Przeznaczenie na szpitalnym łóżku – „Proszę, niech pani się nim zajmie! Ja do niego podejść się boję…

twojacena.pl 1 tydzień temu

LOS NA SZPITALNYM ŁÓŻKU

Proszę, zajmij się nim! Ja się do niego choćby boję podejść, nie mówiąc już o karmieniu łyżeczką pani Basia rzuciła torbę z zakupami na łóżko, gdzie leżał jej ciężko chory mąż.

Proszę się tak nie denerwować! Mąż na pewno wyzdrowieje. Potrzebuje teraz dokładnej opieki. Pomogę panu Januszowi stanąć na nogi uspokajałam, już nie pierwszy raz próbując podnieść na duchu żonę pacjenta z gruźlicą.

Janusza przywieźli w trudnym stanie, ale miał spore szanse na przeżycie. Sam bardzo chciał żyć a to połowa sukcesu. Szkoda tylko, iż jego żona Basia w ogóle nie wierzyła w lekarzy. Wyglądało na to, iż z góry odrzuciła swojego męża.

Z perspektywy czasu wiem, iż ich syn, po latach, również poważnie zachoruje na otwartą gruźlicę. Basia od razu się od niego odwróci. Jednak Piotrek, ich syn, pokona chorobę.

Mimo trudnej diagnozy, Janusz żartował, śmiał się, chciał jak najszybciej opuścić oddział gruźliczy. W tej wsi, gdzie mieszkał z rodziną, nie było specjalistycznego szpitala, więc Basia rzadko do niego zaglądała. Było mi go żal młody facet, zaniedbany, opuszczony, w spranych ubraniach.

Janusz, nie masz nic przeciwko, jeżeli przyniosę Ci jakieś rzeczy? Widzę, iż choćby kapci nie masz, chodzisz w półbutach. Przyjmiesz ode mnie taką paczkę? żartowałam, próbując rozchmurzyć sytuację.

Od Ciebie, Agnieszka, choćby lekarstwo bym przyjął, choćby było gorzkie jak trucizna. Ale proszę, nie fatyguj się. Daj mi tylko wyzdrowieć Janusz delikatnie ujął moją dłoń.

Cicho wymknęłam się z sali, próbując uspokoić rozszalałe serce. Czyżbym się zakochała? Nie chciałam rozbijać rodziny, to grzech, nic dobrego z tego nie będzie Ale przecież serca nie da się uciszyć, ono nie zna zakazów. Ach wpaść jak śliwka w kompot

Coraz częściej odwiedzałam salę Janusza, rozmawialiśmy godzinami podczas długich nocnych dyżurów. Nasze rozmowy były pełne ciepła, szczere. Tak jakoś przeszliśmy na ty, niepostrzeżenie.

Janusz ma pięcioletniego syna.

Mój Piotrek jest bardzo podobny do swojej pięknej mamy. Wiesz, Agnieszka, ja naprawdę kochałem Basię. Kładłem jej świat do stóp. Basia jest namiętną kobietą, magnetyczną, a w łóżku prawdziwy wulkan. Ale kocha tylko siebie. I z tym już nic się nie zrobi. Jej egoizm niszczy nas od środka, gorszy niż kwas. Popatrz Tobie, obcej osobie, na mnie najbardziej zależy westchnął ciężko.

Basi daleko, trudno jej ciągle dojeżdżać próbowałam go usprawiedliwiać.

Daj spokój, Agnieszka! Jak to mówią: żona męża kochała, miejsce w więzieniu mu kupiła. A do kochanka potrafi jechać na drugi koniec kraju. Słyszałem Janusz aż się wzburzył.

Dobranoc, Janusz. Czasem lepiej nie robić nic pod wpływem chwili. Wszystko się ułoży powiedziałam, gasząc światło.

Oczywiście, Janusz cierpiał. Leżał bezradnie w szpitalu, a żona bawiła się w najlepsze gdzie indziej. Nie jest to śmiertelna rana, ale mówi się, iż dla mrówki choćby rosa to potop.

Po tygodniu usłyszałam krzyk w sali Janusza. Wpadłam do środka.

Żeby mi Cię więcej tu nie było, ladacznico! Wypad! ryknął, a Basia jak strzała wybiegła z oddziału.

Co się stało? spytałam zdziwiona.

Janusz odwrócił się do ściany, cały się trząsł. Musiałam mu podać środek uspokajający.

Minął miesiąc. Basia nie pojawiła się ani razu.

Janusz, może zadzwonić do żony? zapytałam nieśmiało.

Dziękuję, Agnieszka, nie trzeba. Rozwodzimy się odpowiedział bez emocji.

Przez chorobę? Bzdura, wracasz przecież do zdrowia! nie dowierzałam.

Pamiętasz, jak wyrzuciłem Basię? Przyjechała wtedy tylko po to, by oznajmić, iż ma kochanka i chce, żeby zamieszkał w naszym domu. Powiedziała, iż skoro ja jestem jeszcze niepewny, to w gospodarstwie przyda się męska ręka, dach przecieka Janusz przerwał.

To straszne tylko tyle zdołałam powiedzieć.

Jeszcze tego samego tygodnia Basia pojawiła się z jakimś mężczyzną. Janusz tego nie widział, ale ja z okna widziałam wszystko jak na dłoni. Facet nerwowo palił papierosa na ławce pod blokiem, czekał na Basię. Po godzinie wybiegła, dała mu buziaka i razem gwałtownie się oddalili.

Janusz, wychodzisz do domu zawiadomiłam go.

Agnieszka, chciałbym cię o coś poprosić A zresztą, nieważne był wyraźnie skrępowany.

Janusz, zgadzam się. O to chciałeś spytać, prawda? odważyłam się i powiedziałam, co myślę.

Janusz się otworzył:

Agnieszka, nie mam dokąd pójść. Czy mogę u Ciebie zamieszkać? Z Basią wszystko się wyjaśniło, ona wychodzi za mąż.

Mam dziecko. jeżeli je zaakceptujesz, zbudujemy rodzinę szczerze przyznałam.

Dziecko nie przeszkadza. Już je kocham Janusz spojrzał mi głęboko w oczy, tak, iż aż zrobiło mi się ciepło na sercu.

Minęło od tamtej pory wiele lat i zim. Mamy z Januszem dwójkę wspólnych dzieci, stworzyliśmy ciepły, rodzinny dom. Piotrek, syn Janusza, często przyjeżdża do nas z rodziną. Moja córka z pierwszego związku mieszka za granicą. Tak naprawdę, nie było prawdziwego małżeństwa. Dałam się zwieść miłym słowom. Zaufanie nie było odwzajemnione, życie nie potoczyło się według melodii, jaką sobie wyobrażałam. Ale nie żałuję.

Co do Basi, to jeszcze kilka razy wychodziła za mąż. Urodziła syna z przelotnego romansu z kierowcą na delegacji. Chłopiec całe życie borykał się z chorobą psychiczną. Basia nie okazywała mu nigdy ciepła, była wobec niego zimna i obojętna. Wychowywał się sam, niezauważony. Po śmierci Basi chłopak trafił do domu opieki.

A my z Januszem już dziadkowie, a uczucie mamy silniejsze niż dawniej. Idziemy przez życie razem, cieszymy się każdą chwilą, spojrzeniem, oddechemCzasem myślę o tym wszystkim, patrząc na Janusza, jak z wnukami buduje z klocków zamki, których żaden potop już nie zburzy. Chwytam go wtedy za rękę i wiem, iż choć los nie raz rzucał nami o ścianę, nigdy nie zamknęliśmy serca przed drugą szansą. Może w tym jest tajemnica: iż choćby jeżeli życie rozdziera stare plany, można odnaleźć szczęście w zwyczajnych dniach, przy herbacie, uśmiechu, powtórce rodzinnej opowieści.

Agnieszka

W końcu nie to, co utracone, ale to, co znalezione po drodze, zostaje z człowiekiem najdłużej.

Idź do oryginalnego materiału