Przestałam gotować i sprzątać dla dorosłych synów – efekt mnie zaskoczył

newskey24.com 1 godzina temu

Przestałem gotować i sprzątać dla dorosłych synów efekt mnie zaskoczył

Mamo, dlaczego nie wyprasowałaś mi niebieskiej koszuli? Przecież prosiłem, mam jutro rozmowę o pracę usłyszałem głos mojego starszego syna, dwudziestopięcioletniego Bartka, wydobywający się z czeluści jego pokoju. I w ogóle, skończył się proszek? W łazience góra skarpet leży

Stanisława Kowalska stała w przedpokoju z ciężkimi siatkami w rękach. Pasek od torby wbijał się boleśnie w ramię, nogi bolały po dziesięciogodzinnej zmianie w sklepie, a w głowie tłukła się tylko jedna myśl: Kiedy to się skończy?. Powoli położyła torby na podłogę, westchnęła głęboko i spojrzała w lustro. Zmęczona kobieta o przygaszonym spojrzeniu, w którym czaiła się bezsilność.

W kuchni stukał naczyniami młodszy, dwudziestodwuletni Kacper.

Mamo, kupiłaś chleb? Bo z Bartkiem zjedliśmy całą kiełbasę, bez niczego rzucił, nie wychylając się z kuchni. A ten twój rosół skisł, wylałem go, ale garnka nie myłem, bo się przypalił. Ugotujesz nowy? Taki porządny barszcz, nie te twoje zupy jarzynowe

Stanisława zdjęła buty, odstawiła je na półkę z jakimś automatyzmem. Wewnątrz coś w niej pękło. Cieniutka niteczka cierpliwości, na której opierał się cały codzienny układ, napięła się do granic i pękła z trzaskiem. Przeszła do kuchni. Kacper siedział przy stole z nosem w telefonie, wokół niego pełno okruszków, plam po herbacie i papierków. W zlewie aż strach patrzeć góra brudnych naczyń przypominała krzywą wieżę w Pizie.

Cześć, synu powiedziała cicho.

No hej. No i co z tym chlebem?

Chleb jest. W sklepie.

Kacper oderwał wzrok od ekranu i patrzył na matkę zdezorientowany.

Ale jak to? Nie kupiłaś?

Nie. Koszuli Bartka też nie wyprasowałam. Proszku nie kupiłam. Barszczu też nie będę gotować.

Do kuchni wszedł Bartek, drapiąc się po brzuchu, ubrany tylko w bokserki, choć już robiło się ciemno.

Mamo, co się dzieje? Ja serio potrzebuję tej koszuli. Ty wiesz, iż nie umiem prasować, mi zawsze te kanty źle wychodzą

Stanisława usiadła na stołku, nie rozpakowując siatek. Spojrzała na swoich dorosłych, zdrowych synów. Bartek wysoki, postawny, skończył politechnikę dwa lata temu, pracuje jako handlowiec, ale wszystkie pieniądze wydaje na gadżety i rozrywkę. Kacper student zaoczny, dorabia jako dostawca, ale w domu nie zrobi nic.

Siadajcie powiedziała spokojnie. Musimy pogadać.

Chłopcy wymienili spojrzenia. W jej głosie zabrzmiało coś nowego nie narzekanie, nie ciche utyskiwanie, tylko zimna stanowczość. Ociężale rozparli się na krzesłach.

Mam pięćdziesiąt dwa lata zaczęła Stanisława. Pracuję na pełen etat. Ciągnę cały dom, płacę rachunki, robię zakupy, gotuję, sprzątam. Wy dwaj dorośli faceci. Nie dzieci, nie chorzy, zdrowi mężczyźni. A ja dla was jestem służącą.

Ale mamo, my też się męczymy. Ty jesteś kobietą, od zawsze to kobiety dbają o dom zaczął Bartek.

Kobietom należy się szacunek i odpoczynek z natury przerwała mu Stanisława. Od dziś ogłaszam strajk.

Jaki strajk? zaśmiał się Kacper. Przecież nie przestaniesz jeść.

Będę jeść, ale to, co sama sobie zrobię. Prać będę tylko swoje rzeczy. Posprzątam tylko u siebie. Od tej pory wasze potrzeby wasza sprawa. Głodni? Gotujcie. Chcecie mieć czysto? Posprzątajcie. Chcecie uprasowane? Prasujcie. Jest YouTube, poradniki, sobie radźcie.

W kuchni zapanowała cisza. Synowie patrzyli na matkę jak na kosmitkę. Spodziewali się, iż zaraz się rozpogodzi, założy fartuch i stanie do mielonych.

Mamo, to nie żarty skrzywił się Bartek. Mam rozmowę, potrzebuję koszuli.

Żelazko jest w szafie w przedpokoju. Deska za drzwiami. Do dzieła.

Stanisława wstała, wyjęła z siatki jogurt, jabłko i twarożek swoją kolację i zamknęła się w pokoju.

Pierwszego wieczoru wszystko odbyło się względnie spokojnie. Chłopaki myśleli, iż to tylko fanaberia, która jutro minie. Zamówili pizzę, zostawili pudła na stole i do nocy grali na PlayStation. Stanisława słyszała ich śmiechy i wrzaski, ale nie zwróciła uwagi. Poleżała w wannie z pianą, czytała książkę i po raz pierwszy od lat czuła dziwne, niemal przerażające poczucie ulgi.

Rano zaczął się hałas i przekleństwa.

Gdzie jest to cholerne żelazko?! wrzeszczał Bartek. Mamo! Nie mam czasu!

Stanisława wyszła już wyszykowana do pracy. Spojrzenie miała świeże: była wyspana, włosy ułożone.

W szafie w przedpokoju, dolna półka.

Znalazłem, nie działa! Zepsułaś!

Włóż do kontaktu i nalej wody, proszę bardzo rzuciła, zakładając płaszcz.

Spóźnię się! Wyprasuj mi! No proszę, jedyny raz!

Nie. To twoja rozmowa kwalifikacyjna, twoja odpowiedzialność.

Wyszła, zostawiając syna z pomiętą koszulą i zimnym żelazkiem. W sercu aż ściskało. Instynkt matkowania krzyczał: Wróć! Pomóż!; rozum zaś: Ustąpisz teraz, nigdy się nie zmieni.

Wieczorem po wejściu do mieszkania od razu poczuła zapach. Spalone masło i coś kwaśnego. W kuchni armagedon. Patelnia z przypalonym jajkiem stała na stole, wypalając dziurę w ceracie. Góra naczyń urosła dwukrotnie. Aż nogi się kleiły.

Głodny i obrażony Kacper siedział przy pustej lodówce.

To już przesada! Nic nie ma do jedzenia! W lodówce twoje jogurty. Chcesz nas zagłodzić?!

W sklepie jest wszystko. Pierogi, makarony, parówki. Macie przecież własne pieniądze.

Nie umiem gotować pierogów! Rozgotowują się!

Instrukcja jest na opakowaniu. Umiesz czytać.

Stanisława spokojnie przesunęła patelnię, wytarła dla siebie kawałek stołu, wyjęła sałatkę ze swojej torby i zasiadła do posiłku. Synowie krążyli wokół niej jak drapieżniki, ale ona choćby się nie odezwała.

Skoro ty nie robisz matczynych obowiązków, to my no, nie wiem, ale będziemy obrażeni! rzucił Bartek, którego minął zawieszona rozmowa o pracę.

Obrażcie się. Macie do tego prawo. Moje obowiązki skończyły się z chwilą, gdy skończyliście osiemnaście lat. Teraz to tylko moja dobra wola. A ona się wyczerpała, kiedy zaczęliście traktować ją jak coś oczywistego.

Egoistka! burknął Kacper.

Może. Ale przynajmniej syta i spokojna.

Następne trzy dni były jak zimna wojna. Mieszkanie coraz bardziej zarastało brudem. W łazience skończył się papier toaletowy, ale nikt nie wpadł, by go kupić, dopóki Stanisława nie przyniosła rolki dla siebie i po każdym użyciu zabierała ją do pokoju. Śmietnik się przepełnił, zaczęło śmierdzieć. Chłopaki żywili się fast foodem, a opakowania leżały wszędzie.

Stanisława walczyła sama z sobą. Bolało ją serce na widok upadającego porządku. Chciała sprzątnąć, przewietrzyć, ugotować zupę. Ale wiedziała, iż to terapia, która musi boleć.

W czwartek wieczorem Bartek przeglądał brudne pranie.

Czego szukasz? spytała.

Skarpet. Skończyły się. Wszystkie.

Ubrania się pierze.

Pralka ma dziwne przyciski, boję się coś zepsuć.

Jest przycisk Szybkie pranie. Wysyp proszek, włącz.

Nie mamy proszku!

To kup.

Bartek z wściekłością rzucił skarpetą do kosza.

Kupię nowe!

Pewnie szkoda grosza na pranie, kup nowe, dorosłość pełną gębą!

W piątek stało się coś niespodziewanego. Stanisława się rozchorowała. Obudziła się z gorączką, gardło bolało okrutnie. Zadzwoniła do pracy, wzięła zwolnienie i została w łóżku.

Chłopaki dzień wolny snuli się po mieszkaniu, zaglądali do niej.

Mamo, ty chora? spytał Kacper w drzwiach.

Jestem chora.

A obiad?

Stanisława popatrzyła na niego przekrwionymi oczami. Miała ochotę zapłakać z żalu. Czy ona wychowała takich egoistów?

Kacper zachrypiała. Mam 38 stopni gorączki. Jaki obiad? Zamknij drzwi, bo przeciąg.

Poszli. Słyszała, jak szepczą w kuchni.

Masakra mówił Bartek. Co teraz? Głodny jestem.

To weźmy coś z dostawy.

Nie mam już hajsu, wszystko poszło na nowe buty.

Ja też jestem spłukany do stypendium.

To może ugotujemy makaron?

Dobra, to gdzie jest sól?

Stanisława przysnęła. Obudził ją okropny zapach spalenizny. Zerwała się, narzuciła szlafrok i zataczając się, pobiegła do kuchni.

Obraz jak po eksplozji. Makaron stał się czarną skorupą na dnie garnka. Woda dawno wyparowała. Synowie stali bezradnie nad kuchenką.

Zeszliśmy tylko na pięć minut, dograć mecz w dota! tłumaczył się Kacper.

Otwórzcie okno! zakaszlała. Podpalicie mi mieszkanie!

Zgasiła gaz, wrzuciła garnek do zlewu i puściła wodę. Para buchnęła, zasnuła pomieszczenie.

Stanisława osunęła się na stołek, zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się. Głośno i bezsilnie. Ze złości, gorączki, żalu do siebie i do tych gamoni.

Chłopcy zamarli. Nigdy jej jeszcze takiej nie widzieli. Zawsze silna, nieugięta, wszystko rozwiązywała. Teraz maleńka, skulona kobieta w starym szlafroku płakała nad spalonym garnkiem.

Mamo nie płacz Bartek nieporadnie dotknął jej ramienia. No spaliliśmy garnek, trudno. Kupi się nowy.

Tu nie chodzi o garnek! krzyknęła przez łzy. Chodzi o was! Jesteście bezradni inwalidzi życiowi! Bez matki zginiecie! Jak coś mi się stanie, zasypie was syf, zdechniecie z głodu przy pełnej lodówce! Wstyd mi! Wstyd, iż wychowałam takie pasożyty!

Wypłakała się, starła rękawem łzy i zamknęła się w swoim pokoju. Chłopaki zostali w kuchni cisza. Z okna ulatywała powoli spalenizna.

Wieczorem nie wyszła z pokoju. Leżała zwrócona do ściany. Miała wszystko gdzieś. Niech się zawali, niech się spali.

Przed ósmą drzwi lekko się uchyliły.

Mamo, śpisz? Kacper.

Nie.

Poszliśmy do apteki. Bartek pożyczył u kolegi. Tu masz teraflu, pastylki na gardło, spray i cytrynę.

Odwróciła się. Kacper podaje reklamówkę z lekami. Za nim Bartek z tacą: kubek herbaty prawie czarnej i kanapki. Krzywe, grubaśne plastry kiełbasy, zwisające resztki sera, ale to były kanapki.

Dzięki szepnęła.

I jeszcze trochę posprzątaliśmy kuchnię. Umyliśmy naczynia, dwie rozbiliśmy śliskie były. Zamiataliśmy.

Stanisława napiła się herbaty, poruszyło ją gardło, ale zrobiło się cieplej.

No, rozbite talerze na szczęście.

Przez dwa kolejne dni, gdy chorowała, coś się zmieniło. Synowie nie stali się cudownymi gospodyniami, ale co chwilę pytali: Mamo, gdzie się sypie proszek?, Płucze się ryż?, Gdzie szmatka do kurzu?.

Ugotowali zupę. Bardziej przypominała bulion z wielkimi kawałkami niedogotowanej marchewki, ale jednak zrobili ją sami. Bartek spróbował wyprasować koszulkę, na środku została śliska plama od żelazka, ale wyszedł w niej na spacer dumny jak paw.

Gdy wyzdrowiała i weszła do kuchni, zobaczyła na lodówce kartkę grafik.

Poniedziałek, środa, piątek Bartek (naczynia, śmieci). Wtorek, czwartek, sobota Kacper (podłogi, zakupy). Niedziela wspólne sprzątanie.

Co to? spytała Bartka przy śniadaniu.

Dyżury. Pomyśleliśmy miałaś rację. Głupio nam, tacy jesteśmy wielcy, a ty wszystko dźwigasz.

I zamierzasz to przestrzegać?

Spróbujemy. Kacper choćby guglał, jak zrobić chrupiące ziemniaki. Trzeba nie mieszać za dużo. Kto by pomyślał.

Stanisława po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się szczerze.

Minął miesiąc. Nie można powiedzieć, iż było idealnie. Były kłótnie o sprzątanie, czasem ktoś zapomniał wynieść śmieci, czasem brudna podłoga leżała dzień dłużej. Ale życiowa nieporadność powoli mijała.

Zmiany zaszły nie tylko w domu, ale i w Stanisławie. Czas, który odzyskała, spędzała na własnych przyjemnościach. Zapisała się wreszcie na basen, o czym marzyła od lat. Zaczęła spotykać się z przyjaciółkami częściej. choćby zauważyła, iż mężczyźni oglądają się za nią na ulicy, co dawno jej się nie zdarzało.

Pewnego wieczora przyszła z basenu i zobaczyła synów krzątających się w kuchni. Kroili coś z zapałem.

Co wy tu robicie?

Robimy kolację powiedział Kacper, ocierając łzę (kroił cebulę). Bartek dzisiaj dostał pierwszą wypłatę w nowej pracy, robimy mięso po francusku.

Nowa praca? spojrzała pytająco na starszego.

Tak. Wtedy, pamiętasz, na rozmowę poszedłem w pogniecionej koszuli, nie przyjęli mnie. Powiedzieli, iż niechlujny wygląd. Było mi wstyd, serio wstyd. Potem nauczyłem się prasować, znalazłem nową ofertę, przygotowałem się. Przyjęli mnie pracuję jako logistyk.

Gratuluję, synku. Jestem z ciebie dumna.

Siadaj, mamo Bartek wysunął krzesło. Napijesz się wina? Kupiłem dobre.

Zasiedli do stołu. Mięso było trochę przesuszone, cebula za grubo krojona, ale dla Stanisławy był to najsmaczniejszy obiad w życiu. Spojrzała na synów i widziała tę zmianę. W ruchach mieli pewność, w oczach samodzielność. Przestali być roszczeniowi stawali się partnerami.

Wiesz co, mamo powiedział Kacper, nakładając mięso. Zrozumiałem jedną rzecz. Żyć osobno jest drogo i trudno, ale mieszkać z rodzicami i zachowywać się jak lokator, jeszcze bardziej wstyd. Z Bartkiem ustaliliśmy, iż będziemy się dorzucać do opłat i jedzenia. Po jednej trzeciej. Uczciwie?

Uczciwie kiwnęła głową Stanisława. Bardzo.

I jeszcze dodał Bartek. Przepraszamy za ten chlew. Nie mieliśmy pojęcia, ile pracy wszystko kosztuje. Myśleliśmy, iż czysto i pełna lodówka są magiczne, samo się robi.

Czasy magii się skończyły. Teraz jest życie.

Stare przyzwyczajenia wracały. Kiedyś znalazła skarpetę pod kanapą. Dawniej by podniosła i wrzuciła do prania. Teraz zawołała Kacpra.

Twój trofeum?

Aj, zapomniałem. Już biorę!

I wziął. Bez narzekania.

Stanisława zrozumiała najważniejsze: jej poświęcenie nie uszczęśliwiało synów, robiło z nich bezradnych egoistów. Jej twardość, która na początku wydawała się okrucieństwem, stała się najlepszą szkołą miłości. Miłości, która wierzy, iż człowiek sam może zadbać o siebie.

Dziś, gdy znajome skarżą się Stanisławie na dorosłe dzieci, które siedzą na karku, ona uśmiecha się tajemniczo:

A próbowałaś po prostu przestać być wygodna?

Jak to? dziwią się. Przecież oni zginą!

Nie zginą. Głód najlepsza motywacja, a brudna koszula to najlepsza nauka żelazka. Sprawdzone.

W piątek Stanisława szykowała się do teatru. Włożyła nową sukienkę, poprawiła szminkę.

Mamo, gdzie się tak wystroiłaś? zagwizdał Kacper.

Na randkę puściła oko. Z samą sobą i kulturą. Kolacja jest w lodówce. To znaczy produkty na kolację. Przepisy znajdziecie w internecie. Nie jesteście dziećmi.

Wyszła z klatki, wciągnęła świeże powietrze i poczuła wolność. Nie była już służącą. Była Kobietą. I miała wspaniałych, dorosłych synów, którzy wreszcie docenili jej wysiłek i zaczęli ją szanować.

Efekt eksperymentu nie tylko zaskoczył Stanisławę. Dał jej nowe życie. Bo czasem w rodzinie, żeby zapanował porządek i spokój, wystarczy zrobić mały, dobrze przemyślany chaos.

Idź do oryginalnego materiału