylko po to, by jeszcze się nie załamać.

Pewnej bezsennej nocy rozdzwonił się mój telefon. Ręce mi drżały.
Panie Tomaszu usłyszałem głos Maćka dzwoniła Zuzia, iż jest w jakimś mieszkaniu na Alejach Jerozolimskich i nie wie, jak się wydostać.
Podała numer domu?
Opisała dokładnie, wiem, gdzie to.

Pojedziesz ze mną.

Spojrzałem na żonę. Drżały jej usta, chyba wszystko słyszała.
Proszę, nie martw się! Wszystko załatwię. Zostań w domu, ciasto upiecz, wiesz, jak nocą robię się głodny. Proszę, nie daj umrzeć nocnemu kierowcy! Jestem dobrej myśli pocałowałem ją w czubek nosa, czując na ustach słony smak łez.

Zabrałem Maćka, popędziliśmy przez nocną Warszawę, łamiąc czasami przepisy, ale boczne ulice były puste, więc gwałtownie dotarliśmy do centrum, które choćby o tej porze żyło pełnią życia, a taksówki blokowały przejazd. Przekląłem pod nosem, omal nie potrąciłem dwóch facetów pijących piwo na jezdni rosły w nich chyba skrzydła odwagi przy czymś mocniejszym.

Pod kamienicą popatrzyłem na Maćka:
Zostań w aucie, pilnuj, by było gotowe do odjazdu, kto wie, jaka dziś faza księżyca
Jasne.

Obszedłem najpierw wszystkie okna, niektóre tętniły muzyką, inni wychodzili na balkon zapalić; normalny blok, tylko ja byłem w rozsypce. Weszła starsza pani, jakby czekała na rozmówcę.
Są u nas trzy podejrzane mieszkania! oświadczyła, wypytana. Sami narkomani!
Tacy prawdziwi? uśmiechnąłem się.
Pewnie, iż tak! Widziałam, jak się kłują, palą jakieś świństwa.

Może i przesadza, ale postanowiłem sprawdzić. Pierwsze mieszkanie tylko wiecznie pijany lokator z jamnikiem, wyglądał na rozgarniętego. Drugi lokal pusty, nikt nie odpowiadał na pukanie. Trzeci na samym podejściu poczułem dreszcz lęku. Kiedy już miałem zapukać, ze środka wyszła młoda dziewczyna. Przez moment pomyślałem, iż to Zuzia, takie były podobne, ale jej oczy były martwe, jak u lalki, usta przekrzywione, jak maska przeszedł mnie chłód. Odsunąłem się i niemal wbiegłem do środka.

W wyobraźni widziałem moją pasierbicę z tak samo pustym spojrzeniem i serce ściskało mnie ze strachu.
Zuzia! zawołałem, przepychając się przez korytarz, przewracając butelki i przestawiając ludzi, wołając jej imię.
W końcu, gdzieś zza drzwi łazienki, rozległ się jej głos:
Tato! Tato! płakała.

Rzuciłem się do klamki i szarpnąłem drzwi. Dziewczynka siedziała w środku sama, schowana, bała się wyjść na zewnątrz.

Gdy schodziliśmy po schodach, na górę wpadła policja. Starsza pani zadzwoniła na komisariat, a bliski patrol przyjechał momentalnie.
Przetrzymywali ją tu siłą? spytał policjant.
Tak, tylko ja jestem jej ojczymem wyjaśniłem.
On jest moim tatą! powiedziała głośno Zuza.

W domu jedliśmy naleśniki ze śmietaną, przesolone, pewnie przez łzy Mariny, ale wyborne jak nigdy. Wreszcie mogłem wygłosić kilka słów do mojej znów łagodnej córki. Mówiłem, iż choćby jeżeli będzie wypędzać mnie miotłą i rzucać oskarżenia, nigdy nie zniknę z jej życia, bo kocham je obie i bez nich byłoby mi wszystko jedno. Tłumaczyłem jeszcze coś o tym, iż życie to cyrkowe żonglowanie ciężko się go uczymy ale upadki uczą nas wstawać. Słuchały mnie we dwie, uśmiechnięte, opierając policzki na rękach. Moje dziewczyny. Moje szczęście.

Idź do oryginalnego materiału