Prowadzę kawiarnię na piętrze starej kamienicy w Kielcach od szesnastu lat. W czwartki zawsze zostaję dłużej — spisuję rachunki, piję zimną już herbatę, patrzę przez szybę na mokre liście przy placu. Tego czwartku chciałam po prostu zamknąć przed dziesiątą. Za oknem lało od rana, więc przez cały dzień wpadli do mnie może ze cztery osoby, i to tylko po to, żeby odczekać ulewę.
Weszli tuż przed zamknięciem — dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Mokre kurtki, zaparowane okulary. Usiedli przy oknie, pod tą starą lampą, która od tygodnia mruga, jakby miała zgasnąć. Zamówili dwie herbaty i dwie kawy. Od razu było widać, iż nie przyszli na kawę.
Jedna z dziewczyn miała rudy warkocz i mocno pomalowane oczy. Druga — blada, w za dużej bluzie, z teczką pod pachą. Teczka była szara, taka jak w urzędzie skarbowym. Położyła ją na stole, ale nie otwierała. Chłopak naprzeciwko niej był wysoki, z mokrymi włosami, i ciągle zerkał na drzwi, jakby chciał wyjść.
Zaczęłam zmywać filiżanki po poprzednich gościach, ale ustawiłam się tak, żeby widzieć ten stolik. W pustej sali człowiek słyszy wszystko, choćby jeżeli nie chce.
— Masz tu dwieście. Dwieście złotych, wystarczy — mówił wysoki.
Dziewczyna z teczką milczała. Otworzyła teczkę, wyjęła z niej jedną kartkę. Złożoną na pół.
— To wyciąg — powiedziała. — Na koncie dziecka jest już cztery tysiące. Moje. Twoich pieniędzy nie wezmę.
Chłopak popatrzył na kartkę, potem na nią. Wziął kartkę do ręki, ale nie rozwijał.
— Cztery tysiące? Skąd ty masz cztery tysiące?
— Odkładałam od jesieni. Do czwartku. W każdy czwartek sto dwadzieścia. Nie musisz mi wierzyć. Zobacz.
On rozłożył kartkę powoli, jakby bał się, iż coś z niej wyskoczy. Na kartce był wydruk z banku — kolumny, daty, kwoty. Patrzył na to długo. Potem złożył ją z powrotem i pchnął przez stół.
— I co, mam ci bić brawo? Nie chcesz pieniędzy, to nie. Ale ja nie będę ojcem. Nie znam cię.
— Nie musisz — powiedziała. — Ani nie musisz płacić. Ale co do ojca… to nie twoja decyzja.
Wtedy ruda dziewczyna się wtrąciła, cicho, chyba „chodź, nie warto”. Blada pokręciła głową, wstała, wzięła teczkę i ruszyła do wyjścia.
I wtedy wysoki się poderwał. Odsunął krzesło tak gwałtownie, iż zazgrzytało po podłodze, i zastąpił jej drogę tuż przy drzwiach.
— Zaczekaj — powiedział, a głos miał zupełnie inny niż przy stole, cieńszy. — Zostaw ten numer. Ten numer konta. Napisz mi go, bo zgubię tę kartkę, wiesz, jaki jestem.
Ona przez chwilę na niego patrzyła, jakby sprawdzała, czy mówi poważnie. Nie miała już przy sobie długopisu — schowała go do teczki. Podeszła do lady, wzięła z koszyczka serwetkę i pożyczyła ode mnie pióro, które leżało przy kasie. Napisała numer szybko, w rogu, i podała mu.
— Do czwartku — powtórzyła. — jeżeli chcesz, przelej na ten numer. Jak nie chcesz, to nie. Ale ja już swoje zrobiłam.
Wyszła. Ruda poszła za nią. Wysoki stał jeszcze chwilę w progu, z serwetką w ręce, patrząc na drzwi, które się za nimi zamknęły. Potem wrócił do stolika, gdzie kolega milczący cały czas obracał w palcach cukiernicę.
Usiedli. Wysoki złożył serwetkę na pół, potem jeszcze raz, i schował ją do wewnętrznej kieszeni kurtki, tam gdzie zwykle trzyma się dokumenty, a nie byle papier.
— Idziemy — rzucił w końcu.
Zapłacili u mnie przy ladzie. Wyjął z kieszeni garść monet, przeliczył, położył na blacie. Brakowało mu dwadzieścia groszy.
— Drobne — powiedział. — Innym razem.
— Nie szkodzi — odpowiedziałam i dołożyłam te dwadzieścia groszy z własnej kieszeni, bo nie chciałam, żeby wychodził z poczuciem, iż komuś jest winny choćby tyle.
Wyszli w deszcz, a ja zostałam sama w pustej kawiarni. Na stoliku stała filiżanka bladej dziewczyny — pełna, wystygła, z liściem pływającym na powierzchni. Wyjęłam ścierkę, przetarłam blat i schowałam się za ladę, żeby dokończyć rachunki.
Minął tydzień. W następny czwartek, punktualnie o czternastej dwadzieścia, kawiarnia znów była prawie pusta, deszcz znów siąpił za oknem. Drzwi się otworzyły i wszedł wysoki chłopak, sam, bez kolegi. Usiadł przy tym samym stoliku pod lampą, która tym razem paliła się równo. Zamówił herbatę, wyjął telefon i przez chwilę patrzył w ekran, zanim coś nacisnął.
— Zrobione — powiedział głośno, bardziej do siebie niż do mnie, i schował telefon do kieszeni z takim wyrazem twarzy, jakby zdjął z pleców coś ciężkiego.
Podeszłam z herbatą i postawiłam ją przed nim.
— Cztery tysiące dwieście — dodał, kiedy zobaczył, iż czekam. — Wyrównałem do równej kwoty. I zapłaciłem swoje dwadzieścia groszy z zeszłego tygodnia, niech pani sprawdzi w kasie.
Uśmiechnęłam się i nic nie powiedziałam, tylko wróciłam za ladę. Lampa nad jego stolikiem paliła się mocno, bez mrugania, jakby ktoś w końcu wymienił żarówkę.












