Przez czterdzieści lat robiłam wigilie na dwanaście osób - pierogi, barszcz, rybę, makowiec. W tym roku córka napisała, iż „dla wygody" zamówiła catering i wszyscy zjadą się u niej. Na Wigilię dostałam zaproszenie jako gość - z dopiskiem „nie musisz nic przynosić, mamo, odpoczywaj"
Lista zakupów leżała na lodówce, przyczepiona tym samym magnesem z Kołobrzegu od piętnastu lat. Mąka na pierogi, suszone grzyby, karp - podkreślony dwukrotnie, bo w zeszłym roku Tadeusz kupił za małego. Dwudziestego listopada zdjęłam ją, żeby dopisać makowiec, i wtedy zobaczyłam wiadomość od Patrycji.
„Mamo, w tym roku Wigilia u nas w Lublinie. Zamówiłam catering z Zielonej Kuchni, będzie wszystko tradycyjne, ale bez tego całego szaleństwa. Nie musisz nic przynosić, odpoczywaj. Damy znać o godzinie. Buziaki!"
Przeczytałam to trzy razy. Za pierwszym razem nie zrozumiałam. Za drugim poczułam, iż coś mnie ściska w żołądku. Za trzecim odłożyłam telefon na blat i patrzyłam na tę listę zakupów, jakby nagle była napisana w obcym języku.
Czterdzieści lat. Czterdzieści wigilii w tym samym pokoju, przy tym samym stole rozłożonym na całą długość, z dodatkową ławką przyniesioną od sąsiadki z dołu. Zaczynałam gotować dwudziestego drugiego.
Pierogi z kapustą i grzybami - trzysta sztuk, nie mniej, bo Artur jadł za trzech, a teściowa zawsze zabierała na drugi dzień. Barszcz czerwony z uszkami. Karp smażony i karp w galarecie. Kutia, bo moja matka była z Podlasia i tak ją wychowała. Kompot z suszu. I makowiec - ten z przepisu babci Zofii, z rodzynkami moczonymi w rumie od rana.
Pracowałam wtedy jeszcze w wydziale geodezji w starostwie, więc brałam dwa dni urlopu przed świętami. Tadeusz po nocnych zmianach na kolei padał na kanapę i spał do południa, ale wieczorem dwudziestego trzeciego wstawał i bez słowa zaczynał lepić pierogi.
Nie umiał ich porządnie zaginać - zawsze się rozwierały w gotowaniu - ale nigdy mu tego nie powiedziałam. Staliśmy razem w kuchni, on z rękami po łokcie w mące, ja przy garnkach, i to była nasza Wigilia przed Wigilią.
Teraz oboje jesteśmy na emeryturze. Tadeusz poszedł trzy lata temu, ja dwa. Mieszkamy w tym samym bloku na Wyszyńskiego w Siedlcach od trzydziestu ośmiu lat. Patrycja wyfrunęła do Lublina zaraz po studiach, wyszła za Damiana, ma dwójkę dzieci. Artur jest w Warszawie, pracuje w jakiejś firmie informatycznej, przyjeżdża kiedy może. Na co dzień jest cicho. Ale na Wigilię - na Wigilię zawsze wracali do nas.
Zadzwoniłam do Patrycji następnego dnia.
- Córciu, dostałam tę wiadomość. Ale ja już listę napisałam, grzyby mam zamówione w Hali...
- Mamo, właśnie o tym mówię - przerwała mi. - Co roku się wykańczasz. Trzy dni stoisz w kuchni, potem masz nogi jak kłody, tata nam mówił, iż w zeszłym roku nie mogłaś się wyprostować do Nowego Roku. Pomyśleliśmy, iż czas, żebyś odpoczęła.
- Pomyśleliście - powtórzyłam. - Kto?
- Ja, Damian, Artur. Mamo, to nie jest kara. To prezent.
Nie powiedziałam nic więcej. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy stole w kuchni - przy tym samym, na którym wałkowałam ciasto na pierogi każdego dwudziestego drugiego grudnia od czterdziestu lat. Tadeusz wszedł z pokoju, spojrzał na mnie i zapytał, co się stało. Powiedziałam mu. Wzruszył ramionami.
- To może i dobrze. Młodzi chcą przejąć.
Spojrzałam na niego tak, jakby mnie uderzył.
- Przejąć? Catering to jest przejąć?
Nie odpowiedział. Wrócił do swojego pokoju, do telewizora. A ja siedziałam i próbowałam zrozumieć, dlaczego mnie to tak boli, skoro niby powinnam się cieszyć.
Bo powinnam, prawda? Mam sześćdziesiąt trzy lata, kolana mi trzeszczą, dłonie sztywnieją od rana, plecy bolą od stania. Patrycja ma rację - wykańczam się co roku. Ale tego nie chciałam usłyszeć. Nie od nich. Nie w ten sposób - wiadomością, między buziaki a emoji z choinką.
Chciałam, żeby ktoś powiedział: mamo, w tym roku gotujemy razem. Albo: mamo, naucz mnie tego makowca, bo kiedyś nie będę miała kogo zapytać. Albo nawet: mamo, gotuj mniej, zrobimy tylko barszcz i pierogi, resztę kupię ja.
Ale catering. „Zielona Kuchnia". Zamówienie numer taki a taki, odbiór dwudziestego czwartego do czternastej.
W grudniu zaczęłam robić to, co robiłam zawsze. Kupiłam grzyby. Namoczyłam mak. Stanęłam w kuchni dwudziestego drugiego rano i zaczęłam pierogi. Tadeusz wszedł po południu, popatrzył na mnie, ale nic nie powiedział. Wieczorem zadzwoniła Patrycja.
- Mamo, co ty robisz?
- Pierogi.
- Ale przecież jest catering. Mamo, proszę...
- Ja nie proszę - powiedziałam. - Ja robię. Pierogi będą, bo ja je zrobię. Czy ktoś je zje, to już wasza sprawa.
Cisza. Potem Patrycja westchnęła tym tonem, który znam - pełnym miłości i irytacji jednocześnie. Takim samym, jakim ja wzdychałam na swoją matkę dwadzieścia lat temu, kiedy przy siedemdziesiątce upierała się, iż sama wykopie ziemniaki z działki.
Wigilia była u Patrycji. Pojechaliśmy z Tadeuszem. W bagażniku miałam garnek pierogow, barszcz w słoiku i makowiec. Damian otworzył drzwi, zobaczył to i nic nie powiedział, tylko zabrał garnek.
Patrycja popatrzyła na mnie z progiem kuchni. Jej catering stał już na blacie - w białych, eleganckich pojemnikach. Karp w sosie migdałowym. Sałatka z buraka z kozim serem. Zupa grzybowa z lanymi kłuskami.
I moje pierogi obok. Wgniecione trochę z transportu, w starym garnku z odłupaną emaliią.
Usiedliśmy do stołu. Wnuki - Zosia i Filipek - rzuciły się na pierogi pierwsze. „Babciu, babciu, z grzybami!". Artur przyjechał spóźniony, wszedł, zobaczył garnek i uśmiechnął się pod nosem. choćby Damian wziął dwa. Patrycja nie tknęła ich przez pół kolacji, a potem, kiedy myślała, iż nie patrzę, nałożyła sobie trzy na talerz.
Catering był dobry. Naprawdę dobry. Karp pachniał migdałami, zupa miała idealną konsystencję. Pewnie lepsze niż moje gotowanie, jeżeli oceniać obiektywnie. Ale obiektywnie to się nie je Wigilii.
Po kolacji pomagałam Patrycji zmywać. Stałyśmy obok siebie przy zlewie - ona myła, ja wycierałam. Jak kiedyś, tylko role odwrócone.
- Mamo - odezwała się cicho - ja wiem, iż to nie było dobrze zrobione. Z tą wiadomością. Powinnam zadzwonić. Powinnam zapytać.
Nie odpowiedziałam od razu. Wycierałam talerz z małymi niebieskimi kwiatkami - taki sam jak ten, który dostaliśmy z Tadeuszem na wesele.
- Powinnaś - powiedziałam w końcu. - Ale ja też powinnam ci kiedyś powiedzieć, iż te pierogi to nie jest tylko jedzenie.
Patrycja odłożyła gąbkę i popatrzyła na mnie.
- To co?
Chciałam powiedzieć, iż to jestem ja. Że czterdzieści lat przy tym stole, z tymi garnkami, z tą mąką na podłodze i tym bólem pleców - to było moje miejsce w tej rodzinie. Że bez tego nie wiem, kim jestem przy wigilijnym stole. Gościem? Emerytką, która przyjechała zjeść i pojechała?
Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam tylko:
- W przyszłym roku gotujemy razem. Ty, ja i Zosia. Nauczę ją zawijać pierogi.
Patrycja stała chwilę, z rękami mokrymi od piany, a potem przytaknęła.
Wracaliśmy do Siedlec dwudziestego szóstego. Tadeusz prowadził, ja patrzyłam na mijające pola za oknem. Na tylnym siedzeniu stał pusty garnek - ten z odłupaną emalią.
Pomyślałam, iż powinnam kupić nowy. Większy. Taki, w którym zmieszczą się pierogi robione na sześć rąk. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];










