Przeszłam na emeryturę i poczułam się nieuleczalnie samotna. Dopiero w późnej starości dotarło do mnie, iż źle przeżyłam swoje życie.
Wiele kobiet sądzi, iż samotność to ogromne nieszczęście. Szczęście to ponoć wielka rodzina, masa kłopotów i zamartwień. Ja zdecydowanie się z tym nie zgadzałam. Całe życie żyłam tylko dla siebie. Nikt niczego ode mnie nie wymagał. Nie miałam żadnych zobowiązań. Wszystko jakby pływało obok mnie, a ja w tej rzece przezroczystej codzienności dryfowałam bez celu.
Po studiach zaczęłam pracę w dużej firmie zajmującej się turystyką zagraniczną. Pracowałam też jako modelka dla uznanej agencji. Udało mi się zarobić sporo pieniędzytysiące złotych przelewałam z konta na konto, jakby to były liście jesienne unoszone przez wiatr. Otaczały mnie przyjaciółki o podobnych ambicjach: przebojowe, zamożne kobiety ze snu, które przed południem piły kawę w kawiarni na Nowym Świecie, a po południu opalały się na Mazurach.
Czułam się bogata, luksus niemal pachniał w moim mieszkaniu. Podróżowałam po całym świecieraz Bytom, raz Tokio, innym razem Kraków i Oslo, wszystko razem zlewało się w mojej pamięci w kolorowe pejzaże, których granice znaczyła kolejna walizka. Spotykałam się z mężczyznamibyli cudowni, ale gwałtownie mnie nudzili. Gdy znikało zauroczenie, znikał też ich cień z mojego życia. Ani przez moment nie pragnęłam dzieci. Jak miałabym poświęcić dla nich te wolne chwile, które zamiast tego spędzałam na zakupach w warszawskiej Galerii Mokotów lub na masażu w spa pod Zakopanem? Bałam się obowiązków; bałam się zamknąć w klatce codziennych lęków i niewidzialnych granic.
Czas przemknął obok mnie, jak tramwaj, na który nigdy nie zdążyłam wsiąść. Dziś jestem emerytką. Czuję w kościach ciężar całkowitej samotności. Nigdy nie wyszłam za mąż, dzieci nie mam, nikt nie dzwoni, nikt nie pyta co u ciebie?. Dopiero teraz, gdy stare liście spadają z drzew, żałuję tego, iż nie spróbowałam choćby raz pokochać kogoś małego, kto mógłby cały świat zamknąć w swoich oczach. Najpierw nie chciałam, potem nie miałam czasu, na końcu biologiczny zegar wybił bezdźwięczne za późno.
Patrzę na moją siostrę Annędwoje dzieci, trójka wnucząt, w małym mieszkanku na Pradze zawsze słychać śmiech i czuć zapach drożdżowych racuchów. Byłam zarozumiała, nie słuchałam nigdy nikogo. Teraz serce łka, a dusza chce zacząć wszystko od nowa. Chcę znów porozmawiać z rodziną, bawić się z wnukami siostry na podwórku, może choćby spotkać samotnego mężczyznę na ławce pod brzozą i stworzyć cichy dom. Może uda mi się jeszcze zbudować coś dobregow świecie, w którym czas czasem płynie wstecz, a wspomnienia plączą się w surrealistycznej mgiełce nad Wisłą.








