Dzieci

Otarła spocone dłonie, jęcząc z bólu, i podążyła, by otworzyć drzwi.
A jednak musisz zająć się wnukiem, jesteś przecież babcią!
Planowałam miłą niespodziankę dla męża – zaniosłam mu obiad do pracy. Gdy podeszłam do drzwi, usłyszałam rozmowę, która zburzyła mój spokój.
Nie dzwoń więcej! Po co tracić czas na rzeczy, które was nie obchodzą? Od dawna wiem, iż ani ty, ani twoje dzieci nie macie ochoty wiedzieć, czy babcia jeszcze żyje i jak się czuje!
Mój syn przez długie lata szukał adekwatnej kobiety na żonę, a ja nigdy nie kwestionowałam jego wyborów. Gdy skończył 30 lat, poznał Agatę, która wydawała się być jego ideałem. Słyszałam niemal codziennie o jej urodzie i serdeczności. W końcu mój syn naprawdę zakochał się po uszy. Polubiłam Agatę od pierwszego spotkania. Z pasją opowiadał o niej zarówno mnie, jak i swoim przyjaciołom, przekonując, iż wreszcie spotkał kobietę, z którą chce się ożenić. Jako kochająca matka w pełni go wspierałam. Organizacja ślubu była wyzwaniem, ale moi znajomi świetnie się spisali. Rodzice Agaty okazali się cudowni, gwałtownie złapaliśmy wspólny język. Początki małżeństwa syna i Agaty były naprawdę piękne, ale z czasem zaczęły pojawiać się problemy i nieporozumienia. Mijał dopiero pierwszy rok ich małżeństwa; sądziłam, iż kryzys minie, ale wciąż się o nich martwiłam i chciałam, by ich związek był szczęśliwy. Pamiętam ten wieczór, który wytrącił mnie z równowagi. Późno w nocy syn pojawił się u mnie z walizkami. Stwierdził, iż nie ma dokąd iść, bo synowa kazała mu się wyprowadzić. Został u mnie kilka dni, a Agata ani razu nie próbowała się z nim pogodzić. Taka sytuacja powtarzała się wielokrotnie. Kiedy synowa oznajmiła mi, iż spodziewa się dziecka, postanowiłam z nimi porozmawiać – miałam nadzieję, iż moje rady pomogą im uniknąć kolejnych kłótni. Niestety, stało się odwrotnie: napięcia jedynie się nasiliły, a syn coraz częściej nocował u mnie. Widziałam, jak cierpi. Stracił swój dawny blask i zapał do życia, a w jego oczach gościło tylko rozczarowanie. Nie mogłam patrzeć, jak mój syn trwa w toksycznym związku, więc poradziłam mu, by rozważył, czy warto się dalej męczyć. Przekonywałam, iż choćby mieszkając osobno, może być dobrym ojcem. niedługo potem złożył pozew rozwodowy. niedługo Agata przyszła do mnie i błagała o pomoc. Prosiła, bym przekonała syna, by wycofał pozew, bo nie chce niszczyć rodziny. Próbowałam jej tłumaczyć, jak ważne jest, by ratować własne małżeństwo. Czułam jednak, iż winą za ich rozwód obarcza mnie, a ja – choć chciałam ich pogodzić – zostałam oskarżona o mieszanie się w ich życie. Nie wiem już, czy powinno mi było tak zależeć na rozwodzie syna. Jego żona mnie nie toleruje, a sam syn coraz bardziej się ode mnie oddala. Może oni jednak wciąż się kochają? Życie osobno boli, ale wspólne życie w konflikcie nie jest szczęściem.
Dziesięć lat pracowałam jako kucharka i niania w rodzinie syna – żadnej wdzięczności nie dostałam Nauczycielka przeszła na emeryturę w wieku 55 lat. Dziesięć lat mieszkała z rodziną syna, pomagając wnukowi i prowadząc dom. Niedawno spotkałyśmy się, a ona podzieliła się ze mną radością, iż znów jest emerytką. Gdy zamieszkała u syna, własne mieszkanie „zamroziła” – dla bezpieczeństwa go nie wynajmowała. Wcześniej babcia z synową żyły zgodnie, bez kłótni i awantur. Codziennie opiekowała się rocznym wnukiem, gotowała, sprzątała, była nianią i gospodynią. Synowa poszła do pracy – cały dom był na głowie babci. Rano, wieczorem, każdego dnia. Lekcje, szkoła, do piątej klasy wozili wnuka, nie zaniedbując obowiązków domowych. Nikt nie doceniał jej pracy, choćby gdy zasypiała z wyczerpania, nie miała czasu w relaks czy spotkania z przyjaciółkami. W święta młodzi wychodzili ze znajomymi, ona siedziała z dzieckiem. Gdy wnuk miał dziesięć lat, przypadek sprawił, iż odzyskała wolność – synowa zwróciła uwagę na sposób prania, potem zażądała jej pokoju dla dziecka. Babcia spakowała się i wróciła do siebie. Młodzi byli obrażeni, iż opuściła dom, przyzwyczajeni do wygód. Nie potrafili docenić jej poświęcenia, gwałtownie zapomnieli o jej pracy. Ona jednak jest optymistką – dziś cieszy się wolnością i spokojem. W wieku 65 lat rozpoczęła drugą młodość – to prawdziwe szczęście móc żyć tylko dla siebie.
Mój drugi mąż Filip okazał się cudownie troskliwym człowiekiem, który z serca wydaje pieniądze na zakupy dla mnie i mojego syna, dając nam poczucie bezpieczeństwa i szczęścia
Mąż wrócił z niemowlęciem
Szok w rodzinie Beaty z Wrocławia po jej ciąży z ukochanym z Gwinei: nie akceptowali ich związku, bali się samotności córki i odmienności wnuka—kiedy po urodzeniu dziecka wrogość rodziny zmusiła Beatę do wyjazdu do Afryki, klimat okazał się zbyt trudny i małżeństwo wróciło do Polski, a marząc o lepszym życiu i tolerancji, z dwiema córkami planują wyjazd do Kanady
Znajomi odkryli, iż wynajmujemy mieszkanie i teraz chcą się wprowadzić. Jak odmówić, nie psując relacji? Trudne rozmowy z przyjaciółmi o granicach
Dziadek Było lato. Wracałam wieczorem do domu po treningu. Widzę dziadka, już bardzo starego, który upadł na chodnik i nie może się podnieść. Wszyscy przechodnie omijają go szerokim łukiem, myśląc pewnie, iż jest pijany, a on tylko coś mruczy pod nosem i wyciąga ręce do ludzi. Mama od dziecka uczyła mnie, żeby pomagać każdemu, na ile tylko mogę, więc podchodzę i pytam: „Pomóc panu?” Ale on nie potrafił odpowiedzieć nic zrozumiałego, tylko mruczał i wyciągał do mnie ręce. Przechodząca kobieta zwróciła mi uwagę: „Odejdź od niego! Nie widzisz, iż pijany? Jeszcze się czymś zarazisz. Jaki brudny, jeszcze się ubrudzisz!”. Przyjrzałam się i zobaczyłam, iż dziadek ma całe ręce we krwi. Ogarnął mnie dziecięcy strach. Na pytanie, co się stało, znów nie odpowiedział, tylko wskazał na leżącą obok siatkę. W niej były potłuczone butelki po piwie. Zebrał jeszcze kilka kawałków szkła i włożył je do torby. To dlatego miał zakrwawione ręce. Zaczęłam wycierać mu dłonie mokrymi chusteczkami, żeby potem móc mu pomóc wstać i odprowadzić go do domu (może to źle, ale nie chciałam pobrudzić sobie ubrania krwią…). Kiedy ręce były czyste, podniosłam dziadka. Na pytanie o adres, nie zareagował, znów tylko mamrotał. Nie rozumiałam, ile bym nie próbowała. W końcu, widząc moją bezradność, zaczął wskazywać mi drogę ręką. Tak doprowadziłam go do bloku stojącego na tym samym podwórku. Pokazał na domofon i dwoma palcami pokazał numery – domyśliłam się, iż to numer mieszkania. Zadzwoniłam, a w słuchawce odezwał się zaniepokojony kobiecy głos. Dziadek znowu coś zamamrotał. Po chwili na zewnątrz wybiegła kobieta z mężczyzną. Najpierw rzucili się do dziadka, oglądając, czy nic mu się nie stało. Potem mężczyzna podziękował mi i wziął dziadka w ramiona, niosąc do mieszkania. Kobieta zaczęła pytać, jak mogą mi się odwdzięczyć. Odmówiłam i chciałam iść, ale kobieta nagle poprosiła, żebym poczekała, jakby sobie coś przypomniała. Po chwili wybiegła z klatki z wielkim koszem malin. „Swoje” – pochwaliła się. Podziękowałam, ale nie chciałam przyjąć. „Weź, proszę” – nalegała. „Mało co nie oszaleliśmy, jak po powrocie z działki zobaczyliśmy, iż dziadka nie ma w domu. A wszystko przez to, iż kiedyś Niemcy złapali go podczas wojny. On miał wysokie stanowisko i żeby w niewoli się nie zdradzić, sam zranił sobie język. O warunkach higienicznych nie było mowy, więc gdy wyszedł z niewoli, już zaczęła się gangrena i musieli mu uciąć pół języka. Teraz nie potrafi porządnie mówić. Na naszym podwórku wieczorami młodzież pije piwo i rzuca butelki, gdzie popadnie. Pisaliśmy już skargę na policję, żeby coś z tym zrobili. Dzieci biorą te śmieci do rąk, jeszcze się potną czy skaleczą. Kiedy nasza córeczka Soniaczka rozcięła nóżkę, dziadek zaczął chodzić po podwórku i zbierać szkło po tych ‘świntuchach’, żeby żadne dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. Jest już stary, ledwo chodzi. Prosiliśmy, przekonywaliśmy, chowaliśmy mu klucze, a on i tak wychodził. Raz upadł, ja byłam wtedy w pracy i pięć godzin przeleżał w zimnie – nikt nie pomógł. Właśnie mieliśmy zacząć go szukać, kiedy zadzwonił domofon. Bardzo ci dziękuję.” Po tej rozmowie zaniemówiłam. Kobieta wręczyła mi kosz malin, a ja ukłoniłam się jej (tak, ukłoniłam się. Nie znalazłam słów), i poszłam do domu. W połowie drogi się rozpłakałam. Dlaczego w naszym kraju tak jest? Dlaczego myślimy tylko o sobie? Zwracam się do wszystkich: jeżeli widzicie, iż ktoś upadł i nie może wstać, nie zakładajcie od razu, iż to pijak. Podejdźcie! Może naprawdę potrzebuje waszej pomocy! Dotyczy to zwłaszcza młodych – nie zapominajmy, iż jesteśmy LUDŹMI, a nie ŚWINIAMI!
Pięć kroków do zdrowego uśmiechu. Nowe rekomendacje Polskiego Towarzystwa Stomatologii Dziecięcej
Oblał niemowlę gorącą kawą. Szukają go dwa państwa
Pedagożka aresztowana. Wtargnęła z nożem do przedszkola
Otarła spocone dłonie, jęcząc z bólu, i ruszyła otworzyć drzwi.
Sąsiedzi z naszej kamienicy postanowili udowodnić, kto tu naprawdę rządzi — choćby bez powodu!
Późne macierzyństwo ma swoje zalety. Na niektóre aspekty zdrowia dziecka może wpływać pozytywnie
Premiery zestawów LEGO na luty 2026. Skromnie choć ciekawie?
Mój drugi mąż Filip okazał się wspaniałym człowiekiem – troskliwym, hojnie obdarowującym mnie i mojego syna, dzięki czemu odzyskałam wiarę w szczęśliwą rodzinę
Okazja Cenowa (Disney) – 43279 WALL-E i EWA
Byliśmy pewni, iż mama przejdzie na emeryturę, przeprowadzi się na wieś i zostawi nam z mężem swoje przestronne trzypokojowe mieszkanie!
A my tu jeszcze mamy swoje sprawy… Babcia Walentyna z trudem otworzyła skrzypiącą furtkę, powoli dowlokła się do drzwi starej, zimnej chałupy, długo mocowała się z zardzewiałym zamkiem i w końcu weszła do swojego nieogrzewanego domu, siadając na stołku przy zimnej kuchni kaflowej. W izbie pachniało opuszczeniem. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, ale pajęczyny zdążyły już pokryć sufit, a stary stołek żałośnie skrzypiał. Wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją z wyrzutem: gdzieś była, gospodyni, na kogo dom zostawiłaś?! Jak my tu przezimujemy?! – Zaraz, zaraz, mój kochany, daj mi chwilkę, odpocznę… Zaraz natrę pieca, pogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna krzątała się dziarsko po starym domu: bieliła ściany, poprawiała farbę, przynosiła wodę. To schylała się przy ikonach, to czuwała przy kuchni, to biegała po ogrodzie, sadząc, plewiąc, podlewając. I dom cieszył się razem z gospodynią – podłoga wesoło skrzypiała pod jej śpiesznym krokiem, drzwi i okna z łatwością otwierały się pod dotknięciem wypracowanych dłoni, a piec piekł rumiane bułeczki drożdżowe. Im dobrze było razem: Walentynie i jej staremu domowi. Wcześnie pochowała męża. Sama wychowała troje dzieci, wszystkie wykształciła i postawiła na nogi. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko odwiedzają dom rodzinny. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi – główna agronomka, z pracy wraca tylko w niedzielę, wtedy wpada do mamy, posiedzą razem przy cieście i znowu cały tydzień się nie widzą. Pocieszenie – wnuczka Świetusia. Można powiedzieć, iż wychowała się u babci. A jaka wyrosła! Uroda aż dech zapiera – wielkie szare oczy, włosy jak dojrzały owies, kręcone, lśniące, aż bije od nich blask. Zrobi kucyka – kosmyki rozsypują się po ramionach – chłopakom na wsi aż mowę odbiera. Figura zgrabna. I skąd taka postura i piękność u wiejskiej dziewczyny? Babcia Walentyna też za młodu była urodziwa, ale gdyby wziąć stare zdjęcie i porównać je z wnuczką, to jakby pasterka i królowa… Rozgarnięta przy tym. Ukończyła Uniwersytet Rolniczy w Lublinie, wróciła na wieś jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, a dzięki programowi dla młodych rodzin dostali nowy dom. A cóż to był za dom! Solidny, okazały, z cegły. Jak na te czasy, to prawdziwa rezydencja, nie zwykły dom. Tylko iż babcia Walentyna miała wokół chaty sad – wszystko rosło i pachniało. A u nowego domu wnuczki nic jeszcze nie zdążyło się pojawić – ot, trzy łodyżki. Zresztą, do ogrodu Świetusia nie miała nigdy serca – choć dziewczyna wiejska, to jednak delikatna, przez babcię przed przeciągami i ciężką pracą chroniona. A jeszcze synek jej się urodził, Wacek. Na ogródek czasu nie było. I tak wnuczka zaczęła babcię namawiać: chodź do nas, babciu, zamieszkaj – dom duży, nowoczesny, pieca nie trzeba palić. A babcia zaczęła niedomagać, stuknęła jej osiemdziesiątka, choroba jakby tylko czekała tego jubileuszu – nogi, kiedyś lekkie, zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Uległa namowom. Po paru miesiącach usłyszała: – Babciu, kochana, ja cię tak bardzo kocham! Ale czemu tylko siedzisz? Całe życie byłaś w ruchu! A u mnie rozsiadłaś się… Ja chcę gospodarstwo rozkręcić, pomocy się po tobie spodziewałam… – Ale ja nie mogę, dziecko, nogi już nie te… Stara jestem… – A do mnie jak przyjechałaś – to od razu stara… niedługo więc babcia wróciła do swojego domu. Przez martwienie się, iż nie pomogła ukochanej wnuczce, zdrowie jej się jeszcze pogorszyło. Nogi powoli, niechętnie sunęły po podłodze – nabiegały się przez długie życie, zmęczone. Przejście z łóżka do stołu stało się trudne, a do ukochanego kościoła – poza możliwości. Proboszcz, ksiądz Borys, sam odwiedził dawną parafiankę, niegdyś główną pomocnicę przy remoncie zabytkowej świątyni. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, zajęta istotną sprawą – pisała jak zawsze comiesięczne listy do synów. W izbie zimno – piec byle jak napalony. Podłoga lodowata. Na ramionach stara, sprana bluza, na głowie szarawy chustka – u tej pedantki i czyścioszki – na nogach znoszone filcowe kapcie. Ksiądz Borys westchnął – potrzebuje ktoś opieki dla babci. Może sąsiadka Ania? Żyje niedaleko, zdrowa jeszcze, dwadzieścia lat młodsza od Walentyny. Przyniósł chleb, pierniki, połowę jeszcze ciepłego drożdżowego placka z rybą (prezent od pani Aleksandry, żony księdza). Zakasał rękawy sutanny i wygrzebał popiół z pieca, trzy razy przynosił drewno, na kilka napaleń, poukładał w rogu. Napalił piec. Nastawił wodę w dużym, okopconym czajniku. – Synku, kochany! Oj, to znaczy – księże Borysie! Pomóż mi adresy wypisać. Bo jak moją kurzą łapą nabazgram, to nie dojdą… Ksiądz Borys przysiadł, napisał adresy, rzucił okiem na listy z chwiejnymi literami. W oczy rzuciło się jedno – ogromnymi, drżącymi znakami: „A ja tu żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Tylko te listy o dobrym życiu całe były w rozmytych kałamarzach, i to raczej były łzy… Ania objęła opiekę nad staruszką, ksiądz Borys regularnie ją spowiadał i udzielał komunii, a w większe święta mąż Ani, pan Piotr, stary marynarz, zawoził babcię motocyklem do kościoła. Życie powoli się układało. Wnuczka przestała się pokazywać, a potem – po paru latach – ciężko zachorowała. Dały znać o sobie stare bóle brzucha, które brała za niestrawność. A to był rak płuca. Skąd u niej taka choroba? Kto wie… Spaliła się w pół roku jak świeca. Mąż niemal zamieszkał na jej grobie – kupował flaszkę, pił, spał na cmentarzu, budził się i szedł po nową. Czteroletni Wacek nie był nikomu potrzebny – brudny, zapłakany, głodny. Zabrała go Tamara, ale przez własną pracę nie miała kiedy się nim zająć i zaczęto szykować Wacka do domu dziecka. Dom dziecka uchodził za niezły – energiczny dyrektor, prawdziwe jedzenie, na weekendy można dzieci zabrać do domu. To nie to samo co wychowanie w domu – ale Tamara nie miała wyjścia, trzeba było dożyć do emerytury. I wtedy w wózku starego „Uralu” przyjechała do córki babcia Walentyna. Za kierownicą siedział sąsiad Piotr, opatulony w pasiaste ubranie, z kotwicami i syrenami na przedramionach. Oboje wyglądali bojowo. Babcia Walentyna powiedziała prosto: – Ja Wacka biorę do siebie. – Mamo, samej ci ciężko! Malemu trzeba gotować, prać! – Póki żyję, nie oddam Wacka do domu dziecka – ucięła babcia. Zdumiona stanowczością zwykle łagodnej matki, Tamara ucichła i zaczęła pakować wnuka. Pan Piotr zawiózł ich do domu, niemal na rękach wniósł pod starą strzechę. Sąsiedzi kręcili głowami: – Dobra z niej kobieta, ale starość nie euforia – za sobą nie nadąży, dzieciaka jeszcze przygarnęła… To nie szczeniak, trzeba się opiekować… Gdzie Tamara patrzy?! Po niedzielnej mszy ksiądz Borys poszedł do babci Walentyny z przeczuciem, czy nie będzie musiał zabierać wygłodzonego i zaniedbanego Wacka od starej schorowanej babci. W domu ciepło, piec napalony. Czysty, uśmiechnięty Wacek słuchał bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu. A słaba, schorowana staruszka zwinnie krzątała się w kuchni: smarowała blaszkę piórkiem, urabiała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Nogi, dotąd niemrawe, poruszały się dziarsko, jak przed laty. – Księże Borysie! Ja tu jeszcze drożdżówki szykuję… Zaczekaj, zaraz upiekę, dla pani Aleksandry i Kuby będzie na gorąco… Ksiądz Borys wrócił do domu w osłupieniu i opowiedział żonie o wszystkim, co zobaczył. Aleksandra zamyśliła się na chwilę, potem wyjęła z biblioteczki dużą niebieską teczkę, otworzyła na adekwatnej stronie: „Stara Eufrozyna przeżyła swoje długie życie. Wszystko przeminęło, uciekły marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod białym, cichym śniegiem. Czas już, czas tam, gdzie nie ma bólu, smutku ni westchnień… Pewnego lutowego, śnieżnego wieczoru Eufrozyna modliła się długo przed ikonami, potem położyła się i powiedziała bliskim: ’Wołajcie księdza – czas mi umierać’. Twarz jej zbielała jak te zaspy za oknami. Domownicy zawołali księdza, Eufrozyna się wyspowiadała, przyjęła komunię, i przez dobę leżała bez ruchu, nic nie jadła ani nie piła. Tylko lekkie oddychanie świadczyło, iż dusza jeszcze nie uciekła ze starego ciała. Nagle drzwi się otworzyły – zima zawiała do środka, rozległ się dziecięcy płacz. – Cicho, cicho, babcia umiera… – Niemowlakowi nie zatkam buzi, dopiero co się urodziła i nie wie, iż nie wolno płakać… Z porodówki wróciła wnuczka Eufrozyny, Nastka, z malutkim rumianym dzieckiem. Rano wszyscy poszli do pracy, zostawiając umierającą staruszkę i świeżo upieczoną mamę. Mleko Nastce się jeszcze nie pojawiło, sama nie umiała przystawić noworodka, mała wrzeszczała wniebogłosy, przeszkadzając Eufrozynie w umieraniu. Umierająca podniosła głowę, zamglone oczy odzyskały jasność. Usiadła z trudem, spuściła bose stopy na podłogę i zaczęła szukać kapci. Kiedy reszta wróciła z pracy, spodziewając się najgorszego (babcia już pewnie nie żyje), zastała widok niezwykły: Eufrozyna nie tylko nie umarła, ale wyglądała żwawiej niż zwykle. Zdecydowała, iż jeszcze nie odchodzi, i z energią chodziła po pokoju, kołysząc spokojną, najedzoną już wnuczkę, a odpoczywająca Nastka leżała na kanapie”… Aleksandra zamknęła zeszyt, spojrzała na męża z uśmiechem i dokończyła: – Moja prababka, Wiera Eufrozyna, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła jeszcze umrzeć. Powiedziała słowami piosenki: „A pomierać nam za wcześnie – a w domu jeszcze mamy swoje sprawy!” Żyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej Anastasii, wychowywać swoją ukochaną prawnuczkę. I ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
Znana raperka poparła Donalda Trumpa i zapozowała ze "złotą kartą". "Jestem największą fanką prezydenta"
Luksusowe hotele i apartamenty w Beskidach. Jak zaplanować wymarzony urlop blisko stoków narciarskich?
Przedszkola i zespoły szkolno-przedszkolne zapraszają na dni otwarte
Wtargnęła z nożem do przedszkola w Kwidzynie. Areszt dla pedagożki
No to dopiero wyniosła z tej naszej Nastki się zrobiła! Prawda, pieniądze ludzi zmieniają! – Ja nie rozumiałam, o co chodzi i czym tak bardzo mogłam urazić innych Kiedyś miałam udane małżeństwo – mąż i dwójka dzieci. Ale pewnego dnia wszystko się rozpadło. Mój ukochany wracał z pracy i zginął w wypadku. Myślałam, iż nie przeżyję tej tragedii, ale mama przekonała mnie, iż muszę być silna dla dzieci. Wzięłam się w garść, zaczęłam ciężko pracować, a gdy dzieci dorosły – wyjechałam za granicę. Musiałam je postawić na nogi, bo nie miałam żadnego wsparcia. Tak trafiłam najpierw do Polski, a potem do Anglii. Zmieniłam wiele miejsc pracy, aż w końcu zaczęłam dobrze zarabiać. Przesyłałam dzieciom pieniądze co miesiąc, później kupiłam im mieszkania, a u siebie zrobiłam porządny remont. Byłam z siebie dumna. Już planowałam powrót do kraju na stałe, ale rok temu moje życie się zmieniło – poznałam pewnego mężczyznę. Ukrainiec, ale od 20 lat mieszka w Anglii. Zaczęliśmy się spotykać i poczułam, iż może się udać. Wahałam się jednak – Artur nie mógł wrócić na Ukrainę, a ja chciałam do domu. W końcu niedawno przyjechałam. Najpierw spotkałam się z dziećmi, potem z rodzicami, a do teściów zupełnie nie miałam kiedy iść, tyle spraw do załatwienia. No i kiedyś przyjaciółka, która pracuje jako ekspedientka, przyszła do mnie i powiedziała: – Twoja teściowa jest na ciebie bardzo obrażona! – Skąd to wiesz? – Słyszałam, jak rozmawiała z kimś znajomym. Mówiła, iż teraz jesteś wyniosła, pieniądze cię zmieniły. I iż nigdy im nie pomogłaś finansowo. Było mi to bardzo przykro. Sama wychowywałam dwoje dzieci i robiłam wszystko dla nich. Nie mogłam jeszcze wspierać teściów, musiałam też zadbać o siebie, rozumiesz? Po tym wszystkim nie miałam już ochoty iść do teściów. Ale przełamałam się, nakupiłam jedzenia i poszłam. Na początku było dobrze, ale słowa, które usłyszałam, nie dawały mi spokoju. W końcu powiedziałam: – Wiecie, iż nie było mi lekko. Robiłam wszystko dla dzieci, bo nie miałam żadnej pomocy. – My też zostaliśmy sami. Każdy dzieci mają, które im pomagają, a my jesteśmy sami. Też sieroty! Powinnaś wrócić i nam pomagać. Teściowa jakby mnie zawstydziła. choćby nie miałam odwagi powiedzieć, iż w Anglii mam już partnera. Wyszłam stamtąd smutna. I teraz nie wiem, co robić. Czy naprawdę powinnam wspierać rodziców zmarłego męża? Już nie daję rady!
Nie dzwon już do mnie! Po co tracić czas na rzeczy, których nie potrzebujesz? Już dawno zrozumiałam, iż ani ty, ani twoje dzieci nie dbacie o to, czy babcia żyje i jak się czuje!
Mam 37 lat i jestem w pierwszej ciąży. Dziecko miało się nigdy nie pojawić w moim życiu
Popularny produkt dla niemowląt wycofany ze sprzedaży. Znaleźli w nim groźną substancję
Dramat w pomorskim przedszkolu. Pracownica groziła dziecku nożem
Sen dziecka a rozwój układu nerwowego – co naprawdę ma znaczenie w pierwszych latach życia?
PILNE: GIS wycofuje popularne mleko dla niemowląt. Sprawdź, czy masz je w domu!
Nauczycielka z nożem w przedszkolu w Kwidzynie
Podarunek na Wesele
— Michałku, pięć lat czekaliśmy. Pięć lat. Lekarze mówili, iż nie będziemy mieć dzieci. A tu… — Michałku, patrz! — zatrzymałam się przy furtce, nie wierząc własnym oczom. Mąż nieporadnie wszedł do domu, schylony pod ciężarem wiadra z rybą. Lipcowy chłód przenikał aż do kości, ale to, co zobaczyłam na ławce, sprawiło, iż zapomniałam o zimnie. — Co się dzieje? — Michał postawił wiadro i podszedł do mnie. Na starej ławce przy płocie stał wiklinowy kosz. W środku, owinięte w wyblakłą pieluszkę, leżało niemowlę. Jego ogromne brązowe oczy patrzyły wprost na mnie – bez strachu, bez ciekawości, po prostu patrzyły. — Boże… — westchnął Michał. — Skąd się wziął? Delikatnie pogładziłam ciemne włosy chłopca. Malec nie drgnął, nie zapłakał – tylko mrugnął. W jego drobnej piąstce była zaciśnięta kartka. Ostrożnie ją rozwinęłam i przeczytałam wiadomość: „Proszę, pomóżcie mu. Ja nie mogę. Przepraszam.” — Trzeba wezwać policję — zmarszczył się Michał, drapiąc się po głowie. — I poinformować gminę. Ale już wzięłam dziecko na ręce i przytuliłam do siebie. Pachniało pyłem z drogi i niewymytym włosem. Kombinezon był podniszczony, ale czysty. — Aniu…— Michał spojrzał na mnie z niepokojem — czy możemy go tak po prostu zabrać? — Możemy — spojrzałam mu w oczy. — Michałku, pięć lat czekaliśmy. Pięć lat. Lekarze mówili, iż nie będzie nam dane. A tu… — Ale przepisy, dokumenty… Rodzice mogą się pojawić — próbował się sprzeciwiać. Pokręciłam głową: Nie pojawią się. Czuję to. Chłopiec nagle szeroko się do mnie uśmiechnął, jakby rozumiał naszą rozmowę. I to było wystarczające. Przez znajomych załatwiliśmy opiekę i papiery. Rok był 1993. Niełatwy czas. Po tygodniu zauważyliśmy coś dziwnego. Chłopiec, którego nazwałam Ilkiem, nie reagował na dźwięki. Na początku myśleliśmy, iż jest po prostu zamyślony, skupiony. Ale kiedy sąsiad podjechał traktorem pod okna, a Ilko choćby nie drgnął, serce mi się ścisnęło. — Michałku, on nie słyszy — wyszeptałam wieczorem, kładąc dziecko do starej kołyski po bratanku. Mąż długo patrzył w ogień pieca, potem westchnął: Pojedziemy do doktora do Zalesia. Do pana Piotra. Lekarz zbadał Ilka i rozłożył ręce: Wrodzona głuchota, całkowita. O operacji choćby nie ma mowy – to nie ten przypadek. Płakałam całą drogę do domu. Michał milczał, ściskając kierownicę aż pobielały mu palce. Wieczorem, gdy Ilko poszedł spać, Michał wyciągnął z szafy butelkę. — Michałku, może nie warto… — Nie. — nalał pół szklanki i wypił jednym haustem. — Nie oddamy go. — Kogo? — Jego. Nigdzie go nie oddamy — powiedział stanowczo. — Poradzimy sobie sami. — Ale jak? Jak go wychować? Jak…? Michał przerwał mi gestem: — jeżeli trzeba — nauczysz się. Przecież jesteś nauczycielką. Coś wymyślisz. Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam, wpatrzona w sufit, zastanawiając się: „Jak nauczyć dziecko, które nie słyszy? Jak dać mu wszystko, czego potrzebuje?” Nad ranem dotarło do mnie: przecież ma oczy, ręce, serce. Więc ma wszystko, co ważne. Nazajutrz wzięłam zeszyt i zaczęłam układać plan. Szukać książek. Wymyślać metody nauki bez dźwięków. Od tej chwili nasze życie nieodwracalnie się zmieniło. Jesienią Ilkowi stuknęła dziesiątka. Siedział przy oknie i malował słoneczniki. W jego szkicowniku nie były zwykłymi kwiatami – tańczyły, wirowały w swoim wyjątkowym tańcu. — Michałku, zobacz — złapałam męża wchodząc do pokoju. — Znowu żółty. Dziś jest szczęśliwy. Z czasem nauczyliśmy się rozumieć bez słów. Najpierw opanowałam palcowy alfabet i język migowy. Michał uczył się wolniej, ale najważniejsze gesty — „syn”, „kocham”, „dumni” — opanował już dawno. Szkoły dla takich dzieci nie mieliśmy, więc uczyłam go sama. Czytać nauczył się szybko. Liczyć — jeszcze szybciej. Ale najważniejsze: malował. Ciągle, gdzie tylko mógł. Najpierw palcem po zaparowanym oknie. Potem na desce, którą Michał dla niego zbijał. Potem — farbami na papierze, na płótnie. Farby zamawiałam z miasta, oszczędzając na sobie, żeby miał najlepsze materiały. — Twój niemy znowu coś tam smaruje? — zadrwił sąsiad Seweryn przez płot. — Jaki z niego pożytek? Michał uniósł głowę znad grządek: — A ty, Sewerynie, jaki masz pożytek ze swojej gadaniny? Z sąsiedztwem nie było łatwo. Nie rozumieli nas. Przezywali Ilka, wyśmiewali go. Szczególnie dzieci. Pewnego dnia wrócił ze szkoły z rozdartą koszulą i zadrapaniem na policzku. Pokazał palcem, kto to zrobił — Kacper, syn sołtysa. Płakałam opatrując ranę. Ilko ocierał mi łzy palcami i się uśmiechał: nie przejmuj się, wszystko w porządku. Wieczorem Michał poszedł do Kacpra. Wrócił późno, nic nie mówił, ale pod okiem miał siniaka. Od tamtej pory nikt już Ilka nie zaczepiał. W wieku nastoletnim jego rysunki się zmieniły. Wypracował własny styl – jakby z innego świata. Malował świat bez dźwięków, ale z taką głębią, iż zapierało dech. Cały dom był pokryty jego obrazami. Pewnego dnia przyjechała do nas komisja z powiatu, sprawdzić domowe nauczanie. Starsza pani o surowym wyrazie twarzy weszła do domu — zobaczyła obrazy i zamarła. — Kto je namalował? — zapytała szeptem. — Mój syn — odpowiedziałam z dumą. — Powinniście pokazać je specjalistom — zdjęła okulary. — Chłopiec ma prawdziwy dar. Baliśmy się jednak. Świat poza wsią wydawał się wielki i niebezpieczny dla Ilka. Jak sobie poradzi bez nas? Bez codziennych gestów? — Pojedźmy — nalegałam, pakując jego rzeczy. — W powiecie jest kiermasz malarski. Musisz pokazać swoje prace. Ilko miał już siedemnaście lat. Wysoki, szczupły, z długimi palcami i uważnym spojrzeniem, jakby widział wszystko. Niechętnie kiwnął głową — nie było sensu się spierać. Na kiermaszu jego prace zawisły w najdalszym kącie. Pięć niedużych obrazów — pola, ptaki, dłonie trzymające słońce. Ludzie przechodzili, rzucali spojrzenia, ale się nie zatrzymywali. Wtedy pojawiła się ona — siwa kobieta z prostą sylwetką i ostrym spojrzeniem. Długo stała przed obrazami, bez ruchu. Potem nagle odwróciła się do mnie: — To państwa prace? — Syna — wskazałam Ilka stojącego obok, z rękami na piersi. — On nie słyszy? — spytała, widząc nasze gesty. — Tak, od urodzenia. Kobieta kiwnęła głową: — Nazywam się Wanda Sieradzka. Jestem z galerii sztuki w Warszawie. Ten obraz… — wstrzymała oddech, oglądając najmniejszy, ze słońcem zachodzącym nad polem. — Ma w sobie coś, czego artyści szukają latami. Chcę go kupić. Ilko zamarł, patrząc mi w twarz, kiedy tłumaczyłam kobiecie jej słowa swoimi niezgrabnymi gestami. Jego palce drżały, w oczach pojawił się cień nieufności. — Naprawdę nie rozważaliście sprzedaży? — w głosie kobiety była pewność znawczyni. — Nigdy… — zająknęłam się, czując gorąco na policzkach. — Wie pani, nie myśleliśmy o sprzedaży. To jego serce na płótnie. Wyjęła portfel i bez wahania podała kwotę, na jaką Michał pracowałby pół roku w stolarni. Za tydzień przeszła po kolejny obraz – ten z dłońmi trzymającymi poranne słońce. Jesienią listonosz przyniósł kopertę: „W dziełach pańskiego syna jest rzadko spotykana szczerość. Zrozumienie głębi bez słów. Tego dziś szukają prawdziwi miłośnicy sztuki”. Stolica przywitała nas szarymi ulicami i chłodnymi spojrzeniami. Galeria mieściła się w maleńkim lokalu gdzieś na obrzeżach. Codziennie jednak przychodziły osoby z uważnym spojrzeniem. Oglądali prace, dyskutowali o kompozycji, kolorach. Ilko stał z boku, śledził ruch ust, gesty. Nie słyszał słów, ale wyraz twarzy mówił sam za siebie: działo się coś wyjątkowego. Potem przyszły granty, wyjazdy, publikacje w czasopismach. Nazwano go „Malarskim Szeptem”. Jego dzieła — jak niemy krzyk duszy — poruszały każdego, kto je oglądał. Minęły trzy lata. Michał nie powstrzymał łez, żegnając syna na jego pierwszą indywidualną wystawę. Ja wstrzymywałam się, ale wszystko we mnie drżało. Nasz chłopiec stał się mężczyzną. Bez nas. Ale wrócił. Pewnej słonecznej niedzieli stanął w progu z naręczem polnych kwiatów. Przytulił nas i poprowadził przez całą wieś, mimo ciekawskich spojrzeń, na odległe pole. Stał tam Dom. Nowy, biały, z balkonem i wielkimi oknami. Cała wieś zgadywała, kto buduje, ale nikt gospodarza nie znał. — Co to jest?— szepnęłam, nie dowierzając oczom. Ilko się uśmiechnął i wyjął klucze. W środku czekały przestronne pokoje, pracownia, półki na książki, nowe meble. — Synku, — Michał rozglądał się zdumiony — to… twój dom? Ilko pokręcił głową i gestem pokazał: „Nasz. Wasz i mój”. Wyprowadził nas na podwórko, gdzie na ścianie domu wisiał ogromny obraz: kosz przy furtce, kobieta z promienną twarzą trzymająca niemowlę i napis migowym językiem: „Dziękuję, Mamo”. Zastygłam, nie mogąc się ruszyć. Łzy płynęły mi po policzkach, ale ich nie wycierałam. Zawsze powściągliwy Michał nagle objął syna tak mocno, iż trudno było mu oddychać. Ilko odpowiedział tym samym, potem wyciągnął rękę do mnie. I tak staliśmy we trójkę pośród pola, przy nowym domu. Dziś obrazy Ilka zdobią najlepsze galerie Europy. Otworzył szkołę dla głuchych dzieci w wojewódzkim mieście i wspiera projekty dla nich. Wieś jest z niego dumna – nasz Ilko, ten który słyszy sercem. A my z Michałem żyjemy w tym samym białym domu. O świcie wychodzę na ganek z kubkiem herbaty i patrzę na obraz na ścianie. Czasem myślę — co by było, gdybyśmy tamtego lipcowego poranka nie wyszli? Gdybym go nie zauważyła? Gdyby strach mnie sparaliżował? Ilko teraz mieszka w mieście w dużym mieszkaniu, ale w każdy weekend wraca do domu. Przytula mnie i wszelkie wątpliwości znikają. Nigdy nie usłyszy mojego głosu. Ale zna każde moje słowo. Nie usłyszy muzyki, ale tworzy własną — z kolorów i linii. Patrząc na jego szczery uśmiech, rozumiem — czasem najważniejsze momenty życia dzieją się w zupełnej ciszy. Zostawcie polubienia i podzielcie się swoimi myślami w komentarzach!
Wiesz, Jarku, ona jest twoją siostrą, a ja twoją żoną. Nie mogę już patrzeć, jak zabierasz wszystko od naszych dzieci i nosisz Olce.
Beata z Wrocławia zaszła w ciążę ze swoim nauczycielem angielskiego z Gwinei – rodzina była w szoku i nie akceptowała związku, martwiąc się, iż zostanie samotną matką wyróżniającego się dziecka. Po narodzinach córeczki i powrocie męża do Gwinei, nieprzychylność bliskich zmusiła Beatę do wyjazdu do Afryki, jednak klimat zmusił rodzinę do powrotu do Polski, gdzie po narodzinach drugiej córki wciąż byli odrzuceni przez krewnych; teraz marzą o przeprowadzce do Kanady, licząc na większą tolerancję i szczęście.
Chwile grozy w kwidzyńskim przedszkolu. Kobieta groziła, iż zabije dziecko
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75356 Gwiezdny superniszczyciel typu Executor
Okazja Cenowa (City) – 60447 Górska ciężarówka terenowa 4×4
Cud jednak się zdarzył Tania wyszła z synkiem ze szpitala. Cudu nie było – rodzice jej nie odebrali. Świeciło wiosenne słońce, otuliła się w luźną kurtkę, jedną ręką podniosła torbę z rzeczami i dokumentami, drugą poprawiła malucha i wyruszyła w nieznane. Dokąd iść? Rodzice stanowczo odmówili przyjęcia dziecka do domu, mama nakazała jej podpisać zrzeczenie się praw. Ale Tania sama wychowała się w domu dziecka – matka ją oddała, więc poprzysięgła sobie, iż nigdy tak nie zrobi własnemu dziecku, choćby wszystko ją to kosztowało. Dorastała w rodzinie zastępczej – tato i mama traktowali ją jak swoją, trochę choćby rozpieszczali, nigdy nie nauczyli samodzielności. Życie nie było łatwe, brakowało pieniędzy, rodzice często chorowali. Teraz wie, iż to ona odpowiada za brak ojca dla synka. Chłopak wydawał się poważny, obiecywał przedstawienie rodzicom, ale gdy powiedziała mu o ciąży, oznajmił, iż nie jest gotowy na pieluchy. Wyszedł i przestał się odzywać, choćby telefon zablokował, domyśliła się. Tania westchnęła. — Nikt nie jest gotowy – ani ojciec dziecka, ani rodzice. Tylko ona jest gotowa wziąć odpowiedzialność. Usiadła na ławce w promieniach słońca. Dokąd iść? Słyszała, iż są domy samotnej matki, ale nie odważyła się zapytać o adres – łudziła się, iż rodzice się opamiętają i po nią przyjadą. Ale nie przyjechali. Postanowiła zrealizować awaryjny plan – pojechać do babci na wieś, ona na pewno przygarnie. Tania pomoże jej w gospodarstwie, póki będą świadczenia rodzinne, potem poszuka pracy. Bo w końcu los musi się do niej uśmiechnąć! Tak postanowiła – tylko jeszcze musiała sprawdzić w telefonie, skąd odjeżdżają autobusy na wieś. Bo babcie zwykle są dobre, więc ją przyjmie. Przestawiwszy wygodniej śpiącego synka, wyjęła stary telefon z kieszeni i omal nie weszła prosto pod samochód na przejściu. Kierowca, siwowłosy, wysoki mężczyzna, wyskoczył z auta i zaczął krzyczeć na Tanię, iż nie patrzy pod nogi, zgubi siebie i dziecko, a jemu przyjdzie marnować starość w więzieniu. Przestraszona Tania rozpłakała się; to obudziło dziecko, które też się rozpłakało. Mężczyzna zapytał, dokąd idzie z dzieckiem. Dziewczyna, łkając, odparła, iż sama nie wie. — Wsiadaj do samochodu. Pojedziesz ze mną, uspokoisz się, a potem zdecydujemy, co dalej. No już, nie stój, dziecko płacze. Jestem Konstanty Grzegorz, a ty? — Tania. — Wsiadaj, Tania, pomogę ci. Zawiózł młodą mamę i jej syneczka do swojego mieszkania. Dał jej pokój, by nakarmiła dziecko. Miał duże, trzy-pokojowe mieszkanie. Brakowało rzeczy dla dziecka, więc Tania poprosiła Konstantego Grzegorza, żeby kupił pampersy, i podała mu swój portfel. Ale mężczyzna stanowczo odmówił przyjęcia pieniędzy, stwierdzając, iż nie ma na co ich wydawać. Poprosił o pomoc sąsiadkę – lekarkę, która była akurat w domu. Po rozmowie telefonicznej sporządziła długą listę potrzeb i dała ją Konstantemu Grzegorzowi. Gdy wrócił z zakupami, zobaczył, iż Tania zasnęła na półsiedząco z głową na poduszce, a dziecko leżało rozbebeszone i nie spało. Umył ręce, wziął malucha na ręce, by młoda matka mogła się zdrzemnąć. Zamknął drzwi do pokoju, ale Tania zaraz się zbudziła, spanikowała, nie widząc dziecka, i zaczęła krzyczeć. Konstanty Grzegorz przyniósł synka z uśmiechem: „Po co się denerwujesz, chciałem, żebyś odpoczęła”. Pokazał zakupy dla niej i malucha, zaproponował pomoc przy przewijaniu. Zapowiedział, iż później zajrzy dobra sąsiadka – lekarka i wszystko wytłumaczy, wezwie też lekarza rodzinnego na jutro. Potem mówi do niej: — Niepotrzebna ci żadna wieś ani szukanie babci. Zostań u mnie, miejsca wystarczy. Jestem wdowcem, nie mam dzieci ani wnuków. Mam emeryturę i jeszcze pracuję. Samotność mnie przytłacza, chętnie was przyjmę. — A miał Pan dzieci? — Tak, Taniu, miałem syna. Pracowałem na Śląsku na zjazdach – pół roku tam, pół tu. Syn studiował, miał dziewczynę. Mieli wziąć ślub, bo spodziewali się dziecka – czekali, aż wrócę z pracy, żeby zrobić wesele. Ale syn kochał motocykle, nie opanował maszyny i zginął. Zdążyłem tylko na pogrzeb. Żona rozchorowała się po stracie syna, a ja kompletnie straciłem kontakt z jego narzeczoną, choć wiedziałem, iż spodziewała się dziecka. Szukałem ich – bez powodzenia. Dlatego, Taniu, zostań ze mną, poczuję znów, co znaczy być rodziną. Jak nazwałaś syna? — Nie wiem czemu, ale podoba mi się imię Sawa. Nie jest popularne, ale… — Sawa??? Tania, tak miał na imię mój syn! Przecież ci nie mówiłem… Wybrałaś je – sprawiłaś mi ogromną radość. Zostajesz? — Chętnie. Sama wychowałam się w domu dziecka, potem zostałam adoptowana, ale gdy urodził się mój synek, rodzice mnie nie przyjęli. Nie odebrali mnie ze szpitala, zostałam z niczym. Gdyby nie oni, nie wiem, co by ze mnie wyrosło – skończyłam szkołę, miałam spokojne życie. Po domu dziecka przyznaliby mi mieszkanie. Mama zostawiła mnie prowadzając pod drzwi sierocińca – z łańcuszkiem i medalikiem na kocyku. — Idź się przebierz, i dla ciebie kupiłem ubranie, a potem zabierzemy się za dziecko i gospodarstwo. Trzeba dokładnie umyć wanienkę, pokaże ci sąsiadka, jak kąpać. No i trzeba porządnie zjeść, żeby miałaś mleko. Gdy Tania przyszła w nowym ubraniu, Konstanty Grzegorz zauważył łańcuszek na jej szyi i zapytał, czy to ten sam, który zostawiła jej mama. Dziewczyna potwierdziła, pokazując medalik. Wtedy mężczyzna jakby się zachwiał – gdyby nie Tania, mógłby upaść. Ocknąwszy się, poprosił o pokazanie medalika. Wziął go do ręki i zapytał, czy go kiedyś otwierała. Tania odparła, iż nie, bo nie umiała. Wtedy Konstanty Grzegorz powiedział, iż sam zamówił ten medalik dla swojego syna – i iż otwiera się w specjalny sposób. Pokazał jej – środek rozsunął się na dwie połówki. Wewnątrz była mała kępka włosów. — To włosy mojego syna, sam je tam schowałem. Więc jesteś moją wnuczką? Los nas nie bez powodu połączył! — Zróbmy jeszcze test! Żeby się Pan nie wahał. — Nie ma potrzeby. Jesteś moją wnuczką, to mój prawnuk i niech już tak zostanie. Zresztą bardzo przypominasz mi syna, ciągle szukałem znajomych rysów. Mam też zdjęcie twojej mamy – chcesz poznać rodziców? Autorka: Zofia Koralewska
Felerna zabawka stała się hitem. Wszystko przez błąd produkcyjny. "Wygląda jak ja w pracy"
Weszła z nożem do przedszkola. Ma usłyszeć zarzut usiłowania zabójstwa
„Zamiast spełnić mój kaprys, pojechaliście na urlop! Teściowa obrażona, bo nie sfinansowaliśmy jej remontu, tylko wybraliśmy wycieczkę do Włoch – rodzinna awantura i zerwane kontakty po latach wyrzeczeń”
Tyle musi zarabiać mężczyzna, by kobieta mogła nie pracować po urodzeniu dziecka. Czy to dużo?
Jeśli dziecko jest dla ciebie najważniejsze w życiu, to błąd. Masz jakiś problem do przepracowania
Pewnego dnia, gdy byłam w drugiej ciąży, do drzwi zapukała dziewczyna z dzieckiem.
Antoniina Pietrowna szła w deszczu i płakała, łzy mieszały się z kroplami. „Jedna pociecha – leje, nikt nie widzi łez”, pomyślała. I jeszcze: „Sama sobie winna! Nie w porę weszłam. Nieproszony gość…” Szła, płakała, a potem śmiała się, przypominając sobie dowcip o teściowej, której zięć mówi: „To co, mamo, choćby herbaty nie wypijesz?” Teraz znalazła się w sytuacji tej „mamy”. Płakała i śmiała się na przemian. Gdy wróciła do swojego mieszkania w bloku, zrzuciła mokre ciuchy, otuliła się kocem i już nie kryła łez – nikt jej nie słyszał, poza złotą rybką w akwarium. Nikt! Antoniina była kobietą interesującą, podobała się mężczyznom, ale z ojcem Nikity, jej syna, nie wyszło; pił coraz więcej, potem zaczął bez powodu ją oskarżać i bić, choćby przy dziecku. Nikitka wszystko opowiedział dziadkom. Mama Antoniiny łkała, tata się rozebrał i spuścił zięcia z czwartego piętra, grożąc mu: „Jeszcze raz zobaczę cię z córką – zabiję. Do więzienia pójdę, ale krzywdy Tosi nie dam.” Mąż zniknął, a Antoniina więcej za mąż nie wyszła – miała dziecko do wychowania. Chętnych na związek było wielu, ale jej wystarczył ojciec Nikity. Materialnie radziła sobie dobrze – była technolożką gastronomii, pracowała w restauracji, odkładała na mieszkanie. Gdy miała już pieniądze, syn się ożenił, a ona oddała im nową, dwupokojową, sama została w starej „kawalerce”. Teraz odkładała na nowy samochód dla dzieci. Nie chodziła do nich z wizytą, nie narzucała się, ale dziś, gdy lunął deszcz i nie miała parasola, wpadła do nich, by pogadać z synową, wypić herbatę. Ale Nastka popatrzyła na nią zdziwiona, choćby do środka nie zaprosiła: „Antoniino Pietrowno, czegoś pani chciała? Długo nie pada, niedaleko ma pani do domu…” Antoniina płakała, a potem zasnęła. Śniła jej się rybka z akwarium, która mówiła: „Płaczesz? Głupia! choćby herbaty ci nie dali! Na co zbierasz pieniądze? Całe życie dla innych? Wyjedź nad morze, przeżyj coś dla siebie!” Gdy się obudziła, podjęła decyzję – wzięła pieniądze, kupiła wycieczkę nad Bałtyk, odpoczęła, wróciła piękna i opalona. Dziećmi się nie przejmowała – dzwonili tylko po pieniądze lub opiekę nad wnukiem. Przestała bać się mężczyzn, związała się z dyrektorem restauracji, życie jej się odmieniło. Pewnego dnia przyszła Nastka: „Czemu nie odwiedzasz, nie dzwonisz? Nikita wybrał auto!” Antoniina, z rękami na piersiach, pyta: „Nastka, czegoś chciałaś?” Wtedy z pokoju wychodzi jej nowy partner: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pijemy!” – uśmiecha się Antoniina. „Zaproś gościa!” – zachęca mężczyzna. „Nie, Nastka już wychodzi. Herbaty nie pije, prawda Nastka?” Antoniina zamyka za nią drzwi, mruga do rybki: „Tak właśnie!”
Mama wprost o ojcach: "Twój mąż powinien umieć opiekować się dziećmi bez instrukcji"