Dzieci

Wyczekana wnuczka Pani Natalia długo i bezskutecznie wydzwaniała do syna, który znów wypłynął w kolejny rejs. Ale kontaktu wciąż nie było. — O rany, narobiłeś, synku! — westchnęła roztrzęsiona i znowu wybrała znajomy numer. Możesz dzwonić i dzwonić — sygnału nie będzie, dopóki nie dopłynie do najbliższego portu. A to może jeszcze długo potrwać. A tu takie rzeczy się dzieją! Pani Natalia nie mogła spać już drugą noc z rzędu — oto co wywinął jej syn! * * * A wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy Michał choćby nie przypuszczał, iż kiedyś będzie pływał na dalekich rejsach. Syn był już dorosły, a z kobietami mu się po prostu nie układało — żadna nie była „ta adekwatna”! Pani Natalia z bólem patrzyła, jak sypią się jedna po drugiej jego związki z naprawdę sympatycznymi, porządnymi, według niej, dziewczynami. — Ty masz charakter nie do wytrzymania! — mawiała synowi. — Wszystko ci nie pasuje! Znajdzie się kiedyś kobieta, która sprosta twoim wymaganiom? — Nie rozumiem twoich wyrzutów, mamo. Chcesz mieć synową i nieważne, jaka ona będzie? — No jak to — nieważne? Chodzi o to, żeby cię kochała, żeby była porządna! Syn milczał wymownie, co niezmiennie irytowało panią Natalię. Skąd nagle jej własny syn, którego wychowała i pielęgnowała, uważa, iż wie o życiu więcej niż ona? Kto tu w końcu jest starszy? — Co ci nie pasowało w Kasi?! — nie wytrzymywała. — Przecież mówiłem. — No dobrze… — Kasia może była nietrafionym przykładem, ale pani Natalia zamierzała wygrać tę dyskusję. — Skoro mówisz, iż była nieuczciwa, ale ja i tak nie rozumiem… — Mamo! Myślę, iż nie powinniśmy już tego roztrząsać. Kasia nie jest tą, z którą chcę spędzić życie. — A Ania? — Też nie. — A Agata? — Tak samo, mamo. — Przecież była taka domowa, spokojna… — wyliczała. I tak w kółko. Z czasem dziewczyny się zmieniały, ale niespełnione marzenie, by doczekać się szczęścia syna i bawić wnuki, wciąż się nie spełniało. W końcu Michał zmienił pracę — poznał dawnego kolegę, który zabrał go „na statki”. Michał przystał na propozycję, choć pani Natalia długo go odwodziła. — Mamo, to świetna okazja! Chciałabyś, żebym miał rodzinę? Muszę na nią zarobić! Jak będą dzieci, to już nie popłynę, będę musiał wychowywać. Teraz trzeba odkładać! Michał rzeczywiście dobrze zarabiał. Po pierwszym rejsie zrobił remont w mieszkaniu, po drugim — założył bankowe konto i wręczył mamie kartę. — Żebyś niczego nie potrzebowała! — Ja i tak nie potrzebuję, tylko wnuków nie mam, a czas leci! Już stara jestem! — Przestań, do emerytury jeszcze kilka lat! — śmiał się syn. * * * Tak minęły kolejne lata. Michał wracał między rejsami i szalał po nocach z kolegami lub spotykał się z dziewczynami, których już choćby mamie nie przedstawiał. Gdy wytknęła mu to, odparł nieprzyjemnie: — Tak jest lepiej, mamo! Nie będziesz się potem zamartwiać, iż się z nimi nie żenię. I tak nie są dla mnie! Pani Natalii zrobiło się przykro — tym bardziej, iż syn nazwał ją zbyt łatwowierną. — Ty za dobrze o ludziach myślisz, mamo… Słowa bolały, bo zabrzmiały, jakby nazwał ją naiwną i głupią. Któregoś wieczoru przypadkiem zauważyła go z nieznajomą dziewczyną. Podbiegła — Michał aż się zaczerwienił z zażenowania. Ale matka to matka, musiał przedstawić Milenę. Pani Natalia polubiła ją od razu: bystra, kulturalna, miła. W duchu pomyślała: „To by było coś, w końcu szczęście się do niego uśmiechnęło!” Rok później, po kolejnym rejsie, zapytała o Milenę. — Nie rozmawiamy już. Zostaw, mamo — urwał Michał. Nie odzywał się o niej. Pani Natalia łamała sobie głowę — co się stało? * * * Mijał czas, aż pewnego dnia do apteki, w której pracowała pani Natalia, weszła… Milena z wózkiem i małą dziewczynką. — Milenko! Co za spotkanie! Michał mi niczego nie wyjaśnił, tylko zniknął w rejsie. A tu… ty! — wybuchła radośnie pani Natalia. Po kilku spotkaniach okazało się, iż Milena zaszła z Michałem w ciążę. On powiedział, iż nie chce dziecka, woli pływać, a potem… zniknął. — To… moja wnuczka? — szeptała wzruszona pani Natalia. — Tak, Ania… Dowiedziawszy się, iż Milenę ledwo stać na wynajem i rozważa powrót do rodziców w innym mieście, pani Natalia nalegała: — Wprowadź się do mnie z Anią! Znajdziesz pracę, a ja się zajmę wnuczką. Przecież Misiu pieniędzy przesyła, nie wiem nawet, na co je wydawać! Milena, pełna niepewności, zgodziła się. Panie teraz mieszkały razem, Milena znalazła pracę, Anię kochały obie. Zbliżał się powrót Michała — Milena coraz bardziej się denerwowała. — Michał nas wyrzuci, jak wróci! To niepotrzebne… odejdę. — Nic z tego! — odpowiadała dziarsko pani Natalia. — Jesteście moją rodziną! Postanowiła choćby przepisać mieszkanie na Anię, żeby syn kiedyś nie miał pretensji, jeżeli się nie ożeni. Ale do przepisania potrzebna była zgoda i wypis syna… Miały czekać na jego powrót. Pewnego ranka, w dzień powrotu Michała, Mileny już nie było. Została tylko Ania… — Co się dzieje? — nie rozumiała pani Natalia, ale nie miała czasu w rozmyślania — syn stał już za drzwiami. — Kto to dziecko? — zapytał Michał, widząc matkę z maluchem na rękach. Pani Natalia, rozżalona, opowiedziała wszystko. Michał najpierw nie dowierzał, potem kazał sprawdzić pieniądze i… okazało się, iż Milena zniknęła! Bez śladu, zabierając część ich oszczędności! Po kilku miesiącach, gdy Mileny nikt nie odnalazł, pani Natalia uzyskała prawo do opieki nad Anią. Dla pewności zrobiono test DNA — Michał nie był ojcem dziecka. Ale pani Natalia tak pokochała dziewczynkę, iż postanowiła ją wychowywać jak własną wnuczkę. Rok później Michał wrócił do domu z nową żoną, Sonią. Ta poznała całą historię i bez wahania zaproponowała, iż razem z Michałem przygarną Anię jako córkę. Pani Natalia wreszcie mogła wykrzyknąć ze łzami szczęścia: — Boże, jakie to szczęście! Siadajcie, dzieci, do stołu! Tak długo czekałam na taki dzień!
Zgłoś swój projekt do 10 serii Bricklink Designer Program!
– Idź stąd! Mówię ci: znikaj! Po co się tu pałętasz?! – krzyknęła pani Klaudia, trzaskając na stół pod rozłożystą jabłonią wielką miską gorących pierogów i odpychając syna sąsiadki. – Marsz do siebie! Kiedy twoja matka wreszcie się tobą zajmie?! Leń jeden! Chudy jak patyk Saszko, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy już dawno przywykli do jego ksywki, spojrzał na surową sąsiadkę i powlókł się pod swój ganek. Ogromna kamienica podzielona na kilka mieszkań była zamieszkała tylko częściowo. Tu żyły tak naprawdę dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie – czyli Kasia i Saszko. Ci ostatni byli właśnie tą „połówką”, z którą niezbyt się liczono i którą z reguły ignorowano, póki nie pojawiła się jakaś pilna potrzeba. Kasia nie uchodziła za nikogo ważnego, więc i czasu szkoda było na nią marnować. Katarzyna, poza synem, nie miała nikogo – ani męża, ani rodziców. Radziła sobie, jak tylko potrafiła, a na sąsiedzkie spojrzenia odpowiadała spokojem, rzadko wdając się w utarczki, chyba iż ktoś zaczął przeganiać Saszka, którego przezywano Konikiem ze względu na długie, chude ręce, nogi i wielką głowę, ledwie trzymającą się na cienkiej szyi. Konik nie tylko był bardzo niepozorny i lękliwy, ale niesamowicie dobry. Mijał płaczące dzieci, by zaraz pocieszać, co często kończyło się naganą od matek – bo nie życzyły sobie, by ten „Straszydło” kręcił się przy ich dzieciach. Kim jest Straszydło, Saszko nie wiedział. Do czasu, gdy mama podarowała mu książkę o dziewczynce Elżbiecie – wtedy zrozumiał, skąd ta ksywka. Ale obrażać się nie zamierzał. Pomyślał raczej, iż wszyscy, co tak mówią, czytali tę książkę i wiedzą, prowincjonalne bohaterskie dziecko, iż Straszydło było mądre i dobre i wszystkim pomagało, a potem zostało władcą pięknego miasta. Katarzyna, do której syn przyszedł z tą refleksją, nie wyprowadzała go z błędu – uznając, iż dobrze, jeżeli chłopiec patrzy na ludzi lepszym wzrokiem, niż sam świat na to zasługuje. W końcu zła i tak na świecie niemało – a jej syn jeszcze zdąży się go napić całymi wiadrami. Niech się chociaż dzieciństwem nacieszy… Swojego syna Katarzyna kochała do szaleństwa. Ojcu Saszka już dawno wybaczyła nieodpowiedzialność i zdradę, godząc się z losem tuż po jego narodzinach i kilkakrotnie strofując położną, gdy ta powiedziała, iż chłopiec urodził się „nie taki jak trzeba”. – Co za bzdury! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie! – Kto się spiera! Tylko rozumnym, o, to on nie będzie… – To się jeszcze zobaczy! – odpowiadała Kasia, głaszcząc policzki malca i tonąc w łzach. Przez pierwsze dwa lata nieustannie biegała z Saszkiem po lekarzach, aż w końcu zainteresowano się chłopakiem na poważnie. Woziła go do miasta, trzęsąc się w starym autosanie i mocno przytulając szczelnie opatulonego synka. Nie zwracała uwagi na spojrzenia, a jeżeli ktoś zaczynał ją pocieszać bądź rzucać dobre rady, w jednej chwili przemieniała się w prawdziwą wilczycę: – Swoje do domu dziecka oddaj! Nie? No to nie pouczaj mnie – sama wiem, co robić! Do dwóch lat Saszko się wyrównał, nabrał ciała i prawie nie różnił się rozwojem od innych dzieci. Przystojniakiem, co prawda, nie został: głowa duża, lekko spłaszczona, kończyny patykowate, a chudość, z którą Kasia walczyła wszelkimi sposobami. Wszystko oddawała synowi – sobie odejmując – i to nie mogło nie poprawić jego zdrowia. Choć z wyglądu niepozorny, niemal przestał niepokoić lekarzy. Patrzyli tylko, jak drobniutka Kasia tuli swojego Konika. – Takie matki to rzadkość! Dziecku groziła niepełnosprawność, a tu proszę! Bohater! Geniusz po prostu! – No pewnie! Mój chłopiec taki właśnie jest! – Nie o dziecku, Kasiu, mowa, o tobie! To ty jesteś bohaterką! Kasia wzruszała ramionami – nie mogła zrozumieć, za co ją chwalą. Przecież matka powinna dbać o dziecko i je kochać – gdzie tu zasługa? Robi to, co trzeba. Kiedy Saszko szedł do pierwszej klasy, czytał, pisał i liczył bez problemu, ale jąkał się, co czasem niweczyło jego dorobek. – Sasza, wystarczy, dziękuję! – przerywała mu nauczycielka, dając szansę innym. A później narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak mądry, ale słuchać go trudno. Na szczęście przetrwała w szkole tylko dwa lata – wyszła za mąż i poszła w urlop macierzyński, a Saszka przejęła nowa pani. Maria Iliniczna była już po sześćdziesiątce, ale nie straciła pasji i zaangażowania. gwałtownie odkryła, kim jest Konik. Porozmawiała z Kasią, wysłała ją do logopedy, a Konika poprosiła o przekazywanie prac pisemnych. – Tak pięknie piszesz! Przyjemność czytać! Konik rozkwitał od pochwał, a Maria Iliniczna czytała jego odpowiedzi na głos, zaznaczając, jak utalentowanego ucznia ma w klasie. Kasia płakała ze wzruszenia i gotowa była całować ją po rękach za dobroć względem syna, ale pani Maria nie pozwalała na wdzięczność. – Czy pani zwariowała?! To moja praca! A chłopiec cudowny! Wszystko mu się uda, zobaczy pani! Do szkoły Saszko biegł w podskokach – czym rozbawiał sąsiadów. – O! Nasz Konik poleciał! Pewnie czas na zmianę warty! Boże, jak natura mogła tak pokrzywdzić dziecko? Po co je zostawiła? Co sądzą o niej i synu sąsiedzi, Kasia wiedziała doskonale – ale nie była kłótliwa. Uważała, iż jeżeli Bóg nie dał komuś serca i duszy, to i tak nie zmusisz go do człowieczeństwa. Lepiej zająć się czymś praktycznym – odnowić dom, posadzić kolejną różę pod gankiem. Ogród był piękny, z klombami pod każdym oknem i małym sadem na tyłach. Nikt się nie kłócił, bo „placyk” przy ganku należał do tego mieszkania, do którego prowadziły schodki. Placyk Kasi był najładniejszy – rosły tam róże i wielki bez, a schodki Kasia wykleiła zdobycznymi kaflami z remontu Domu Kultury. Rozbitych płytek była góra, która na słońcu lśniła jak skarby z odległych krajów. – Dajcie je mnie! – wkroczyła do dyrektora. – Co ci dać? – zdziwił się. – Kafle! Dajcie! Dyrektor się zaśmiał, ale pozwolił. Kasia zdobyła taczkę u sąsiadów i do wieczora przebierała w gruzach, wybierając wymarzone fragmenty. Potem z dumą pchała taczkę przez całe osiedle, a w niej dumnie siedział Konik. – Po co jej te śmieci? – dziwiły się sąsiadki. Zachwyciły się po kilku tygodniach, widząc, co Kasia wyczarowała z niczego. Nigdy nie była w muzeum ani za granicą… Nie widziała również fresków czy wielkich świątyń, ale miała instynkt do piękna. Schodki udekorowane kaflami stały się dziełem sztuki. – Ale patrz! Toż to arcydzieło! Kasia nie komentowała. Jedynym ważnym komplementem były słowa syna: – Mamo, jest przepięknie… Saszko wodził palcem po fikuśnych mozaikach, a Kasia płakała ze szczęścia – jej synek był szczęśliwy. A powodów do euforii nie miał wiele: pochwalą w szkole, mama upiecze coś pysznego, przytuli, szepnie, jaki to mądry i dobry… Ot, całe szczęście. Przyjaciół prawie nie miał – albo nie nadążał za chłopakami, albo wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczęta trzymano od niego z dala – zwłaszcza pani Klaudia, która wychowywała trzy wnuczki. – choćby się do nich nie zbliżaj! – groziła pięścią Konikowi. – To nie dla ciebie! Co działo się w jej głowie po trwałej ondulacji pozostawało niezgadką. Kasia kazała trzymać się z daleka. – Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Konik przystał i choćby z armatą nie podszedłby bliżej do sąsiadki. Tego dnia, gdy Klaudia szykowała się na święto, Saszko tylko przechodził obok – nie po to, by się bawić. – O rany, moje grzechy! – westchnęła Klaudia, przykrywając pierogi haftowanym ręcznikiem. – Powiedzą, iż skąpa jestem! Zaczekaj! Wybrała dwa pierogi, dogoniła chłopca. – Masz! I żeby mi cię tylko we wsi nikt nie widział! Mamy święto! Siedź grzecznie u siebie, póki mama z roboty nie wróci! Rozumiesz? Saszko kiwnął głową, podziękował za pierogi. Klaudia tymczasem schowała się w kuchni. Goście mieli zaraz przyjechać, przywieźć wnuczki, rodzina już się zbierała – szykowała się wielka uczta. Najmłodsza i ukochana wnuczka, Świetlanka, miała urodziny. Syn sąsiadki, chudy i dużogłowy Szaszko-Konik, nie był jej do niczego potrzebny! Niech dzieci nie straszy! Później będą miały koszmary! Klaudia ciężko westchnęła, przypominając sobie, jak próbowała przekonać Kasię, by zostawiła dziecko. – Gdzie ci, Kaśka, dziecko wychowywać?! Na co ci ta męka? Będzie pił i zmarznie z głodu gdzieś pod płotem! – Widzieliście mnie kiedykolwiek z kieliszkiem w ręku? – ripostowała Kasia prosto z mostu. – To niczego nie zmienia! Z takich bied, jak twoje, jest tylko jedna droga! Ty nie wiesz, co znaczy być matką! Ciebie nie nauczyli! Po co twojemu dziecku się męczyć? Oddaj, póki czas! – A jeszcze czego?! I jak ci nie wstyd, kobieto! Sama matka! – Nie masz się czego wstydzić! Dzieci sama wychowałam! A ty co mu dasz? Nic! Pomyśl! Kasia wtedy z Klaudią przestała się witać. Przechodziła obok z dumnie wypiętym, nieforemnym brzuchem i choćby nie patrzyła w stronę sąsiadki. – Oj, głupia, iż się gniewasz! Chcę ci przecież dobrze! – kręciła głową Klaudia. – Twoje dobro śmierdzi! A ja mam mdłości! – odburkiwała Kaśka, gładząc brzuch. – Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi! O tym, co i kto przez niespełna osiem lat ośmielił się zrobić Konikowi, ten mamie nigdy nie wspominał. Żal mu było matki… jeżeli bardzo go zranili, płakał cicho w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama przejęłaby się jeszcze bardziej niż on sam. Krzywda spływała z niego jak woda po kaczce – łzy czyściły duszę, po pół godziny zapominał, co i kto mu powiedział. Żałował tylko tych dorosłych, co nie rozumieli prostego: bez złości i żalu żyje się lżej… Klaudii Saszko już się nie bał, choć nie pałał sympatią. Gdy tylko coś raniącego powiedziała, Konik uciekał jak najdalej – nie chciał patrzeć w gniewne oczy i słuchać ostrych jak brzytwa słów. Zapytajcie go, o czym w takich chwilach myśli – Klaudia byłaby zaskoczona. Konik jej żałował. Szczerze – tak, jak potrafił tylko on. Było mu żal kobiety, która marnuje swoje minuty na gniew. Minuty Saszko cenił nad życie – wszystko można odzyskać, naprawić, tylko czasu się nie wróci. – Tik-tak! – szepce zegar. I już… Nie ma minutki! Złap – nie złapiesz! Znikła i nie wróci. Nie kupisz, nie wyprosisz za choćby najpiękniejszy papierek po cukierkach. Dorośli jakoś tego nie rozumieli… Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Saszko przegryzał pieroga i patrzył, jak na polanie biegają wnuczki Klaudii i inne dzieci – przyszły świętować urodziny Świetlanki. Jubilatka wirowała niczym motyl w różowej sukience, a Saszko patrzył, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli biesiadowali przy stole pod gankiem Klaudii, dzieci po zabawie pobiegły z piłką pod stary studzien, gdzie było więcej miejsca. Gdy tylko zrozumiał, dokąd biegną, pobiegł do sypialni matki – z tego okna wszystko było widać. Obserwował długo ich grę, aż zaczęło zmierzchać. Ktoś z dzieci zgłodniał, ktoś zaczął nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się koło starej studni – Konik ją od razu zauważył. O tym, iż studnia jest niebezpieczna, Kasia nie raz ostrzegała: – Tam wszystko spróchniałe. Chociaż studnia dawno nieużywana, woda w niej jest. Wpadniesz – koniec! Nikt nie usłyszy! Rozumiesz? Nie podchodź! – Nie będę! Moment, w którym Świetlanka poślizgnęła się na krawędzi i zniknęła z pola widzenia, Saszko przegapił. Zadumał się nad chłopakami, którzy coś omawiali w kółku. Rozeszli się po polanie, Saszko rozejrzał się za różową plamką – i zamarł. Świetlanki nie było… Wyleciał na ganek – wystarczyła chwila, by zrozumieć: nie ma jej ani wśród gości, ani na podwórku… Czemu nie pomyślał, by wezwać dorosłych, Saszko nigdy sobie nie odpowiedział. Po prostu zleciał ze schodów i pognał na podwórko, nie słysząc nawet, iż Klaudia wrzasnęła za nim: – Mówiłam, siedź w domu! Bawiące się dzieci nie zwróciły uwagi, iż Saszko podbiegł do studni i dostrzegł coś jasnego na dnie. Krzyknął: – Przytul się do ściany! Bojąc się dusić dziewczynkę, położył się na krawędzi, opuścił nogi, przeczołgał się przez spróchniałe belki i zanurzył się w ciemności. Wiedział, iż liczą się sekundy – Świetlanka nie umiała pływać. Zawsze bała się wody, a babcia nie dopilnowała nauki. Po nałykania się wody, Świetlanka chwyciła się chudych ramion Konika z całych sił. – Już, nie bój się! Jestem z tobą! – objął ją za szyję, tak jak mama uczyła. – Trzymaj się! Będę krzyczał! Ręce ślizgały mu się po śliskim drewnie, dziewczynka ciągnęła na dno, ale Saszko zdołał nabrać powietrza i krzyknąć: – Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci z polany rozeszły się, iż dorośli dopiero później się zorientują. Że go usłyszą… Nie wiedział, czy starczy mu sił do przybycia pomocy. Wiedział jedno: mała, śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć. Bo piękna na świecie, jak i minut – za mało… Usłyszano go nie od razu. Klaudia, niosąc pieczoną gęś, rozejrzała się za wnuczką – i zamarła: – Świetlanka gdzie?! Goście, lekko podpici, nie mogli od razu zrozumieć, czego chce wściekła gospodyni, która rzuciła potrawę i wrzasnęła tak, iż zatrzęsła się cała wieś. A Saszko zdążył zawołać kilka ostatnich razy, coraz słabiej: – Mamo! Katarzyna, wracając z pracy, nie wiedzieć czemu, przyspieszyła kroku, zapominając o zakupach. Przemknęła obok sklepu, ledwo zauważona przez sąsiadki, i dopadła domu – jakby wiedziała, iż trzeba biec… Na podwórze wbiegła w chwili, gdy Klaudia osiadła na schodkach ganku. Nie wiedząc, co się dzieje, Kasia pognała na tyły, gdzie zwykle bawił się Konik, zdążyła jeszcze usłyszeć głos syna: – Jestem tu, mamusiu! Błyskawicznie domyśliła się, skąd głos. Bała się tej studni od początku. Nie raz prosiła administrację o jej zasypanie – nie pomogli… Jej naprędce wystawiony płotek w niczym nie zabezpieczał dzieci przed nieszczęściem. czasu w myślenie nie było. Kasia pognała do domu, chwyciła sznur do bielizny i wybiegła na ganek: – Chodźcie! Łapcie! Na szczęście zięć Klaudii był trzeźwy, w sekundę przywiązał linę do drobnej Kasi: – Dawaj! Ja cię trzymam! Świetlankę znalazła od razu. Dziewczynka objęła ją od razu i zwiotczała przy niej. Kasią aż zatrzęsło. Saszka nie widziała w ciemności… Błagała Boga jak kiedyś w szpitalu – nie zabieraj! Ręką szukała po wodzie – zdało się, iż minuty biją ją oddechem, ale nie mogła przestać… – Proszę… Coś cienkiego i śliskiego trafiło jej w dłoń. Szarpnęła, wylovując syna. Nie myśląc nawet, czy żyje. Krzyknęła: – Ciągnij! Gdy podnosili ją nad wodą, usłyszała słabe, chrapliwe: – Mamo… Do domu Saszko wrócił po dwóch tygodniach w szpitalu – jako bohater. Świetlankę wypisano szybciej, tylko się przestraszyła. Saszko złamał nadgarstek, długo potem nie mógł oddychać swobodnie, ale ze świadomością, iż mama jest przy nim i iż dziewczynkę uratowało jego poświęcenie. – Chłopaku drogi! Gdyby nie ty… – płakała Klaudia, ściskając Saszka. – Daj znać, czego ci trzeba! – Po co? – wzruszył chudymi ramionami. – Po prostu zrobiłem, co trzeba. Chyba jestem mężczyzną, prawda? Klaudia nie wiedziała, co odpowiedzieć, tylko jeszcze raz objęła chłopca – nie wiedząc, iż ten chudy, niepozorny Konik – przerośnie kiedyś wszystkich, zostanie lekarzem i uratuje wielu, nie pytając, kto jest kim, gdy trzeba będzie znów odpowiadać na wołanie o pomoc. A zapytany kiedyś, czemu to robi, mimo iż sam doświadczył tyle krzywdy, odpowie tylko: – Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest po prostu dobrze! *** Nie każ dziecku iść precz! Historia o wielkiej matczynej miłości, odrzuceniu i wytrwałości małego chłopca z bloku na polskim osiedlu, który – choć wyśmiewany, pogardzany za „inność” – udowadnia całej społeczności, iż prawdziwe bohaterstwo rodzi się z dobroci serca, a prawdziwa wartość człowieka nie kryje się w wyglądzie, ale w duszy.
Padnie kolejny rekord? Tyle już zebrano na tegoroczny Finał WOŚP
Z życia wzięte. "Gdy mój syn wyjechał z kraju, zostałam sama z jego żoną i kochanką": Sześć miesięcy później znalazłam dziecko na progu mojego domu
Nie wypychaj dziecka za gwałtownie do przedszkola. Grypa wymaga więcej niż 3 dni w domu
Kiedy rusza rekrutacja do szkoły podstawowej 2026? Systemy naboru ruszają lada moment, ale jest haczyk
Zamiast przeszczepów nerek robią botoks. Miały dość walenia głową w mur
Dobrych też porzucają Z lustra patrzyła na Annę piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Nie rozumiała, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż na uniwersytecie tego nie uczą. Po co w ogóle zdobywała dyplom z wyróżnieniem? Anna zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach — najlepiej trójce. Od najmłodszych lat miała przed oczami wzór rodziców — idealnego małżeństwa. Spieszyła się z zamążpójściem, jakby bała się przegapić swoje szczęście. Swojego męża, Witka, poznała na studiach. Przystojny, wysportowany, inteligentny — przyciągał uwagę dziewczyn i łatwo stawał się duszą towarzystwa. Spotkali się na imprezie i od razu sobie przypadli do gustu. Witek przyjechał do Krakowa z innego miasta, a Ania mieszkała z rodzicami. Po pół roku Witek oświadczył się. Zgodziła się. Wzięli ślub zaraz po skończeniu studiów. Wydawał się idealnym mężem — troskliwym, opiekuńczym, wesołym. Znalazł pracę jako inżynier w firmie gazowej, a Ania została specjalistką w banku. Pół roku po ślubie Ania dowiedziała się, iż jest w ciąży. Witka to nie ucieszyło. — Ania, jak to się stało? Przecież mówiłaś, iż wszystko masz pod kontrolą? — Witek, sama nie wiem, jak to się stało… — przyznała szczerze, zaskoczona niezadowolonym tonem. — Ale czy to ważne? I tak planowaliśmy dziecko. Skoro tak wyszło — to znaczy, iż tak miało być. — Nie mów głupot! To nie los, tylko nieostrożność. Dopiero co mamy stałą pracę. Teraz trzeba zadbać o karierę, a nie zajmować się pieluchami. Ania ledwo powstrzymywała łzy. Jego reakcja ją zaskoczyła. — Aniu, — powiedział łagodnie Witek, obejmując ją ramieniem. — Może… może jeszcze poczekamy… Jeszcze zdążymy… Spojrzała na niego ze zdziwieniem. — choćby o tym nie myśl! Nie podoba ci się — nie będę cię zmuszać. Zdecyduj sam. Wybiegła z mieszkania. Długo chodziła po krakowskich ulicach, próbując wszystko przemyśleć. Jej marzenie o dużej i szczęśliwej rodzinie rozsypywało się w drobny mak. Anna i Wiktor przez kilka dni nie rozmawiali. W końcu mąż przeprosił i powiedział, iż przemyślał sprawę i cieszy się, iż zostanie ojcem. Nie mogła się nacieszyć. Po ośmiu miesiącach urodził się syn, Antoni. Anna uwielbiała być mamą. Z euforią zajmowała się synkiem, dbała o porządek w mieszkaniu i gotowała pyszności dla męża. Kiedy Antoni skończył trzy lata, Ania wróciła do pracy, oddała go do przedszkola. Młoda mama czuła się najszczęśliwsza na świecie. Potwierdzali to również liczni przyjaciele rodziny. U Ani i Witka często spotykały się krakowskie znajome z uczelni ze swoimi rodzinami. I właśnie wtedy Ania przypadkiem usłyszała rozmowę męża z kolegami. — Witek, ale ci się trafiła żona! Śliczna, mądra, pracuje, w domu porządek, a gotuje tak, iż palce lizać. — No jasne, — przytaknął drugi. — Moja tylko kasę umie wyciągać i marudzić bez przerwy. — Ja też taki zły nie jestem, dlatego i żona taka fajna — odparł Witek. Kumpel roześmiali się głośno. Ich żony jednak miały odwrotne zdanie i niejednokrotnie dzieliły się swoimi spostrzeżeniami z Anią.
– Chcę wreszcie żyć dla siebie i się wyspać – powiedział mąż, wychodząc z domu Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, gdy Maksymek ryczał tak głośno, iż sąsiedzi w ścianę stukali. Trzy miesiące, kiedy Marzena chodziła jak zombi, z czerwonymi oczami i drżącymi rękoma. A Igor przechadzał się po mieszkaniu ponury niczym burzowa chmura. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? – rzucił pewnego dnia, patrząc w lustro. – Worki pod oczami do kolan. Marzena milczała. Karmiła synka, bujała, znów karmiła. Zamknięte koło. A gdzieś obok kręcił się Igor – jej mąż, który zamiast wspierać, tylko narzekał. – Słuchaj, może twoja mama by posiedziała? – zaproponował kiedyś wieczorem, przeciągając się po kąpieli. Świeży, wypoczęty. – Myślałem, żeby pojechać na tydzień do kumpla na działkę? Marzena zastygła z butelką w ręku. – Muszę odpocząć, Marzeno. Naprawdę. – Igor zaczął pakować rzeczy do torby. – Ostatnio w ogóle nie dosypiam. A ona niby śpi?! Oczy jej się kleją, ale jak tylko się położy, Maksymek płacze. Czwarty raz tej nocy. – Mi też ciężko – szepnęła Marzena. – Wiem, iż ciężko – machnął ręką mąż, wrzucając ulubioną koszulę do torby. – Ale ja mam odpowiedzialną pracę. Nie mogę tak do klientów wychodzić z taką gębą. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Marzena spojrzała na nich z boku: ona w zmechaconym szlafroku, rozczochrana, z płaczącym dzieckiem na rękach. On – pakuje torbę, ucieka. – Chcę żyć dla siebie i się wyspać – burknął Igor, choćby nie patrząc na nią. Drzwi trzasnęły. Marzena stała pośrodku mieszkania z płaczącym synkiem i czuła, iż wewnątrz wszystko się sypie. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor dzwonił trzy razy – pytał, co słychać. Głos odległy, jakby rozmawiał z daleką znajomą. – Wpadnę w weekend. Nie wpadł. – Jutro na pewno będę. I znów się nie pojawił. Marzena kołysała wyjącego syna, zmieniała pieluchy, robiła mleko. Spała – po pół godziny między karmieniami. – Wszystko u ciebie OK? – spytała przyjaciółka. – Świetnie – skłamała. Po co kłamać? Wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z niemowlakiem. A może być gorzej! Najciekawsze zaczęło się w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój? – pyta Lena. – Dużo pracuje. – No jasne. Facetom wystarczy dziecko i już siedzą w pracy. – Lena nachyliła się: – Igor ma dużo delegacji? Ostatnio był w Gdańsku na szkoleniu, zdjęcia pokazywał. W Gdańsku? Kiedy niby?! Marzena przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił trzy dni. Powiedział, iż jest zajęty. Kłamał, nie był zajęty. Odpoczywał w Gdańsku. Igor wrócił w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż długo mnie nie było. Dużo pracy. – Byłeś w Gdańsku? Zamarł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieważne kto. Ważne, po co kłamiesz? – Nie kłamię. Myślałem, iż się zdenerwujesz, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież z niemowlakiem nigdzie by nie mogła! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Od tygodni nie śpię. – Wynajmiemy nianię. – Za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Mieszkanie opłacam, rachunki. – Na jedzenie? Pampersy? Leki? Milczał. Potem: – Może wrócisz do pracy? Choćby na pół etatu? Po co w domu siedzisz. Nianię najmiemy. Siedzisz w domu – jakby odpoczywasz! Marzena wzięła synka, spojrzała na Igora i pojęła: ten człowiek jej nie kocha. W ogóle. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Gdzie niby? – Po prostu wyjdź. I nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co ważniejsze: rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Na dwa dni. Potem napisał: “Myślę”. A Marzena w tym czasie nie spała. Myślała także. Wyobraźcie sobie, iż pierwszy raz od miesięcy zostajecie sami ze swoimi myślami. Zadzwoniła mama: – Marzenko, jak tam? Igora nie ma w domu? – Na delegacji. Znów skłamała. – Może przyjadę? Pomogę? – Dam sobie radę. Mama i tak przyjechała. – Jak tu u was? – rozgląda się. – Boże, Marzenko, spójrz na siebie! Marzena spojrzała w lustro. No, rzeczywiście. – A Igor gdzie? – W pracy. – O ósmej wieczorem? Marzena milczała. – Co się dzieje? I Marzena zapłakała. Tak prawdziwie, jak dziecko: głośno, rozpaczliwie. – Odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama milczała. Po chwili: – Świnia. Rzadko się takie trafiają. Marzena była zdumiona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze myślałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak. – Mamo, może to ze mną coś nie tak? Może powinnam go zrozumieć? – Marzenko, a tobie nie jest ciężko? W tej prostocie Marzena pojęła: cały czas myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. A o sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyj. Bez niego. Lepiej sama niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Chyba “myślał” na działce. – Pogadamy? – Tak. Usiedli do stołu: – Wiesz co, Marzeno, rozumiem, iż ci ciężko. Ale mi też lekko nie jest. Może się dogadamy? Będę pomagał finansowo, odwiedzał. Ale na razie zamieszkam osobno. – Ile? – Co ile? – Pieniędzy. Ile? – No, z dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź do diabła. – Co?! – Słyszałeś. I nie wracaj. – Marzena, proponuję rozsądek! – Rozsądek? Wolności ci potrzeba? A gdzie moja wolność? I wtedy Igor powiedział zdanie, które wszystko wyjaśniło: – A jaką ty masz wolność? Przecież jesteś matką! Marzena patrzyła na niego: oto prawdziwy Igor. Infantylny egoista, dla którego macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam pozew o alimenty. Ćwierć pensji. Takie prawo. – Nie zrobisz tego! – Zrobię. Wyszedł, trzaskając drzwiami. A Marzena pierwszy raz poczuła ulgę. Maksym płakał. Ale już wiedziała, iż da radę. Minął rok. Igor próbował wracać dwa razy. – Marzeno, może spróbujemy jeszcze raz? – Jest za późno. Igor narzekał, iż Marzena jest zołzą. Nieprzekonująco. Marzena znalazła nianię, zaczęła pracę jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Synka. – A ojciec? – Żyje dla siebie. Poznałam go. Andrzej przyniósł samochodzik Maksymkowi. Bawili się i śmiali razem. Potem często chodzili całą trójką do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecko ma rok, a ty masz faceta! – A ty czego chciałeś? Żebym cię czekała? – Ale jesteś matką! – No i co? Więcej nie dzwonił. Andrzej był inny. Gdy Maksym zachorował, od razu przyjeżdżał. Gdy Marzena padała z sił, zabierał ich na działkę. Teraz Maksym ma dwa lata. Mówi do Andrzeja “wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marzena nie jest zła. Ona też teraz żyje dla siebie. I to jest wspaniałe.
„Chcę rozwodu, szepnęła, odwracając wzrok.”
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty, co wnosisz? — Gabrysię — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Damy jej na imię Gabrysia
Dzieci nudzą się w czasie ferii. "Dziadkowie choćby nie pomyślą, by zabrać je na kilka dni z bloku"
Ferie za złotówkę! Małopolska (31 stycznia 2026)
Babcie na Wygodę – Opowieść o Elenie i Katarzynie, które w szpitalnej sali odkrywają cenę poświęcenia, tęsknoty i czekania na telefon od dzieci. Wspólnie próbują znaleźć odpowiedź, jak odzyskać własne życie, gdy rodzina widzi w tobie tylko pomoc „na zawołanie”.
Jest mamą, ale nie może w pełni skupić się na euforii z macierzyństwa. "Ciągle wszyscy mi to wytykają"
Walizki nie rozpakowuj, Irka – dziś się wyprowadzasz! Noworoczna noc, zdrada w przebraniu i prawda, która wyszła na jaw, gdy Dziadek Mróz, Zajączek oraz Snieżynka pukali do drzwi…
Okazja Cenowa (Harry Potter) – 76464 Kociołek: Sekretna sala zajęć z eliksirów
Okazja Cenowa (City) – 60419 Policja z Więziennej Wyspy
Wczoraj rzuciłam pracę. Bez wypowiedzenia. Bez dwutygodniowego okresu. Położyłam na stole tort, wzięłam torebkę i wyszłam z domu mojej córki. Moim „pracodawcą” była własna córka — Oksana. A wypłatą, jak myślałam przez te wszystkie lata, była miłość. Ale wczoraj zrozumiałam: w ekonomii naszej rodziny moja miłość jest bezwartościowa przy nowiutkim tablecie. Nazywam się Anna. Mam 64 lata. Według papierów — emerytka, była pielęgniarka, mieszkam skromnie na przedmieściach. Ale naprawdę — jestem kierowcą, kucharką, sprzątaczką, domową nauczycielką, psychologiem i pogotowiem ratunkowym dla dwóch wnuków: Maksa (9 lat) i Daniela (7 lat). Jestem tym, co w Polsce nazywają „babcią do wszystkiego”. Pamiętacie: „Do wychowania dziecka potrzeba całej wsi”? Dziś ta „wieś” to najczęściej jedna zmęczona babcia żyjąca na kawie, melisie i lekach przeciwbólowych. Oksana pracuje w marketingu. Jej mąż Andrzej — w finansach. Dobrzy ludzie… Przynajmniej tak się przekonywałam. Wiecznie zmęczeni, wiecznie w biegu. Przedszkole — za drogie. Szkoła — trudna. Zajęcia dodatkowe — jeszcze trudniejsze. Kiedy urodził się Maks, patrzyli na mnie jak tonący na ratownika. — Mamo, nie stać nas na nianię — płakała Oksana. — I obcym nie ufamy. Tylko Tobie. Zgodziłam się, bo nie chciałam być ciężarem. Więc stałam się podporą. Mój dzień zaczyna się 5:45. Jadę do nich, gotuję kaszę — nie „byle jaką”, bo Daniel nie je błyskawicznej. Ubieram dzieci. Zawozę do szkoły. Wracam i myję podłogę, którą nie brudziłam, i toaletę, której nie używałam. Potem znów szkoła, zajęcia, angielski, piłka, lekcje. Jestem babcią od zasad. Babcią „nie wolno”. Babcią od rutyny. A pozostało Sylwia. Sylwia — mama Andrzeja. Mieszka w nowym apartamencie nad Bałtykiem. Lifting, nowy samochód, podróże. Wnuki widuje dwa razy w roku. Sylwia nie wie, iż Maks ma alergię. Nie wie, jak uspokoić Daniela po kryzysie przy matematyce. Nigdy nie prała dziecięcej kurtki z wymiocinami. Sylwia — babcia „tak”. Wczoraj Maks skończył dziewięć lat. Przez kilka tygodni się przygotowywałam. Kasy mam mało, ale chciałam sprawić coś wyjątkowego. Trzy miesiące dziergałam mu ciężki koc, bo źle śpi. Wybrałam ulubione kolory. Włożyłam w to wszystko, co mam. Upiekłam prawdziwy tort — nie z paczki. O 16:15 zadzwonił domofon. Sylwia wpadła jak burza — perfumy, fryzura, reklamówki. — Gdzie moi chłopcy?! Wnuki dosłownie odepchnęły mnie, żeby do niej pobiec. — Babciu! Usiadła na kanapie i wyciągnęła torbę z logo. — Nie wiedziałam, co lubicie, to wzięłam coś najnowszego — powiedziała. Dwa tablety do gier. Najdroższe. — Bez ograniczeń! — mrugnęła. — Dziś rządzę ja! Dzieci oszalały. O torcie zapomniały. Goście też się nie liczyli. Oksana i Andrzej promienieli. — Mamo, no czemu tak… — powiedział Andrzej, nalewając jej wina. — Strasznie ich rozpieszczasz. Stałam z kocem w rękach. — Maksiu… ja też mam prezent… i tort już gotowy… Nie spojrzał nawet. — Nie teraz, babciu. Przechodzę poziom. — Całą zimę robiłam ten koc… Westchnął: — Babciu, koców nikt nie potrzebuje. Sylwia dała tablety. Czemu zawsze jesteś taka nudna? Tylko jedzenie i ciuchy przynosisz. Spojrzałam na córkę. Czekałam, aż zareaguje. Oksana skrzywiła się niezręcznie: — Mamo, nie obrażaj się. To dziecko. Tablet jest fajniejszy. Sylwia jest „wesołą babcią”. A Ty… no… Ty jesteś codzienna. Codzienna babcia. Jak codzienne naczynia. Codzienny korek. Potrzebna — ale niewidzialna. — Chciałbym, żeby Sylwia tu mieszkała — dodał Daniel. — Ona nie zmusza do lekcji. I coś się we mnie złamało. Złożyłam koc. Położyłam go na stole. Zdjęłam fartuch. — Oksana. Kropka. — Co? Mamy kroić tort? — Nie. Ja kończę. Wzięłam torebkę. — Nie jestem sprzętem, który można wyłączyć. Jestem twoją matką. — Mamo, dokąd idziesz?! — zawołała Oksana. — Jutro mam prezentację! Kto odbierze dzieci? — Nie wiem — powiedziałam. — Może sprzedajcie tablet. Albo niech „wesoła babcia” się zaopiekuje. — Mamo, jesteś nam potrzebna! Zatrzymałam się. — I tu jest problem. Potrzebujecie mnie, ale nie widzicie. Wyszłam. Dziś obudziłam się o dziewiątej, Zaparzyłam kawę. Siedziałam na tarasie. I pierwszy raz od lat nie bolały mnie plecy. Kocham wnuki. Ale nie będę już darmową służącą pod przykrywką „rodziny”. Miłość to nie samozniszczenie. A babcia to nie zasób. jeżeli chcą babcię zasad — niech szanują zasady. A na razie… Chyba zapiszę się na tańce. Podobno tak robią „wesołe babcie”.
Moja bratanica chciała dostać wózek dziecięcy, a gdy odmówiła, obróciła rodzinę przeciwko mnie.
5 przykazań kościelnych dla dzieci – proste wyjaśnienia i sposoby nauki
5 przykazań kościelnych modlitwa i praktyka na co dzień
Po prostu nielubiana
Od dziadków wymaga się mniej niż od babć?
"Nie pojechaliśmy na Dzień Babci do teściów. Nie czuję się winna, bo też nie odwiedzają wnuczki"
Koniec 800 plus dla części rodzin. Ekonomiści mówią wprost o ratowaniu budżetu
Mąż zaprosił byłą żonę dla dzieci, więc spędziłam świętowanie w hotelu – historia o tym, jak własna godność jest ważniejsza niż cudze wspomnienia.
Wyczekana wnuczka Pani Natalia nieustannie wydzwaniała do syna, który wypłynął właśnie w kolejny rejs. Ale sygnału wciąż nie było. – Oj, narobiłeś, synku, bałaganu! – westchnęła z martwą i ponownie wybrała znany numer. Dzwonić, nie dzwonić – i tak się nie połączy, dopóki nie dotrze do najbliższego portu. A to może jeszcze potrwać. A tu takie rzeczy się dzieją! Już drugą dobę pani Natalia nie mogła zasnąć – tyle problemów napytał jej syn! * * * Cała ta historia zaczęła się kilka lat wcześniej, gdy Michał nie planował jeszcze pracy na dalekomorskich statkach. Był już dorosłym mężczyzną, a z kobietami mu nie szło – wciąż twierdził, iż żadna mu nie odpowiada! Natalia z bólem serca patrzyła, jak kolejne jego związki – i to z naprawdę porządnymi, sympatycznymi dziewczynami – rozbijają się o jego wieczne „ale”. – Masz trudny charakter! Wszystko ci nie odpowiada! Jaka kobieta sprosta twoim wymaganiom?! – Nie rozumiem twoich wyrzutów, mamo. Tobie wszystko jedno, byleby synowa była? – No nie wszystko jedno! Chcę, żeby cię kochała i była porządna! Syn milczał wymownie, a pani Natalia irytowała się tym jeszcze bardziej. Przecież to ona go wychowała, tuliła płaczącego na swoich kolanach – czemu teraz zachowuje się, jakby znał życie lepiej? – No a co ci się w tej naszej Agnieszce nie podobało?! – denerwowała się. – Przecież mówiłem. – No dobrze… – Agnieszka, przyznała w myślach, to był zły przykład, ale nie zamierzała się poddawać. – Powiedzmy, iż nie była wobec ciebie szczera. Choć nie do końca to rozumiem… – Mamo! Chyba nie musimy się wdawać w szczegóły. Nie widziałem się z nią na resztę życia. – A Kasia? – Również nie. – A Jola? Przecież to taka domowa, spokojna dziewczyna. Miła, zawsze pomagała, pytała, co zrobić w domu… – Zgadza się, była miła, ale wyszło na jaw, iż nigdy mnie nie kochała. – A ty ją? – Chyba też nie. – A Daria? – Mamo! – No co mam? Jesteś niemożliwy! Po prostu kobieciarz! A nie lepiej się ustatkować, rodzinę założyć? Dzieci mieć? – Skończmy tę bezsensowną rozmowę! – nie wytrzymywał Michał i wychodził. „Cały ojciec, z uporem i skrupulatnością!” – denerwowała się pani Natalia. Lata mijały, kolejne partnerki jej syna przychodziły i znikały, a wymarzone szczęście syna i wnuki wciąż się nie pojawiały. Aż pewnego dnia Michał spotkał dawnego kolegę, który zaproponował mu pracę na statku. Próbowała odradzać synowi tę decyzję… * * * Minęły kolejne lata, Michał pływał, zarabiał duże pieniądze, po pierwszym rejsie zrobił remont mieszkania, po drugim otworzył konto, wręczył mamie kartę… – Żebyś o nic się nie martwiła! – Ja się nie martwię! Brakuje mi tylko wnuków, a czas leci. Ja już stara jestem! – Co ty! Jeszcze nie jedna przed tobą emerytura! Pani Natalia nie korzystała z pieniędzy. Miała swoją aptekę, skromną pensję, nie żałowała sobie tylko tego, by syn był szczęśliwy. Samotnie spędzała czas, gdy syn był na morzu. A gdy wracał, próbował poznać nowe kobiety – ale żadnej już matce nie przedstawiał. Wyrzuciła mu to, a on odpowiedział: – To, żebyś się nie przejmowała. Nie zamierzam się żenić, mamo! Zraniło ją to bardzo – zwłaszcza, iż nazwał ją naiwną, zbyt ufającą ludziom… Wciąż o tym myślała. Ale kiedy przypadkowo zobaczyła go z nową dziewczyną, nie wytrzymała – podeszła i żądała przedstawienia. Michał aż się zarumienił, ale co było robić… Milena jej się spodobała. Wysoka, szczupła, z lokami i sympatyczną twarzą. I całkiem wygadana. „Może po prostu do tej pory nie miał szczęścia?”– pomyślała Natalia. Romans trwał cały urlop syna, Milena bywała u nich kilka razy. Ale kiedy Michał szykował się do rejsu, Milena nagle zniknęła… – Nie utrzymujemy kontaktu! I ty też nie powinnaś! – rzucił syn i pojechał. Rok minął. Michał przyjeżdżał tylko przejazdem, o Milenie nie chciał mówić, był oschły. – Boże, a ta też już nie pasuje?! Co z nią nie tak?! – nie wytrzymała w końcu Natalia. – To sprawa tylko moja. I proszę, nie wtrącaj się w moje życie! – odburknął syn, odjechał znów w rejs. Pewnego dnia do apteki, gdzie pracowała pani Natalia, weszła… Milena, po mleko modyfikowane. Prowadziła wózek z małą dziewczynką. – Milenko! Tak się cieszę, iż cię widzę! Michał zniknął i choćby nie powiedział, co się z wami stało! – Tak bywa – odparła smutno. Pani Natalia długo przekonywała Milenę, aż dowiedziała się, iż dziewczyna została z dzieckiem sama. Michał podobno nie chciał dziecka, zniknął bez słowa. Trudno im było finansowo, Milena myślała choćby o powrocie do rodziców w innym mieście. – Przeprowadzaj się do mnie, Milena! Z Anią! Przecież to moja wnuczka! Pomogę wam, a pracy poszukasz na miejscu! – A Michał…? – A kto go pyta? Narozrabiał, dziecko zostawił, matce nie powiedział! Teraz ja muszę to naprawić! Tak też zamieszkały razem. Pani Natalia oszalała na punkcie wnuczki, Milena mogła spokojnie pracować. Codzienność płynęła, aż nadchodził czas powrotu Michała – Milena coraz bardziej się niepokoiła, chciała choćby wyprowadzić się z powrotem. Ale pani Natalia postawiła na swoim i nie pozwoliła. Na dodatek postanowiła przepisać mieszkanie na Anię. Niestety, w urzędzie okazało się, iż najpierw syn musi się wymeldować. Milena coraz częściej znikała, szykowała się jakby do wyjazdu. Pani Natalia odkryła torbę z jej rzeczami. – Chcesz się wyprowadzać?! – spytała zdziwiona. – Nigdzie cię z wnuczką nie puszczę! Milena była coraz bardziej zamknięta w sobie. Michał miał wrócić za dwa dni. * * * W dniu powrotu syna, rano pani Natalia nie zastała Mileny w pokoju – tylko Anię spokojnie śpiącą. Przygotowała obiad, wyobrażając sobie powitanie syna z dzieckiem na rękach i rozmowę z Mileną. Usłyszała dzwonek do drzwi. – Cześć, mamo. Kto to? Co ja przegapiłem podczas rejsu? – Powinieneś wiedzieć najlepiej! – Nic nie rozumiem… – Przygody mówisz? A ja tu wnuczkę odnalazłam! Anię! Takie przygody miałam! – Jaką wnuczkę? Czy ja mam rodzeństwo, o którym nie wiem? – zdziwił się Michał. Pani Natalia opowiedziała całą historię – z wyrzutami i łzami. Michał tylko złapał się za głowę: – Mamo! Jaka ty jesteś… ufna… A co ona ci zabrała? – Nic! – burknęła pani Natalia. – Mamo, sprawdź oszczędności! Milena na pewno zwiała z pieniędzmi! – Ona poszła do pracy! – nie ustępowała. Po dłuższej kłótni uznali, iż poczekają na Milenę. Nie pojawiała się tego dnia, ani następnego. Wszędzie, gdzie pytała o pracę Mileny, nikt jej nie znał. Zniknęły pieniądze, karta, rzeczy Mileny – tylko rzeczy Ani zostały. – Jak to tak?! Nie wierzę, iż zostawiła małą i uciekła! – A dlaczego nie! – odparł ponuro Michał. Zrobiono test DNA – okazało się, iż Michał nie jest ojcem. Ale pani Natalia tak pokochała dziewczynkę, iż postanowili sami ją wychować. Skomplikowane formalności, opieka sądowa… ale w końcu wszystko się ułożyło. Po roku Michał wrócił z nową żoną, Sonią. – Poznaj, mamo, to Sonia. Będziemy razem mieszkać. – A… A co z Anią? – zdziwiła się Natalia. – Bardzo się cieszę, iż pani podjęła się wychowania Ani – uśmiechnęła się Sonia. – jeżeli mogę uczestniczyć w jej wychowaniu, będę zaszczycona! – Niedługo zakończę rejsy, zaadoptujemy Anię i stworzymy jej prawdziwy dom! Pani Natalia ocierała łzy wzruszenia: – Boże, jakie to szczęście! Zapraszam, siadajcie, wszystko już gotowe! Doczekałam się!
Po rozwodzie rodziców zostałam wyrzucona z domu i musiałam radzić sobie sama – ale los sprawił, iż po latach przebaczyłam rodzicom i znów staliśmy się rodziną
Porzucił mnie i nasze nowo narodzone bliźnięta, wybierając bogatą matkę zamiast nas. Kilka lat później, kiedy włączył telewizor, zobaczył mnie – samotną matkę, która zbudowała ogólnopolską sieć opieki nad dziećmi po tym, jak została porzucona z bliźniakami przez męża pod naciskiem teściowej-milionerki.
Babcie na Zawołanie Elżbieta Nowak obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od stłumionego podśmiechiwania, ale od głośnego, zupełnie nieprzystającego do szpitalnej sali rechotu, którego nie znosiła przez całe swoje dorosłe życie. Śmiała się współlokatorka z łóżka obok, trzymając telefon przy uchu i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Kaśka, no daj spokój! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze piętnaście minut. Piętnaście minut, które można by spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, gdy ją tylko przywieziono, współlokatorka już leżała i gwałtownie stukała w telefon. Powiedziały sobie tylko “dobry wieczór”—“dobry wieczór” i rozeszły się w myślach. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz—cyrk. — Przepraszam, — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Można trochę ciszej? Sąsiadka odwróciła się. Okrągła twarz, krótka, siwiejąca fryzura, której choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Kaśka, odezwę się później, bo mnie tu wychowują, — odłożyła telefon i odwróciła się z uśmiechem do Elżbiety. — Przepraszam! Ja jestem Katarzyna Szymczak. Wyspała się pani? Ja zupełnie nie śpię przed operacjami, to dzwonię, gdzie tylko się da. — Elżbieta Nowak. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. — Przecież pani już nie śpi, — Katarzyna mrugnęła. — Dobra, już szeptem, obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła jeszcze zadzwonić dwa razy, i tylko z każdą rozmową jej głos stawał się głośniejszy. Elżbieta odwróciła się ostentacyjnie do ściany i nakryła głowę kołdrą, ale to nie pomogło. — Dzwoniła córka, — tłumaczyła Katarzyna przy śniadaniu, które tylko stało na talerzu. — Operacja, stres, biedna się martwi. Ja ją uspokajam, jak mogę. Elżbieta milczała. Syn nie dzwonił. Zresztą nie oczekiwała, zapowiedział, iż rano ma ważne zebranie. Sama tak go wychowała: praca to poważna sprawa, to odpowiedzialność. Katarzynę zabrali pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie ręką, i krzycząc coś do pielęgniarki, a ta się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż dobrze by ją przenieśli po operacji do innej sali. Ją zabrali godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka wyjaśniła, iż wszystko się udało, trzeba tylko wytrzymać. Elżbieta wytrzymywała. Tego była nauczona. Wieczorem, gdy odwozili ją do sali, Katarzyna już leżała na swoim łóżku. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Pierwszy raz cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Elżbieta, choć nie miała zamiaru zaczynać rozmowy. Katarzyna otworzyła oczy. Słabo się uśmiechnęła. — Jeszcze żyję. A pani? — Też. Zamilkły. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho brzęczały. — Przepraszam za ranek, — odezwała się nagle Katarzyna. — Jak się denerwuję, to gadam bez opamiętania. Wiem, iż to irytujące, ale nic nie mogę poradzić. Elżbieta chciała powiedzieć coś kąśliwego, ale nie znalazła słów. Była zbyt zmęczona. Wyszeptała tylko: — Nic się nie stało. Nocą obie nie spały. Bolało je obie. Katarzyna już nie dzwoniła, leżała cicho, ale Elżbieta słyszała, jak się wierci, wzdycha. Raz, chyba, płakała. Po cichu, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała rany, sprawdziła temperaturę, powiedziała obydwu: „Świetnie sobie radzicie, wszystko w porządku”. Katarzyna natychmiast chwyciła telefon. — Kaśka, cześć! Już wszystko okej, nie musisz się martwić. A jak tam moje? Kacper naprawdę miał gorączkę? Co? Już przeszło? No widzisz, mówiłam, iż nic mu nie będzie. Elżbieta mimowolnie przysłuchiwała się rozmowie. “Moje”—czyli wnuki. Córka zdaje raport. Jej własny telefon milczał. Zajrzała—dwie smsy od syna. “Mamo, jak się czujesz?” i “Napisz, kiedy będziesz mogła”. Wysłane wczoraj wieczorem, kiedy jeszcze dochodziła do siebie po operacji. Odpisała: “Wszystko dobrze”. Dodała buźkę. Syn lubił emotikony, mówił, iż bez nich wiadomości są suche. Odpowiedział po trzech godzinach: “Super! Buziak”. — Państwa nie odwiedzają? — zapytała Katarzyna w ciągu dnia. — Syn pracuje. Mieszka daleko. Po co miałby przyjeżdżać, nie jestem dzieckiem. — Otóż to, — przytaknęła Katarzyna. — U mnie córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, poradzisz sobie sama. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze, prawda? W jej głosie było coś, co sprawiło, iż Elżbieta spojrzała uważniej. Katarzyna się uśmiechała, ale oczy miała całkiem niewesołe. — Ile ma pani wnuków? — Troje. Kacper—najstarszy, osiem lat. Potem Maja i Leon—trzy, cztery lata. — Katarzyna wyciągnęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Pokazywała je z dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na każdym zdjęciu była z nimi ona. Przytulała, całowała, robiła śmieszne miny. Córka na żadnym. — Córka robi zdjęcia, — wyjaśniła Katarzyna. — Nie lubi być na fotografii. — Wnuki często są u pani? — Ja adekwatnie mieszkam u nich. Córka pracuje, zięć też, to… pomagam. Odebrać z przedszkola, lekcje sprawdzić, obiad ugotować. Elżbieta skinęła głową. U niej było podobnie. Pierwsze lata po urodzeniu wnuka też pomagała codziennie. Potem już rzadziej—dziecko podrosło. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. O ile pasują plany. — U pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia sportowe. — Często się widzicie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem to. — No właśnie, — Katarzyna odwróciła się do okna. — Zajęci. Milczenie. Za oknem zaczął siąpić deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Elżbieta uniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku, kolana przyciągnięte do piersi, patrzyła w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Myślałam, myślałam… i nie chcę. — Dlaczego? — Bo po co? Wrócę, a tam Kacper nie odrobi lekcji, Maja znów rozmazana, Leon rozerwie spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć w delegacji. Pranie, gotowanie, sprzątanie, siedzenie, pomaganie. A oni nawet… — głos jej się załamał. — choćby dziękuję nie powiedzą. Bo w końcu babcia musi. Elżbieta milczała. Gula rosła w gardle. — Przepraszam, — Katarzyna otarła oczy. — Coś mi się zebrało. — Nie przepraszaj, — szepnęła Elżbieta. — Ja… pięć lat temu poszłam na emeryturę. Myślałam, iż w końcu zajmę się sobą. Chciałam chodzić do teatru, do galerii. Zapisałam się choćby na francuski. Dwa tygodnie wytrzymałam. — I co się stało? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Przecież jestem babcią, nie pracuję, nie będzie mi trudno. Nie umiałam odmówić. — I jak było? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola, już co drugi dzień. Potem szkoła, raz w tygodniu. Teraz… — urwała się. — Teraz nie za bardzo mnie potrzebują. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam, czy mnie zaproszą. Albo nie zapomną. Katarzyna przytaknęła. — Moja miała w listopadzie przyjechać. W gości, do mnie. Cały dom wysprzątałam, napiekłam ciast. A ona zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kacper ma trening, nie możemy. — I nie przyjechali? — Nie. Ciasto dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem szumiał deszcz. — Wie pani, co jest najgorsze? — odezwała się Katarzyna. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko to, iż i tak czekam. Ściskam telefon w ręku, myślę: może zadzwonią, powiedzą, iż tęsknią. Ot tak, nie po to, by coś załatwić. Elżbieta poczuła, jak piecze ją nos. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, mam nadzieję, iż syn chce po prostu pogadać. Ale nie. Zawsze sprawa do załatwienia. — A my zawsze ratujemy sytuację, — Katarzyna uśmiechnęła się smutno. — Bo przecież jesteśmy matkami. — Tak… Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały cicho, aż Katarzyna powiedziała nagle: — Całe życie myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka ukochana, zięć porządny, wnuki wesołe. Że jestem potrzebna. Że beze mnie nie dadzą rady. — I? — I dopiero tu zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni nie narzekała, iż trudno. choćby przeciwnie, miała dobry humor. Potrafią. Tylko im wygodniej, jak mają darmową babcię-nianię. Elżbieta podniosła się na łokciu. — A wie pani, co mnie uderzyło? Że to moja wina. Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze jest do dyspozycji, zawsze czeka. Że moje plany się nie liczą, a jego są najważniejsze. — U mnie tak samo. Córka dzwoni, ja rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi, — Elżbieta powiedziała powoli. — Że nie mamy swojego życia. Katarzyna przytaknęła. Zamilkła. — I co dalej? — Nie wiem… Piątego dnia Elżbieta wstała z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarzem tam i z powrotem. Katarzyna była dzień za nią, ale uparcie próbowała. Chodziły razem po korytarzu, wolno, trzymając się ściany. — Po śmierci męża w ogóle się pogubiłam, — mówiła Katarzyna. — Myślałam: już po wszystkim. A córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. No to żyłam. Tylko ten sens taki… jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie—tylko gdy im wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, syn miał wtedy pięć lat. Jak sama go wychowywała, wieczorami studiowała, pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż jak będę idealną matką, on będzie wdzięczny. Że jak dam wszystko z siebie, będzie idealnym synem. — A teraz ma swoje życie, — dokończyła Katarzyna. — Tak. I pewnie to normalne. Tyle iż nie sądziłam, iż będę taka samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia zjawił się syn. Bez zapowiedzi. Elżbieta właśnie czytała, kiedy stanął w drzwiach. Wysoki, w drogi płaszczu, z reklamówką owoców. — Mamo, cześć! — uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Lepiej? — Lepiej. — Super. Lekarz mówił, iż za trzy dni wypis. Może na jakiś czas przyjedziesz do nas? Olesia mówi, iż mamy wolny pokój gościnny. — Dziękuję, wolę wrócić do siebie. — Jak chcesz. Ale jakby coś, dzwoń, przyjedziemy. Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Zapytał, czy nie trzeba pieniędzy. Obiecał, iż wpadnie za tydzień. I gwałtownie wyszedł, jakby z ulgą. Katarzyna leżała na łóżku, udając, iż śpi. Kiedy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. — To pański? — Mój. — Przystojny. — Tak. — I zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Miała ściśnięte gardło. — Pani Elżbieto,—powiedziała cicho Katarzyna.—Może trzeba przestać czekać na ich miłość. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. A my znaleźć własne. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale innej opcji nie ma, prawda? Bo inaczej całe życie będziemy czekać, aż sobie o nas przypomną. — Co jej pani powiedziała? — zapytała niespodziewanie Elżbieta, przechodząc na „ty”. — Córce? Że po wypisie przez dwa tygodnie muszę odpoczywać. Lekarz zabronił się forsować. Nie mogę siedzieć z wnukami. — Obraziła się? — Bardzo. — Katarzyna uśmiechnęła się blado. — Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakbym zrzuciła coś ciężkiego z barków. Elżbieta zamknęła oczy. — Boję się. Że jeżeli odmówię, przestaną dzwonić. Przestaną się odzywać w ogóle. — A teraz dzwonią często? Cisza. — Widzisz. Gorzej i tak nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie zostały wypisane. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Wpisały numery do telefonów. Jeszcze przez chwilę patrzyły sobie w oczy. — Dziękuję, — powiedziała Elżbieta. — Że byłaś tu ze mną. — Ja też dziękuję. Wiesz… trzydzieści lat z nikim tak nie rozmawiałam. Tak naprawdę. — Ja też nie. Objęły się nieporadnie, uważając na szwy. Pielęgniarka podała wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta wyjechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna. “Mamo, już cię wypisali?”, “Zadzwoń, gdy będziesz w domu”, “Nie zapomnij o tabletkach”. Napisała: “Jestem już w domu. Wszystko dobrze.” Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie ruszała od pięciu lat. Leżał w niej folder z kursu francuskiego i rozpiska repertuaru filharmonii. Patrzyła na folder i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. — Cześć. Wybacz, iż tak od razu. Po prostu… chciałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Może spotkamy się, jak już całkiem dojdziemy do siebie? Za dwa tygodnie. W kawiarni? Albo na spacerze. jeżeli masz ochotę, oczywiście. Elżbieta spojrzała na folder w ręce. Potem na telefon. Potem znów na folder. — Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? Może nie za dwa tygodnie. Może już w sobotę. Mam dość leżenia samej w domu. — W sobotę? Naprawdę? Lekarze… — A niech tam. Trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas na siebie. — No to ustalone. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon, sięgnęła z powrotem po folder. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. przez cały czas była rekrutacja. Usiadła do laptopa i zaczęła wypełniać zgłoszenie. Palce jej drżały, ale pisała do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur wychodziło już słońce. Nieśmiałe, jesienne, ale jednak słońce. I Elżbieta pomyślała nagle, iż życie dopiero może się zaczynać. I kliknęła “Wyślij zgłoszenie”.
Sejm da rodzicom więcej wolnego. Pomysł o odbiorze dni wolnych za niedziele byłby rewolucją
Wielu polskich rodziców popełnia zimą ten błąd. Lekarz ostrzega przed piecuchowaniem. "Dramat"
Babcie na zawołanie Elżbieta Nowak obudziła się od głośnego śmiechu. Nie cichego chichotu, nie tłumionego mruknięcia, ale donośnego, zupełnie nieprzystojącego szpitalnej sali rechotu, którego zawsze nie znosiła. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając przy uchu telefon i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł to widzieć. – Lenka, no nie wierzę! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze piętnaście minut. Kwadrans, który mogła spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy przywieziono ją do sali, współlokatorka już leżała i gwałtownie coś pisała na telefonie. Powiedziały sobie tylko: „Dobry wieczór” – „Dzień dobry” i każda zanurzyła się we własnych myślach. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk. – Przepraszam – powiedziała cicho, ale stanowczo – Można prosić ciszej? Współlokatorka się odwróciła. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! – Oj Lenka, oddzwonię, bo tu zaczęli mnie wychowywać – odłożyła telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. – Przepraszam! Katarzyna Szymańska. Dobrze się pani spało? Ja w ogóle przed operacją nie śpię, to dzwonię do kogo się da. – Elżbieta Nowak. To iż pani nie śpi, nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. – Ale przecież już pani nie śpi – Katarzyna mrugnęła. – Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła wykonać jeszcze dwa telefony, za każdym razem mówiąc coraz głośniej. Elżbieta ostentacyjnie odwróciła się do ściany i nakryła głowę kołdrą, ale nie pomogło. – Dzwoniła córka – wyjaśniła podczas śniadania, które obie zostawiły nietknięte – Operacja. Martwi się, biedna. Uspokajam ją jak umiem. Elżbieta milczała. Jej syn nie zadzwonił. Ale nie czekała – uprzedził, iż rano ma ważne zebranie w pracy. Sama go tak wychowała – praca to poważna sprawa, obowiązek. Katarzynę zabrali pierwszą. Szła korytarzem machając na pożegnanie i rzucając coś pielęgniarce, ta się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż po operacji dobrze byłoby, gdyby ją przenieśli do innej sali. Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze ciężko znosiła narkozę. Obudziła się z nudnościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka uspokajała, iż wszystko się udało i „trzeba chwilę wytrzymać”. Elżbieta umiała wytrzymać. Zawsze to potrafiła. Wieczorem, gdy przewieźli ją z powrotem do sali, Katarzyna już leżała na łóżku. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. – Jak się pani czuje? – zapytała Elżbieta wbrew sobie. Katarzyna uchyliła powieki. Uśmiechnęła się słabo. – Jeszcze żyję. A pani? – Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho zgrzytały. – Przepraszam za ranek – odezwała się w końcu Katarzyna. – Jak się denerwuję – gadam bez przerwy. Wiem, iż to irytuje, ale nie umiem się powstrzymać. Elżbieta chciała odpysknąć, ale była za bardzo zmęczona. Wydusiła: – Nic się nie stało. W nocy żadna nie spała. Obie bolało. Katarzyna nie dzwoniła już do nikogo, leżała cicho, ale Elżbieta słyszała jak się wierci, wzdycha. Chyba choćby płakała, cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę, powiedziała: „Pięknie panie, wszystko w porządku”. Katarzyna chwyciła zaraz za telefon. – Leniu, cześć! Już żyję, nie musisz się martwić. Co z moimi? Kiruś naprawdę miał gorączkę?… Już przeszło? No widzisz, mówiłam ci, iż nic strasznego. Elżbieta słuchała mimo woli. „Moi” – czyli wnuki. Córka zdaje relację. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna: „Mamo, jak się czujesz?” oraz „Napisz, jak będziesz mogła”. Przyszły wczoraj wieczorem, jeszcze kiedy dochodziła do siebie po narkozie. Napisała: „Wszystko dobrze”. Dodała buźkę – syn lubił emotikony, mówił, iż bez nich wiadomości są zimne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Całusy”. – Pani bliscy nie przyjadą? – zapytała Katarzyna po południu. – Syn pracuje. Mieszka daleko. Po co miałby przyjeżdżać, nie jestem dzieckiem. – Racja. – Katarzyna pokiwała głową. – U mnie córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I w sumie dobrze, iż nie muszą się martwić, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Elżbieta spojrzała na nią uważniej. Katarzyna uśmiechała się, ale oczy nie były wesołe. – Ma pani wnuki? – Troje. Kiryłek najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon, rok różnicy, cztery i trzy lata. – Wyjęła telefon z szafki. – Chce pani zdjęcia zobaczyć? Pokazywała zdjęcia dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich była ona – przytulała, całowała, śmiesznie się wygłupiała. Córki nie było na żadnym. – Córka robi zdjęcia – wyjaśniła. – Nie lubi być przed obiektywem. – Wnuki często u pani bywają? – adekwatnie to ja u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odebrać z przedszkola, sprawdzić lekcje, ugotować… Elżbieta pokiwała głową. U niej było podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk podrósł, zaczęła bywać rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. jeżeli znajdą czas. – A pani? – Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia. – Często się widujecie? – Bywa, w niedziele. Są strasznie zajęci. Rozumiem to. – No tak – westchnęła Katarzyna, odwracając się do okna. – Zajęci… Zapadła cisza. Za oknem mżył deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: – Nie chcę wracać do domu. Elżbieta podniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku ze ściągniętymi pod brodę kolanami i patrzyła w podłogę. – Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam i nie chcę. – Dlaczego? – A po co? Wrócę i znowu to samo: Kirył nie zrobił lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon podarł spodnie, córka haruje do nocy, zięć w delegacji. Ja: pierz, gotuj, sprzątaj, pomagaj. I nawet… – urwała. – choćby „dziękuję” nie usłyszę. Bo przecież babcia, to musi. Elżbieta milczała. W gardle rosła jej gula. – Przepraszam – Katarzyna otarła oczy. – Rozkleiłam się. – Nie przepraszaj. – Elżbieta odezwała się cicho. – Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, w końcu się sobą zajmę. Do teatru pójdę, na wystawy. choćby na kurs francuskiego się zapisałam. Odbyłam dwa spotkania. – I co się stało? – Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła, żebym pomogła, bo babcia przecież nie pracuje, jej łatwo. Nie umiałam odmówić. – I jak było? – Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola, to co drugi dzień. Potem do szkoły – raz w tygodniu. Teraz… Teraz adekwatnie nie jestem im potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę i czekam, czy sobie o mnie przypomną. Katarzyna pokiwała głową. – Córka miała w listopadzie przyjechać. Do mnie, w odwiedziny. Dom wysprzątałam, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, sorry, Kirył ma trening. Nie da rady. – I nie przyjechała? – Nie. Ciastami poczęstowałam sąsiadkę. Siedziały w ciszy. Za oknem deszcz uderzał o szybę. – Wie pani, co jest najgorsze? – odezwała się Katarzyna. – choćby nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż i tak czekam. Trzymam telefon w dłoni, bo może zadzwonią, może stęsknili się. Tak po prostu, nie bo czegoś chcą… Elżbiecie zaszkliły się oczy. – Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce tylko porozmawiać. Ale nie. Zawsze sprawa do załatwienia. – A my ratujemy – Katarzyna uśmiechnęła się gorzko. – Bo jesteśmy mamami. – Tak. Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały w ciszy, aż Katarzyna nagle powiedziała: – Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć porządny, dzieciaki radość. Że jestem potrzebna. Że beze mnie się nie da. – I…? – I dopiero teraz widzę, iż się da. Córka od czterech dni nie jęczy, iż ma ciężko. Przeciwnie. Radzi sobie świetnie. Czyli potrafi. Babcia-niania po prostu wygodna. Elżbieta podniosła się na łokciu. – Wie pani, co ja zrozumiałam? Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje plany nieważne, a jego święte. – Ja też tak robiłam. Córka dzwoni – rzucam wszystko i biegnę. – Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi – Elżbieta mówiła wolno. – Że nie mamy własnego życia. Katarzyna przytaknęła. Milczała. – I co teraz? – Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała samodzielnie z łóżka. Szóstego przeszła do końca korytarza i z powrotem. Katarzyna była dzień w tyle, ale szła zawzięcie. Chodziły razem, wolno, podpierając się ścianą. – Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam – opowiadała Katarzyna. – Myślałam, iż życie się skończyło. Córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. To żyłam. Ale ten sens taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie tylko, gdy wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie trzydzieści lat temu – syn miał wtedy pięć lat. Jak sama go wychowywała, wieczorami studiowała, pracowała na dwa etaty. – Myślałam, iż jeżeli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że oddam wszystko i on będzie wdzięczny. – A on dorósł i żyje swoim życiem – dokończyła Katarzyna. – Tak. I może to normalne. Ale nie spodziewałam się, iż będę tak samotna. – Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi. Elżbieta czytała na łóżku, kiedy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. – Mamo, cześć! – uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. – Jak się czujesz? Lepiej? – Lepiej. – Super! Lekarz mówił, iż jeszcze trzy dni i wypis. Pomyślałem – może pojedziesz do nas? Gościnny pokój stoi pusty. – Dziękuję, wolę do domu. – Jak chcesz. Ale dzwoń, przyjedziemy. Został dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Spytał, czy nie trzeba pieniędzy. Obiecał, iż odwiedzi za tydzień. I wyszedł szybko, z ulgą. Katarzyna leżała i udawała, iż śpi. Kiedy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. – Pani syn? – Mój. – Przystojny. – Tak. – I zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle. – Wie pani – Katarzyna odezwała się półgłosem – pomyślałam, iż może powinnam przestać się łudzić, iż będą mnie kochać. Po prostu… puścić ich wolno. Pogodzić się, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. – Łatwo powiedzieć. – Trudno zrobić. Ale nie ma innego wyjścia. Albo będziemy siedzieć i czekać, aż sobie przypomną. – I co pani powiedziała córce? – zapytała nagle Elżbieta, przechodząc na „ty”. – Że po wypisie będę odpoczywać, może dwa tygodnie. Lekarz zabronił się przemęczać. Nie dam rady pilnować wnuków. – Obraziła się? – I jeszcze jak – Katarzyna uśmiechnęła się krzywo. – Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi kamień z serca. Elżbieta zamknęła oczy. – Boję się. Jak powiem „nie”, to w ogóle przestaną dzwonić. – A teraz dzwonią często? Cisza. – No właśnie. Gorzej nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie wypisano. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. – Daj mi swój numer – zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Wpisały numery w telefony. Postały chwilę naprzeciwko siebie. – Dziękuję – powiedziała Elżbieta – Za to, iż byłaś blisko. – I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze. – Ja też. Przytuliły się ostrożnie, by nie zahaczyć o szwy. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta pojechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Zajrzała do telefonu. Trzy wiadomości od syna: „Mamo, już po wypisie?”, „Zadzwoń, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko ok.” Odłożyła telefon. Wstała, otworzyła szafę. Wyjęła teczkę, której nie oglądała od pięciu lat. Były tam ulotka kursu francuskiego i wydrukowany program koncertów filharmonii. Patrzyła na ulotkę i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. – Cześć. Wybacz, iż tak od razu… Po prostu… chciałam usłyszeć twój głos. – Bardzo się cieszę. – Wiesz co? Spotkajmy się! Gdy wrócimy do formy, może za dwa tygodnie. W kawiarni albo na spacerze. jeżeli chcesz, oczywiście. Elżbieta popatrzyła na ulotkę. Potem na telefon. Jeszcze raz na ulotkę. – Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? A może w sobotę? Mam już dość leżenia w domu. – W sobotę? Serio? Lekarze mówili… – Mówili. Ale trzydzieści lat dbałam o innych. Pora pomyśleć o sobie. – To umówione. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon i znów ujęła ulotkę. Kursy zaczynały się za miesiąc. Nabór ciągle trwał. Wyjęła laptop, weszła na stronę zapisów. Palce jej drżały, ale wpisała wszystkie dane aż do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Słabe, jesienne, ale jednak słońce. I Elżbieta pomyślała nagle, iż może życie dopiero się zaczyna. I kliknęła „Wyślij zgłoszenie”.
Zrobiłem test DNA, bo nie byłem pewny ojcostwa – straciłem przez to żonę, dzieci i spokój w domu
Choć Lucyna była wzorową synową i żoną, ostatecznie zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale również samą siebie
Włącz dziewczynkę
Z Maluchem w Muzeum - Najlepszy przyjaciel człowieka (Muzeum Narodowe w Poznaniu, Al. Marcinkowskiego 9, Poznań)
On nie jest moim Słoneczkiem
Myślałam, iż mąż będzie supertatą. Okazało się, iż sam jest mentalnie dużym dzieckiem
Nie odchodź, mamo. Rodzinna opowieść o miłości, uprzedzeniach i sile matczynego serca
Dobre kobiety też są porzucane Z lustra patrzyła na Annę piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Nie rozumiała, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż tego nie uczą na studiach. Po co jej był czerwony dyplom? Ania od zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach – najlepiej trójce. Od dzieciństwa miała przed oczami przykład rodziców, wzoru idealnego małżeństwa. Bardzo się śpieszyła, by wyjść za mąż, jakby bała się, iż przegapi swoje szczęście. Ze swoim mężem Witkiem poznała się jeszcze na studiach. Przystojny, wysportowany, inteligentny, przyciągał uwagę dziewczyn i z łatwością stawał się duszą towarzystwa. Spotkali się na imprezie i od razu sobie przypadli do gustu. Wiktor przyjechał studiować do Wrocławia z innego miasta, a Ania mieszkała z rodzicami. Po pół roku Witek się oświadczył. Zgodziła się. Pobrali się po zakończeniu uczelni. Mąż wydawał się ideałem – troskliwy, uważny, wesoły. Dostał pracę w dużej firmie gazowniczej jako inżynier, a Anna została specjalistką w banku. Pół roku po ślubie Ania dowiedziała się, iż jest w ciąży. Witka to jednak nie ucieszyło. – Ania, jak to się stało? Mówiłaś, iż wszystko pod kontrolą… – Witek, nie wiem, jak do tego doszło… – szczerze przyznała, zaskoczona tonem męża. – Ale czy to ważne? I tak chcieliśmy dziecka. Skoro już się stało – może to przeznaczenie? – Daj spokój! To nie przeznaczenie, tylko nieuwaga. Dopiero zaczęliśmy pracę, teraz trzeba budować karierę, a nie pieluchy zmieniać. Ania ledwo powstrzymała łzy. Reakcja męża ją zszokowała. – Aniu, – powiedział Witek już łagodniej, obejmując ją za ramiona – może… no wiesz… Nie musimy się spieszyć, jeszcze zdążymy… Patrzyła na niego z niedowierzaniem. – choćby nie próbuj! Nie będzie ci się podobało – nie będę cię zmuszać. Sam zdecyduj. Ania wybiegła z mieszkania. Długo błąkała się po ulicach, próbując poukładać w głowie, co się wydarzyło. Marzenia o dużej, szczęśliwej rodzinie zaczęły się rozwiewać. Anna i Wiktor nie rozmawiali kilka dni. W końcu mąż przeprosił i oznajmił, iż przemyślał wszystko i cieszy się, iż zostanie ojcem. Szczęściu nie było końca. Po ośmiu miesiącach urodził się syn, Antoś. Anna cieszyła się macierzyństwem. Z euforią opiekowała się dzieckiem, dbała o porządek w mieszkaniu, gotowała mężowi ulubione potrawy. Gdy synek skończył trzy lata, Anna wróciła do pracy, zapisując Antosia do przedszkola. Młoda mama była jak na skrzydłach i była pewna, iż jest najszczęśliwsza na świecie. Potwierdzali to znajomi i przyjaciele rodziny. U Ani i Witka często odbywały się spotkania ze znajomymi ze studiów, którzy przychodzili wraz z rodzinami. Pewnego dnia Anna usłyszała rozmowę męża z kolegami. – Witku, ale ci się trafiła żona! Piękna, mądra, pracuje, w domu porządek i gotuje tak, iż palce lizać! – choćby nie mów – zgodził się drugi. – Moja to tylko pieniądze ode mnie chce i nerwy szarpie. – No ale ja też niczego sobie, dlatego mam taką świetną żonę – odpowiedział Witek. Kumple roześmiali się głośno. Za to ich żony miały inne zdanie, o czym niejednokrotnie mówiły Ani.
Dzień Bezpiecznego Internetu w przedszkolu – gotowe pomysły dla nauczycieli
Wyczekiwana wnuczka Pani Natalia, jak zwykle uparta, nie ustawała w próbach dodzwonienia się do syna, który wybrał się w kolejny morski rejs. Niestety, wciąż nie było z nim kontaktu. — No narobiłeś, Michałku, narobiłeś! — westchnęła roztrzęsiona i znów wykręciła znajomy numer. Ale co z tego — sygnału dalej brak, dopóki nie dotrze do najbliższego portu. A na to przyjdzie poczekać. A tu takie rzeczy się dzieją! Już drugą dobę pani Natalia nie mogła zmrużyć oka — taki los zgotował jej syn! * * * A wszystko zaczęło się jeszcze kilka lat temu, gdy Michał o pracy na morzu choćby nie myślał. Lata mijały, Michał — już dorosły facet, a z kobietami wciąż nie wychodziło. Zawsze coś mu nie pasowało — jakby wszystkie Polki były „nie takie”! Pani Natalia z bólem obserwowała, jak kolejno rozpadają się jego relacje choćby z bardzo porządnymi i sympatycznymi, jej zdaniem, dziewczynami. — Ty jesteś nie do wytrzymania! — mówiła synowi. — Zawsze coś ci nie pasuje! Która kobieta wytrzyma twoje wymagania? — Nie rozumiem tych twoich żalów, mamo. Ty chcesz mieć synową, a zupełnie ci obojętne, jaka będzie? — No właśnie nie! Musi cię kochać i być porządną dziewczyną! Syn na to tylko znacząco milczał, co doprowadzało matkę do irytacji. W końcu to ona go urodziła, wychowała, tuliła do snu — a teraz on zachowuje się, jakby życie znał lepiej od niej! Kto z nich jest tu starszy?! — A czymże ci się nie spodobała Ania?! — nie wytrzymywała pani Natalia. — Już mówiłem. — No dobra… — Ania była akurat niezbyt trafionym przykładem, ale pani Natalia nie miała zamiaru się poddać. — Może i była z tobą nieszczera, jak mówisz. Choć do końca w to nie wierzę… — Mamo! Daj spokój tym szczegółom. To nie jest dziewczyna na całe życie. — A Kasia? — I Kasia też nie — odpowiadał spokojnie Michał. — A Zosia? Przecież taka spokojna, domowa, miła, chętna do pomocy, wyjątkowo zaradna! Pomyśl, czy nie warto się zastanowić… — Tak, masz rację, mama. Była bardzo miła. Ale okazało się, iż nigdy mnie nie kochała. — A ty ją? — Chyba też nie. — No to Magda? — Mamo! — Oj, ty to już naprawdę robisz się nie do zniesienia! Chyba już żadna z tobą nie wytrzyma! A chciałoby się zobaczyć u ciebie dzieci, wnuki poniańczyć… — Skończmy już tę bezsensowną rozmowę! — aż w końcu nie wytrzymywał Michał i gdzieś wychodził. „Uparty jak ojciec! Nic dziwnego, iż mu się nie układa!” — zrzędziła w myślach pani Natalia. Czas płynął; dziewczyny w życiu Michała się pojawiały i znikały, a marzenie o szczęśliwym małżeństwie syna i czułym wnuczku nie chciało się spełnić. Potem syn całkiem zmienił branżę — spotkał kolegę, ten zaprosił go do pracy na statku i Michał z euforią się zgodził. Próby przekonania, by został na lądzie, spełzły na niczym. — No co ty, mamo? Świetna okazja, zarobki — palce lizać! Będzie nam się żyło! — Wolę rodzinę niż twoje statki. Zarobki nie są wszystkim! — To przecież i rodzinę trzeba z czegoś utrzymać! A jak dzieci się pojawią, to już nigdzie nie wypłynę. Teraz się dorobię, potem się ustatkuję! I rzeczywiście Michał dobrze zarabiał. Po pierwszym rejsie zrobił remont w mieszkaniu, po drugim założył konto w banku i podarował mamie kartę. — Żeby ci niczego nie brakowało! — Mnie nic nie brakuje, tylko wnuczka mi daj, bo lata lecą! Starzeję się! — Daj spokój! Jeszcze ci daleko do emerytury! — śmiał się syn. Pani Natalia nie korzystała z tych pieniędzy — wystarczało jej to, co zarabiała w aptece. „Niech sobie będą na koncie. Michał nie sprawdza. Jak zobaczy, zobaczy, jaka jestem oszczędna!” — myślała z uśmiechem. Tak sobie żyli. Michał po rejsach nadrabiał towarzyskie zaległości, tu i ówdzie randkował, ale mamie już żadnej dziewczyny nie przedstawiał. Zapytany, obruszał się: — To żebyś się potem nie przejmowała, iż się nie żenię. Bo nie zamierzam! Panią Natalię bolał fakt, iż syn uważa ją za nazbyt naiwną. Powiedział jej to choćby wprost. Aż zobaczyła go przypadkiem z nową dziewczyną i od razu postanowiła działać. Michał aż się zaczerwienił, gdy musiał ją przedstawić. Milena zrobiła na pani Natalii bardzo dobre wrażenie. Szczupła, wysokiego wzrostu, z ładnymi lokami i miłym usposobieniem — taka dziewczyna! „Może wreszcie syn miał szczęście!” — myślała pani Natalia. Wakacyjny romans z Mileną trwał przez cały urlop syna; dziewczyna bywała u nich gościem, a matka wprost ją uwielbiała. Jednak gdy Michał ruszył na kolejny rejs, Milena… zniknęła. — Z Mileną już mnie nic nie łączy. Tobie też z nią nie wolno się kontaktować — krótko uciął syn. Pani Natalia długo się gryzła, ale nie miała jak niczego się dowiedzieć. * * * Minął rok. Michał parę razy wracał do domu, ale na pytania o Milenę odpowiadał krótko i chłodno. — No powiedzże mi, co w tej dziewczynie ci nie odpowiadało?! — To moja sprawa, mamo. Nie mieszaj się w moje życie! Matka prawie się popłakała. — Ale ja się martwię o ciebie… — Nie musisz! I jeszcze raz powtarzam — z Mileną nie utrzymuj kontaktu. I daj mi spokój! Znowu ruszył na rejs, a pani Natalia, z bolącym sercem, zajęła się swoją codziennością. Aż pewnego dnia, w aptece, przyszła po mleko dla dzieci Milena — z córeczką w wózku. — Milenko, jak się cieszę, iż cię widzę! Michał nic mi nie powiedział, zniknął w rejs, a ciebie kazał nie szukać! — rzuciła radośnie Natalia. — No cóż, tak bywa… — uśmiechnęła się smutno Milena. — Dziecko, powiedz mi prawdę, co się stało? Znam mojego syna, on miewa trudny charakter… — Szkoda mówić… Nie gniewam się na niego. Lecę już, bo muszę jeszcze do sklepu. — Wpadnij do mnie, choćby tu, na dyżur. Pogadamy! Milena przyszła następnego dnia — znów po mleko. Pani Natalia pomału ją rozgadała; dowiedziała się, iż Milena jest samotna z dzieckiem, którego Michał nie chciał — bo rejsy, bo nie czas na rodzinę. I przepadł. — Pewnie popłynął w świat… — wzruszyła ramionami Milena. — Ale damy sobie radę, nikogo się nie będziemy narzucać! Pani Natalia klęknęła prawie z czułości przed wózkiem: — Toż to moja wnuczka! — Tak, nazywa się Ania — szepnęła Milena. * * * Pani Natalia nie mogła się uspokoić. Wypytała Milenę — okazało się, iż dziewczynie ciężko samej wynajmować mieszkanie, może choćby wróci do rodzinnego miasteczka. Na samą myśl, iż wnuczka zniknie z jej życia, serce pani Natalii zacisnęło się z żalu. — Przeprowadzaj się do mnie, z Anią! Pomogę wam, znajdziesz stałą pracę, a i Michał tyle pieniędzy przesyła, iż nie dam rady ich wydać. U nas wszystko będzie! — A Michał co powie? — A kto go pyta?! Narozrabiał, zostawił dziecko, matce rodzonej nic nie powiedział! Muszę jakoś odkupić jego winy! Gdy wróci — pogadam z nim jak trzeba, oj pogadam! — zaciśnięta pięść pani Natalii nie pozostawiała wątpliwości. I zamieszkały razem. Pani Natalia nie szczędziła czasu ani pieniędzy na wnuczkę. Zmniejszyła ilość dyżurów, by spędzać z Anią jak najwięcej czasu. Milena znalazła pracę, córkę zostawiała z Natalią. Wracała późno i zmęczona: — Cały dzień na nogach, tyle klientów i wszyscy tacy marudni! — Nic się nie martw! Idź odpoczywaj, ja się Anią zajmę! Zbliżał się powrót Michała. Pani Natalia wyobrażała sobie, jak z synem „porozmawia”, a Milena coraz bardziej się denerwowała. — Michał nas wyrzuci z Aniutą! Było głupio się zgodzić zamieszkać. Jutro zacznę szukać mieszkania. — Nikt cię nie wyrzuci! Wróci, pogadam z nim po mojemu! — Oj, pani Natalio, zobaczy Pani, zaraz powie, iż chcę się podpiąć pod cudze pieniądze! A ja nic nie chcę — tylko żyć spokojnie! Ale wrócę do rodziców. Będziemy w kontakcie! — A wiesz, iż nie! Wszystko jest moje i mogę zapraszać kogo chcę! Spróbuj, Michał, coś mi powiedzieć! Jak Milena się nie upierała, pani Natalia postawiła na swoim i nie pozwoliła im wyprowadzić się. — Wiesz co, pomyślałam ostatnio: trzeba od razu przepisać to mieszkanie na Anię. I żadnych wątpliwości! Skoro Michał ojca nie uznał, będzie jasność — dziewczynka dostanie swoje. — Proszę pani, nie trzeba — moi rodzice też mają mieszkanie… — Nie odmawiaj! Decyzja podjęta! Spróbowały, ale notariusz odmówił. — Najpierw syn musi się wymeldować. No trudno — do przyjazdu Michała był tydzień, więc pani Natalia czekała. Tymczasem Milena gdzieś znikała i coś kombinowała. Aż któregoś dnia matka zobaczyła spakowaną walizkę. — Gdzie się wybierasz?! — Muszę wyjechać… Kiedy Michał wróci… — Nigdzie cię nie puszczę! — zadecydowała Natalia. Zaczęła jej też tłumaczyć, iż wszystkie zakupy może zrobić dzięki bankowej karty, kod zostawiła w szufladzie. Nie ma sensu się tak zapracowywać — niech Ania pamięta, kim jest mama! jeżeli Milena chce być „gospodynią domową”, niech się tego uczy. Milena nie odpowiedziała. Michał miał wrócić za dwa dni. * * * W dniu powrotu syna Natalia wstała wcześnie, weszła do pokoju dziewczyn, ale zastała tylko słodko śpiącą Anię — Mileny nie było. Zdziwiona, wróciła do kuchni kończyć przygotowania. Wyobrażała sobie, jak wręczy synowi córkę i wymusi przeprosiny. Nareszcie zadzwonił dzwonek. Michał stanął w progu, oczy szeroko otwarte na widok matki z małą dziewczynką. — Cześć, mamo. Co za dzieciak? Co przegapiłem przez rejs? — Dobrze wiesz, synu! — O co chodzi? — zmieszał się Michał. — Znalazłam sobie wnuczkę, Anię! Takie to przygody mnie spotkały! — Jaką wnuczkę? Przecież nie mam rodzeństwa, o co chodzi? — Przestań udawać! Milena wszystko mi powiedziała! Tak cię nie wychowałam! Wstyd mi za ciebie! — Milena? Przecież prosiłem, żebyś się z nią nie widywała! Co ona ma wspólnego z tym dzieckiem? Pani Natalia całą złość wyładowała na synu. Michał złapał się za głowę: — Jesteś… mamo! — Chcesz powiedzieć, iż jestem głupia? No mów, śmiało… — To nie moje dziecko! Milena cię oszukała… Wiem, iż chodzi jej tylko o pieniądze. Na pewno coś ci ukradła! — Nic nie brała! Jesteś…! — Mamo, sprawdź oszczędności! Milena pewnie uciekła właśnie z nimi! — Przecież poszła do pracy! — upierała się pani Natalia. Kłócili się długo, w końcu Michał się poddał i postanowił poczekać na Milenę, by wszystko wyjaśnić. Milena nie wróciła tego wieczoru ani następnego. Telefon nie odpowiadał, w pracy nigdy o niej nie słyszano. Okazało się, iż zginęły i karta bankowa, i trochę gotówki oraz jej rzeczy — została tylko Ania. — Jak mogłam być taka naiwna? — płakała Natalia. Michał przyznał, iż miał już sygnały od znajomych — Milena była nieuczciwa. A test DNA wykazał, iż Michał wcale nie był ojcem Ani. Ale pani Natalia tak pokochała dziewczynkę, iż postanowiła ją przygarnąć. Po miesiącach starań sąd przyznał jej opiekę, a Milenę pozbawiono praw rodzicielskich. Po roku od tych wydarzeń Michał wrócił z rejsu z żoną. — Poznaj, mamo — to Sonia. Będziemy razem mieszkać. — A Ania…? — mrugnęła w stronę pokoju dziecka. — Mamo, Misha wszystko mi opowiedział, jestem pełna podziwu! jeżeli pozwolisz mi wychowywać Anię razem, będę najszczęśliwsza! — uśmiechnęła się Sonia. — Zamierzam zrezygnować z rejsów, a razem z Sonią adoptujemy Anię! Teraz już nam nie odmówią! Pani Natalia aż zapłakała ze szczęścia: — Boże, jakie to wielkie szczęście! Zapraszam do stołu! Wszystko przygotowane na powrót! Teraz będziecie razem — całkiem nowa rodzina!
Niewinne działanie z nawiasem. Rozwiążesz je, czy dasz się złapać? Dzieci dają radę bez problemu
Tajemnicza wiadomość męża – czyli sobotni poranek Oli, nieporozumienie z zamienionymi telefonami i bolesna prawda, która… wcale nie była tym, czym się wydawała – współczesna warszawska opowieść o małżeńskim zaufaniu i sile przyjaźni
Po siedemdziesiątce stała się nikomu niepotrzebna – choćby syn i córka zapomnieli o jej urodzinach. Lidia samotnie obchodzi siedemdziesiąte urodziny w szpitalnym parku, bo dzieci zostawiły ją w ośrodku, syn odebrał jej mieszkanie, a córka nie odzywa się od lat – czy w końcu los się do niej uśmiechnie?
50 – lecie Domu Kultury w Wolbromiu
Wiesz, Jurek, ona jest twoją siostrą, a ja twoją żoną. Nie mogę już patrzeć, jak zabierasz od naszych dzieci, by zanieść wszystko Helenie.