Dość bycia wygodną
No to załatwione, Helenko! ćwierkała ciocia Święta, wycierając usta papierową serwetką. Serwetka była spod ciasta, które Helena Pawłowska upiekła specjalnie na przyjazd gościa. Została na niej tłusta plama po kremie. Spotykamy się piątego maja u ciebie. Ja przyniosę swoje kiełbaski, marynowane, po mojemu, a ty, kochana, ogarnij jakieś ciepłe danie. No jak to, solenizantka jesteś! Goście będą ważni, koledzy Dziadka z pracy, poważni ludzie. Trzeba ugasić temat jak należy.
Helena Pawłowska siedziała naprzeciw i trzymała w rękach filiżankę z herbatą, która już dawno wystygła. Patrzyła na ciocię Świętę i kiwnęła głową. Kiwała i myślała o tym, iż jutro trzeba oddać kwartalny raport, iż w lodówce nie ma już masła, iż mężowi Kosti znowu strzyka w krzyżu i wypadałoby kupić nowy plaster rozgrzewający. Myślała o wszystkim, tylko nie o tym, co mówiła ciocia Święta. A ciocia Święta gadała i gadała, poprawiała śliwkowy szaliczek na szyi i patrzyła przez okno, jakby już układała w myślach talerze na nieswoim stole.
Z dwadzieścia osób będzie, nie mniej kontynuowała gościni. Weź się postaraj, Helenko. Ty to nasza złota rączka, nie? Pamiętasz, jak na weselu Oleńki gotowałaś? Wszystko wciągnęli co do okruszka! Teraz to samo. Pomogę ci, jasne. Pokieruję.
Zaśmiała się. Miała śmiech krótki, urywany, jak szczekający jamniczek.
Helena Pawłowska też się uśmiechnęła. Bo tak trzeba. Bo ciocia Święta to rodzina zięcia, Dziadka, męża ich córki Oleńki, jedynego dziecka. Bo awantury rodzinne to ostateczność. Bo zawsze tak robiła. Uśmiech i zgoda.
Dobrze powiedziała. Uzgodnione.
Ciocia Święta odjechała chwilę przed dziewiątą, zadowolona i najedzona. Helena zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i postała tak z minutę. W korytarzu czuć było jeszcze cudze, duszne perfumy. Za ścianą, w salonie, bębnił telewizor. Kostek oglądał kolejny program o wędkarstwie i choćby nie wyszedł się przywitać.
Pojechała? zawołał, nie odrywając się od ekranu.
Pojechała.
Czego chciała?
Helena weszła do kuchni i zaczęła zmywać filiżanki. Woda była gorąca, niemal parzyła, ale ona nie cofnęła rąk.
Będziemy mieć imprezę rzuciła. Piątego maja. U nas.
U nas? Co za święto?
Moje urodziny. I Dziadek coś tam świętuje z pracy.
Z salonu dochodziło tylko buczenie. Potem znów szum wędkarzy.
Helena wytarła dłonie w ręcznik. Ręcznik był stary, z wyblakłymi kogutami na brzegu, kupiony kiedyś na bazarze, z piętnaście lat temu, i żal jej go było wyrzucić. Spojrzała na niego i pomyślała nagle: „Jestem jak ten ręcznik. Spłowiała. Z kogutami na brzegu. Wisi i czeka, aż ktoś wytrze o nią ręce”.
Odgoniła tę myśl i otworzyła lodówkę.
Za dziesięć dni Helena Pawłowska miała kończyć pięćdziesiąt lat. Okrągła rocznica. Pół wieku życia, z czego trzydzieści pięć pamięta na pewno. I z tych trzydziestu pięciu lat nie przypomina sobie ani jednego dnia, kiedy robiłaby coś tylko dla siebie. Nie dla męża, nie dla córki, nie dla mamy, która zmarła pięć lat temu i do której jeździła co niedzielę gotować rosół. Nie dla teściowej, która mieszkała ulicę dalej i wymagała uwagi jak dziecko. Tylko dla siebie. Ani jednego.
Pracowała jako księgowa w firmie budowlanej. Dwadzieścia dwa lata na jednym miejscu. Koledzy szanowali, szefostwo ceniło, ale awansów nie dawali po co? Helena Pawłowska i tak wszystko pociągnie. Nie jęczy. Poradzi sobie.
W domu tak samo. Kostek miał pięćdziesiąt cztery lata. Inżynier na produkcji. Pracy nie lubił, ale wytrzymywał, bo do emerytury już bliżej niż dalej. A w domu odpoczywał. Tak to nazywał: „W domu odpoczywam”. Co oznaczało: telewizor, telefon, kanapa, czasem garaż. Gotowała Helena. Sprzątała Helena. Płaciła rachunki Helena. Zakupy Helena. Gości Helena. Kostek nie uczestniczył w tym z zasady, już od dawna. To po prostu był tło życia, taki szum w uszach, do którego się przyzwyczajasz i przestajesz zauważać.
Córka Oleńka wyszła za mąż cztery lata wcześniej. Mąż, Dziadek, człowiek pracowity, ale z rodzinnymi bagażami. Matka nie żyje, ojciec gdzieś pod Szczecinem, za to ciocia Święta siostra ojca starcza za całą rodzinę. Rządzi, głośna, przywykła, iż się jej słucha. Helki nie polubiła od pierwszego wejrzenia. Nie za coś konkretnego, po prostu była zbyt cicha, zbyt ustępliwa. A tacy u ludzi dominujących wywołują głównie chęć rozstawiania po kątach.
Oleńka mamę kochała ale Dziadka kochała bardziej. To normalne. A jak trzeba było wybierać między mamą a spokojem męża, wybierała to drugie. Po cichutku.
Tak żyła Helena Pawłowska. W trzypokojowym M na dziewiątym piętrze nowohuckiego bloku. Bloki jak pod sznurek, podwórka też podobne. Tylko drzewa różne, bo tych nikt nie obcina dla porządku. Żyła i nie narzekała. A gdzie, komu i po co miałaby się żalić?
Po wizycie cioci jeszcze godzinę liczyła w kuchni, co trzeba kupić i ugotować dla dwudziestu osób. Lista wyszła pogrążająco długa. Koszty jeszcze gorsze. Spojrzała na cyfry na odwrocie starego paragonu i poczuła, jak coś ją ściska w klatce piersiowej. Nie ból. Ciężar, jakby ktoś położył jej cegłę na mostek.
Zgasiła światło i poszła spać.
Przez następne dziewięć dni żyła w trybie, który w myślach nazywała „przedimprezowy obóz pracy”. Na początku próbowała się uspokajać: iż pomaga rodzinie, iż będzie fajna impreza, iż nie ma co się rozklejać. Ale już po trzech dniach te auto-mantry wzięły w łeb.
Wstawała o szóstej rano, bo przed pracą trzeba rozmrozić jakieś mięso, spisać listę zakupów, zadzwonić po dostawę. Do szesnastej praca czasami dłużej, bo kwartalny raport sam się nie wypełni. Po pracy do sklepu i siaty z butelkami, puszkami, kasze i kilogramy mięcha. Taszczyła torby na dziewiąte piętro, bo winda działała tylko wtedy, kiedy nie padał deszcz, nie świeciło słońce i nie świętowano dnia ziemniaka. W domu wrzucała coś na gaz, ogarniała szybkie porządki. Do łóżka w pół do drugiej, z powrotem na nogach przed szóstą.
Kostek to widział. Fizycznie, bo przecież mieszkali razem. Ale obserwował jak mebel przez. Raz zapytał, czy potrzebuje pomocy. Powiedziała, iż da radę. Pokiwał głową z ogromną ulgą i wrócił do telefonu.
Oleńka zadzwoniła w środę. Zapytała, czy wszystko gotowe, przekazała od cioci przypomnienie o gorącym i przystawkach. Helena zdobyła się na: Olu, a może wzięłabyś na siebie chociaż sałatki? Ciężko mi. Oleńka umilkła na sekundę. Mamo, sama rozumiesz, praca, Dziadek w pracy, my i tak przyjdziemy, pomożemy rozłożyć talerze. „Pomóc nakryć” oznaczało wyłożyć gotowca z garnka na półmiski. Zrozumiała. Nic już nie mówiła.
Na dwa dni przed świętem myła okna, bo ciocia Święta ostatnio wypowiedziała się o kurzu na parapetach. Stała na stołku, ścierką zmywała ramy i łapała się na myśli, iż okna dla siebie myła chyba osiem lat temu, kiedy zapraszała mamę na imieniny. Tylko dla kogoś.
Noga ześlizgnęła się ze stołka, prawie spadła, w ostatniej chwili złapała się ramy. Serce zabiło mocniej, raz i drugi. Usiadła na podłodze, oparta pod oknem. Cała dudniła: nogi, plecy, głowa. Przyszło jej do głowy: „Jakbym się wywaliła i złamała nogę, wszyscy by się martwili 'a co z imprezą?'”.
Zrobiło się tak gorzko, iż aż się parsknęła śmiechem tym nieładnym, kaszlącym.
Wstała, domyła okno.
W nocy z czwartego na piątego spała trzy godziny. Pozostały czas: pichcenie, krojenie, pieczenie, układanie. Schab zapiekany, dwie sałatki, rybka w galarecie (niestety wymaganie cioci Święty), kapuśniaczki, bo kuzyn Kostka, Waldek, nie uznaje świąt bez kapuśniaczków. Tort upiekła dzień wcześniej, biszkopt z wiśniami, jej ulubiony. Jedyna rzecz zrobiona dla siebie na te dziesięć dni.
O siódmej rano wzięła prysznic, włożyła tę niebieską sukienkę kupioną dwa lata temu pierwszy raz miała ją na sobie. Spojrzała w lustro: worki pod oczami, puder nie pomagał, suche usta, czerwone dłonie. Ale sukienka była ładna. Miała prawo.
O, odstrojona skomentował przechodząc Kostek. Dobrze.
To wszystko. Żadnego „jaka śliczna jesteś”, żadnego „wszystkiego najlepszego”. Po prostu „dobrze” i do telewizora.
Goście zaczęli się schodzić o dwunastej. Ciocia Święta przyszła pierwsza, pół godziny przed czasem, z wielką torbą: własne kiełbaski, litrowy słój ogórków, pudło cukierków. Wszystko na stół. Przeszła się po mieszkaniu, rzuciła okiem na kuchnię, skinęła głową.
Dobra robota, Helenko powtórzyła jak Kostek. Napracowałaś się.
Wyjęła telefon i zaczęła dzwonić, instruować.
O trzynastej już wszyscy byli. Dwadzieścia trzy osoby. Helena naliczyła, jak usiedli do stołu kuchenny rozstawiony pół na pół ze stołem od córki i dwoma biurkami, obrus wygładzany do północy.
Patrzyła na tych ludzi i zdała sobie sprawę, iż z dwudziestu trzech znała dobrze może ze sześciu. Reszta to „koledzy Dziadka” i „znajomi cioci Święty”. Obcy siedzący u niej, jedzący jej jedzenie, na jej krzesłach (zorganizowanych u sąsiadki Bożenki z trzeciego piętra, bo swoich brakło).
Pierwszy toast wygłosił kuzyn Waldek. Długo bredził wspomniał coś z lat 90., co nie miało żadnego związku z niczym, ale wszyscy śmiali się z przyzwyczajenia. Potem podniósł się Dziadek, zięć. Krótko o mamie: Gratulujemy Helenie Pawłowskiej jubileuszu, jest naszą złotą kobietą. Wszyscy stuknęli się kieliszkami. Potem Dziadek szeroko opisywał sukcesy kumpla Antka, obecnego, o tytułach i liczbach, z których Helena nic nie rozumiała.
Ciocia Święta wstała. Widać było, iż przygotowana: recytowała o Antku, jego ścieżce, pracowitości („jaki to jesteś gość!”), potem trochę o Helenie: I nasza gospodyni niech nie będzie pominięta, skoro tu siedzimy. Ogólny rechot.
Helena Pawłowska się uśmiechała. Siedziała na czele, bo jubliatka, podnosiła kieliszek i mówiła „dziękuję” na te krótkie toastowe uprzejmości. A w środku coś narastało. Powoli. Jak woda, co trochę podgrzewa się i w końcu wrze.
Helenka, soli nie ma! krzyczał ktoś z końca stołu.
Przyniosła sól.
Chleba za mało, dorzuć poprosił Waldek.
Przyniosła chleb.
Pani Heleno, widelców brakuje rzuciła pani, którą widziała pierwszy raz.
Przyniosła widelce.
Potem ktoś chciał inną wędlinę, potem zabrakło talerzy, ciocia Święta w końcu poprosiła wodę mineralną, którą zapomniała wstawić Oleńka, więc szukała na balkonie.
Helena kursowała z kuchni na stół i z powrotem, siadała na chwilę, ale nie dało się odpocząć dłużej niż dwie minuty. Jej talerz stał ciągle pełny nie miała kiedy zjeść.
Raz chciała wznieść toast. Wstała, uniosła kieliszek. Oleńka, widząc to, też podniosła. Ale ciocia Święta akurat zaczęła relacjonować wątki o Antku tak głośno, iż wszyscy się odwrócili. Córka opuściła kieliszek. Helena postała sekundę i usiadła. Toastu nie wzniosła.
Goście pałaszowali. Chwalili żarcie: „Ryba rozpływa się w ustach”, „kapuśniaki poezja”, „mięso ekstra, jak pani robi?”. Helena odpowiadała, kiwała, tłumaczyła. Było jej miło i… gorzko. Bo chwalą jedzenie, a nie ją. Bo ona przy tym stole to kuchnia, fartuch, podaj-przynieś. A nie solenizantka.
Czas leciał. Już po piętnastej. Słońce majowe, ciepłe i zupełnie obojętne. Goście rumiani, coraz głośniejsi. Antek elaboruje o nowej fuchie, ciocia Święta doczepia swoje i śmieje się swoim szczekiem. Kostek na drugim końcu z Waldkiem, już dawno rozmawiają o wędkach.
Helena poszła po kolejną turę mięsa. Założyła rękawice, wyjąła naczynie z piekarnika, ręce jej lekko drżały ze zmęczenia. Trzy godziny snu dają się we znaki. Trochę jej ciemno przed oczami. Przekłada mięso.
Z salonu: Helena! Niesiesz? I smietana się skończyła!
Nie „Helenko”. Nie „proszę”. Nie „nie fatyguj się”. Po prostu jak do kuchty albo sprzątaczki.
Helena zatrzymała się z łyżką nad półmiskiem. W kuchni cisza. Na zewnątrz kiwała się gałąź topoli. Na kuchence stał pusty czajnik.
Coś w niej pękło.
Nie głośno. Bez bólu. Po prostu jak wyłącznik światła.
Odstawiła łyżkę. Zdjęła rękawice. Powiesiła je na haczyk, tam gdzie zawsze. Wzięła mięso, smietanę i weszła do gości.
Rzuciła wszystko na stół.
Wyprostowała się.
Przepraszam państwa powiedziała cicho, ale na tyle zdecydowanie, iż najbliżsi umilkli. Proszę o chwilkę uwagi.
Ciocia Święta dalej o czymś nawijała Antkowi. Córka patrzyła lekko zdziwiona. Kostek nie patrzył.
Proszę o uwagę powtórzyła Helena, tym razem głośniej.
Tym razem choćby ciocia przystopowała. Minę miała, jakby ktoś sfatygował jej obiad.
Co się stało? spytała z kwaśnym tonem.
Helena objęła wzrokiem stół. Gości własnych i obcych. Męża, który wreszcie spojrzał. Córkę z kieliszkiem w powietrzu, zupełnie zdezorientowaną. Ciotkę Świętę w swoim śliwkowym szaliku i twarzą najedzonego kota.
Chciałam tylko coś powiedzieć odezwała się. Dziś mam urodziny. Skończyłam pięćdziesiąt lat.
No to wszystkiego! ryknął ktoś z końca, część ludzi podniosła kieliszki.
Zaczekajcie ucięła spokojnie Helena. Zaczekajcie.
Zapadła cisza. Serce biło jej równiutko. Tak, jakby już podjęła istotną decyzję, choć jeszcze jej do siebie nie dopuściła, ciało jednak już wie.
Ostatnie dziesięć dni spędziłam w trybie, który nazwę „przygotowania do cudzej imprezy”. Spałam po trzy, cztery godziny. Wszystko sama kupiłam, przygotowałam, wymyłam okna, wyprasowałam obrus. Starałam się dla was. Teraz siedzę przy stole nakrytym dla obcych, z okazji, która z moimi urodzinami ma wspólnego tylko tyle, iż zabieracie mi mieszkanie na popołudnie. Nie wniosłam toastu, trzy razy mi przerwano. Osim razy wstawałam, podczas gdy państwo jedli. I właśnie ktoś poprosił mnie o smietanę takim tonem, jakby do pani od podłogi.
W pokoju zapadła martwa cisza. Ta, która robi się, gdy wszyscy wiedzą, co usłyszeli, ale żaden nie wie, co z tym począć.
Helena, o co ci chodzi? spytał Kostek. W głosie miał nie złość, a wyraźną dezorientację.
Mamo… szepnęła Oleńka.
Ciocia Święta nabrała powietrza, szykowała ripostę. Helena spojrzała jej wprost w oczy. Ciocia wyparowała i nic już nie powiedziała.
Chciałabym prosić wszystkich państwa kontynuowała Helena i sama się zdziwiła, iż jej głos nie drży żebyście zabrali swoje rzeczy i kontynuowali imprezę gdzieś indziej. Niedaleko mamy bar „U Bartka”, tam spokojnie się zmieścicie. Jestem gotowa sama opłacić dalszą celebrę, jak już tak wyszło. Ale tu, dzisiaj, w tym mieszkaniu, impreza się skończyła.
Pauza trwała trzy sekundy. Potem ludzie zaczęli mruczeć równocześnie.
Waldek powiedział coś pod nosem, dość grubo, ale Helena nie zrozumiała. Jakiś kolega Dziadka szukał marynarki. Ciocia wstała sztywno, popatrzyła długo na właścicielkę, w oczach miała: „będziesz żałować” ale nic nie rzekła, zgarnęła torebkę, zabrała słój po ogórkach (i to drobne upokorzenie choćby rozbawiło Helenę).
Oleńka podeszła.
Mamo, co ty wyprawiasz wyszeptała. Przecież to skandal. Ciocia Święta…
Oluś przerwała cicho Helena bardzo cię kocham. Ale teraz proszę, idź.
Córka patrzyła na nią jak na nieznajomą. I adekwatnie miała rację. Bo Helena, która stała w tej chwili przy stole i mówiła „idź, proszę”, naprawdę była trochę inna niż ta, którą Ola znała.
Kostek wychodził ostatni. Stanął w progu.
Zwariowałaś? spytał. Bez żalu. Ze zdumieniem.
Nie powiedziała Helena. Wreszcie chyba nie.
Nie miał co odpowiedzieć i wyszedł.
Zamknęła drzwi. Przekręciła zamek. Stała chwilę w przedpokoju, oparła się plecami o ścianę.
Cisza była gęsta. Taka, jakiej doświadcza się późno w nocy albo bardzo wcześnie rano, zanim jeszcze świat wstanie. Ale właśnie wybiła piętnasta, piąty maja, za oknem świergotały wróble, na dole trzasnęły drzwi klatki schodowej. Po prostu w mieszkaniu nie było nikogo, poza nią. Jakby wydech po bardzo długim bezdechu.
Przeszła do pokoju. Spojrzała na stół: półmisek z mięsem, sałatki, chleb, kieliszki. Jej talerz stał pełny. Nie jadła.
Wzięła talerz. Nie odgrzewała. Wzięła widelec, przeszła do kuchni, bo tam był jej tort biszkoptowy z wiśniami. Postawiła sobie talerz z mięsem i kawałek tortu. Zalała wrzątkiem herbatę czajnik jeszcze gorący.
Usiadła.
Za oknem majowy wiatr poruszał topolą. Listki drobne, lepkie, pierwsze. Helena patrzyła na drzewo i jadła mięso. Było pyszne to fakt. Tu akurat ciocia Święta nie skłamała.
Potem zjadła kawałek tortu.
Biszkopt delikatny, wiśnia kwaskowa, krem aksamitny. Jadła powoli, bez pośpiechu. Nikt już nie wołał „Helena, podaj”, nikt nie patrzył przez nią. Po prostu ona i tort, upieczony tylko dla siebie.
Pierwszy raz od nie pamięta ilu lat.
Nie płakała. Spodziewała się łez, bo wypada płakać w tej scenie, i gdyby to był film, leciałaby dramatyczna muzyka. Ale nie, łez nie było. Było coś zwyczajnego i bardzo twardego, jak ziemia pod stopami. Jakby wreszcie stała na czymś prawdziwym, a nie na tym, co się uginie pod pierwszym ciężarem.
Telefonu nie sprawdzała dwie godziny. W końcu sięgnęła.
Wiadomości mnóstwo. Oleńka pisała trzy razy: najpierw „mama, zadzwoń”, potem „nie rozumiem, co się stało”, na końcu „napisz, iż żyjesz”. Kostek jedno: „to było nie w porządku”. Ciocia Święta milczała, co już było niespodzianką. Kilka nieznanych numerów pewnie goście. Bożenka z trzeciego piętra: „Heleno, kiedy oddasz krzesła?”.
Odpisała tylko Bożence: „Jutro oddam, sorry za zamieszanie”.
Oleńce: „Jestem, nie martw się. Jutro pogadamy”.
Kostkowi nie odpisała.
Potem spokojnie uprzątnęła stół. Bez pośpiechu, już bez złości. Pochowała jedzenie do pudełek, wsadziła do lodówki. Naczynia zamoczyła. Wynieśli śmieci. Obrus złożyła. Krzesła oddała Bożence, która w drzwiach w szlafroku patrzyła uważnie, ale pytania nie zadała. Mądra babka.
Wróciwszy, nalała sobie kąpieli. Długiej, z pianą. Wpatrywała się w sufit plama po starej przeciece nieruszana od lat. Mieli z Kostkiem ją zamalować od trzech lat. Ale nie zamalowali. I pomyślała, iż trzy lata z zamalowaniem sufitu a trzy lata odkładania własnego życia to w sumie jedno i to samo.
Kostek wrócił po dziesiątej. Słyszała zamek, buczenie, szur śpiących kapci. Wszedł do sypialni. Stała z książką w łóżku.
Wiesz, co narobiłaś? spytał.
Tak przytaknęła.
I co?
I tyle. Wiem.
Ciocia Święta Dziadek będzie dym, nie pomyślałaś?
Pomyślałam odpowiedziała Helena. Kostek, bardzo się zmęczyłam. Porozmawiamy jutro.
Odszedł po chwili. Poszedł spać na kanapie. Nie wołała go z powrotem.
Zgasiła lampkę. Po ciemku spała długie dziesięć godzin. Pierwszy raz od nie pamięta kiedy.
Szósty maja zaczął się zwyczajnie: słońce przeciskało się przez żaluzje, wróble kłóciły się na parapecie, czuć było zapach kawy przezornie nastawionej wieczorem na timer. Wstała, wypiła kawę, zjadła kanapkę. Kostek jeszcze spał, jego oddech był wyraźnie słyszalny z salonu.
Otworzyła laptopa.
Zaczęło się od niczego: chciała sprawdzić pogodę na tydzień. Ale obok na pasku była zakładka, którą kliknęła z miesiąc temu i zapomniała zamknąć. Strona biura podróży. Wycieczki po Małopolsce szlakami zabytków. Pamięta: kiedyś zajrzała, poczytała, zamknęła bo nie miała głowy.
Kliknęła.
Kraków, Sandomierz, Kazimierz, Lublin. Osiem dni. Mała grupa, autokar, śniadania i przewodnik. Zdjęcia: biała bazylika nad Wisłą, brukowany rynek, mury klasztorne w majowym słońcu. Nigdy tam nie była. Zawsze chciała. Kostek nie cierpiał takich wyjazdów „po co biegać, lepiej na działkę”. Działka co lato. Dwadzieścia lat na grządce, w saunie, w kartoflach.
Zadzwoniła do biura rano.
Dzień dobry, patrzyła pani szlak po Małopolsce, osiem dni? miły kobiecy głos.
Tak odpowiedziała Helena. Są wolne miejsca na najbliższy termin?
Jest jedno na czternastego maja.
Jedno? powtarza Helena. Idealnie. Jedno wystarczy.
Opłaciła wycieczkę od razu przez telefon. Siedziała potem z słuchawką w dłoni i patrzyła przez okno. W głowie było spokojnie. Nie radośnie, nie podenerwowana. Po prostu spokojnie jakby organizm wiedział, iż tym razem decyzja była po jej stronie.
Zadzwoniła Oleńka. W głosie miała ostrożność, jakby szła po kruchym lodzie.
Mamo, jak tam?
Dobrze odpowiedziała Helena.
Mamo, musimy pogadać. Ciocia Święta bardzo się uraziła. Dziadek jest zdołowany. To to było niespodzianką.
Rozumiem.
Pomożesz zadzwonić do cioci Święty i przeprosić? Uspokoiłaby się, wszystko by…
Nie, Oleńko przerwała Helena.
Cisza.
Co „nie”?
Nie zamierzam przepraszać za to, iż poprosiłam ludzi o wyjście ze swojego domu w swoje urodziny.
Ale mamo…
Ola, poczekaj. Helena chwyciła kubek z kawą ciepły kubek. Chcę ci coś powiedzieć i proszę, posłuchaj nie jako córka walcząca o spokój Dziadka i cioci Święty, tylko jako człowieka.
Oleńka milczała.
Wczoraj skończyłam pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt. Spędziłam ten dzień jako służąca. Ręce mi się trzęsły, nie jadłam, byłam ignorowana, przerywana, traktowana na zasadzie „przynieś smietanę”. I wiesz co mnie najbardziej uderzyło? Że sama na to pozwoliłam. Sama ten stół nakryłam i wpuściłam tu tylu ludzi. Dwadzieścia lat żyłam, jakby nikt nie miał prawa zapytać, czy jest mi dobrze bo sama nigdy nie pokazywałam, iż to ma znaczenie.
Zamilkła. Za oknem przejechał autobus, na parapecie przysiadł gołąb, popatrzył, odleciał.
Mamo powiedziała cicho Ola, nie obronnie, tylko po ludzku pewnie masz rację. Ale to takie inne
Wiem. Dla mnie też nowość.
I co, teraz będziesz zawsze taka?
Helena uśmiechnęła się.
Nie wiem, jak zawsze. Kupiłam wycieczkę.
Jaką wycieczkę?
Po Małopolsce. Osiem dni. Wyjeżdżam czternastego.
Pauza.
Sama?
Sama.
Mamo szepnęła Ola.
Olu, to pierwszy wyjazd w moim życiu, który zaplanowałam całkiem dla siebie. Pierwszy od pięćdziesięciu lat. Kiedyś trzeba zacząć.
Córka nie znalazła słów. No to dzwoń czasem powiedziała i się rozłączyła.
Kostek dowiedział się o wycieczce przy obiedzie. Przyszedł do kuchni Helena gotowała zupę. Spokojnie, bez wstępów: kupiłam wycieczkę, wyjeżdżam czternastego, osiem dni, Małopolska.
Patrzył długo. I nie pytałaś mnie?
Nie.
Jak to rozumieć?
Jak chcesz, Kostek.
Helena, wszystko okej? Może do lekarza trzeba?
Posoliła zupę, spróbowała.
Okej, powiedziała. Zupa będzie za dwadzieścia minut.
Wyszedł. Chodził potem po pokoju, potem zgasił światło i włączył telewizor. Życie szło swoim trybem.
Przez kilka dni było napięcie Kostek milczał albo swarzył się, mówił, iż jej odbiło, iż dawniej była inna, iż „normalni ludzie nie robią takich rzeczy”. Nie tłumaczyła się. A przecież zawsze przepraszała za wszystko, choćby za nie swoje winy. Teraz nie chciało się już tłumaczyć.
Ola dzwoniła jeszcze raz po trzech dniach. Opowiadała, iż ciocia Święta ogłosiła, iż „jej noga już więcej tu nie postanie”. Helena powiedziała tylko: „No to dobrze”. Ola była rozczarowana.
Mamo, nie żal ci?
Nie.
Ale to rodzina
Oleńko, ciocia Święta to rodzina Dziadka. Inna kategoria. Moja rodzina to ty. I Kostek. Staram się myśleć, jak nauczyć się żyć inaczej. Tylko o tym.
Ola przez chwilę milczała. Potem spytała o trasę wycieczki i hotele. Mały krok, ale ważny. Helena doceniła i opowiedziała.
Trzynastego maja, dzień przed wyjazdem, pakowała walizkę. Małą, lekką, by nosiło się łatwo. Wkładała rzeczy i myślała, jak dawno nie robiła tego tylko dla siebie. Ostatni raz nad morze z Kostkiem siedem lat temu i wtedy pakowanie na dwie rodziny, leki, przekąski, co tylko potrzeba. Teraz tylko swoje. Sukienka niebieska też wjechała. Niech się przejedzie.
Kostek wszedł do pokoju, spojrzał na walizkę, usiadł na brzegu łóżka.
Naprawdę jedziesz powiedział. Nie pytał. Stwierdzał.
Naprawdę.
Osiem dni.
Osiem.
Pomasował czoło, westchnął.
Coś mam na obiad w lodówce? Bo nie za bardzo umiem…
Kostek, jesteś dorosły. Jedzenia na trzy dni masz gotowe, resztę albo ugotujesz, albo zamówisz. Dasz radę.
Patrzył długo. Chciał coś ostrego palnąć albo się obrazić ale nic nie padło. Może patrzyła już tak, iż wiedział, iż nie warto. Sama nie wiedziała, jak wygląda. Ale w niej coś się zmieniło na tyle, iż choćby on to zobaczył.
No to jedź powiedział.
Po prostu „jedź”. Bez „miłego wypoczynku”, bez „uważaj na siebie”. Bez „zwariowałaś”. Ale to już coś.
Zamknęła walizkę.
Wieczorem zadzwoniła przyjaciółka, Grażka, znana jeszcze z liceum. Grażka mieszkała w innej dzielnicy, kontaktowała się z rzadka, najczęściej przy okazji jakiejś rodzinnej dramy.
Bożenka mi mówiła, iż pogoniłaś wszystkich z urodzin!
Poprosiłam, żeby wyszli sprostowała Helena.
Hela, brawo.
Pauza.
Serio?
Znam cię trzydzieści parę lat. Zawsze dźwigałaś, milczałaś. Cieszę się, iż w końcu…
Grażka, nie dramatyzuj przerwała Helena, parsknęła.
No dobrze, już. Gdzie jedziesz?
Po Małopolsce. Sama.
Sama!? Grażka chwilę milczała. Zawsze chciałam się wyrwać.
No to się wyrwij.
Mój nie puści.
Grażka, „nie puści” to jak masz siedem lat i mama trzyma za rękę. Po pięćdziesiątce „nie puści” znaczy, iż sama nie wyjdziesz.
Grażka roześmiała się, a zaraz spoważniała:
Ty się naprawdę zmieniłaś, Hela.
Może. Nie wiem. Po prostu już nie chcę być wygodna.
Każda się męczy. Jesteś pierwsza, która coś z tym zrobiła.
Może nie pierwsza, tylko najrzadziej się o tym mówi. Bo wstyd.
A ty się wstydzisz?
Helena spojrzała przez okno. W bloku naprzeciw kobieta zmywała naczynia, w innym widać było światło telewizora, gdzieś ktoś chodził.
Nie powiedziała. Nie wstydzę się.
Czternastego maja Helena wstała przed szóstą. Kostek jeszcze spał. Zaparzyła kawę, zrobiła sobie kanapki na drogę, sprawdziła dokumenty. Ubrała się porządnie, zabrała walizkę. Rano założyła od razu niebieską sukienkę, bo czemu nie. Bo pięćdziesiątka to wiek, kiedy wolno być elegancką choćby i o świcie.
Stanęła w przedpokoju, popatrzyła na swoje mieszkanie. Trzy pokoje na dziewiątym piętrze, widok na topole, plama na suficie, ręcznik z kogutami. Wszystko znane do bólu, oswojone, a dziś wychodziła z tego mieszkania już trochę jako inny człowiek niż ten, który w nim mieszkał.
Z kuchni dobiegł szmer. Kostek w podkoszulku, potargana grzywa, zapuchnięte oczy. Popatrzył na nią z walizką.
Już idziesz?
Tak, taksówka czeka.
Kiwnął głową. Pokręcił się, w końcu rzucił:
Wszystkiego najlepszego, Hela. Nie powiedziałem wtedy.
Spojrzała na niego pięćdziesiąt cztery lata, zmęczony, troszkę siwy. Człowiek, z którym spędziła dwadzieścia siedem lat. Nie wiedziała, co dalej, czy coś się odmieni po powrocie. Życie to nie serial, iż osiem dni wyjazdu zmienia wszystko.
Dziękuję, Kostek odpowiedziała po prostu.
Otworzyła drzwi. Wyszła.
Taksówka już czekała. Walizka do bagażnika, ona na tylne siedzenie.
Na dworzec?
Na dworzec.
Kraków budził się do życia. Ulice jeszcze ciche, mało samochodów. Majowe światło, świeża zieleń. Drzewa aż biły zielenią, jakby ktoś dostał płatne za fotoszopa wiosny. Helena patrzyła przez okno i myślała: dawno nie widziałam takich rzeczy. Zieleń. Niebieskie niebo.
Na dworcu, jak zwykle, gwar i tłok. Zapach drożdżówek z bufetu, ogłoszenia przez głośniki, ludzie z walizkami i plecakami. Ludzki harmider. Helena znalazła odpowiedni peron.
Pociąg przyjechał punktualnie.
Helena odnalazła miejsce, położyła walizkę. Miała miejsce przy oknie, dolna kuszetka, super. Towarzystwo starsze, miłe. Kobieta z naprzeciwka wyciągnęła termos z herbatą i poczęstowała. Dziękuję, później chętnie powiedziała Helena.
Pociąg ruszył.
Kraków zniknął za drzwiami: bloki, drzewa, garaże. Potem otworzyły się pola, lasy, niebo robiło się coraz większe. Patrzyła przez okno nie myśląc o niczym konkretnym po raz pierwszy w życiu. Po prostu patrzyła. Po prostu była.
Telefon zostawiła w kieszeni. Może dzwonił, może nie, już nie sprawdzała.
Myślała: „W Sandomierzu nigdy nie byłam. Mówią, iż są tam takie kościoły, iż nie wierzysz, iż to prawda. W Lublinie Zamek, o którym czytałam dwadzieścia lat temu, i cały czas chciałam zobaczyć. Teraz jadę”.
Sąsiadka zagadnęła:
Daleko pani jedzie?
Helena się uśmiechnęła.
Po Małopolsce, na wycieczkę.
Sama?
Sama.
Super, podziwiam!
Ja wcale nie. Po prostu już dawno trzeba było.
Pociąg huczał, przyspieszał, za oknem przeplatały się pola, zagajniki, niebo bez chmury. Oparła się wygodnie i zamknęła na chwile oczy. Nie spać po prostu być.
Telefon zawibrował delikatnie. Wiadomość od Oleńki: „Mamo, wszystko OK? Już w pociągu?”
Odpisała: „W pociągu. Wszystko dobrze. Nie martw się”.
Jeszcze jedno powiadomienie od nieznanego numeru. „Dzień dobry, tu pilotka pani grupy, Katarzyna. Czekam na panią w Sandomierzu na dworcu. Pozdrawiam!”
Odpisała: „Dziękuję. Już jadę”.
Schowała telefon. Znowu patrzyła przez okno.
Pociąg jechał przed siebie, nabierał szybkości. Za oknem przesuwała się Polska wielka, zielona, z białymi plamkami brzóz na wiosennym lesie. Helena Pawłowska patrzyła w dal i uśmiechnęła się półgębem, myśląc, iż następnym razem, jak ktoś powie jej „przynieś smietanę” takim tonem, to po prostu grzecznie odpowie „nie”.
To tylko jedno słowo.
Trzy litery.
Po raz pierwszy w życiu wczoraj powiedziała je naprawdę.
Można się nauczyć.
W życiu nigdy nie jest za późno.











