Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem…
Nie zostawię! odpowiedziała Grażyna i objęła Igora. Jesteś najlepszym mężczyzną na świecie! Nigdy cię nie porzucę…
On nie mógł w to uwierzyć. Igor miał bardzo kiepski nastrój…
Grażyna żyje w małżeństwie od dwudziestu pięciu lat i przez te wszystkie lata przez cały czas podoba się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna była najbardziej rozchwytywana.
W zasadzie już w podstawówce prawie wszyscy chłopcy biegali za Grażyną. A przecież Grażyna nigdy nie należała do najpiękniejszych dziewczyn.
Nie rozstała się jednak ze swoim mężem, choć nie był on najłatwiejszym człowiekiem.
Z Markiem była aż do jego śmierci. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Mąż Kasi zabrał ją do Włoch, teraz wysyłają piękne zdjęcia i zapraszają do siebie. Ale Grażyna z Markiem nigdy się w końcu nie wybrali Może jeszcze kiedyś pojedzie. A Marek już na zawsze został tu.
Mąż Grażyny zginął w wypadku samochodowym. Bez sensu… Potem mówiono Grażynie, iż pewnie źle się poczuł za kierownicą. Zgubił panowanie nad autem.
Może zemdlał? zastanawiała się Grażyna.
Teraz już tego nie ustalimy westchnęła jej przyjaciółka, lekarz, Iwona. Przyczyna: liczne obrażenia niezgodne z życiem.
Grażyna była w absolutnym szoku. Przyjaciółka Iwona pomogła ze wszystkim.
To ona dowiadywała się wszystkiego w szpitalu. Marka pochowano. Grażyna została sama w dużym domu, który razem budowali przez całe życie.
Dla pary dom w sam raz, przy gościach nie wydawał się taki duży. Ale dla samotnej kobiety bardzo duży, a przy okazji ciężar.
Dom to dom. Potrzebna tam męska ręka…
Kasia przyjechała na pogrzeb ojca. Rozpoczęła z matką rozmowę o sprzedaży domu, zamianie na mieszkanie, a choćby ewentualnym przeprowadzce mamy do Włoch.
O nie! zawołała Grażyna. Nie po to ten dom budowałam, żeby teraz sprzedawać. I do twoich Włoch nie chcę jechać. Widziałam już tę Italię…
Mamusiu!
Ojej, Kasiu… uśmiechnęła się Grażyna przez łzy. Tak sobie żartuję.
jeżeli żartujesz, to może nie jest aż tak źle.
Nic nie było oczywiste. Tak jak i Marek nigdy nie był jednoznaczny. Z jednej strony był opiekuńczy i kochający.
Ale bywał człowiekiem zmiennym. Miewał gorsze nastroje, podczas których potrafił wymęczyć Grażynę psychicznie. Potem przepraszał, a Grażyna była pogodną duszą nie roztrząsała takich momentów. Tak przeżyli dwadzieścia pięć lat. Zwariować można…
Kasia została kilka dni, a potem pojechała jej mąż dużo pracował, spieszyła się, by dbać o własny dom. Grażyna została sama.
Ale znając siebie, wiedziała to nie potrwa długo.
I rzeczywiście. Pół roku płakała, a kiedy wytarła ostatnie łzy, okazało się, iż wokół znowu zebrała się mała drużynka adoratorów.
Nawet mama Grażyny kiedyś dziwiła się tej popularności córki.
Co oni w tobie widzą? Padają plackiem! Nie jesteś żadną pięknością… Czy ja czegoś nie rozumiem?
Jesteś dobra, mamo śmiała się Grażyna, malując usta. Uroda to puste słowo. Kobieta musi mieć czar i osobowość. Być jakaś inna.
Idź już, kobieto, bo ci kawaler ucieknie z czekania!
Przyjdzie drugi rzucała Grażyna z udawaną obojętnością.
I minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż po czterdziestce nie ma już wolnych mężczyzn, na męża się nie trafi.
Grażyna nie rozumiała tego problemu. Miała już czterdzieści sześć lat i aż dwóch poważnych kandydatów, a obaj naprawdę w porządku.
Serce Grażyny ciągnęło do Damiana. Bardzo przystojny, szarmancki, wykształcony. Dobrze się z nim rozmawiało, nie wstyd było pokazać się z nim wśród ludzi.
Ale Damian był mistrzem słów dużo obiecywał, dużo mówił. Grażynie choćby spodobał się przez uszy, ale z doświadczenia wiedziała to nie jest mężczyzna do wspólnego życia. Zwłaszcza w dużym domu.
Igor drugi zalotnik był prostym, silnym facetem. Na imprezach potrafił wypić dużo, ale miał złote ręce i wszystko w domu potrafił naprawić. Był spokojny, wyważony, a jednak stanowczy.
Z żoną byłby łagodny jak baranek, ale gdyby trzeba, przewróciłby cały świat. Mimo to Grażyna czuła do Igora mniej pociągu kobieca logika…
Nie wygłaszał pięknych słówek. Na trzeźwo był raczej małomówny. Po kieliszku stawał się duszą towarzystwa.
Faktycznie, Igor potrafił wypić, ale już rano był jak nowy. Prysznic z zimnej wody i dalej do roboty. Oszczędny w słowach, ale konkretny. Grażyna wybrała właśnie jego.
Damian się obraził, iż jego słodkie gadki nie odniosły sukcesu, i zniknął.
Grażyna wyszła za Igora, a on był wniebowzięty. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do rana.
No nie wierzę, Grażynko! śmiała się Iwona. Ledwo rok minął po śmierci Marka, a ty już wychodzisz za mąż. Inne kobiety szukają od rana do wieczora i nic, a tobie wystarczy przejść się po bułki!
Powiedz jeszcze: „Co oni w tobie widzą? Przecież ty taka zwyczajna!” Grażyna porozumiewawczo mrugnęła.
Nie, nie będę tak mówić. Ale zawsze byłaś jakimś cudem bardzo popularna.
Nie wiem, Iwona, co oni widzą. Pogadaj z moją mamą o tym.
Grażyna puściła oczko do przyjaciółki i poszła tańczyć z mężem właśnie podszedł i ją zaprosił. Tańczyła, rozganiając w głowie ostatnie wątpliwości.
No i co z tego, iż Igor prosty? Ale przecież taki silny, zaradny. przez cały czas całkiem dobrze wygląda. A iż więcej milczy niż mówi, może to i lepiej.
A jakby wybrała Damiana? Ładnymi słowami się nie najesz.
Po kilku miesiącach Igor przemienił ogród Grażyny w piękny park. Wyciął zbędne drzewa.
Wyprostował ziemię. Zrobił jej grządki na kwiaty, wybudował altankę. choćby w domu wszystko było zadbane, czuło się męską rękę.
Grażyna wiedziała dobrze wybrała męża. Bardzo dobrze.
Igor jeszcze i pieniądze dobrze zarabiał. Zawsze starał się Grażynę rozpieszczać prezentami.
Porównując kilka lat tego małżeństwa do dwudziestu pięciu z pierwszego, Grażyna z żalem myślała: „Szkoda, iż nie spotkałam Igora wcześniej. Złoty mężczyzna!”
W ciepłe wieczory grillowali i jedli w altanie, gdzie Igor postawił stół z drewna i ławki.
Grażyna po szaszłykach mrużyła oczy jak najedzona kotka. Igor patrzył na nią z uśmiechem.
Co się śmiejesz, Igorze?
Po prostu się cieszę.
Jego pierwsza żona była zrzędą. Nie sądził, iż spotka kogoś tak wspaniałego.
Byli szczęśliwi przez cztery lata, a potem Igor zaczął czuć się coraz gorzej.
Szybko się męczył. Chudł bez powodu. Po alkoholu było mu wyjątkowo słabo.
Igorze, musisz pójść do lekarza! naciskała Grażyna. Co ty czekasz? Przecież coś jest nie tak.
Co ty, Grażynko. To minie!
Co za średniowiecze? A jeżeli nie minie? Wstydzisz się lekarzy?
Nie
Igor nie mówił jej, czego tak naprawdę się boi. Bał się, iż jeżeli jest ciężko chory, Grażyna go zostawi. Przecież nie będzie się męczyć z chorym mężem.
Nie był głupi. Wiedział, iż Grażyna wyszła za niego raczej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją naprawdę pokochał!
Pokochał od razu, gdy zobaczył ją w sklepie, kiedy szukała portfela w torebce. Ta jej nieporadność była jakaś poruszająca.
Od razu chciało się podejść i objąć ją, chronić. Choć jego mama tajemniczo powiedziała, patrząc na Grażynę:
Żebyś ty wiedział, synku… Co ty w niej widzisz? Ani młoda, ani piękna. A za tobą każda młoda by poleciała!
Igor nie potrzebował nikogo prócz Grażyny. Ale teraz jeżeli zachoruje, czy ona będzie go chciała?
Grażynie nie udało się przekonać go do lekarza. W sobotni wieczór zaprosili do siebie Iwonę z mężem, Bartkiem. Igor z Bartkiem pili piwo i smażyli kiełbaski. W kuchni Iwona zapytała Grażynę:
Igor chyba jest chory?
Sama nie wiem! wyrzuciła z siebie Grażyna. Proszę go, żeby poszedł do lekarza – nie i koniec! Ty jesteś lekarką. Jak myślisz? Przecież coś jest nie tak?
Hm… wygląda gorzej. Schudł. Skóra jakby żółtawa.
Matko Boska! Iwonko, namów go na lekarza! Może ciebie posłucha. Błagam.
Iwona popatrzyła uważnie na Grażynę.
Grażynko… kochasz go? Pamiętasz swoje wahania…
Grażyna przygryzła wargę i nie odpowiedziała.
Iwonie nie udało się namówić Igora zemdlał przy stole. Wezwali karetkę. Grażyna pojechała z nim. Nie odzyskiwał przytomności. Trzymała go za rękę i modliła się.
Prawie od razu zrobiono mu operację.
Guz wątroby.
Rak?! przeraziła się Grażyna.
Czekamy na wyniki badań.
W końcu okazało się, iż guz był łagodny, ale duży. Operacja była konieczna.
Lekarze zabronili mu prawie wszystkiego. Uprzedzili, iż powrót do zdrowia zajmie dużo czasu. I nie wiadomo, czy wróci do pełni sił. W końcu wiek…
Na Igora spadło przygnębienie. W szpitalu odwiedziła go mama.
Grażyna była wtedy w pracy. Mama przyszła w dzień, przyniosła trochę jedzenia, które Igor mógł jeść lista była bardzo krótka.
Synku, nie poznaję cię! mówiła pani Teresa. Przeżyłeś. Raka nie ma. Powinieneś się cieszyć, a ty leżysz jak zbity pies. Jedz te kotleciki!
Nie chcę jeść.
Trzeba! Co się dzieje? Grażyna przychodzi?
Przychodzi… jeszcze.
Czego się boisz? Że cię zostawi? Byłaby głupia!
Ja już się skończyłem! Nic nie mogę, nie wolno mi choćby pracować. Do niczego się nie nadaję. W czerwcu dopiero skończę pięćdziesiąt, a już inwalida. Po co komu inwalida?
O co tu chodzi? zapytała Grażyna, wchodząc do sali. Słychać was na cały oddział. Dzień dobry, pani Tereso!
To ja już pójdę. Cześć Grażynko. I do widzenia.
Co się stało?
Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Grażyna umyła ręce i usiadła przy łóżku, gdzie leżał jej nieszczęsny mąż.
No co ty, inwalido? Ręce i nogi masz na miejscu. Zresztą reszta się zagoi. Wiesz, co czytałam o wątrobie?
Co?
To narząd, który potrafi się sam regenerować. Wystarczy, iż zostanie 51 procent wątroby odrośnie. U ciebie zostało 60 procent. Daj jej czas. Wszystko się wyrówna!
Czy ja mam ten czas?
Słucham? nie zrozumiała.
Ten czas
Igor, czy coś jeszcze mi ukrywasz? Kazałeś lekarzom coś przede mną zataić?
Nie o to chodzi…
Igora wypisali do domu. I zaczęła się najgorsza część jego życia. Wystarczyło, iż trochę popracował fizycznie od razu się męczył. I to go najbardziej frustrowało.
A tu zbliżały się urodziny, o których myśl go dobijała. Nic nie może zjeść, powrotu do pracy brak, alkoholu zero.
Grażyna zdawała się nie zauważać, iż Igor gwałtownie się męczy wspólnie jadła z nim lekkie dania i choćby się z tego śmiała.
Grażynko… odważył się w końcu. Powiedz, co teraz z nami?
W jakim sensie?
No… ja bardzo wolno dochodzę do siebie. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej powiedz od razu.
Dlaczego miałabym cię zostawić? Jest mi z Tobą dobrze.
Bo wtedy, gdy wszystko robiłem, było ci dobrze. A teraz? Samemu mi ze sobą źle.
I głupio robisz. Weź się w garść!
Ja się staram, ale co to za życie? Dwa machnięcia młotkiem i padam.
Grażyna podeszła do niego, objęła od tyłu i przytuliła się policzkiem do jego głowy.
Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. Nie śpiesz się z tym powrotem do zdrowia. Niech wszystko idzie własnym rytmem.
Kochasz? Naprawdę?
Naprawdę, naprawdę.
Grażyna nie zostawia Igora. On powoli, ale wraca do sił.
Urodziny zorganizowała mu bez mocnych trunków, żeby nie było mu przykro.
Przyszło kilku przyjaciół. Posiedzieli w altanie, pograli w planszówki.
Trafiła ci się fajna żona, Igor! mówili znajomi, żegnając się.
Teraz pewnie pójdziecie się napić za moje zdrowie? zażartował Igor.
Zaśmiali się i rozeszli.
Wieczorem siedzieli z Grażyną na ganku i patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru Igor po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej.
Uwierzył, iż zdrowieje. I iż żona naprawdę go nie zostawi. Mocniej objął Grażynę.
Co się stało, Igorze?
Wszystko dobrze! odpowiedział.
No, w końcu zaśmiała się Grażyna, całując go w policzek.
Byli szczęśliwi…
Przyjaciele, jeżeli lubicie nasze historie zostawcie komentarz i łapkę w górę. To daje nam siłę do pisania kolejnych opowieści.













