Przestałam prasować koszule mężowi po tym, jak nazwał mój trud siedzeniem w domu.
A po co ci zmęczenie, Bogno? Po serialach? Po telefonicznych plotkach z przyjaciółkami? Przychodzę z pracy wyczerpany jak cytryna, a ty mi mówisz, iż boli cię plecy! To plecy bolą, bo noszę całą rodzinę, podczas gdy niektórzy po prostu siedzą i rozkoszują się życiem!
Krzysztof rzucił widelec na stół tak, iż z dźwiękiem podskoczył i spadł na podłogę. Kotlet, który Bogna smażyła pół godziny, starając się uzyskać idealną skórkę, jaką lubi mąż, leżał nietknięty na talerzu.
Bogna zatrzymała się przy zlewie kuchennym. Woda szumiała, zmywając pianę z talerza, ale ona tego nie słyszała. W uszach dzwoniło tylko jedno zdanie: Po prostu siedzą w domu.
Krzysiu powoli zakręciła kran i odwróciła się do męża. Ręce drżały, ukryła je w kieszeniach fartucha. Naprawdę? Myślisz, iż cały dzień oglądam seriale?
A co ty robisz? odparł, odpychając się od krzesła. W jego spojrzeniu lśniło to wyniosłe pogardzenie, które w ostatnich miesiącach pojawiało się coraz częściej. Nie mamy małych dzieci, Artur studiuje na uczelni, mieszka w akademiku. Nasze mieszkanie to nie pałac, a zwykłe dwupokojowe kamienice. Co tu sprzątać? Odkurzacz-robot jeździ, pralka wiruje, multicooker gotuje. Ty masz kurort, a nie życie. A ja, przy okazji, zarabiam, żeby ten twój kurort opłacać. Czy mam prawo wrócić do domu i zobaczyć wypoczętą, zrelaksowaną żonę, a nie słuchać narzekania o zmęczeniu?
Bogna patrzyła na człowieka, z którym spędziła dwadzieścia pięć lat. Na jego idealnie wyprasowaną koszulę jasnoniebieską w drobne paski. Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem stała przy desce do prasowania czterdzieści minut, wygładzając każdą fałdę, każdy mankiet, by wyglądał jak z okładki. Wspominała też poranną wyprawę na targ po świeży twaróg, bo Krzysztof lubi serniczki tylko z domowego twarogu. Przypomniała sobie kąpiel, zimowe ciuchy, torby z zakupów
On tego nie widział. Dla niego czyste podłogi były oczywistością, gorąca kolacja funkcją multicookera, a nowe koszule, najwyraźniej, rosły na drzewach w szafie.
Dobrze powiedziała cicho Bogna. Słyszałam cię. Mam kurort. Po prostu siedzę w domu.
No więc wspaniale, iż się rozumiemy mruknął Krzysztof, podnosząc widelec z podłogi i rzucając go do zlewu. Daj czysty. I herbatę, mocną, bo ostatnim razem była jakaś papka.
Bogna podała mu widelec w milczeniu. Cicho nalała herbatę. W jej wnętrzu coś pękło. Nie wybuchł hałas, nie roztrzaskały się naczynia. Po prostu zrobiło się lodowato i pusto, jakby w przytulnej kuchni nagle wyrwane zostały okna w środku zimy.
Wieczorem, gdy Krzysztof, najedzony i zadowolony, położył się przed telewizorem oglądać mecz, Bogna weszła do sypialni. Zwykle w tym czasie zaczynała drugą zmianę. Krzysztof pracował jako kierownik działu w dużej firmie, gdzie dress code był surowy, a koszule zmieniał codziennie.
Wyciągnęła deskę do prasowania, postawiła żelazko. Potem spojrzała na kosz z praniem, w którym leżały jego koszule po praniu pomarszczone, sztywne po wirowaniu, skręcone.
Robot pierze przypomniała sobie słowa męża. Pralka pierze.
Rzeczywiście. Pralka uprała. A żelazka nie potrafi prasować. Czy to drobnostka? Czy to zajęcie dla tych, którzy po prostu siedzą w domu i nudzą się bezczynnością?
Bogna wyciągnęła wtyczkę żelazka z gniazdka. Złożyła deskę i schowała ją za szafę. Kosz z pomarszczonymi koszulami wcisnęła w róg garderoby.
Odpoczywaj, Bogno powiedziała swojemu odbiciu w lustrze. Masz kurort.
Ranek rozpoczął się jak zwykle. Krzysztof obudził się budzikiem, przeciągnął, poszedł pod prysznic. Bogna już wtedy stała w kuchni, piła kawę. Nie przygotowała śniadania. Na stole leżała paczka musli i karton mleka.
Gdzie omlet? zdziwił się Krzysztof, wchodząc do kuchni i wycierając włosy ręcznikiem.
Nie zdążyłam odpowiedziała spokojnie Bogna, przeglądając newsy w telefonie. Przecież odpoczywam. Postanowiłam położyć się dłużej, nabrać sił przed popołudniową sesją seriali.
Krzysztof zmarszczył brwi, uznając, iż żona po prostu kaprysi po wczorajszym kłótni.
Dobra, przegapmy. Musli to musli. Słuchaj, otworzyłem szafę, nie znalazłem białej koszuli pod spinkami. Dziś mam spotkanie z dyrektorem, muszę wyglądać na sto procent. Gdzie ona?
W koszu odpowiedziała Bogna, nie odrywając wzroku od ekranu.
W koszu? Brudna?
Czysta. Umyta. Pralka przecież pierze.
Krzysztof zachrypł się mlekiem.
Bogno, co ty? Żartujesz? Mam wyjść za dwadzieścia minut. Gdzie wyprasowana koszula?
Tam, gdzie i reszta. Niewyprasowana.
Krzysztof powoli położył łyżkę. Jego twarz nabrała barwy.
Dość tego cyrku. Wczoraj może przesadziłem, ale to nie powód, by sabotażować. Idź i wyprasuj mi koszulę. Szybko.
Bogna podniosła na niego wzrok. Nie było w nim ani strachu, ani urazy. Tylko obojętność.
Nie, Krzysiu. Nie będę prasować. Prasowanie to praca. A ja, jak sam zauważyłeś, nie pracuję. Siedzę w domu. A siedzenie w domu nie oznacza stania przy rozgrzanym żelazku godzinami. Technika pierze niech więc technika też prasuje. Albo sam. Jesteś mężczyzną, zawsze wszystko nosisz na barkach. Myślę, iż żelazko nie jest dla ciebie cięższe niż odpowiedzialność za rodzinę.
Żartujesz?! wykrzyknął Krzysztof. Mam spotkanie! Spóźniam się!
Żelazko w szafie, deska tam też. Zdołasz, jeżeli się pospieszysz.
Krzysztof wyleciał z kuchni, przeklinając pod zębami. Bogna słyszała, jak uderza deską, upuszcza żelazko, syczy, parując. Po dziesięciu minutach pojawił się w drzwiach czerwony, rozczochrany, w koszuli z krzywą fałdrą na piersi i kołnierzem wystającym na wszystkie strony.
Dzięki, żono! ryknął. Uratowałeś mnie! Nie zapomnę tego!
Drzwi trzasknęły tak, iż kieliszki w szafce zadrżały. Bogna spokojnie dopiła kawę i poszła się szykować. Miałam dziś plany: zapisałam się na basen, do którego od dawna chciałam iść, ale nie brakowało czasu przez domowe obowiązki. Umówiłam się też na spotkanie z przyjaciółką. Kurort to kurort.
Wieczorem Krzysztof przybył ponury jak burzowe chmury. Koszula znowu się pomarszczyła, nadając mu wygląd człowieka, który nocował na dworcu.
No i? Zadowolona? zapytał, rzucając teczkę w róg. Dyrektor patrzył na mnie cały czas. Zapytał, czy nie choruje żona, skoro wyglądam tak.
A co odpowiedziałeś? zapytała z zaciekawieniem Bogna.
Powiedziałem, iż żona gra w feminizatorkę. Masz coś do jedzenia, czy mam znowu gnijać na suchej karmie?
W zamrażarce pierogi. Sklepowe. Smaczne, Buleczki się nazywają.
Krzysztof zgrzytnął zębami, ale sił na krzyk brakowało. Po cichu zagotował pierogi, zjadł je prosto z garnka i wycofał się do sypialni, demonstracyjnie zamykając drzwi.
Minął tydzień. Mieszkanie powoli, ale nieubłaganie, pogrążało się w chaosie. Nie, Bogna sprzątała po sobie, myła naczynia, wycierała kurz w widocznych miejscach. ale magia przytulności znikła. Zniknęły świeże ręczniki, które pojawiały się w łazience jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zniknęło zapach ciast. A najważniejsze wyprasowane rzeczy.
Krzysztof cierpiał. Najpierw nosił to, co szczędził w głębi szafy od lat. Zapas gwałtownie się skończył. Musiał uczyć się prasować. Wysiłek z ręki był fatalny. Guziki na spodniach podwajały się i potrajały, koszule żółtały, bo nie ustawił adekwatnej temperatury. Pewnego dnia przepalił dziurę w ulubionym swetrze i krzyczał po całym mieszkaniu, obwiniając Bognę o sabotaż.
Bogna rozkwitła. Zrozumiała, ile wolnego czasu ma. Czytała książki, spacerowała po parku, zmieniła fryzurę. Nie garbiła się już, jakby zrzuciła z ramion ciężki worek.
W piątkowy wieczór Krzysztof wrócił do domu nie sam. Zabrał ze sobą kolegę, Wiktora. Krzysztof uprzedził o tym tydzień wcześniej, przed kłótnią, ale Bogna zapomniała.
Bogno! zawołał Krzysztof z korytarza, nienaturalnie wesołym głosem. Przywitaj gości! Z Wiktorem świętujemy raport!
Bogno wyszła na hol w pięknym domowym kostiumie, z makijażem.
Dobry wieczór, Panie Wiktorze uśmiechnęła się.
Och, jaka masz żona, Seregu! zachwycił się kolega. Kwitnie i pachnie! A ty narzekałeś, iż jest chora.
Krzysztof zarumienił się i popchnął go w stronę kuchni.
Wejdź, wejdź Bogno, nakryj nam, proszę. Coś do podania, ogórki, coś gorącego, gwałtownie wymyśl.
Bogno wciąż się uśmiechała.
Seregu, chyba zapomniałeś. Nie mamy nic. Nie gotowałam dziś. Możecie zamówić pizzę albo sushi. Dostawa jest szybka.
Jak nie gotowałam? zdziwił się Krzysztof. Goście!
Nie przypomniałeś? Ja odpoczywałam. Byłam w kinie.
Wiktor wyczuł niepokój i próbował naprawić sytuację:
Spokojnie, Seregu, nie obciążaj żonę. Pizza to świetny pomysł! Lubię pepperoni.
Krzysztof, zgrzytając zębami, chwycił telefon i zamówił pizzę. Cały wieczór siedział na ostrożności. Widząc, iż Wiktor spogląda na jego pomarszczoną koszulkę (domową, którą przestał prasować, licząc, iż to wystarczy), i iż na stole brakowało typowego przepychu, którym zwykle się chwalił przed znajomymi, w końcu wybuchł.
Upokarzasz mnie! Celowo?! Przed kolegą! Teraz będzie opowiadał wszystkim, iż mieszkam w chlewie i jem pizzę z kartonu!
Co jest nie tak z pizzą? zapytała Bogna. Była smaczna. Nie musimy zmywać naczyń. Sam mówiłeś, iż dom nie powinien być problemem.
Zacznij prasować! krzyknął. Chodzę jak straszak! W pracy już palcami wskazują!
Powiedz im prawdę, Seregu. Powiedz: Moja żona siedzi w domu, a ja nie pozwoliłem jej się zmęczyć. Dlatego sam prasuję. Zrozumieją. Są nowocześni.
Nie potrafię prasować! Jestem mężczyzną! Nie mam do tego rąk!
Zatrudnij sprzątaczkę.
Krzysztof zamrzał.
Kogo?
Sprzątaczkę. Kobietę, która będzie prała, sprzątała i, co najważniejsze, prasowała twoje koszule. Skoro mój trud jest siedzeniem w domu, zatrudnijmy profesjonalistkę. Koszt wyprania jednej koszuli to od trzystu złotych. Masz ich siedem w tygodniu, plus spodnie, plus kosI tak, w ciszy nowego poranka, Bogna w końcu odetchnęła, pewna iż prawdziwe szczęście nie potrzebuje już żadnych fałszywych bitew.







