Prawo do wyboru: Twoje decyzje, Twoje życie

twojacena.pl 8 godzin temu

9 listopada 2024, wtorek

Wstałem minutę przed alarmem. Pokój jeszcze przygasał, a zza firanek wdzierało się szare, lutowe światło. Plecy bolały po nocnym kręceniu się w łóżku, palce lekko spuchnięte typowy poranek po kilku godzinach snu. Usiadłem na brzegu łóżka, poczekałem, aż zawroty ustąpią, po czym wstałem.

Kuchnia była cicha. Mój mąż, Paweł, już wyszedł na poranną przebieżkę od kiedy zrobił badania i przestraszył się podwyższonego cholesterolu, nie opuszcza domu bez biegania. Włączyłem czajnik, wyciągnąłem dwa kubki ze szafki, po czym jeden odłożyłem Paweł zawsze pije rano samą wodę.

Gdy woda się gotowała, zerknąłem na telefon. W rodzinnej grupie nic nowego, jedynie zdjęcie wnuka, którego przysłał syn, wczoraj wieczorem. Chłopiec w przedszkolu trzyma w rękach kartonowy statek. Uśmiechnąłem się automatycznie i poczułem to znajome ciepło w sercu: właśnie dla nich znoszę korki, raporty i niekończące się zebrania.

Od dwudziestu ośmiu lat pracuję w dziale kadr przy gminnym ośrodku zdrowia. Zaczynałem jako młodszy inspektor, a teraz pełnię funkcję starszego specjalisty. Lekarze i pielęgniarki przychodzą i odchodzą, dyrektorzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a ja pozostaję. Znam wszystkie rodzinne losy: kto ma dzieci, kto w jakim ma małżeństwie, komu trzeba podpowiedzieć, jak załatwić urlop macierzyński i kogo delikatnie popchnąć, żeby nie zapomniał przynieść zwolnienie.

Ostatnie lata stały się trudniejsze. Papierowa dokumentacja ustąpiła przed elektronicznymi systemami, raporty mnożyły się, a przełożeni domagali się coraz więcej liczb i tabel. Marudziłem, ale uczyłem się nowych programów, zapisywałem hasła w notatniku i trzymałem porządek w folderach na pulpicie. Lubiłem czuć, iż jestem potrzebny. Bez mnie ten cichy chaos gwałtownie by się rozpadł.

Zalałem się herbatą, dodałem plasterek cytryny i usiadłem przy oknie. Na podwórku śmieciarz zamiatał śnieg przy krawężniku, a rzadkie samochody wyruszały z podjazdu. Wyobraziłem sobie, iż za dziesięćpiętnaście lat będę patrzył na ten sam podwórek z balkonu, owinięty w ciepły szlafrok. Może przy mnie usiądzie starszy wnuk, potrząsając nóżkami i pytając, czemu śnieg taki szary.

Ta wizja była ze mną od dawna. Latem dopisywała się do niej nasza wioska z odrapanym domkiem, grządki, na których z uporem sadziłem koper, a później wieczorem przy grillem kłóciliśmy się z Pawłem, ile soli wsypać do kiełbasy. Starość wydawała się czymś zrozumiałym, choć niekoniecznie radosnym. Po prostu moim.

Drzwi wejściowe zamknęły się z trzaskiem, a korytarz wypełniły odgłosy butów. Paweł wszedł do kuchni, wciągając powietrze noskiem.

Znowu herbata bez cukru? zapytał, wycierając ręcznikiem kark.

Lekarz kazał mniej słodko, przypomniałem.

Uśmiechnął się i nalał sobie wody z filtra. Miał lekko siwiejące skronie i wąską twarz, które z wiekiem stały się jeszcze szorstkie. Kiedyś podziwiałem jego wyraziste kości policzkowe i pewny wzrok. Teraz częściej widzę zmęczenie i ukryty gniew, który stara się nie pokazywać.

Dziś się spóźnię, rzekł, spoglądając w okno. Wieczorem nie czekaj na obiad.

Znowu spotkanie? zapytałam. Albo twoje zajęcia z angielskiego?

Zmarszczył brwi.

Nie kurs, a lekcje z nauczycielem.

No tak, skinęłam głową. Z nauczycielem.

Rzucił na mnie krótkie spojrzenie i milczał. W brzuchu skręciło się. Ostatnio mieliśmy wiele takich półzdania, niedopowiedzeń. Słowa, których nie wypowiadaliśmy, wisiały w powietrzu gęściej niż jakiekolwiek rozmowy.

Ubrałam się, sprawdziłam, czy okno w sypialni jest zamknięte, i w korytarzu chwyciłam zwykły zestaw kluczy. Metal przyjemnie chłodził dłoń. Te klucze były ze mną od lat, nie zastanawiałam się, ile razy przenosiłam je z torby do kieszeni i z powrotem. Dom, auto, wioska, skrzynka pocztowa mój mały zestaw pewności.

W autobusie było tłoczno. Ludzie patrzyli w telefony, ktoś ziewał, inny cicho przeklinał przy przystankach. Przycisnęłam torbę do siebie i myślałam o nadchodzącym dniu. Po południu muszę zadzwonić do mamy, zapytać, jak ciśnienie. Mama ma siedemdziesiąt trzy lata, mieszka w sąsiedniej dzielnicy i upiera się, iż nie przeprowadzi się do nas ani bliżej syna.

Znam wszystkich, powtarzałam pod nosem. W aptece, w sklepie, w przychodni. Dokąd mam jechać?

Każde tak w głowie potwierdzało, iż znam te miejsca, twarze, drogę do przystanku, którą można przejść z zamkniętymi oczami. To dawało poczucie przynależności.

W przychodni pachniało chlorowaną wodą i lekami. Na wejściu ochroniarz skinął głową. W korytarzach już tłoczyły się kolejki pacjentów, ktoś kłócił się z recepcją, inni patrzyli na zegarek. Weszłam do swojego biura, zdjąłam płaszcz, włączyłam komputer i pobiegłam po gorącą wodę.

W dziale kadr było ciasno: trzy biurka, szafa z aktami pracowników, stary drukarz, który brzęczał i gryzał papier. Moja koleżanka, trzydziestoletnia Ania, układała w teczkach różne dokumenty.

Dzień dobry, rzuciła. Słyszałaś wiadomość?

Jaka? położyłam kubek na stole i usiadłam.

Dyrektor planuje spotkanie wszystkich kierowników o dziesiątej. Mówi, iż będzie coś o optymalizacji.

Słowo uniosło się w powietrzu jak podmuch wiatru. Wiedziałam, co ono oznacza: redukcje etatów.

Może znowu nowy raport? spróbowałam odwrócić temat.

Może, niepewnie odpowiedziała dziewczyna.

Praca wreła. Lekarze przychodzili z wnioskami, pytali o urlopy. Mechanicznie wyjaśniałam, podpisywałam i wprowadzałam dane do systemu. Myśli ciągle wracały do porannego słowa.

O dziesiątej wezwano mnie do sali konferencyjnej razem z szefem działu kadr. Tam już siedzieli kierownicy oddziałów, starsze pielęgniarki. Dyrektor, mężczyzna w ok. sześćdziesięciu lat, podszedł do mównicy, poprawił krawat.

Mówił o reformie, o nowych standardach, o potrzebie zwiększenia efektywności. Brzmiało to jak miód rozpuszczany w wodzie. Potem padło, iż struktura etatowa zostanie przeanalizowana, części funkcji połączą się, a niektóre jednostki będą nadmiarowe.

Konkretne decyzje pojawią się w ciągu miesiąca, dodał dyrektor. Kierownicy otrzymają listy stanowisk podlegających redukcji.

Słowo stanowisk brzmiało ciężko. Szef działu kadr rzucił na mnie przelotne spojrzenie, po czym odwrócił wzrok.

Po spotkaniu wróciłam do biura, a koleżanka już wiedziała wszystkie szczegóły wieści rozchodziły się natychmiast.

Myślisz, iż nas to dotknie? zapytała nerwowo, drapiąc długopis.

Nie wiem, odpowiedziałam. Zawsze brakowało nam ludzi.

A jeżeli połączą z księgowością albo czymś innym nie dokończyła.

Przypomniałam sobie, iż w zeszłym roku w sąsiedniej przychodni zwolniono jednego specjalistę kadr, zostawiając trzech ludzi na pół etatu. Dadzą radę mówili wtedy.

Starałam się wrócić do obowiązków, ale liczby zaczęły rozmywać się przed oczami. Przed obiadem poszłam do szefa działu kadr.

Czy mogę cię na chwilę? zapytałam, otwierając drzwi.

Skinął głową, nie podnosząc wzroku od monitora.

Słyszałeś? zaczęłam.

Tak, odpowiedział krótko.

Nasz dział zamarłam.

W końcu podniósł wzrok. Jego spojrzenie było zmęczone.

Natalko, nie mam jeszcze konkretnej informacji. Czekamy na rozkazy z góry. Jak coś się dowiemy, dam ci znać.

Skinęłam głową i wyszłam. W korytarzu zrobiło się gorąco, choć miałam na sobie tylko lekki sweter. W głowie pojawiła się liczba mój wiek. Pięćdziesiąt. Nie czterdzieści, kiedy jeszcze można było coś nowego spróbować. Nie trzydzieści, kiedy można było ryzykować. Pięćdziesiąt.

Dostałam się do domu później niż zwykle. Autobus utknął w korku, a ja patrzyłam z okna, nie widząc ulic. Myśli kręciły się w kółko: jeżeli zwolnią, jaką pracę znajdę? Kto zatrudni kobietę w moim wieku, choćby z doświadczeniem? Prywatna przychodnia? Szkoła? Czy odważę się od nowa uczyć programów i wtopić w nowy zespół?

Paweł wrócił około dziewiątej. Miał na sobie garnitur, który zakładał na ważne spotkania. Zdejmując marynarkę, położył ją starannie na krześle i podszedł do kuchni.

Jadłeś kolację? zapytał.

Czekałam na ciebie, odpowiedziałam. Rozgrzać zupę?

Nie, już najadłem się, odrzekł i nalał sobie herbatę. Dzisiaj mieliśmy spotkanie.

My też, dodałam. O redukcji.

Podniósł brew.

Ty?

Nie wiem jeszcze. Powiedziano, iż będą przeglądać etaty.

Zamilkł, po czym usiadł naprzeciw.

Mam też wiadomość, rzekł. Zaproponowano mi kontrakt za granicą.

Zaskoczyła mnie.

Gdzie za granicą?

W Niemczech. Oddział firmy otwiera nowy projekt. Potrzebny jest ktoś z doświadczeniem. Na dwatrzy lata.

Patrzyłam na niego, nie czując twarzy.

Zgodziłeś się? zapytałam.

Powiedziałem, iż pomyślę, odpowiedział. Ale szczerze, to poważna szansa. Zarobki, doświadczenie.

Słowa o pieniądzach uderzyły najgłębiej. Złotówki zawsze były argumentem nie do podważenia. Mieszkanie, remont, pomoc synowi przy kredycie, leki dla mamy. Wszystko stało się tłem jednej suchych fraz.

Na dwatrzy lata? powtórzyłam. Co będę robić wtedy?

Odwrócił wzrok.

Możemy omówić opcje. Mogłabyś pojechać ze mną. Tam też potrzebują specjalistów ds. kadr. Dowiem się więcej.

Wyobraziłam sobie obcy język, nieznane ulice, próby porozumiewania się po niemiecku, którego znam jedynie z lekcji w szkole podstawowej. Mama, zostająca sama, syn z rodziną, wnuk w przedszkolu, a ja w supermarkecie pod Hamburgem szukająca śmietany wśród półek z obcymi literami.

Albo możesz zostać, kontynuował. Pracować tutaj, być z wnukiem. Dwatrzy lata przeminą.

Mówił pewnie, ale w głosie brzmiała niepewność. Zauważyłam, iż zacisnął pięść na kubku.

A jeżeli nie przeminą? spytałam cicho. A jeżeli zostaniesz?

Westchnął.

Nie zamierzam wyjeżdżać na stałe. To tylko kontrakt.

A kontrakt można przedłużyć, odparłam. Są tam nowe możliwości, nowe kontakty. A tutaj

Nie dokończyłam. A tutaj oznaczało wszystko, co stało się codziennością i ciężarem: kolejki w przychodni, niekończące się remonty dróg, ceny w sklepach, wieczorne wiadomości, od których przestałam kiedyś oczekiwać czegokolwiek dobrego.

Zamilkliśmy. W sąsiednim mieszkaniu ktoś przesuwał krzesło.

NieZrozumiałem, iż jedyną prawdziwą wolnością jest odwaga, by wybrać własną drogę, niezależnie od tego, dokąd ona mnie poprowadzi.

Idź do oryginalnego materiału