Wiśniewska poprawiła klamrę czarnej torebki i zerknęła na zegarek na przedramieniu — za czterdzieści minut mieli być w restauracji, a jej mąż wciąż biegał po mieszkaniu jak człowiek, któremu zaraz spłonie dom.
— Martyna, widziałaś pudełko z bransoletką? — krzyknął Bartosz z przedpokoju.
Zamknęła oczy i policzyła w duchu do pięciu. Bransoletka za jedenaście tysięcy złotych. Zgodziła się na ten wydatek tylko dlatego, iż mąż obiecał: to ostatnia duża kwota na siostrę w tym roku. Remont pokoju dla trzyletniego Antosia i tak przesunęli już o pół roku, bo pieniądze, jak zwykle, „akurat gdzieś się rozeszły".
— Na komodzie — odpowiedziała, zapinając kolczyk.
Bartosz wszedł do sypialni w nowym garniturze, wysoki, przystojny, pachnący wodą kolońską, którą sama mu kupiła na Dzień Ojca. choćby będąc na niego wściekłą, Martyna nie mogła nie przyznać, iż ma dobrego męża. Z jedną tylko wadą, która regularnie zamieniała ich budżet domowy w pole bitwy o nazwisku „Karolina".
— Wyglądasz oszałamiająco — objął ją od tyłu. — Karolina będzie zachwycona i tobą, i prezentem.
— Na pewno — odparła sucho. — Zwłaszcza iż kupiliśmy go za pieniądze, które miały pójść na panele w pokoju dziecięcym.
Westchnął i cofnął ręce.
— Martyna, przecież rozmawialiśmy…
— Rozmawialiśmy o bransoletce. Nie mówiłeś, iż jeszcze zapłacisz za restaurację.
— Nie mogłem przewidzieć, iż wybierze „Dworek Podlaski"! Liczyłem, iż zatrzyma się na czymś skromniejszym.
Odwróciła się do niego. W jego oczach widziała tę samą bezradność, która pojawiała się zawsze, gdy w grę wchodziła Karolina. Trzydziestotrzyletni prawnik z kancelarii przy placu Wolności zamieniał się w chłopca, który boi się zawieść młodszą siostrę.
— Bartek, ona ma męża. Niech Robert płaci za urodziny własnej żony.
— Robert ma teraz kłopoty w firmie, sam wiesz. A Karolina tak marzyła, żeby uczcić swoje dwadzieścia pięć lat porządnie. Zasługuje na to.
— A nasz syn zasługuje na normalny pokój — wzięła kopertówkę z szafki nocnej i sprawdziła zawartość. — Ale to chyba mniej ważne.
— Nie przesadzaj. Jeden wieczór i koniec. Więcej wydatków na Karolinę w tym roku nie będzie.
Kiwnęła głową, zapinając torebkę. W środku leżały klucze, szminka, telefon i karta płatnicza. Tyle iż nie ta, na którą liczył mąż.
Plan dojrzewał od wczoraj, kiedy Bartosz rzucił od niechcenia: „A tak w ogóle, trzeba będzie dopłacić za bankiet, Karolina rozszerzyła menu". Po tym zdaniu długo nie mogła zasnąć. Leżała, patrząc w sufit, i pierwszy raz od sześciu lat małżeństwa poważnie pomyślała o rozwodzie. Nie z braku miłości — uwielbiała męża. Ale zmęczyła się byciem drugą po Karolinie.
— Mamo, a mogę z wami? — do sypialni zajrzał Antoś w piżamie w dinozaury.
— Nie, skarbie, to dorosłe przyjęcie — pochyliła się do syna. — Babcia Krystyna przyjedzie, obejrzycie bajki razem. Umowa stoi?
— Bo ciocia Karolina znowu będzie krzyczeć?
Bartosz zmarszczył brwi.
— Antoni, ciocia nie krzyczy. Ona jest po prostu… emocjonalna.
Martyna uśmiechnęła się i nic nie powiedziała. Szwagierka rzeczywiście bywała „emocjonalna" — zwłaszcza gdy wymuszała na bracie kolejną pomoc finansową. I zawsze stawiała na swoim.
Dziś ten spektakl miał się skończyć.
***
„Dworek Podlaski" witał gości przyćmionym światłem, kwartetem smyczkowym i cenami, od których Martynie ścisnęło żołądek. gwałtownie policzyła w głowie: jedno danie z karty kosztowało tyle, co ich tygodniowe zakupy w Biedronce. Cały wieczór miał pochłonąć kosmiczną sumę.
Karolina fruwała między stolikami w złotej sukni, którą — Martyna była pewna — też kupił Bartosz. Wysoka blondynka o twarzy lalki, figura jak z okładki. Obok niej Robert wyglądał jak cień: przygarbiony, nerwowo poprawiał krawat, wyraźnie nie na miejscu.
— Bartek! — Karolina rzuciła się bratu w objęcia. — Wiesz, jaki to dzień? Prawdziwa bajka!
— Sto lat, Karolinko! — pocałował siostrę w policzek. — Niech ci się spełnią wszystkie marzenia.
— Och, mam ogromne marzenia! — zaśmiała się teatralnie. — Cześć, Martyna. Ładna sukienka, taka… praktyczna.
Martyna uśmiechnęła się z wysiłkiem. Wiedziała dokładnie, co miała na myśli szwagierka: tania, nudna, żadne porównanie z jej strojem.
— Dziękuję. Ty wyglądasz olśniewająco.
— To wszystko zasługa twojego męża! — Karolina wzięła Bartosza pod ramię. — Mam takiego troskliwego braciszka. Najlepszego na świecie!
Przy stole zebrało się ze dwadzieścia osób: koleżanki Karoliny, kilku współpracowników Roberta, dalsza rodzina. Martyna zauważyła, jak goście z zaciekawieniem oglądają wnętrze i wymieniają spojrzenia nad kartą dań. Wszyscy wiedzieli, iż taki rozmach nie jest Robertowi po kieszeni — nie przy jego dzisiejszych, skromnych dochodach z firmy.
— Nie oszczędzajmy dziś! — ogłosiła Karolina, gdy kelner przyniósł kartę win. — To mój dzień! Chcę, żeby wszystko było idealne! Bartuś, nie masz nic przeciwko?
Martyna widziała, jak mąż się spina. Rzucił okiem na ceny i pobladł — pewnie liczył w głowie sumę końcową.
— Jasne, Karol. Zamawiaj, co chcesz.
Zabawa nabierała tempa. Szwagierka zamawiała szampana po czterysta złotych za butelkę, goście się rozluźnili i przestali patrzeć na ceny, a solenizantka wygłaszała toasty o tym, jak ważne jest mieć przy sobie ludzi, którzy naprawdę kochają i są gotowi zrobić dla ciebie wszystko.
Martyna siedziała cicho, co jakiś czas gładząc kopertówkę. W środku leżała karta wypłatowa Bartosza z trzema tysiącami złotych na koncie — cała reszta pieniędzy, jaka im została do końca miesiąca. Główne oszczędności trzymali na innej karcie, tej samej, którą mąż planował dziś wyciągnąć.
— Pamiętacie, jak Bartek zawsze bronił mnie przed łobuzami w podstawówce? — Karolina rozgrzała się od szampana i uwagi całego stołu. — Dla mnie zawsze był nie tylko bratem, ale prawdziwym bohaterem! Kiedy rodzice zginęli w wypadku, zastąpił mi i ojca, i matkę. Prawda, Bartuś?
— No coś ty, Karol — zmieszał się mąż. — Starszy brat ma obowiązek opiekować się młodszą siostrą.
— I przez cały czas się mną opiekuje! — szwagierka wstała, lekko się zataczając. — Wyobraźcie sobie, dziewczyny, mam brata, który nigdy mnie nie zawiedzie! Zawsze przyjdzie z pomocą!
Martyna zacisnęła szczękę. Robert wbił wzrok w talerz — jego żona przy wszystkich zachwycała się innym mężczyzną. Niech choćby bratem, i tak było to przykre.
— A tak przy okazji o pomocy — Karolina zmrużyła oczy przebiegle. — Mam na przyszły miesiąc pewne plany. Bartek, musimy pogadać…
— Nie dziś — odpowiedział szybko, zerkając na Martynę.
— Czemu nie dziś? W urodziny wszystkie życzenia mają się spełniać! — zaśmiała się. — Ale dobra, nie będę psuć nastroju drobiazgami. Najpierw uczcijmy porządnie mój dzień!
Martyna spojrzała na zegarek. Dziesiąta trzydzieści. Niedługo kelner przyniesie rachunek i zacznie się przedstawienie, do którego przygotowywała się bardzo starannie.
***
Kelner podszedł do stolika punktualnie o wpół do dwunastej, ze skórzaną teczką w dłoniach i tą nabożną miną, jaką mają ludzie obsługujący zamożnych klientów.
— Rachunek proszę — powiedział, podając teczkę Bartoszowi.
Mąż zamarł. Martyna choćby nie próbowała zerknąć na paragon, wiedząc, iż cyfra będzie astronomiczna. Bartosz gwałtownie zamknął teczkę, ale po jego twarzy było widać, iż suma przewyższyła choćby jego najczarniejsze przewidywania.
— Co tam? — zapytała Karolina z niewinną miną.
— Wszystko w porządku — odpowiedział chrapliwie.
— No dawaj, nie ciągnij! Ile kosztuje szczęście solenizantki? Powiedz nam!
Goście przycichli, obserwując rozgrywającą się scenę jak fascynujący spektakl.
— Dwadzieścia dziewięć tysięcy pięćset złotych — wyszeptał Bartosz.
W sali zapadła cisza. choćby kwartet przestał grać, może akurat kończąc set, a może wyczuwając napięcie.
— Ojej, ile! — szwagierka klasnęła w dłonie, ale w jej oczach tańczyły zadowolone iskierki. — Mam nadzieję, iż to nie problem? Przecież przyjęcie wyszło znakomicie!
Martyna widziała, jak spina się Robert. Mąż Karoliny zarabiał teraz nie więcej niż cztery tysiące złotych miesięcznie, więc taki rachunek był dla niego sumą kilkumiesięcznych dochodów. I wszyscy dookoła doskonale to rozumieli.
— Jasne, iż nie problem — Bartosz spróbował się uśmiechnąć.
— To pokaż wszystkim, jakim jesteś wspaniałym bratem! — Karolina wstała i ogłosiła głośno: — Uwaga! Zaraz mój kochany braciszek pokaże, jak bardzo mnie kocha!
Kilku gości przy sąsiednich stolikach spojrzało zdziwione. Szwagierka wyraźnie rozkoszowała się uwagą — stała pośrodku sali w złotej sukni, z rozłożonymi rękami, jak aktorka na scenie.
— Karol, może bez przedstawienia? — spróbował ją powstrzymać Bartosz.
— Czemu? Jestem dumna z brata! Niech wszyscy widzą, jaki jest wspaniały!
Martyna czuła, jak wściekłość rośnie w niej z każdą sekundą. Karolina specjalnie urządzała ten spektakl, żeby brat nie mógł się wycofać. Przy wszystkich, publicznie — odwrotu nie było.
— Braciszku, pokaż wszystkim, jak kochasz siostrę! — oznajmiła uroczyście Karolina.
Bartosz podniósł się powoli. Twarz miał szarą, na czole perlił się pot. Wyciągnął rękę po kopertówkę Martyny.
Kobieta obserwowała męża w milczeniu. Zaraz miało się wydarzyć to, na co tak starannie się przygotowywała.
Bartosz otworzył torebkę, namacał kartę i wyjął ją z miną skazańca idącego na szafot. choćby nie spojrzał na plastik w dłoni, po prostu podał go kelnerowi.
— Momencik — młody mężczyzna odszedł do terminala przy barze.
Karolina promieniała, przyjmując gratulacje gości. Robert siedział, wpatrzony w pusty talerz. Bartosz wycierał spocone dłonie w serwetkę.
— Przepraszam — kelner wrócił z zakłopotaną miną. — Karta nie przechodzi. Brak środków na koncie.
Bartosz gwałtownie podniósł głowę.
— Co?
Sięgnął po kartę, obejrzał ją pod światłem lampy jak fałszywy banknot. To była karta, owszem — ale nie ta. Numer się zgadzał tylko pierwszymi czterema cyframi, resztę Martyna zamieniła wczoraj wieczorem, kiedy Bartosz spał, wypisując na kawałku papieru dane starej, dawno zablokowanej karty studenckiej i wkładając ją do przegródki, gdzie zwykle leżała ta adekwatna. Prawdziwa karta oszczędnościowa, z osiemdziesięcioma tysiącami złotych, na które przez cztery lata odkładali na mieszkanie, spoczywała teraz w jej portfelu, w kieszeni płaszcza wiszącego w szatni.
— To niemożliwe — wymamrotał, wpatrując się w kartę. — Tam było osiemdziesiąt…
— Sprawdź drugą — powiedziała cicho Martyna, nie ruszając się z krzesła.
Wyjął portfel, drugą kartę, tę zwykłą, na której zostały trzy tysiące. Kelner spróbował ponownie. Terminal wypluł paragon z odmową po raz drugi — środki wystarczyły ledwie na jedną trzecią rachunku.
Przy stole zapadła cisza gęstsza niż wcześniej. Karolina przestała się uśmiechać.
— Bartek, co ty robisz? Wstyd mi.
— Nie mam pojęcia, co się stało — powiedział, a głos mu się łamał. — Na koncie oszczędnościowym było osiemdziesiąt tysięcy jeszcze wczoraj rano.
Wszystkie spojrzenia zwróciły się na Martynę. Odłożyła serwetkę na stół, spokojnie, jak kobieta kończąca zwykłą kolację, i wstała.
— Bo ich tam już nie ma. Przeniosłam je wczoraj na konto oszczędnościowe, do którego ty nie masz dostępu, Bartek. Otworzyłam je na siebie w oddziale przy Piotrkowskiej, w poniedziałek. I podmieniłam ci kartę, bo wiedziałam, iż dziś znowu spróbujesz zapłacić za coś, na co nas nie stać.
— Ty nie masz prawa…
— Mam prawo do połowy tego, co uzbieraliśmy przez cztery lata na mieszkanie dla naszego syna — powiedziała, nie podnosząc głosu. — I mam prawo powiedzieć, iż dziś ostatni raz płacimy za czyjeś urodziny naszymi oszczędnościami.
Karolina wybuchnęła śmiechem, w którym nie było już nic wesołego.
— Ty psychopatko, jak mogłaś zrobić coś takiego mężowi przy wszystkich?
— A jak ty mogłaś zamówić szampana za czterysta złotych, wiedząc, iż twój mąż zarabia cztery tysiące miesięcznie? — Martyna odwróciła się do niej. — Nie o mnie tu dziś chodzi, Karolina. Chodzi o to, iż przez sześć lat wasza rodzina traktowała nasz budżet jak swój prywatny bankomat, a ja się na to zgadzałam, bo kochałam twojego brata i nie chciałam robić awantur.
Robert po raz pierwszy tego wieczoru odezwał się głośno.
— Ona ma rację, Karolina. Ja sam już nie ciągnę tych twoich imprez. Powiedziałem ci to trzy razy w tym tygodniu.
— Robert, nie teraz — syknęła.
— Właśnie iż teraz — wstał, odpiął krawat jednym ruchem, jakby dusił go od godziny. — Bo za miesiąc firma ma spłacić kredyt, a ty zamawiasz szampana za czterysta złotych za butelkę.
W sali zrobiło się gorąco od spojrzeń wszystkich dwudziestu gości naraz. Kierownik sali podszedł ostrożnie, trzymając teczkę z rachunkiem jak coś wybuchowego.
— Państwo, może rozliczymy się częściowo, a resztę dopiszemy na później…
— Nie trzeba — Martyna otworzyła kopertówkę, wyjęła stamtąd tę samą kartę oszczędnościową, o której przed chwilą mówiła, i podała kelnerowi. — Zapłacę swoją część rachunku — za nas dwoje z Bartkiem, tyle, ile kosztowałaby kolacja w normalnej restauracji dla dwóch osób. Sto osiemdziesiąt złotych. Resztę niech ureguluje osoba, która zamawiała szampana i rozszerzała menu bez pytania kogokolwiek o zdanie.
Kelner spojrzał na Bartosza, potem na Karolinę, w końcu, niepewnie, na Roberta, który po prostu skinął głową i podał mu swoją kartę firmową — jedyną, jaką miał przy sobie.
— Zapłacę, ile się da — powiedział cicho. — A resztę rozłożymy na raty. Sam z Karoliną, bez waszej pomocy, Bartek. Od dziś.
Bartosz stał pośrodku sali, wciąż trzymając bezużyteczną kartę, i po raz pierwszy od lat nie wiedział, co powiedzieć siostrze.
Do domu wracali w milczeniu. Antoś już spał, babcia Krystyna czekała przy telewizorze z kubkiem wystygłej herbaty. Bartosz zapłacił jej za wieczór, pożegnał się, wrócił do kuchni, gdzie Martyna zdejmowała już kolczyki, stawiając je jedne przy drugich na blacie.
— Mogłaś mnie uprzedzić — powiedział wreszcie.
— Uprzedzałam. Przez sześć lat. Ty tylko nie słuchałeś.
— To były nasze pieniądze na mieszkanie.
— Są. przez cały czas są, na koncie, na moje nazwisko, dopóki nie ustalimy, iż wydajemy je na to, na co się umówiliśmy, a nie na to, co Karolina uzna za konieczne w danym tygodniu. Jutro idę do notariusza dopisać cię jako współwłaściciela tego konta — ale pod jednym warunkiem: każdy wydatek powyżej pięciuset złotych na twoją siostrę wymaga naszej wspólnej zgody na piśmie. Podpisanej przez oboje.
Bartosz usiadł przy stole, patrząc na własne dłonie.
— A jeżeli się nie zgodzę?
— To zostaniesz z tą kartą studencką, która nie działa od trzech lat, i będziesz musiał tłumaczyć siostrze, dlaczego kolejny raz nie ma pieniędzy na jej marzenia.
Milczał długo. Za oknem przejechał ostatni tramwaj linii siedemnaście, z tym charakterystycznym zgrzytem na zakręcie, który Martyna słyszała codziennie od ośmiu lat i już prawie go nie zauważała. Tym razem usłyszała.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Idziemy razem. Jutro rano.
Wzięła jego dłoń, nie po to, żeby coś wybaczyć — po prostu żeby zamknąć ten dzień, jak zamyka się rachunek. Ranek miał przynieść notariusza, dwa podpisy i konto, na którym wreszcie ktoś liczył się z ceną rzeczy.












