Sam poprosił o powołanie do wojska
Kostiantyn Własenko urodził się 7 lipca 1977 roku i pochodzi z Krzywego Rogu, miasta położonego w środkowo-wschodniej Ukrainie. Przed rozpoczęciem służby wojskowej prowadził zwyczajne życie, pracując między innymi w zakładach przemysłowych. Był operatorem ogromnego pojazdu ciężarowego marki BiełAZ, wykorzystywanego w kopalniach odkrywkowych do przewożenia urobku. Maszyna, którą obsługiwał, miała ładowność około 130 ton. Pracował również w przemyśle koksowniczym, a jego doświadczenie zawodowe nie miało wcześniej związku z wojskiem. Kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę w lutym 2022 roku, Własenko nie został od razu wcielony do armii. Jak sam przyznaje, wcześniej nigdy nie służył w wojsku, ani nie uczestniczył w działaniach zbrojnych. Przez pewien czas nie mógł też otrzymać powołania, ponieważ jego zatrudnienie w przemyśle dawało mu odroczenie mobilizacji. Nie chciał jednak pozostawać poza armią. Kiedy zauważył, iż przedstawiciele wojskowych służb mobilizacyjnych zaczynają powoływać mężczyzn z jego zakładu pracy, sam postanowił zgłosić się do służby. Podjechał samochodem do przedstawicieli centrum rekrutacyjnego i poprosił o wezwanie do wojska. Później, podczas rozmowy z ukraińskim dziennikarzem Jurijem Butusowem, podkreślał, iż nikt nie musiał go do tego zmuszać. Zależało mu na tym, aby osobiście uczestniczyć w obronie kraju. Ostatecznie trafił do 30. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej imienia księcia Konstantego Ostrogskiego, gdzie służył w drugim batalionie. Otrzymał pseudonim bojowy "Magura". Przez kolejne miesiące wykonywał zadania wojskowe, nie przypuszczając, iż pewnego dnia zostanie odcięty od bezpiecznych dróg odwrotu. Jako piechur musiał nauczyć się funkcjonować w warunkach, w których o przeżyciu decydowały nie tylko umiejętności i wyposażenie, ale również możliwość otrzymania zaopatrzenia i zmiany na stanowisku. Szczególnie niebezpieczne były obszary kontrolowane z powietrza przez rosyjskie bezzałogowce. Każdy ruch żołnierzy mógł zostać zauważony, a próba dotarcia do własnych pozycji zakończyć się atakiem.
Betonowa rura stała się jego domem
2 czerwca 2025 roku Własenko wraz z innym żołnierzem wyruszył na wysunięte stanowiska na kierunku kupiańskim, na lewym brzegu rzeki Oskoł. Następnego dnia przejął służbę na pozycji nazywanej "Wertun". Było to wyjątkowo prowizoryczne schronienie, urządzone w betonowej rurze odwadniającej, przebiegającej pod drogą. W jej środkowej części żołnierze wykonali otwór prowadzący do niewielkiej ziemianki. Konstrukcja pozwalała obserwować teren z dwóch przeciwnych kierunków, ale pozostawiała bardzo mało miejsca do odpoczynku. Własenko trafił tam po tym, jak jeden z jego poprzedników został poważnie ranny. Żołnierz poszedł odebrać zrzucone z powietrza zaopatrzenie i nadepnął na niewielką minę przeciwpiechotną, która ciężko uszkodziła mu stopę. Kostiantyn uczestniczył w jego ewakuacji, a następnie sam zajął zwolnione stanowisko. Początkowo zakładał, iż podobnie jak inni żołnierze, po pewnym czasie zostanie zastąpiony przez kolejną zmianę. Nie wiedział, iż spędzi na tej pozycji około dziesięciu miesięcy. Warunki były niezwykle trudne. W betonowej rurze nie dało się choćby swobodnie usiąść, a żołnierze musieli poruszać się w ciasnej przestrzeni. Własenko i jego towarzysz postanowili stopniowo powiększać schronienie. Kopali ziemię, wzmacniali konstrukcję i przygotowywali dodatkowe miejsce, w którym mogliby przebywać następni żołnierze, gdy nadejdzie zmiana. Chcieli, aby nowo przybyli mogli wejść do ziemianki, zanim dotychczasowa obsada opuści stanowisko. Każda taka czynność wymagała wysiłku, ponieważ większość prac wykonywano manualnie, w bardzo ograniczonej przestrzeni. Z czasem udało im się wygospodarować choćby niewielki kącik do przygotowywania posiłków. Przystosowali schronienie do wielomiesięcznego pobytu, choć pierwotnie nie miało służyć jako stałe miejsce zamieszkania. Światło dzienne docierało do wnętrza jedynie przez niewielkie otwory. Żołnierze rzadko mogli wyjść na otwartą przestrzeń, ponieważ nad okolicą niemal nieustannie pojawiały się rosyjskie drony rozpoznawcze. Własenko wspominał, iż z czasem przywykli do tych warunków, ale ich organizmy coraz gorzej znosiły brak ruchu i wielomiesięczne przebywanie pod ziemią. Największym problemem pozostawało jednak to, iż nie można było bezpiecznie sprowadzić zmienników. Rosyjskie wojska zwiększały liczbę dronów obserwujących teren, a żołnierze próbujący przejść do wysuniętych stanowisk stawali się łatwym celem. Nad drogami i polami krążyły bezzałogowce, które mogły przekazywać informacje o ruchach piechoty lub bezpośrednio atakować wykrytych ludzi. Ukraińscy dowódcy podejmowali próby organizowania rotacji, ale część wysyłanych żołnierzy nie była w stanie dotrzeć na miejsce. Podczas jednej z takich prób zginęli wojskowi, którzy mieli zmienić dotychczasową obsadę. Kolejna grupa próbowała dotrzeć do poległych i zabrać ich ciała, jednak również nie zdołała wykonać zadania. Własenko zrozumiał, iż każda następna wyprawa może oznaczać kolejne ofiary. Przyznał, iż poprosił dowództwo, aby nie wysyłało już ludzi na tak niebezpieczną trasę. Wolał pozostać na miejscu, niż wiedzieć, iż następni żołnierze mogą zginąć, próbując go zastąpić. Miesiące spędzone w schronieniu zaczęły odbijać się na jego zdrowiu. Mięśnie słabły, a poruszanie się stawało się coraz trudniejsze. Dowódca zachęcał żołnierzy do wykonywania ćwiczeń, aby w razie konieczności mogli gwałtownie opuścić stanowisko. Kostiantyn wspominał jednak, iż po tak długim czasie spędzonym w ciasnej rurze, zwykły bieg był adekwatnie niemożliwy. Coraz częściej przemieszczał się na czworakach, oszczędzając siły i starając się wykonywać wyłącznie niezbędne czynności.
14 lutego 2026 roku musieli opuścić schronienie
Zimą sytuacja dodatkowo się pogorszyła. W lutym 2026 roku przyszła odwilż, która spowodowała napływ wody do betonowej rury. Schronienie zaczęło być zalewane, a warunki przebywania w nim stały się nie do zniesienia. 14 lutego Własenko poinformował dowództwo, iż nie mogą dłużej pozostać w dotychczasowym miejscu. Wspólnie z towarzyszem zdecydowali się przejść do innego schronienia, mimo iż opuszczenie ukrytej pozycji narażało ich na wykrycie przez przeciwnika. Żołnierze wydostali się na zewnątrz przemoczeni i wyczerpani. Temperatura ponownie spadła poniżej zera, a wielomiesięczny brak normalnej aktywności fizycznej sprawiał, iż każdy kolejny metr wymagał ogromnego wysiłku. Własenko poruszał się z trudem, niekiedy podpierając się rękami. Udało im się dotrzeć do zniszczonego budynku, gdzie postanowili odpocząć i przeczekać zagrożenie. Poinformowali dowództwo o nowym miejscu pobytu, licząc, iż uda się dostarczyć tu suche ubrania oraz żywność. Ukraińskie drony rozpoczęły zrzucanie potrzebnych rzeczy. Zaopatrzenie było niezbędne, ponieważ mężczyźni znajdowali się w warunkach silnego wychłodzenia i nie mieli możliwości samodzielnego dotarcia do bezpieczniejszych pozycji. Każdy przelot własnego bezzałogowca oznaczał jednak ryzyko ujawnienia ich kryjówki. Rosyjskie drony rozpoznawcze zauważyły aktywność w rejonie zniszczonego budynku i zaczęły obserwować to miejsce. Niedługo później stanowisko znalazło się pod ostrzałem.
Rosyjski dron trafił go w nogę
Rosyjskie bezzałogowce zaczęły atakować zniszczony budynek, w którym schronili się Kostiantyn Własenko i jego towarzysz broni. Mężczyźni ukryli się w jednym z narożników, częściowo osłoniętym przez uszkodzone betonowe płyty. Podczas jednego ze zrzutów Kostiantyn został trafiony odłamkiem w lewą nogę. Był tak wychłodzony, iż początkowo niemal nie poczuł uderzenia. Dopiero później zorientował się, jak poważnego doznał urazu. przez cały czas mógł częściowo opierać się na prawej nodze, ale niedługo również ona została uszkodzona. Kiedy ukraiński dron dostarczył kolejną paczkę z żywnością, Własenko próbował jak najszybciej ją odebrać. Obawiał się, iż Rosjanie zniszczą zaopatrzenie, zanim żołnierze zdążą z niego skorzystać. Wśród gruzów znajdowały się wystające pręty zbrojeniowe i fragmenty płyt, których nie zauważył. Podczas przemieszczania się poważnie skręcił prawą nogę. Od tej chwili nie był już w stanie normalnie chodzić. Każde przesunięcie ciała wymagało podpierania się rękami i sprawiało mu coraz większą trudność. Jego towarzysz również był skrajnie wyczerpany i głodny. Kiedy nadleciał następny dron z zaopatrzeniem, żołnierz podpełzł do zrzuconego worka. Wyjął z niego jedzenie, a następnie zapytał Kostiantyna, czy również chce coś zjeść. Ten odmówił. Niedługo później nad budynkiem ponownie pojawiły się rosyjskie bezzałogowce. Własenko słyszał ich silniki i spodziewał się następnego ataku. Po eksplozji zauważył, iż jego kolega został ranny. Podciągnął go bliżej siebie i próbował ustalić, gdzie odłamki trafiły mężczyznę. W pomieszczeniu panowała ciemność, a Kostiantyn nie miał latarki. Dotykał ubrania żołnierza, szukając krwi, ale nie potrafił ocenić obrażeń. Ranny jęczał i nie był w stanie odpowiedzieć na pytania. Własenko pozostał przy nim, licząc, iż wraz z nadejściem świtu zdoła lepiej mu pomóc. 16 lutego 2026 roku jego towarzysz zmarł. Tego dnia kończył 50 lat. Dla Kostiantyna oznaczało to nie tylko utratę człowieka, z którym dzielił codzienność na froncie. Od tej chwili nie miał obok siebie nikogo, kto mógłby pomóc mu się przemieścić, opatrzyć ranę czy odebrać kolejną dostawę. Przykrył ciało zmarłego, zebrał broń, koc i najpotrzebniejsze rzeczy. Wiedział, iż nie może dłużej pozostać w miejscu, które Rosjanie już wykryli. Pomimo obrażeń zaczął szukać innego schronienia.
Z głośnika usłyszał propozycję poddania się
Wkrótce w pobliżu żołnierza doszło do kolejnego wybuchu. Początkowo sądził, iż Rosjanie ponownie próbują go zabić, ale po chwili usłyszał głos dobiegający z niewielkiego urządzenia zrzuconego przez drona. Był to głośnik odtwarzający przygotowany wcześniej komunikat. Rosjanie informowali, iż wiedzą o jego obecności i przekonywali, iż ukraińscy żołnierze nie zdołają go uratować. Ostrzegali, iż następny ładunek wybuchowy może zostać skierowany bezpośrednio w jego stronę. Napastnicy proponowali mu poddanie się do niewoli. Miał wystawić w widocznym miejscu butelkę lub puszkę, a następnie oczekiwać na drona wyposażonego w jasne światło. Według komunikatu, maszyna miała wskazać mu drogę, po której zostanie zabrany jako jeniec, a w przyszłości wymieniony i odesłany do domu. Kostiantyn nie uwierzył w te zapewnienia. Nie zamierzał opuszczać stanowiska, choćby jeżeli dalsze pozostawanie w ukryciu mogło skończyć się jego śmiercią. Odpowiedział słowami nawiązującymi do znanego ukraińskiego hasła skierowanego przeciwko rosyjskiemu okrętowi wojennemu. Następnie przez radiostację powiadomił dowództwo o zrzuconym urządzeniu i próbie nakłonienia go do kapitulacji. Ukraińskie drony próbowały zniszczyć głośnik, jednak nie udało się go odnaleźć. Odtwarzany komunikat przez cały czas rozlegał się w pobliżu kryjówki. Około dwudziestu minut później przyleciał duży rosyjski bezzałogowiec. Maszyna opuściła się nisko nad budynkiem, wzbijając tumany pyłu. Kostiantyn zrozumiał, iż za chwilę zostanie zrzucony kolejny ładunek. Skulił się i zacisnął zęby, próbując osłonić ciało. Po wybuchu przez moment niczego nie widział. W ustach czuł pył i drobiny gruzu. Kiedy zorientował się, iż przez cały czas żyje, usłyszał kolejny huk. Cegły i fragmenty betonowych płyt zaczęły spadać wokół niego. Udało mu się schronić wewnątrz pozostałości starego pieca, pod ciężkimi żeliwnymi elementami konstrukcji. To właśnie tam przetrwał następne uderzenie. Większa część otaczającego go budynku została zniszczona, ale fragment instalacji grzewczej i pozostałości płyty utworzyły osłonę, która nie zawaliła się na żołnierza. Kostiantyn postanowił zostać w tym miejscu. Odtąd niewielka przestrzeń wśród ruin stała się jego kolejną kryjówką.
W kwietniu stracił lewą stopę, w maju prawą
Stan zdrowia Własenki pogarszał się z tygodnia na tydzień. W uszkodzonych kończynach narastał obrzęk, a rany nie mogły prawidłowo się goić. Żołnierz próbował samodzielnie je opatrywać, korzystając z materiałów dostarczanych przez ukraińskie drony. Otrzymywał między innymi środki odkażające, opatrunki i leki przeciwbólowe. Nie było jednak możliwości zapewnienia mu odpowiedniego leczenia chirurgicznego. Kostiantyn musiał radzić sobie sam, obserwując postępujące obumieranie tkanek. W kwietniu 2026 roku martwica doprowadziła do utraty lewej stopy. Własenko opowiadał później, iż uszkodzona część kończyny stopniowo obumarła i ostatecznie oddzieliła się od reszty nogi. Nie potrafił zatrzymać tego procesu, ale starał się ograniczać krwawienie i zabezpieczać ranę. Kiedy pojawiała się krew, korzystał z opaski uciskowej, a następnie zakładał opatrunki. Sam przyznawał, iż nie rozumie, w jaki sposób jego organizm przetrwał tak ciężkie obrażenia bez specjalistycznej pomocy. Prawa stopa również stopniowo obumierała. Uraz, którego doznał wcześniej, doprowadził do poważnego uszkodzenia stawu i otaczających go tkanek. Z czasem kość zaczęła wystawać przez skórę, a niemal każdy ruch pogarszał stan kończyny. Żołnierz nie mógł chodzić, ale przez cały czas musiał przemieszczać się do miejsc, w których spadały paczki z zaopatrzeniem. Uszkodzona stopa przeszkadzała mu podczas pełzania, zaczepiając o gruz i wystające przedmioty. W maju Kostiantyn podjął decyzję o samodzielnym odcięciu martwej części prawej stopy. Nie miał dostępu do lekarza ani możliwości przeprowadzenia zabiegu w bezpiecznych warunkach. Później opowiadał, iż położył kończynę na cegle i użył noża. Płakał, był przerażony, ale uważał, iż dalsze przemieszczanie się z tak poważnie uszkodzoną nogą prowadzi do jeszcze większych obrażeń. Nie przedstawiał tego jako aktu odwagi, ale jako desperacką decyzję człowieka pozbawionego pomocy medycznej. Po wszystkim skontaktował się z dowódcą. Mimo cierpienia próbował zachować poczucie humoru. Powiedział przełożonemu, iż można mu pogratulować, ponieważ nie ma już płaskostopia ani problemu z butami w rozmiarze 44. Dopiero po chwili dowódca zrozumiał, co się wydarzyło. Własenko wielokrotnie podkreślał później, iż właśnie czarny humor pomagał mu przetrwać najbardziej dramatyczne chwile. Kiedy zrobiło się cieplej, żołnierz zauważył w pobliżu miejsca, gdzie pozostawił obumarłe części kończyn, liczne owady. Wspominał później o pomarańczowo-czarnych motylach, które zobaczył podczas jednej z prób odebrania zaopatrzenia. Widok skojarzył mu się z twórczością Stephena Kinga, którego książki od dawna czytał. choćby to makabryczne doświadczenie próbował opowiadać z dystansem, choć nie ukrywał, jak bardzo zmieniły go miesiące spędzone w samotności.
Czekał na głosy kolegów w radiostacji
Pomimo utraty obu stóp, Kostiantyn przez cały czas pozostawał w kontakcie z dowództwem. Informował o odgłosach pojazdów, aktywności przeciwnika i sytuacji w rejonie zajmowanej pozycji. Z czasem rozmowy radiowe nabrały dla niego również innego znaczenia. Nie chodziło już wyłącznie o przekazywanie meldunków. Każdy usłyszany głos przypominał mu, iż nie został całkowicie odcięty od innych ludzi. Żołnierze na sąsiednich stanowiskach składali meldunki o określonych porach. Własenko czekał na nie z niecierpliwością. Kiedy słyszał odpowiedzi kolegów, miał poczucie, iż przez cały czas jest częścią oddziału. Gdy rozmowy się kończyły, w jego kryjówce ponownie zapadała cisza. Przyznawał później, iż długotrwała samotność zaczęła wpływać na jego psychikę. Zastanawiał się nawet, czy po powrocie do ludzi będzie potrafił normalnie z nimi rozmawiać. Ukraińscy żołnierze regularnie dostarczali mu niezbędne rzeczy. Oprócz żywności i lekarstw otrzymywał akumulatory, ładowarki i papierosy. Zdarzało się, iż niewielkie drony wlatywały bezpośrednio do jego kryjówki, gdzie odłączał od nich baterie potrzebne do zasilania radiostacji. Dzięki temu mógł podtrzymywać łączność i przez cały czas otrzymywać informacje od przełożonych. Prosił również o herbatę i słodycze, które pozwalały mu choć na chwilę oderwać myśli od warunków, w jakich przebywał. Szczególnie zapamiętał przesyłkę przygotowaną przez żonę Tetianę. Kobieta wysłała mu książkę Stephena Kinga "Outsider", wiedząc, iż lubi jego twórczość. Kostiantyn czytał ją w niewielkim schronieniu, korzystając z każdej spokojniejszej chwili. Lektura pozwalała mu przenieść myśli poza miejsce, w którym od miesięcy walczył o przeżycie. Nie wiedział, ile czasu będzie musiał tam jeszcze pozostać. W rozmowach z dziennikarzem Jurijem Butusowem przyznawał, iż często myślał o swojej córce Chrystynie. W czasie służby nie uczestniczył w jej ślubie. Nie miał również okazji poznać zięcia. Chciał wrócić nie tylko po to, aby otrzymać pomoc lekarską, ale również dlatego, iż czuł, jak wiele ważnych wydarzeń z życia najbliższych go ominęło. Miał nadzieję, iż uda mu się jeszcze nadrobić część straconego czasu. Dowództwo przez cały ten okres poszukiwało sposobu na wydostanie go z rejonu kontrolowanego przez rosyjskie drony. Własenko wiedział, iż realizowane są przygotowania, ale nie znał szczegółów. Był przekonany, iż jeżeli ratunek w ogóle nadejdzie, zostanie przeprowadzony dzięki pojazdu naziemnego. Dopiero pod koniec pobytu na pozycji otrzymał informację, iż przygotowano dla niego rozwiązanie, którego zupełnie się nie spodziewał.
Sześć miesięcy przygotowań do jednej akcji ratunkowej
Pomysł ewakuowania Kostiantyna Własenki drogą powietrzną pojawił się w dowództwie drugiego batalionu 30. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej. Jego inicjatorem był oficer rozpoznania o pseudonimie Aleks, odpowiedzialny między innymi za wykorzystanie bezzałogowców. Wojskowi wiedzieli, iż tradycyjne metody transportu nie pozwolą dotrzeć do rannego. Podjęto wcześniej próbę wysłania robota naziemnego, ale rosyjskie drony wykryły i zniszczyły maszynę. Wtedy Aleks zaczął rozważać rozwiązanie, którego dotychczas nie stosowano podczas ewakuacji żołnierzy z frontu. Ukraińscy wojskowi od dawna współpracowali z firmą Gurzuf Defence, produkującą ciężkie drony wykorzystywane do transportowania zaopatrzenia. Aleks dowiedział się, iż przedsiębiorstwo testuje nową konstrukcję, zdolną do unoszenia znacznie większych ładunków niż wcześniejsze modele. Skontaktował się z producentem i przedstawił propozycję wykorzystania maszyny do uratowania człowieka. Inżynierowie zgodzili się podjąć wyzwanie i nieodpłatnie udostępnić sprzęt na potrzeby operacji. Do zadania wybrano ciężki dron Heavy Shot Ajudag-6, wyposażony w sześć wirników i system umożliwiający przenoszenie ładunków o masie do 130 kilogramów. Urządzenie opracowano przede wszystkim do wojskowej logistyki, jednak jego konstrukcja pozwalała na podjęcie próby transportowania człowieka. Należało dostosować system podwieszenia i zabezpieczyć go w taki sposób, aby podczas lotu nie dochodziło do nadmiernego kołysania. Każdy błąd mógł skończyć się upadkiem rannego albo utratą stabilności całej maszyny. W przygotowania zaangażowano również specjalistów z 92. Brygady Szturmowej, którzy mieli doświadczenie w ewakuacjach prowadzonych przy użyciu robotów naziemnych. Prace nad operacją trwały około sześciu miesięcy. Samo szczegółowe planowanie zajęło dwa miesiące, natomiast ostatni tydzień poświęcono na sprawdzenie sprzętu, przygotowanie operatora i wyznaczenie trasy. Za sterowanie miał odpowiadać żołnierz 30. Brygady posługujący się pseudonimem Czornyj. Wcześniej obsługiwał inne ciężkie bezzałogowce, ale nigdy nie transportował nimi człowieka. Przeszedł dodatkowe szkolenie, podczas którego poznawał możliwości nowej maszyny i uczył się reagowania w sytuacjach awaryjnych. Do akcji włączyli się żołnierze kilku jednostek, w tym 14. i 92. Brygady oraz 10. Korpusu Armijnego. Przygotowano miejsca zapasowego lądowania, zespoły mogące przejąć rannego w razie awarii oraz bezzałogowce osłaniające lot. Plan zakładał również odwrócenie uwagi rosyjskich operatorów dronów, aby ciężka maszyna mogła dotrzeć do celu. Było to szczególnie ważne, ponieważ transport człowieka ograniczał prędkość i zwrotność drona, czyniąc go łatwiejszym celem. Na dzień przed operacją wysłano Kostiantynowi przesyłkę z wyposażeniem ratunkowym. W środku znajdowała się specjalna uprząż, karabińczyki oraz telefon komórkowy z filmem instruktażowym. Żołnierz otrzymał dokładne wskazówki, jak powinien przypiąć się do maszyny, gdy ta dotrze na miejsce. Nie było możliwości wysłania osoby, która pomogłaby mu założyć zabezpieczenia. Wszystkie czynności musiał wykonać samodzielnie, posługując się instrukcją i poleceniami przekazywanymi przez dowództwo.
Dron przyleciał po człowieka
4 października 2026 roku operację przeprowadzono o świcie, kiedy aktywność rosyjskich bezzałogowców była mniejsza. W tym samym czasie ukraińskie drony typu Vampire skierowano w inne rejony, aby odciągnęły uwagę przeciwnika. Jeden z nich został zestrzelony, ale najważniejsza maszyna kontynuowała lot. Ciężki Ajudag-6 wystartował w kierunku wysuniętej pozycji, zatrzymując się wcześniej w punkcie, w którym żołnierze wymienili akumulatory. Dopiero po przygotowaniu do dalszego odcinka, operator skierował urządzenie bezpośrednio do kryjówki Własenki. Kiedy dron dotarł na miejsce, Kostiantyn wydostał się na otwartą przestrzeń. Maszyna wylądowała i wyłączyła silniki, aby mężczyzna mógł bezpiecznie zbliżyć się do systemu podwieszenia. Przypiął uprząż do przygotowanych mocowań i kilkakrotnie sprawdził zabezpieczenia. Następnie spojrzał w kamerę, pokazał znak oznaczający, iż wszystko jest w porządku, i ułożył dłonie w kształt serca. Operator otrzymał sygnał do startu. Dla Własenki była to chwila, w której musiał całkowicie zaufać ludziom znajdującym się wiele kilometrów dalej. Nie miał wpływu na kierunek lotu ani na zachowanie maszyny. Gdy wirniki zaczęły pracować, poczuł, iż odrywa się od ziemi. Zawieszony w specjalnej uprzęży, w pozycji półsiedzącej, zaczął unosić się nad terenem, którego nie był już w stanie samodzielnie opuścić. W późniejszej rozmowie z dziennikarzami przyznał, iż myślał wtedy przede wszystkim o jednym: musi wykorzystać tę szansę, ponieważ kolejna może się nie pojawić. Bezzałogowiec stopniowo nabierał wysokości. Według informacji producenta podczas lotu wznosił się choćby na około 150 metrów. Kostiantyn widział pod sobą pola, drogi i zniszczone zabudowania. Mógł również obserwować rzekę, nad którą przelatywali. Właśnie ten moment szczególnie go przestraszył. Obawiał się, iż jeżeli Rosjanie zestrzelą maszynę, wpadnie do wody, a nie umiał pływać. Operator utrzymywał jednak odpowiednią wysokość i prowadził drona w taki sposób, aby ograniczyć gwałtowne ruchy. Podczas ewakuacji maszynie towarzyszyły inne ukraińskie bezzałogowce. Jeden obserwował przebieg lotu i przekazywał dodatkowy obraz sytuacji, drugi był przygotowany do przechwycenia wrogiego drona. W działania osłonowe włączyła się także artyleria, która ostrzeliwała rozpoznane stanowiska rosyjskich operatorów. Ajudag-6 pozostawał przez cały czas w kontakcie z centrum dowodzenia, a operator porozumiewał się z rannym za pośrednictwem kamery i mikrofonu zamontowanych na urządzeniu. Cała misja powietrzna trwała godzinę, 14 minut i 36 sekund. W tym czasie dron pokonał łącznie 62 kilometry, uwzględniając wszystkie etapy lotu. Sam odcinek, na którym transportowano Własenkę, wynosił około 16 kilometrów. Ze względu na duży ciężar i ograniczoną pojemność akumulatorów, nie było możliwe przewiezienie go bezpośrednio do szpitala. Zaplanowano więc lądowanie w punkcie pośrednim, gdzie czekała kolejna grupa wojskowych. Kiedy maszyna bezpiecznie znalazła się na ziemi, żołnierze odczepili Kostiantyna od uprzęży. Mężczyzna mógł wreszcie porozmawiać z ludźmi, którzy znajdowali się tuż obok niego. Przyznał później, iż sam lot przebiegł spokojniej, niż się spodziewał. Szczególnie docenił sposób prowadzenia maszyny przez operatora. Powiedział, iż pilot nie przewoził go jak worka ziemniaków, ale traktował jak człowieka, dbając o jego bezpieczeństwo.
Ostatni etap ewakuacji
Do zakończenia akcji przez cały czas pozostawało osiem kilometrów niebezpiecznego terenu. Wykorzystanie zwykłego samochodu mogło ujawnić pozycję grupy ratunkowej, dlatego zdecydowano się na kolejny bezzałogowiec, tym razem poruszający się po ziemi. Był to zdalnie sterowany pojazd "Myrotworeć", którego nazwę można przetłumaczyć jako "Rozjemca". Żołnierze zamaskowali jego konstrukcję i wyłożyli przestrzeń transportową materacami, aby ograniczyć wstrząsy podczas jazdy. Następnie umieścili na nim rannego i skierowali maszynę w stronę bezpieczniejszego obszaru. Robot pokonał wyznaczony odcinek po nierównym terenie. Dopiero po dotarciu do strefy, w której możliwe było wykorzystanie samochodu, Własenko został przekazany zespołowi ewakuacyjnemu. Żołnierze przenieśli go do pojazdu i zawieźli do punktu medycznego. Tam po raz pierwszy od długiego czasu mógł otrzymać bezpośrednią pomoc chirurgiczną. Dalsze leczenie prowadzono już w warunkach szpitalnych, bez konieczności oczekiwania na kolejne dostawy z powietrza. Kostiantyn trafił do wojskowego szpitala w Charkowie. Lekarze rozpoczęli leczenie obrażeń oraz przygotowania do rehabilitacji. Kierujący oddziałem chirurgicznym Wołodymyr Kuprijanczuk zwracał uwagę, iż mimo skrajnie trudnych warunków, w których wcześniej przebywał pacjent, udało się uniknąć części powikłań. Duże znaczenie miały regularnie dostarczane leki i materiały opatrunkowe. Lekarze ocenili, iż bez tej pomocy żołnierz prawdopodobnie nie zdołałby przeżyć. W szpitalu odwiedził go również dowódca 10. Korpusu Armijnego, który wręczył mu Order Bohdana Chmielnickiego III klasy. Odznaczenie zostało przyznane jeszcze w maju 2026 roku, kiedy Kostiantyn przez cały czas pozostawał na froncie. Dowództwo wystąpiło także z wnioskiem o nadanie mu tytułu Bohatera Ukrainy. Do odznaczeń przedstawiono ponadto uczestników operacji ratunkowej, w tym żołnierzy odpowiedzialnych za jej przygotowanie i wykonanie.
Po powrocie chce przede wszystkim być z rodziną
W październiku 2026 roku Własenko pozostaje pod opieką lekarzy i rozpoczyna przygotowania do dalszej rehabilitacji. Jego życiu nie zagraża już bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale przed nim długi okres przystosowywania się do nowej sytuacji. Nie ukrywa, iż najważniejsze jest dla niego odzyskanie możliwie największej samodzielności. Chce również nadrobić czas spędzony z dala od najbliższych. Po zakończeniu leczenia zamierza przede wszystkim wrócić do rodzinnego Krzywego Rogu. Żona Tetiana namawia go, aby zakończył służbę wojskową. Kostiantyn nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. Bierze pod uwagę pracę na stanowisku niewymagającym udziału w walkach albo działalność wolontariacką. Przyznaje, iż trudno mu wyobrazić sobie całkowite odcięcie się od ludzi, z którymi służył przez ostatnie lata. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, iż jego zdrowie nie pozwoli mu wrócić do wcześniejszych obowiązków. Zainteresowanie historią żołnierza wykroczyło daleko poza Ukrainę. Nagranie z ewakuacji opublikowane przez 92. Brygadę zaczęły pokazywać również zagraniczne media. Operację przedstawiano jako przełom w wykorzystaniu dronów do ratowania rannych na polu walki. Przedstawiciele Gurzuf Defence podkreślają jednak, iż nie należy traktować tego rozwiązania jako prostego sposobu na zastąpienie tradycyjnej ewakuacji. Transport człowieka pod ciężkim bezzałogowcem pozostaje wyjątkowo ryzykowny i wymaga osobnego przygotowania do każdych warunków. Producent zapowiedział dalsze rozwijanie systemów, które w przyszłości mogłyby umożliwić podobne akcje. Nie oznacza to jednak, iż takie maszyny będą wykorzystywane rutynowo. W przypadku Własenki konieczne było współdziałanie wielu oddziałów, operatorów dronów, inżynierów i grup naziemnych. Przedsięwzięcie pokazało, iż transport rannego drogą powietrzną jest technicznie możliwy choćby w wyjątkowo niebezpiecznych warunkach, ale powodzenie zależy od znacznie większej liczby czynników niż sama moc urządzenia. Kostiantyn dowiedział się po ewakuacji, iż operator drona, który uratował mu życie, również pochodzi z Krzywego Rogu. Wcześniej nie znali się, choć mieszkali w tym samym mieście. Żołnierz chciałby spotkać się z nim ponownie, tym razem bez pośpiechu i zagrożenia, które towarzyszyło ich pierwszemu kontaktowi. W rozmowach z dziennikarzami wielokrotnie podkreślał wdzięczność wobec wszystkich osób zaangażowanych w przygotowanie akcji. Nie uważa się za bohatera i nie ukrywa, iż sam nie byłby w stanie wydostać się z zajmowanej pozycji.
Źródła:
https://censor.net/ua/resonance/4029419/persha-u-sviti-evakuatsiya-povitryam-z-pozytsiyi
https://armyinform.com.ua/2026/10/19/vpershe-u-sviti-zdijsneno-evakuacziyu-poranenogo-za-dopomogoyu-bpla-92-ga-brygada-rozpovila-detali/
https://ain.ua/2026/10/19/ukrayinski-viiskovi-evakuiuvali-poranenogo-z-frontu-povitrianim-dronom-gurzuf-defence/
https://oboronka.mezha.ua/persha-v-istoriji-bpla-evakuaciya-316311/amp/
https://vikna.if.ua/news/178212/view
https://www.pravda.com.ua/articles/2026/10/20/8058819/index.amp
https://www.ukr.net/cluster/russianaggression/Ukrajinski_vijskovi_vpershe_evakujuvali_poranenogo_z_frontu_povitrjanim_dronom_jak_ce_vdalosja-70630660.html
https://tsn.ua/amp/ukrayina/zsu-vpershe-u-sviti-evakuiuvaly-poranenoho-biytsia-za-dopomohoiu-vazkoho-drona-3193547.html
https://24tv.ua/evakuatsiya-poranenogo-biytsya-povitryanim-dronom-viyskoviy-rozpoviv_n3164401/amp
https://korabelov.info/2026/10/628257/491-den-na-pozytsii-samotuzhky-amputovani-nohy-j-vyvezennia-povitrianym-dronom-iak-ukrainskyj-boiets-dochekavsia-poriatunku/
https://ua.news/ua/war-vs-rf/ponad-400-dniv-na-pozitsiyi-poranenogo-biitsia-vriatuvali-dronom
https://tsn.ua/amp/exclusive/tse-buv-ostanniy-shans-vriatovanyy-dronom-boyets-kostiantyn-vlasenko-rozpoviv-iak-vidrizav-sobi-nohu-ta-proletiv-62-km-nad-frontom-3195991.html
https://www.faktyua24.com/ce-buv-ostanniy-shans-vryatovaniy-dronom-boyec-kostyantin-vlasenko-rozpoviv-vidrizav-sobi-nogu-prole-cf7eba/
https://tsn.ua/amp/groshi/pyshnyy-prokomentuvav-obshuky-nabu-v-natsbanku-chy-podast-u-vidstavku-3196195.html
https://www.abc.net.au/news/2026-10-20/first-battlefield-air-evacuation-by-drone-/107286632
https://www.nbcnews.com/world/ukraine/ukraine-first-drone-evacuation-wounded-soldier-frontlines-hexacopter-rcna604310
https://www.bbc.com/ukrainian/articles/cm86z0z8xqewo.amp










