Dzieci

Dziecko nie chce przyjąć leku na grypę? Farmaceutka zdradza proste triki
Suwałki. Zimowe paczki pełne ciepła dla dzieci
Miałem w życiu trzy poważne związki. W każdej z tych relacji myślałem, iż zostanę ojcem. I w każdej odszedłem, gdy rozmowy o dzieciach stawały się coraz bardziej konkretne. Pierwsza partnerka miała już małe dziecko, a ja byłem wtedy w wieku 27 lat. Na początku nie zwracałem na to uwagi, gwałtownie przyzwyczaiłem się do jej trybu dnia, do obowiązków związanych z dzieckiem. Kiedy jednak zaczęliśmy rozważać, by także mieć wspólne dziecko, miesiące mijały bez skutku. To ona pierwsza zrobiła badania — wszystko u niej było w porządku. Zaczęła mnie pytać, czy ja się przebadałem. Twierdziłem, iż nie ma potrzeby, iż samo się uda. Ale z czasem pojawił się wstyd… rozdrażnienie… napięcie. Zaczęliśmy się kłócić. W końcu po prostu odszedłem. Drugi związek wyglądał inaczej. Nie miała dzieci, od początku wiedzieliśmy, iż chcemy założyć rodzinę. Minęło kilka lat, próbowaliśmy wielokrotnie. Każdy negatywny test sprawiał, iż się zamykałem w sobie. Ona coraz częściej płakała, a ja zacząłem unikać rozmów na ten temat. Gdy zaproponowała wspólną wizytę u specjalisty, odpowiedziałem, iż przesadza. Coraz częściej wracałem późno do domu, traciłem zainteresowanie, czułem się uwięziony. Po czterech latach się rozstaliśmy. Trzecia partnerka miała już dwóch nastoletnich synów. Od początku powiedziała, iż nie chce więcej dzieci. Ale temat znów wrócił. adekwatnie to ja sam zacząłem o tym mówić — chciałem sobie udowodnić, iż mogę być ojcem. Ale i tym razem nic się nie zmieniło. Znowu poczułem się nie na miejscu, jakby miejsce ojca nie było dla mnie. We wszystkich tych trzech związkach powtarzał się podobny schemat. To nie było tylko rozczarowanie. To był strach. Strach przed spotkaniem z lekarzem i możliwością, iż to właśnie ja jestem problemem. Nigdy nie zrobiłem badań. Nigdy niczego nie potwierdziłem. Wolałem odejść — niż usłyszeć odpowiedź, której być może nie byłbym w stanie udźwignąć. Dziś mam ponad czterdzieści lat. Patrzę na moje byłe partnerki z ich rodzinami, z dziećmi, które nie są moje. I czasem zastanawiam się, czy naprawdę odchodziłem, bo już mi się nie chciało… czy po prostu zabrakło mi odwagi, by zostać i zmierzyć się z tym, co mogło być moim problemem.
Dar z nieba… Poranek był ponury, ciężkie chmury ciągnęły nisko po niebie, gdzieś w oddali rozlegały się głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, a wiosna nie spieszyła się objąć władzy. Wciąż było zimno, wiatr porywał zeszłoroczne liście i targał je po ulicach. Przez zbitą ziemię nieśmiało przebijała się młoda trawa. Pąki drzew jeszcze nie chciały ujawnić swoich skarbów. Natura tęskniła za deszczem. Zima była mało śnieżna, wietrzna, surowa. Ziemia nie miała odpoczynku ani wilgoci, śniąc o ulewie. Burza przyniesie upragnioną wodę, obmyje kurz, tchnie życie. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa wiosna – bujna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, barwne kwiaty, drżące liście, słodkie owoce. Radośnie zaśpiewają ptaki, rozpoczną budowę gniazd pośród świeżej zieleni w rozkwitających sadach. Życie trwa. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiola. – Kawa stygnie. Z kuchni czuć było aromat kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, łzach, bezsennej nocy i ciężkich przemyśleniach nie chciało się podnosić. Ale trzeba – życie trwa. Wiola wyglądała na zmęczoną – czerwone oczy, cienie pod nimi. Podstawiła mu bladą twarz do pocałunku i uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak pragnę deszczu! Kiedy w końcu przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Słuchaj, przyszły mi na myśl wiersze: Czekam na wiosnę jak na zbawienie Od zimowej mizerii, samotności, Czekam, jakby miała wyjaśnić Wszystkie życiowe zawiłości… Wciąż mi się zdaje, iż ona przyjdzie I wszystko od razu się rozjaśni. Że tylko ona potrafi Uczynić życie lepszym, prostszym, pewniejszym, uczciwszym… Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź wreszcie! Sasza objął ją za chude ramiona, pocałował w pochyloną, jasną głowę – pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło się z litości. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Nadzieja była, po niej żyliśmy te wszystkie lata. Ale wczoraj słynny profesor, ostatnia nadzieja, rozstrzygnął sprawę ostatecznie. – Przykro mi, ale nie możecie mieć dzieci. Pobytem w Czarnobylu, Saszku, zapłaciłeś najwyższą cenę. Tu medycyna jest bezsilna. Przepraszam, nie mogę pomóc. Wiola wytarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Tyle tam nieszczęśliwych maleństw. Przygarniemy chłopca, wychowamy. Będziemy mieć synka, zgodzisz się? Tak długo czekaliśmy, tak bardzo… – Łzy popłynęły obficie. Sasza przytulił ją mocno i też nie mógł się powstrzymać od łez. – Jasne, iż się zgadzam. Nie płacz, moja droga. I wtedy rozległ się potężny grzmot. Cały dom jakby zadrżał. I lunął deszcz. Niebo się otwarło! W końcu Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wyczekiwany deszcz lał jak z cebra. Od razu pociemniało, jakby nastała noc. Grom gonił błyskawicę nad ich dachem. Sasza i Wiola, objęci, stanęli przed oknem, przez otwartą furtkę wpadały mokre krople i orzeźwiający zapach deszczu. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno przygniatała ich dusze, topniała, rozmywała się, spłukiwana wiosennym deszczem. Chcieli tylko jednego: niech pada jak najdłużej. Wytęskniony deszcz wiosenny – symbol nowego życia! Parę dni później stali już przed drzwiami domu dziecka. Byli umówieni na spotkanie. Przyszli wybrać syna, tego upragnionego, wyśnionego synka, Wiesia, Wieszka… Kochali go już, choć jeszcze go nie widzieli. Kochali miłością gromadzoną przez całe lata oczekiwania na szczęścia rodzicielstwa. Serca biły mocno, oddech zamierał z emocji. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi otwarto – już na nich czekano. Rozmowa z dyrektorką była kilka dni wcześniej; teraz prowadzono ich do dzieci, które mogłyby stać się ich synem. W pierwszej sali po drodze zobaczyli dziewczynkę – siedziała na mokrych śpiochach na folii. Brudna koszulka, zakatarzony nos, wielkie niebieskie oczy, smutno patrzące na mijających dorosłych. Od dziewczynki biła opuszczenie i niepotrzebność. Serce ścisnęło się z bólu. Oto dom dziecka – przytułek porzuconych dzieci! W kolejnej sali w łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy, pielęgniarka opowiadała o każdym, o wieku, rodzicach… Dzieci były czyste, zadbane, ubrane na czystą pościel. Pielęgniarka delikatnie wyjmowała niemowlęta, pokazywała – prawie jak na rynku, pomyślał Sasza, a my jak kupujący. – Sasza, wróćmy do tej nieszczęsnej dziewczynki – szepnęła Wiola. Sasza uścisnął jej ramię. – Siostro, chcielibyśmy zobaczyć tę dziewczynkę z pierwszej sali, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieliście chłopca! Ta dziewczynka Wam nie pasuje. Nie przygotowywaliśmy jej do pokazu. – Proszę, wróćmy tam. Chcemy ją zobaczyć jeszcze raz. Siostra się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale poprowadziła ich z powrotem. – Sprowadzę panią Annę Pietrzyk. Proszę poczekać tu – wskazała krzesła. Wiola przytuliła się do Saszy. – Weźmy tę dziewczynkę, serce mi zadrżało, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do Ciebie podobna. I oczka, i włosy. Taka biedna! Siostra przyszła z dyrektorką. Pani Anna Pietrzyk była zatroskana. – Wybraliście nieodpowiednie dziecko. Ona Wam nie pasuje. – Dlaczego? Nam się spodobała, jest jak wykapana Wiola! Zobaczy pani – mówił Sasza pewnie i wszedł do sali. Dziewczynka była już umyta, przebrana w suche śpioszki, na folii nie było już śladów wilgoci. Jej oczy choćby się rozweseliły, policzki zaróżowiły. Gdy zobaczyła, iż dorośli się zatrzymali przy nią, uśmiechnęła się, na jej buzi pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki, próbowała choćby wstać… Wiola ścisnęła dłoń Saszy. Dziewczynka miała stópki wykręcone do tyłu. Sasza, bez namysłu, wziął ją na ręce. Malutka przytuliła się policzkiem, znieruchomiała. Z oczu Saszy popłynęły łzy, Wiola wtuliła się w ramię, płakała. Anna Pietrzyk odwróciła się, ocierała oczy. – Chodźmy do mojego gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenusię – powiedziała dyrektorka. Poszli za nią, trzymając się mocno za ręce. Dziewczynka urodziła się u starszych, biednych rodziców na dalekiej, polskiej wsi. Najwyraźniej niechciane dziecko, do tego z wadami nóg. Ojciec choćby nie chciał jej wziąć do domu. Na prośby, iż można ją uratować operacją, odpowiadał, iż go nie stać i nie chce „dziwaczki”. W domu już była gromadka dzieci, ledwo wiązali koniec z końcem. Tak Lenusia trafiła do domu dziecka. – Proszę zdecydować, czy taki maluch Was interesuje. Jest szansa, iż stanie się zdrowa, ale to ogromny trud, duże wydatki i przede wszystkim – miłość i cierpliwość. Daję wam kontakt do profesora, który ją oglądał. Może wyjaśnić, co Was czeka. Daję Wam miesiąc na podjęcie decyzji. Nie odwiedzajcie jej póki co – dzieci bardzo się przywiązują. A jeżeli się rozmyślicie… Minął miesiąc. Wiola i Sasza jeszcze pierwszego dnia zdecydowali: biorą Lenusię. Konsultacja z gdańskim profesorem potwierdziła: serie operacji, ale będzie można zupełnie naprawić nogi. choćby blizn nie zostanie. Sasza przeliczył, czy starczy środków – wystarczyło, choćby kosztem samochodu i budującego się domu. Zamieszkają na razie w kawalerce. Byle córeczka była zdrowa! Wyczekiwali końca wyznaczonego terminu. Wreszcie byli znów przed tymi samymi drzwiami. Z sercem w gardle weszli do gabinetu pani Pietrzyk. Sasza trzymał bukiet różowych piwonii, Wiola – dużą torbę prezentów dla dzieci. Pani Pietrzyk miała łzy w oczach: kolejna kruszyna znajdzie rodzinę! Razem poszli do dziecięcych pokoi. Lenusia już podrosła, jasne loczki, różowe policzki, pierwsze ząbki. Gaworzyła radośnie. Sasza wziął ją na ręce, Lenusia objęła go, wtuliła się w niego całym ciałkiem. Potem poszła na ręce do Wioli. Wszyscy mieli wilgotne oczy. Cały dzień Sasza i Wiola spędzili w domu dziecka, słuchali rad, co i jak. Ale na razie dziecka nie dostali – trzeba było przejść żmudną procedurę adopcji. Z pomocą pani Pietrzyk, sprawę formalną załatwiono przez sąd, rodziców biologicznych pozbawiono praw. Wreszcie córeczka trafiła do domu. Wiola zrezygnowała z pracy, oddała się opiece nad dzieckiem. Zaczęli przygotowania do pierwszej operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc pobytu – wtedy już pokazywali tacie, jak Lenusia sama je kaszkę, jak miauczy, jak „błędzi” koza rogata. Stópek na razie nie można było pokazywać. Na spacer – tylko w długich spodenkach. Chodziła niezgrabnie, jak kaczuszka, ale była śmiała, towarzyska, gadała wcześnie, wszystkich znała po imieniu. A najbardziej kochała Saszę. Jej nowe imię na jego cześć: „mój tatuś”, jak teraz wołała i mama. Tatko nie mógł bez niej żyć – Lenusia była dla niego wszystkim. Po roku przeszli kolejne operacje, kilka razy jeździli z biednym dzieckiem do Gdańska. Ileż wycierpiała ta dziewczynka! Ile trzeba było cierpliwości i siły rodzicom… Ile nocy Wiola czuwała u łóżeczka w szpitalu. Wreszcie – triumf: nóżki jak u wszystkich dziewczynek! Mogła biegać i skakać. W wieku pięciu lat zaprowadzili ją do przedszkola. Tam dostrzeżono jej talent do rysowania – zalecono rozwijać uzdolnienia. W wieku sześciu lat trafiła do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcych, zachwycały odwiedzających kolorowymi pejzażami i pogodnymi scenami. Wszyscy się dziwili: to taka mała, a tak uzdolniona! W siedmiu latach zaczęła szkołę – od początku była liderką, uczennicą na medal, śmiała i radosna, towarzyska, świetnie rysująca, uczęszczająca na dodatkowe zajęcia taneczne. Zawsze otoczona przyjaciółmi, gdzie się pojawi – tam śmiech i radość. Rodzice dumni: o Lenusi tylko dobre słowa. Nikt nie podejrzewa, przez co przeszło to dziecko i ci rodzice – nie ci, co ją urodzili, tylko ci, co pokochali i wychowali. Bóg nie przestaje wspierać także Saszy i Wioli. Z pojawieniem się Lenusi szczęście im nie opuszcza. Biznes Saszy, kiedyś słabiutki, rozkwitł i dzięki temu rodzina przeniosła się do Gdańska, kupili wymarzone mieszkanie, dali córce miejsce w prestiżowej szkole. Lenusia już jest w szóstej klasie, przez cały czas prymuska, rozwija talent plastyczny. Piękna, niebieskooka, długowłosa dziewczyna, czuła i pogodna, ukochana przez wszystkich. Dar z nieba – tak mówią o niej sąsiedzi, nauczyciele i przyjaciele.
Zaproponowałam mamie, żeby zamieszkała z nami na miesiąc po urodzeniu dziecka, a ona postanowiła wprowadzić się na rok i przywieźć ze sobą tatę
Teściowa do kwadratu – No proszę! – zamiast zwykłego „dzień dobry” powiedział Eryk, widząc w drzwiach niską, żwawą staruszkę w dżinsach, która ściągnęła wąskie usta w zawadiackim uśmiechu. Zza zmrużonych powiek wesoło błyskały figlarne oczy. „Babcia Iwony, pani Waleria – rozpoznał. – Ale jak to, bez zapowiedzi, choćby bez telefonu…” – Witaj, wnuczku! – wciąż uśmiechnięta przemówiła seniorka. – Wpuścisz mnie do domu? – Tak, tak, oczywiście! – zakrzątnął się Eryk. – Proszę wejść. Pani Waleria wciągnęła do mieszkania walizkę na kółkach… – Poproszę mocną herbatę! – zarządziła, kiedy Eryk ją częstował. – Iwonka, wiadomo, w pracy, Oleńka w przedszkolu, a ty co, leniuchujesz? – Na urlop mnie wysłali, – westchnął Eryk. – Dwa tygodnie z braku zajęć… – Jego marzenia o błogim lenistwie właśnie gasły. Z nadzieją spojrzał na gościa: – Długo u nas zostaniesz? – Zgadłeś, – kiwnęła głową, rozwiewając złudzenia. – Na dłużej. Eryk westchnął głośniej. Z panią Walerią prawie się nie znał. Widział ją tylko na jego i Iwony weselu – przyjechała z innego miasta. Ale o jej charakterze nieraz słyszał od teścia. Ten, opowiadając o własnej teściowej, zniżał głos i rozglądał się z niepokojem. Po wszystkim było widać, iż darzy ją szacunkiem… wręcz drżącym w kolanach. – Pozmywaj naczynia – zarządziła babcia – i się szykuj. Zrobię ci zwiadowczą wycieczkę po mieście, będziesz mnie oprowadzał! Eryk nie odważył się sprzeciwić, zresztą choćby nie próbował – ton przypominał mu sierżanta w wojsku. Z takim nie ma żartów. – Pokażesz mi bulwary! – zakomenderowała pani Waleria. – Jak tam najłatwiej dojść? – Wzięła Eryka pod rękę i mocnym krokiem ruszyła przez osiedle, rozglądając się ciekawie. – Taksówką – wzruszył ramionami Eryk. Pani Waleria nagle zwinęła palce w krążek, przyłożyła do ust i przeszywająco zagwizdała! Mijająca taksówka zahamowała z piskiem. – Po co tak gwizdać? Co sobie ludzie pomyślą? – upominał ją Eryk, pomagając wsiąść na przednie siedzenie. – Nic złego sobie nie pomyślą – zaśmiała się radośnie filigranowa babuleńka. – Najwyżej, iż to ty się źle zachowujesz. Kierowca parsknął śmiechem razem z panią Walerią. Przybili sobie żółwika, jak dobrzy kumple, kiedy żart się udał. – Ty, Eryczku, jesteś porządny i spokojny chłopak – mówiła babcia, spacerując z nim po nadwiślańskich bulwarach. – Pewnie twoja babcia jest grzeczna i stateczna, a ja nie bardzo. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Iwony, długo się do mnie przyzwyczajał. Był cichy, spokojny, zaczytany, a tu pojawiłam się ja. I zaczęło się! W góry go zabierałam, na spadochronie nauczyłam skakać. Tylko lotni się bał jak ognia. Z córką czekał na dole, aż ja sobie krążę nad ich głowami. Eryk ze zdumieniem słuchał wspomnień pani Walerii. Iwona nic o przygodach babci nie wspominała, a najwyraźniej jej życie było barwne i pełne przygód. To sporo wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała rygorystycznie na Eryka: – A ty, skakałeś kiedyś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy, – odpowiedział z nieukrywaną dumą. – No, szacunek! – przytaknęła babcia, po czym zanuciła: „Lecimy w dół, powoli coraz niżej, A w tej powietrznej zabawie…” Eryk znał tą wojskową przyśpiewkę i zaraz dołączył: „Białe płótno się rozwija, Za plecami me skrzydła…” Pieśń niespodziewanie ich połączyła, i Eryk przestał czuć skrępowanie przy tej niezwykłej staruszce. – Trzeba odpocząć i coś przekąsić, – zaproponowała – chodź tam, w takim namiocie chyba serwuje rewelacyjny szaszłyk, czujesz ten zapach? Nad rusztem kręcił się śniady, czarnooki szaszłykowy mistrz, z typowo kaukaskim wyrazem twarzy sugerującym, iż z nie mniejszą pasją mógłby przebijać wrogów kindżałem. Aż miałoby się ochotę zakrzyknąć: „Assa!” i zatańczyć „lezginkę”… Gdy przysiedli przy stoliku, pani Waleria figlarnie zamrugała i zanuciła operowym głosem: „Gamardżoba, gienacwale, Może razem by coś zagrać?” Szaszłykowy mistrz zareagował, a zaraz potem już śpiewali we dwoje: „Na weselu zaśpiewać by dobrze, Gienacwale, gamardżoba!” – Proszę się częstować, szanowna pani – gospodarz rozłożył na stole szaszłyki, lawasz i świeże zioła oraz dwa kieliszki zimnego kindzmarauli – i oddalił się, przykładając dłoń do serca. Na zapach pieczonego mięsa z krzaków wybiegł bury kociak, podszedł do stolika i spojrzał z nadzieją. – Właśnie ciebie nam brakowało, – babcia uśmiechnęła się serdecznie. – Chodź, malutki! – Zwracając się do grillowego mistrza dodała: – Panie, dałby pan jeszcze surowego mięska dla naszego przyjaciela, pokrojonego drobniutko! Gdy kotek wcinał smakołyk z miseczki, pani Waleria pouczała Eryka: – Dziecko macie, i to dziewczynkę! Jak ją nauczycie wrażliwości i troski o słabszych, jeżeli nie macie w domu kota? Ten maluszek zostaje z wami! Po spacerze pani Waleria wykąpała znalezisko, a Eryka wysłała po wyprawkę dla kociaka według listy. Gdy wrócił z kocią wyprawką, w mieszkaniu rozbrzmiewały wesołe piski. Iwonka i Olesia oplatały babcię ramionami, a ona rozpromieniona całowała wnuczki. Kotek, ochrzczony imieniem „Lewek”, z powagą studiował nowych domowników. – To dla ciebie, Oleńko, letni komplecik z szortami, – rozdawała babcia prezenty, – a dla ciebie, Iwonko. Nic tak nie podnosi kobiety w oczach męża, jak koronkowe majteczki… Przez cały tydzień Olesia nie chodziła do przedszkola. Rano znikały z babcią na długie spacery po mieście, wracały uśmiechnięte i zmęczone. W domu czekali na nie Eryk i Lewek. Wieczorami wracała Iwona i cała piątka ruszała z kotem na rodzinny spacer. – Muszę z tobą porozmawiać, Eryku… – powiedziała pewnego wieczoru poważnym tonem pani Waleria. – Jutro już wyjeżdżam, czas. To, jak pojadę, przekaż Iwonie… – wręczyła mu przezroczysty skoroszyt z dokumentem. – To mój testament. Mieszkanie i cały majątek zostawiam jej, tobie – całą bibliotekę po mężu. Bardzo cenne zbiory, są choćby unikaty z autografami znanych ludzi… – Po co to? Pani Walerio?! – uniósł się Eryk, ale uciszyła go gestem. – Iwonie nic nie mówiłam, tobie tylko powiem – mam poważny problem z sercem. Może się wszystko nagle skończyć, trzeba się przygotować. – Przecież nie może pani być sama! – zaprotestował Eryk. – Powinna pani być pod opieką! – Nigdy nie jestem sama, – łagodnie uśmiechnęła się babcia. – Córka mieszka niedaleko, twoja teściowa w sąsiednim mieście. A ty dbaj o Iwonę, wychowuj Oleńkę… Jesteś dobrym, odpowiedzialnym facetem. Zresztą, dla ciebie jestem… teściową do kwadratu! – poklepała go po ramieniu i wybuchnęła śmiechem. – Może zostaniesz jeszcze choć na chwilę? – poprosił cicho Eryk. Babcia już tylko wdzięcznie się uśmiechnęła i pokręciła głową. Odprowadzała ją cała rodzina, choćby Lewek, głaskany przez Oleńkę, wyglądał na przygnębionego. Pani Waleria zwinęła palce w kółeczko, przyłożyła do ust – i donośnym gwizdem zatrzymała taksówkę. – No, zięciu, jedziemy, podwieziesz mnie na dworzec! – zarządziła, po czym wycałowała Iwonę i Oleńkę, i rozsiadła się wygodnie na przednim siedzeniu. Zdziwiony taksówkarz spojrzał na babcię, która w tak nietypowy sposób złapała kurs. – A pan tak patrzy? – burknął Eryk. – Nigdy pan porządnej kobiety nie widział? Filigranowa babcia, potrząsając siwymi loczkami, parsknęła śmiechem i z rozmachem przybiła Erykowi piątkę. TEŚCIOWA DO KWADRATU – Pełna przygód opowieść o babci, rodzinie i nowym kocim członku, która wywróciła życie Eryka i Iwony do góry nogami!
Pierwsza tura ferii dobiega końca. "Świetlica nie jest taka straszna, a babcia taka chętna do pomocy"
Dobrych też porzucają Z lustra patrzyła na Annę piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Nie rozumiała, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż tego nie uczą na uniwersytecie. Po co tylko zdobywała czerwony dyplom? Anna od zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach, najlepiej trójce. Już od dziecka wzorem były dla niej rodzice – idealna para. Bardzo spieszyło się jej do ślubu, jakby bała się przegapić swoje szczęście. Z mężem, Witem, poznała się jeszcze na studiach. Przystojny, wysportowany, inteligentny – przyciągał uwagę dziewczyn i od razu stawał się duszą towarzystwa. Spotkali się na imprezie i od razu wpadli sobie w oko. Witek przyjechał studiować do Wrocławia z innego miasta, a Anna mieszkała z rodzicami. Po pół roku Witek się oświadczył. Zgodziła się. Wzięli ślub tuż po studiach. Mąż wydawał się idealny – troskliwy, opiekuńczy, pogodny. Zatrudnił się jako inżynier w firmie gazowej, a Anna jako specjalistka w banku. Po pół roku od ślubu Anna dowiedziała się, iż jest w ciąży. Witek nie był z tego zadowolony. — Ania, jak to się stało? Mówiłaś, iż masz wszystko pod kontrolą? — Witek, nie wiem jak to wyszło… – przyznała szczerze, zaskoczona jego niezadowolonym tonem. – Ale czy to takie ważne? I tak planowaliśmy dziecko. Widocznie tak miało być – to przeznaczenie. — Nie mów głupstw! To nie przeznaczenie, tylko brak ostrożności. Dopiero zaczęliśmy pracę. Teraz trzeba skupić się na karierze, a nie na pieluchach. Anna ledwo powstrzymała łzy. Reakcja męża ją zaskoczyła. — Aniu, – powiedział Witek łagodnie, obejmując ją za ramiona. – Może byśmy… no wiesz… Po co się spieszyć, jeszcze zdążymy… Spojrzała na niego zdumiona. — choćby o tym nie myśl! Nie podoba ci się – nie będę zmuszać. Sam decyduj. Anna wybiegła z mieszkania. Długo chodziła po Wrocławiu, próbując poukładać w głowie to, co się wydarzyło. Jej marzenie o dużej i szczęśliwej rodzinie właśnie się roztrzaskało. Anna i Witek nie rozmawiali ze sobą przez kilka dni. W końcu mąż przeprosił i powiedział, iż przemyślał sprawę i cieszy się, iż zostanie ojcem. Była wniebowzięta. Po ośmiu miesiącach urodził się syn, Antoni. Anna z euforią oddała się macierzyństwu. Opiekowanie się dzieckiem, dbanie o dom i gotowanie mężowi sprawiało jej prawdziwą przyjemność. Gdy Antek skończył trzy lata, Anna wróciła do pracy, oddając synka do przedszkola. Młoda mama latała jak na skrzydłach i była pewna, iż jest najbardziej szczęśliwa na świecie. Potwierdzało to także liczne grono ich przyjaciół. W domu Anny i Witka często zbierały się całe paczki znajomych ze studiów wraz z rodzinami. I pewnego dnia Anna usłyszała, jak jej mąż rozmawia z kolegami. — Witek, ty to masz szczęście do żony! Piękna, mądra, pracuje, dom lśni, gotuje tak, iż palce lizać. — Ano, prawda – przyznał drugi. – Moja to tylko kasę ciągle chce i nerwy mi szarpie. — No ale ja też niczego sobie, to i żonę mam super – zażartował Witek. Koledzy wybuchli śmiechem. A ich żony, wręcz przeciwnie, coraz częściej dzieliły się swoimi przemyśleniami z Anną.
Jak rozmawiać z rodziną, gdy teściowa pomaga latem przy opiece nad dziećmi, a brat męża przywozi swoje pociechy bez żadnego wsparcia finansowego i oczekuje, iż będziemy je karmić z własnej kieszeni? Nasza codzienność z kredytem hipotecznym, pracą, trzema dziećmi i brakiem urlopu – szukam sposobu na spokojną rozmowę, by uniknąć rodzinnych konfliktów
Wymarzona wnuczka Pani Natalia nieustannie wydzwaniała do syna, który znów wypłynął w dalekomorski rejs. Ale kontaktu wciąż nie było. – Narobiłeś mi zmartwień, Michaś! – westchnęła niespokojnie, ponownie wybierając znany numer. Nieważne, ile razy zadzwoni – i tak nie odbierze, póki nie dotrze do najbliższego polskiego portu. A to może nie nastąpić prędko. A akurat tyle się wydarzyło! Dwie noce już pani Natalia nie mogła zmrużyć oka – oto, do czego doprowadził ją syn! * * * Wszystko zaczęło się już kilka lat temu, jeszcze zanim Michał został marynarzem na zagranicznych liniach. Syn już dawno był dorosły, ale żadna kobieta mu nie odpowiadała – zawsze wynajdywał jakieś wady! Pani Natalia z żalem obserwowała, jak kolejne jego związki rozpadają się – chociaż dziewczyny wydawały jej się naprawdę miłe i porządne. – Masz nieznośny charakter! – wyrzucała synowi. – Wszystko ci nie pasuje! Jaka kobieta wytrzyma te twoje wymagania?! – Nie rozumiem twoich zastrzeżeń, mamo. Tobie zależy tylko na tym, żeby mieć synową – nie ważne jaką? – Ależ skąd! Chcę tylko, żeby cię kochała i była porządną osobą! Syn milczał wymownie, co zawsze ją złościło. Jak to, chłopak, którego wychowała i tuliła na kolanach, nagle zachowuje się, jakby sam był starszy i wszystko wiedział lepiej? Kto tu jest starszy, w końcu? – A czym ci się nie spodobała Ania?! – nie wytrzymywała czasem. – Przecież mówiłem. – No… dobrze… Ania może nie była trafionym przykładem. Ale nie zamierzam się poddać, mam swoje argumenty. Twierdzisz, iż cię okłamała – a ja i tak nie rozumiem… – Mamo, nie powinniśmy tego omawiać. Ania to nie ta osoba, z którą chcę spędzić życie. – A Kasia? – Też nie. – Albo Zosia? Miła była, domowa, uczynna. Zawsze zapytała, czy coś pomóc w domu… Chyba ci się podobała? – Była bardzo sympatyczna. Ale nigdy mnie nie kochała. – A ty ją? – Chyba też nie. – A Daria? – Mamo! – Co „mamo”? Tobie naprawdę nie da się dogodzić! Ty się nigdy nie ustatkujesz, rodziny nie założysz, dzieci nie będziesz miał! – Zakończmy tę rozmowę, dobrze? – nie wytrzymywał Michał, po czym zawsze wychodził. „Wdał się w ojca – z uporem i czepialstwem!” – ze złością myślała pani Natalia. Czas mijał, partnerki się zmieniały, a marzenie o tym, żeby syn wreszcie się ustatkował i dał jej wnuki, wciąż się nie spełniało. A potem Michał zmienił zawód: znajomy zaproponował mu pracę na polskich statkach – i syn się zgodził. Na próżno pani Natalia próbowała go odwieść: – Mamo, to świetna okazja! Wiesz, ile tam zarabiają? Wszystkim nam będzie lepiej! – Jakie mi z tego pieniądze, jeżeli cię miesiącami nie zobaczę! Lepiej, żebyś rodzinę założył zamiast pływać! – Trzeba rodzinę też utrzymać. Jak pojawią się dzieci, to przestanę pływać i będę je wychowywać. A teraz muszę zarobić, póki siły są! Rzeczywiście, Michał zarabiał bardzo dobrze. Po pierwszym rejsie wyremontował mieszkanie. Po drugim otworzył konto i wręczył matce kartę: – Żeby ci nigdy niczego nie brakowało! – I tak nie brakuje! Tylko wnuków nie mam, a czas ucieka… Ja już stara jestem! – Jaka tam stara? Do emerytury masz jeszcze kilka lat! – żartował syn. Pani Natalia żyła skromnie z własnej pensji jako farmaceutka w lokalnej aptece. Synowych nie wprowadzał, tłumacząc, iż nie warto się przywiązywać. To ją bolało, zwłaszcza jak powiedział: – Za dobrze myślisz o ludziach, mamo! Jesteś za bardzo ufna. Te moje „narzeczone” próbowały się tylko przypodobać, ale naprawdę takie nie były. Ta przykrość długo nie dawała jej spokoju – uznała, iż syn nazywa swoją matkę naiwną. Ale niedługo potem przypadkiem spotkała go z nową dziewczyną – Mileną. Postanowiła podejść i poznać ją. Milena od razu się spodobała pani Natalii – miła, kulturalna, ładna, rozmowna. Cały urlop Michała spędzili razem, wielokrotnie odwiedzając mamę. Jednak gdy syn ruszył w następny rejs, Milena nagle zniknęła. – Przestaliśmy się widywać. I ty też się z nią nie kontaktuj – rzucił krótko Michał i wyjechał. Długo pani Natalia nie mogła zrozumieć, co zaszło. Przez kolejny rok syn odpowiadał wymijająco, a na pytania o Milenę reagował złością. Pewnego dnia do apteki weszła Milena z wózkiem… a w nim siedziała malutka dziewczynka! – Milenka! Tak się cieszę, iż cię widzę! Mój syn nic mi nie powiedział. Od razu wyjechał, zabronił coś wypytywać! – powitała ją pani Natalia. – Tak wyszło – odparła smutnie Milena. – To już nieważne. Z czasem dziewczyny zaczęły rozmawiać. Milena wyznała, iż zaszła w ciążę z Michałem, ale on oznajmił, iż dziecko nie jest mu potrzebne, nie chce się wiązać na stałe, wyjeżdża w rejs i… zniknął. Pani Natalia aż się rozpłakała, wpatrując się w wózek: – To moja… wnuczka? – Tak wychodzi. Ma na imię Ania. * * * Od tej pory pani Natalia jeszcze bardziej przeżywała całą historię. Wypytała Milenę, jak sobie radzi, dowiedziała się, iż ledwo wiążą koniec z końcem, myśli nawet, żeby wrócić do rodziców, do innego miasta. Perspektywa utraty ukochanej wnuczki napawała ją lękiem. – Przeprowadźcie się do mnie, Milenka! Z Anią! To przecież moja wnuczka – pomogę wam, jak tylko umiem, znajdziesz spokojną pracę! Michał tyle pieniędzy przysyła, iż nie mam ich choćby na co wydawać. U Ani niczego nie zabraknie! – A co Michał na to powie? – A kto go pyta?! Narozrabiał, zostawił dziecko i matce nie powiedział! Chociaż tak zmażę jego winę! Tak zamieszkały razem. Pani Natalia robiła wszystko dla wnuczki, Milena podjęła pracę, a Anię często zostawiała pod opieką babci. Przyszła pora na powrót Michała z rejsu. Milena była mocno zdenerwowana, a pani Natalia wyczekiwała syna, już wyobrażając sobie rozmowę „do tablicy”. – On nas wyrzuci! Lepiej poszukam dla nas nowego mieszkania… – niepokoiła się Milena. – Nie wyrzuci! – zapewniała babcia. – To moje mieszkanie i mogę tu trzymać, kogo chcę! W końcu postanowiła przekazać mieszkanie na Anię, ale okazało się, iż nie może tego zrobić bez zgody syna. Milena próbowała się wycofywać, chowała rzeczy do torby. Pani Natalia upierała się, by zostały. Po powrocie syna, chciała go skonfrontować z małą Anią na rękach, „ustawić do pionu” i wymusić przeprosiny wobec Mileny. Michał był jednak zaskoczony: – Mamo… Co się dzieje? Co tu za dziecko? – Ty doskonale wiesz! – Ale ja naprawdę nic nie rozumiem – odpowiedział Michał, wyprowadzeni z równowagi. Wtedy pani Natalia wszystko odsłoniła. Syn był w szoku: – To nie jest moje dziecko, mamo! Milena cię oszukała… Ona chciała tylko pieniędzy… Sprawdź, czy wszystko masz! – Bzdura! Milena to porządna dziewczyna! – Jest oszustką! – powtarzał syn. Pani Natalia postanowiła poczekać do powrotu Mileny do domu, ale ta nie pojawiła się – ani tego dnia, ani następnego. Telefon Mileny milczał, w pracy nikt jej nie znał, a w domu brakowało jej rzeczy i pieniędzy. Okazało się, iż zostawiła tylko Anię. * * * Pani Natalia była rozbita – nie mogła uwierzyć, iż została tak okrutnie oszukana. Michał zaproponował test DNA, który wykazał, iż nie jest ojcem dziecka. Zgłosili sprawę na policji, ale Milena zniknęła bez śladu. Nim trwały poszukiwania, Anię pozwolono zostawić z panią Natalią. Ta rzuciła pracę, by opiekować się dziewczynką. Pomagał syn, a po miesiącach starań udało się ustanowić opiekę prawną: Michałowi odmówiono, ale pani Natalia została formalnie opiekunką dziewczynki. Minął rok. Michał wrócił z kolejnego rejsu i przyprowadził… żonę: – Poznaj, mamo, to Sonia. Zamieszkamy razem. – A co z Anią? – zapytała z niepokojem pani Natalia. – Bardzo miło mi panią poznać! – uśmiechnęła się Sonia. – Mąż opowiedział mi całą historię. Wiem i jestem pełna podziwu. jeżeli pozwolicie, chcę być dla Ani prawdziwą mamą. Będziemy rodziną! – Zamierzam zakończyć rejsy i wspólnie z Sonią adoptować Anię! – wyznał Michał. Pani Natalia ze łzami szczęścia nakryła stół na powitanie rodziny: – Boże, jakie to szczęście! Chodźcie do stołu! Czekałam na ten moment całe życie!
Ta mama twierdzi, iż kobiety w związkach powinny być "bezużyteczne" – i to naprawdę działa
Zapowiedzi serii LEGO® Technic na 2026 rok.
List do Świętego Mikołaja – Poruszająca Opowieść o Zgubionym Marzeniu, Dziecięcej Wierze w Magię Świąt i Rodzinie, Która Postanawia Stać Się Cudem dla Małego Sashy z Ulicy Mickiewicza 97
To już pewne. Od poniedziałku nie dostaniecie faktury w LEGO Store. Mamy nowe informacje.
Przedłużone ferie z powodu mrozu. W tych szkołach odwołano lekcje
Bycie mamą w latach 90. Dziś wiele z tych zasad by nie przeszło
Dziadek — Letni Wieczór, Powrót z Treningu, Starszy Pan na Asfalcie, Obojętność Przechodniów, Krwawiące Dłonie, Wzruszająca Pomoc i Historia Wojny: O Tym, Dlaczego Warto Pomagać i Nie Oceniać Drugiego Człowieka
Wygodne babcie Elżbieta Nowak obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od powściągliwego parskania, ale od głośnego, nieprzyzwoitego dla szpitalnej sali rechotu, którego nie znosiła przez całe swoje świadome życie. Śmiała się sąsiadka z łóżka obok, przyciskając telefon do ucha i wymachując wolną ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Lenka, przestań! Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można by spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, gdy dopiero ją przywieziono na salę, sąsiadka leżała już na swoim łóżku i coś gwałtownie stukała w telefon. Przywitały się krótko. „Dobry wieczór” – „Dobry wieczór”, i rozeszły się we własne myśli. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Można ciszej? Sąsiadka odwróciła się. Okrągła twarz, krótka siwizna, której najwyraźniej nie probowała przykryć farbą, wyrazista piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Lenka! Oddzwonię później, bo tu mnie wychowują – schowała telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. – Przepraszam! Jestem Katarzyna S., nie mogę spać przed operacją, dzwonię do wszystkich. — Elżbieta Nowak. Pani nie śpi, ale inni chcieliby jeszcze odpocząć. — Ale pani już przecież nie śpi – puściła oczko Katarzyna. — Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić, za każdym razem głośniej. Elżbieta demonstracyjnie obróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało. — Córka dzwoniła – tłumaczyła Katarzyna przy niejedzonym śniadaniu – Martwi się, przecież operacja. Uspokajam ją, jak mogę. Elżbieta milczała. Syn nie zadzwonił. Ale nie liczyła na to, mówił, iż ma wcześnie ważne zebranie. Tego ją nauczyła: praca to poważna sprawa, odpowiedzialność. Katarzynę zabrali pierwszą. Szeroko żegnała się z pielęgniarkami, śmiejąc się i żartując. Elżbieta pomyślała, iż może po operacji przeniosą ją do innej sali. Po godzinie przyszła kolej na Elżbietę. Narkozę znosiła zawsze źle. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka wyjaśniła, iż wszystko dobrze, trzeba tylko przetrwać. Elżbieta potrafiła przetrwać. Kiedy wieczorem wróciła na salę, Katarzyna już leżała, szara na twarzy, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Elżbieta, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy. Katarzyna otworzyła oczy i słabo się uśmiechnęła. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zamilkły. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły. — Przepraszam za rano — odezwała się nagle Katarzyna. — Kiedy się denerwuję, muszę gadać. Wiem, iż wkurza, ale nic nie poradzę. Elżbieta chciała powiedzieć coś cierpkiego, ale była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. W nocy żadna z nich nie spała. Bolało. Katarzyna już nie dzwoniła, tylko leżała cicho, ale Elżbieta słyszała westchnienia i szuranie. Raz wydawało się jej, iż płacze. Cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę: „Dzielne panie, wszystko dobrze”. Katarzyna natychmiast chwyciła telefon. — Lenka, cześć! No już, po wszystkim, jak tam u was? Kiryś miał gorączkę? Już przeszło? No widzisz, mówiłam, nic strasznego. Elżbieta niechcący podsłuchiwała. „U mnie” – czyli u wnuków. Córka tłumaczy się. Jej własny telefon milczał. Dwie SMS-y od syna – „Mamo, jak tam?”, „Napisz, gdy dasz radę”. Przysłane wczoraj, jeszcze przed wybudzeniem. Odpisała: „W porządku” – i dodała emotikon. Syn lubił emotki, mówił, iż bez nich wiadomości są zimne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Całuję”. — Nikt do pani nie przyjeżdża, co? — zagadnęła Katarzyna po południu. — Syn pracuje, mieszka daleko. Poza tym, dam radę sama. — Prawda. – przytaknęła Katarzyna. – U mnie córka też mówi: mamo, poradzisz sobie. Po co przyjeżdżać, skoro dobrze? W jej głosie brzmiało coś, co kazało Elżbiecie się jej przyjrzeć. Katarzyna się uśmiechała, ale jej oczy wcale nie były wesołe. — Ilu pani ma wnuków? — Troje. Kiryś – najstarszy, osiem lat. Potem Masia i Lewek – rok po roku. – Katarzyna sięgnęła do szafki. – Pokażę zdjęcia? Przez dwadzieścia minut oglądały fotografie. Dzieci na działce, nad morzem, z tortem. Na wszystkich z nimi ona. Przytula, całuje, stroi miny. Córki nie było na żadnym. — Ona robi zdjęcia – wyjaśniła Katarzyna. – Nie lubi być w kadrze. — A wnuki często są u pani? — adekwatnie to ja mieszkam u nich. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odbieram z przedszkola, odrabiam lekcje, gotuję. Elżbieta pokiwała głową. Było podobnie. Przez pierwsze lata wnukiem zajmowała się codziennie. Potem rzadziej. Teraz widują się raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli plany się zgrają. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na zajęcia. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem. — No tak… — Katarzyna spojrzała w okno. — Zajęci… Zamilkły. Za oknem padał deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: — Nie chcę do domu. Elżbieta spojrzała zaskoczona. Katarzyna siedziała na łóżku obejmując kolana, wpatrzona w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Cały czas myślałam i… nie. — Dlaczego? — Bo po co? Przyjadę, a tam: Kiryś nie zrobił lekcji, Masia znowu sie rozchorowała, Lewek spodnie podarł. Córka do pracy do nocy, zięć w delegacjach. Ja – sprzątam, gotuję, pilnuję dzieci. A oni choćby nie… — urwała. — choćby dziękuję nie powiedzą. Bo babcia, bo tak trzeba. Elżbieta milczała. Łzy cisnęły się do gardła. — Przepraszam, rozhisteryzowałam się. — Nie przepraszaj — wyszeptała Elżbieta. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam: nareszcie czas dla siebie. Chciałam do teatru, na wystawy. choćby zapisałam się na francuski. Chodziłam dwa tygodnie. — I? — Synowa poszła na macierzyński. Poprosiła o pomoc. Przecież jestem babcią, nie pracuję, co mi szkodzi. Nie miałam serca odmówić. — I jak? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola, już co drugi dzień. Potem do szkoły – raz w tygodniu. Teraz… — urwała. — Teraz już nie jestem specjalnie potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam aż zadzwonią. jeżeli nie zapomną. Katarzyna skinęła głową. — Córka miała przyjechać do mnie w listopadzie. Posprzątałam, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, sorry, Kiryś ma sekcję, nie damy rady. — I choćby nie przyjechali? — Nie. Ciasta dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Deszcz bębnił o szyby. — Wie pani, co boli najbardziej? — powiedziała Katarzyna. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż i tak czekam. Trzymam telefon w ręku i myślę: może teraz zadzwonią, powiedzą, iż się stęsknili. Tak po prostu, nie z potrzeby. Elżbieta poczuła, jak szczypie ją w nosie. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze sprawa. — A my pomagamy — Katarzyna się uśmiechnęła gorzko — bo przecież jesteśmy matkami. — Tak. Następnego dnia zmiana opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały bez słowa, aż Katarzyna westchnęła: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka kochana, zięć w porządku, wnuki radość. Myślałam, iż jestem potrzebna. Że beze mnie ani rusz. — I? — Dopiero tu zobaczyłam, iż świetnie dają sobie radę beze mnie. Córka w cztery dni ani razu nie narzekała, wręcz przeciwnie, była wesoła. Więc mogą. Babcia – darmowa niania, po prostu wygodna. Elżbieta uniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam coś jeszcze. Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze czeka. Moje plany się nie liczą, jego – są święte. — Ja robiłam tak samo. Gdy córka dzwoni, rzucam wszystko i biegnę. — Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi – rzekła powoli Elżbieta – tylko dodatkiem do ich życia. Katarzyna pokiwała głową, milcząc. — To co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz w obu kierunkach. Katarzyna dzień później, ale uparcie. Chodziły razem, powoli, trzymając się poręczy. — Po śmierci męża zupełnie się zgubiłam — opowiadała Katarzyna. — Myślałam, po wszystkim. A córka mówi: mamo, masz teraz nowy sens — wnuki. Żyj dla nich. I tak żyłam. Ale to chyba sens tylko w jedną stronę. Ja dla nich, oni dla mnie tylko wtedy, gdy wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, sama wychowała syna, wieczorami się uczyła, pracowała na dwóch etatach. — Myślałam, iż jak będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak wszystko oddam, będzie wdzięczny. — A on dorósł i żyje swoim życiem — dokończyła Katarzyna. — Tak. I to chyba normalne. Ale nie sądziłam, iż będzie mi tak samotnie. — Też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez uprzedzenia. Elżbieta czytała, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w eleganckim płaszczu, z torbą owoców. — Cześć, mamo! — ucałował ją w czoło. — Już lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarz mówił, jeszcze trzy dni i do domu. Może przyjedziesz do nas? Ola mówi, iż gościnny pokój stoi pusty. — Dziękuję, wolę u siebie. — Jak chcesz. Ale dzwoń, odbierzemy, jeżeli coś. Był może dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, samochodzie. Zapytał, czy nie potrzeba pieniędzy. Obiecał, iż wpadnie za tydzień. Wyszedł szybko, z ulgą. Katarzyna leżała z zamkniętymi oczami. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła je. — Pani syn? — Tak. — Przystojny. — Tak. — Zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Nie była w stanie, coś ściskało ją w gardle. — Wie pani co, myślę… Może trzeba przestać oczekiwać od nich miłości. Odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. Nam czas znaleźć swoje. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale jakie mamy wyjście? Czekać, aż sobie przypomną? — Co pani powiedziała córce? — Elżbieta zaskoczyła choćby siebie samej, przechodząc na „ty”. — Że po wypisie dwa tygodnie odpoczywam. Lekarz zabronił się forsować. Z wnukami nie dam rady. — Obraziła się? — Oj, jeszcze jak. — Katarzyna się uśmiechnęła — Ale wiesz? Poczułam ulgę. Jakbym coś ciężkiego zrzuciła. Elżbieta zamknęła oczy. — Boję się. Jak odmówię, jak powiem „nie”, przestaną dzwonić. Zupełnie. — A dzwonią często? Cisza. — No właśnie. Gorzej nie będzie. Może tylko lepiej. Ósmego dnia je wypisali. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? – zaproponowała Katarzyna. Elżbieta kiwnęła głową. Wpisały numery w telefony. Chwilę stały, patrząc na siebie. — Dziękuję — powiedziała Elżbieta. — Że byłaś obok. — Ja też dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat z nikim tak nie gadałam. Od serca. — Ja też. Przytuliły się. Ostrożnie, niepewnie. Pielęgniarka przyniosła dokumenty, zamówiła taksówkę. Elżbieta odjechała pierwsza. W domu było cicho, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Spojrzała na telefon — trzy SMS-y od syna: „Jesteś już w domu?”, „Zadzwoń, gdy będziesz”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem, wszystko ok”. Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Leżał tam folder kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła na folder i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. — Cześć. Przepraszam, iż tak szybko, ale… chciałam usłyszeć twój głos. — Ja też się cieszę. — Słuchaj, może… jak dojdziemy do siebie, pójdziemy gdzieś razem? Na kawę. Albo spacer. Chciałabyś? Elżbieta spojrzała na folder w dłoni. Potem na telefon. Potem znowu na folder. — Chciałabym. I wiesz, co? Może nie za dwa tygodnie, tylko w sobotę? Mam już dość leżenia w domu. — W sobotę? Lekarze mówili… — Mówili. Ale trzydzieści lat wszystkich oszczędzałam. Czas pomyśleć o sobie. — No to ustalone. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon i znów wzięła folder. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. Rekrutacja przez cały czas trwała. Otworzyła laptop i zaczęła wypełniać zgłoszenie. Palce się trzęsły, ale dokończyła. Za oknem padał deszcz, ale zza chmur przebijało się jesienne słońce. I Elżbieta nagle pomyślała, iż życie być może dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.
Syn nigdy mu nie wybaczył. "Nie daje mi to spokoju"
– Tato, już do nas nie przychodź! Bo jak Ty wychodzisz, mama zawsze zaczyna płakać i płacze aż do rana. – Zasypiam, budzę się, znów zasypiam i znów budzę, a ona płacze i płacze. Pytam: „Mamusiu, czemu płaczesz? Przez tatę?..” – A ona mówi, iż nie płacze, tylko katar ma, ale przecież wiem, iż takiego kataru z łzami w głosie nie ma… Tata Oli siedział z córką przy stoliku w warszawskiej kawiarni, mieszając zimną już kawę w maleńkiej białej filiżance. A Ola choćby nie tknęła swojego lodowego deseru – dzieła sztuki, kolorowe kulki z listkiem mięty i wiśnią, polane czekoladą – choć każda sześciolatka by się skusiła. Ale nie Ola, bo już w zeszły piątek postanowiła poważnie z tatą porozmawiać. Tata milczał długo, aż w końcu powiedział: – Co my zrobimy, córeczko? Nie widywać się wcale? Jak ja będę żył? Ola zmarszczyła nos, taki ładny – jak u mamy, troszkę ziemniaczek, pomyślała – i odpowiedziała: – Nie, tato. Ja bez Ciebie też nie dam rady. Zróbmy tak: zadzwoń do mamy i ustal, iż będziesz mnie odbierał z przedszkola w każdy piątek. – Pobawimy się, jak chcesz na lody czy kawę, pójdziemy do kawiarni. Opowiesz mi, jak Wy z mamą żyjecie. Chwilę pomyślała, po czym dodała: – A jeżeli będziesz chciał zobaczyć mamę, to zrobię jej zdjęcie na telefon i pokażę Ci co tydzień. Chcesz? Tata spojrzał na mądrą córkę, uśmiechnął się i kiwnął głową: – Dobrze, córeczko, tak będziemy żyć… Ola westchnęła z ulgą i sięgnęła po swoje lody, ale nie zakończyła rozmowy, chciała powiedzieć najważniejsze. Kiedy miała pod nosem kolorowe „wąsy” z lodów, oblizała je i znów stała się poważna, niemal dorosła. Prawie jak kobieta, która dba o swojego mężczyznę – choć ten już nie młody: w zeszłym tygodniu miał urodziny. Ola narysowała mu w przedszkolu laurkę z wielką liczbą „28”. Jej twarz spoważniała, zmarszczyła brwi i powiedziała: – Myślę, iż powinieneś się ożenić. I wielkodusznie skłamała, dodając: – Nie jesteś przecież taki stary… Tata docenił „gest dobrej woli” córki i parsknął: – „Nie bardzo”? Powiesz też „nie bardzo”… Ola z entuzjazmem: – No właśnie, nie bardzo! Wiesz, pan Sławek, co już dwa razy u nas był, choćby trochę łysy jest… tutaj – pokazała na czubek głowy, wygładzając loczki dłonią. Gdy tata się spiął i spojrzał ostro, Ola zrozumiała, iż zdradziła maminy sekret. Przycisnęła dłonie do ust i wytrzeszczyła oczy – pełne zaskoczenie i przerażenie. – Pan Sławek? Ten od mamy z pracy?.. – prawie na całe kawiarnie powiedział tata. – Nie wiem, tato… – speszyła się Ola. – Może z pracy. Przynosi mi cukierki i ciasto, a mamie kwiaty… Tata splótł palce na stole, długo patrzył na nie. Oli wydawało się, iż właśnie teraz podejmuje najważniejszą decyzję w życiu. Czekała, nie poganiała – dobrze wiedziała, iż mężczyznom trzeba pomóc podjąć decyzję. A kto, jak nie kobieta – zwłaszcza jedna z najbliższych. Tata milczał, wreszcie westchnął, podniósł głowę i powiedział… Gdyby Ola była trochę starsza, zrozumiałaby, iż powiedział to tonem Otella z dramatów. Ale jeszcze nie znała Otella, Desdemony ani innych wielkich kochanków. Dopiero uczyła się życia, obserwując dorosłych, jak cieszą się i cierpią z powodu drobiazgów. Tata powiedział: – Chodźmy, córeczko. Jest późno, odprowadzę Cię do domu. I porozmawiam z mamą. Ola nie pytała, o czym tata chce rozmawiać z mamą, ale wiedziała, iż to ważne. gwałtownie zjadła resztę lodów, uznając, iż to, co zamierza tata, pozostało ważniejsze niż najlepszy deser. Odważnie rzuciła łyżeczkę na stół, zsunęła się z krzesła, wytarła usta, pociągnęła nosem i patrząc wprost na tatę, powiedziała: – Jestem gotowa. Chodźmy… Do domu nie szli, tylko prawie biegli. A raczej biegł tata, ale trzymał Olę za rękę, więc ona prawie „fruwała” jak chorągiewka. Kiedy wbiegli do klatki, drzwi windy już się zamykały, tata spojrzał na Olę, a ona spoglądając w górę, spytała: – No i? Na co czekamy? Przecież do siódmego piętra to nic… Tata podniósł córkę na ręce i ruszył po schodach. Gdy mama w końcu otworzyła drzwi, tata od razu przeszedł do rzeczy: – Nie możesz tak zrobić! Jaki Sławek? Przecież Cię kocham. Mamy Olę… Nie puszczając córki, objął też mamę. Oli objęła ich oboje za szyje, zamknęła oczy, bo dorośli się całowali… A tak to już bywa, iż dwójkę pogubionych dorosłych pogodziła mała dziewczynka, która ich kochała, oni ją, i siebie nawzajem – choć hodowali swoje dumy i żale. Napiszcie w komentarzach, co o tym sądzicie! Dajcie lajka!
Zapytał kobiety, czy zostałyby w domu, żeby być "trad wife". Odpowiedzi matek dają do myślenia
Najczęściej nadawane imiona dzieciom w Polsce
Jeszcze nam tu w domu spraw nie braknie… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doszła do drzwi, walczyła chwilę ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do nieogrzewanego, swojego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało niezamieszkałym. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a pajęczyny zdążyły oplątać sufity, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom jakby miał do niej żal: gdzieś ty, gospodyni, zaginęła, komuś nas zostawiła?! Jak tu przezimujemy?! – Już, już, kochany, poczekaj chwilkę, odpocznę… Zaraz napalę, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna kręciła się żwawo po starej chacie: wybielić ściany, coś podmalować, przynieść wody. Jej drobna postać to się kłaniała przed ikonami, to gospodarzyła przy piecu, to latała po sadzie, sadząc, pielenie, podlewając. A dom cieszył się razem z gospodynią, podłoga wesoło skrzypiała pod jej energicznymi krokami, drzwi i okna otwierały się od lekkiego dotknięcia spracowanych dłoni, a piec wyczarowywał pulchne drożdżowe placki. Było im razem dobrze: Walentynie i jej staremu domowi. Męża pochowała młodo. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła i na ludzi wyprowadziła. Jeden syn – kapitan statku morskiego, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko zaglądają. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi jako główny agronom, od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie tylko w niedzielę, tortem ją rozpieści – i znów tydzień się nie widzą. Pociechą – wnuczka Świetusia. U babci praktycznie wyrosła. A jaka wyrosła! Piękna! Wielkie szare oczy, włosy jak dojrzały owies, aż po pas, ciężkie, błyszczące, aż się od nich światło odbija. Zrobi kucyk, a loki spłyną na ramiona i wszystkich miejscowych chłopców zatka – aż gęby otwierają. Figura jak rzeźbiona. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka uroda i gracja? Babcia Walentyna też była ładna, ale jak porównać stare zdjęcie z babci z wizerunkiem wnuczki – to jak pasterka do królowej… I jeszcze mądra. Ukończyła Wydział Rolnictwa w mieście, wróciła do rodzinnej wsi, pracuje jako ekonomistka. Wyszła za mąż za lekarza weterynarii, a według programu dla młodych rodzin dostała nowy dom. A to dopiero dom! Porządny, murowany – na ówczesne warunki – willa, nie dom. Jedno: u babci chatę otacza ogród – wszystko bujnie rośnie i kwitnie. U nowego domu wnuczki na razie tylko trzy krzaki. Do uprawy Świetlana, powiedzmy wprost, nie była stworzona: choć wiejska, to delikatna, babcia zawsze chroniła ją przed przeciągiem i trudem. Do tego urodził się syn, Wacek. Już czasu w grządki zabrakło. Zaczęła więc Świetusia namawiać babcię: chodź do mnie mieszkać – dom duży, wygodny, nie trzeba palić w piecu. Babcia Walentyna zaczęła słabnąć, dobiła osiemdziesiątki, i choroba jakby czekała na ten moment – lekkie nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Dała się więc namówić na przeprowadzkę. Pomieszkała u wnuczki parę miesięcy, po czym usłyszała: – Babciu, kochana, przecież cię kocham! Ale czemu siedzisz bezczynnie?! Całe życie byłaś w ruchu, a teraz w moim domu tylko przesiadujesz… Ja bym chciała gospodarstwo rozwinąć, a liczyłam na twoją pomoc… – Ale ja już nie dam rady, córciu, starość mnie dopadła… – Hm… Jak tylko do mnie przyjechałaś, to od razu się zestarzałaś… niedługo niewywiązująca się z oczekiwań babcia wróciła do siebie. Z żalu, iż nie zdała egzaminu i nie pomogła ukochanej wnuczce, całkiem opadła z sił. Nogi ślizgały się powoli po podłodze – nabiegały się już przez życie, zmęczone. Przejście od łóżka do stołu było wielkim wysiłkiem, dalsza droga do kościoła – nieosiągalna. Ksiądz Jerzy sam przyszedł do swojej stałej parafianki, wcześniej aktywnej pomagaczki zabytkowego kościółka. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, pisała tradycyjne miesięczne listy do synów. W izbie było chłodno – piec ledwo grzał. Podłoga zimna. Na niej najcieplejsza, ale już znoszona bluza, lekko przybrudzona chusta – dla niej, takiej pedantki – na nogach rozdeptane filcoki. Ksiądz Jerzy westchnął: przydałaby się pomoc. Może Anka? Mieszka blisko, jeszcze silna, dwadzieścia lat młodsza od Walentyny. Wyjął chleb, pierniki, połowę jeszcze ciepłej ryby w cieście (od pani Kasi, żony proboszcza). Zakasał rękawy, wybrał popiół z pieca, na trzy razy przyniósł drewna – wystarczy na kilka paleń, poukładał w kącie. Napalił w piecu. Przyniósł wody, postawił czajnik na kuchnię. – Synku kochany! Oj… tzn., księże drogi! Pomóż mi wypisać adresy na kopertach. Moja ręka już tak drży, iż list nie dojdzie! Ksiądz Jerzy przysiadł, wypisał adresy, rzucił okiem na listy. Rzuciło się w oczy: dużymi, trzęsącymi się literami: „A żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, chwała Bogu!” Tylko te listy o dobrej doli babci Walentyny były zaplamione – i to łzami, jak widać, słonymi. Anka zaopiekowała się staruszką, ksiądz Jerzy spowiadał i przynosił komunię, a na większe święta mąż Anki, wujek Kazik, stary marynarz, dowoził ją na mszę na motorze. Życie zaczęło się układać. Wnuczka przestała przyjeżdżać; po paru latach zachorowała ciężko. Od dawna narzekała na żołądek, myślała, iż to przejściowe. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd taka choroba, któż zgadnie, ale Świetlana w pół roku zgasła. Jej mąż praktycznie zamieszkał na cmentarzu: kupował butelkę, pił, spał przy nagrobku, rano szedł po następną. Czteroletni syn Wacek stał się nikomu niepotrzebny – brudny, głodny, zasmarkany. Wzięła go Tamara, ale przez swoją odpowiedzialną pracę nie miała czasu zająć się wnukiem, więc Wacka szykowano do internatu. Internat był ponoć przyzwoity: energiczny dyrektor, dobre wyżywienie, na weekendy można było dzieci zabierać do domu. Ale to nie dom. Tamara nie miała wyjścia – musiała pracować, do emerytury jeszcze daleko. I wtedy w przyczepie starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą sąsiad, wujek Kazik, w pasiaku, z kotwicami i syrenkami na ramionach, wyglądali bojowo. Powiedziała krótko: – Ja biorę Wacka do siebie. – Mamo, sama ledwo chodzisz! Jak dasz radę? Trzeba mu gotować, prać… – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła babcia. Tamara, zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej matki, zaniemówiła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Kazik odwiózł ich do domu, wyładował, prawie wniósł do izby na rękach. Sąsiedzi szemrali: – Porządna ta stara, dobra kobieta, ale chyba na stare lata rozumu już nie ma – jej samej opieka potrzebna, a jeszcze dziecko przygarnia! Przecież to nie piesek, opieki wymaga… A Tamara gdzie patrzy?! Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy przyszedł do Walentyny z niepokojem: czy nie trzeba będzie interweniować i odebrać głodnego, porzuconego Wacka? W izbie było ciepło, piec porządnie napalony. Wacek czysty i zadowolony na wersalce słuchał z gramofonu bajki o Czarciej Łapie. A schorowana babcia śmigała po kuchni: smarowała pękło blachy masłem, wyrabiała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Chore nogi znów były żwawe – jak dawniej. – Księże kochany! Ja tu właśnie… drożdżówki szykuję… Jeszcze chwilka – dla pani Kasi i małego Kajtka podam cieplutkie… Ksiądz Jerzy wrócił do domu w osłupieniu i opowiedział żonie, co widział. Pani Kasia zadumała się na chwilę, wyjęła opasły granatowy zeszyt i zaczęła czytać: „Stara Egorowa odchodziła z tego świata. Wszystko przeminęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod śnieżnobiałym, cichym kopcem. Czas już, czas tam, gdzie nie ma chorób, smutków ni westchnień… Pewnego lutowego wieczoru Egorowa długo modliła się przed ikonami, potem położyła się i powiedziała rodzinie: Zwołajcie księdza – będę umierać. Twarz miała białą jak śnieg za oknem. Rodzina wezwała kapłana, Egorowa wyspowiadała się, przyjęła komunię, leżała już od doby bez jedzenia i picia. Tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie opuściła starego ciała. Nagle drzwi otworzył powiew mrozu i dziecięcy wrzask. – Cicho, babcia umiera! – Nie zamknę dziecku buzi, dopiero się urodziło, nie wie, iż nie wolno krzyczeć… Córka wróciła z porodówki z maleństwem. Wszyscy byli akurat w pracy – zostawili umierającą babcię i młodą matkę same. Mleko jeszcze się nie pokazało, matka nie wiedziała, jak się obchodzić z córką, noworodek wył jak oszalały i przeszkadzał Egorowej w odchodzeniu na tamten świat. Umierająca podniosła nagle głowę, spojrzała przytomnie, usiadła, opuściła bose stopy na podłogę, starała się znaleźć kapcie. Kiedy domowi wrócili z pracy, obawiając się najgorszego, zobaczyli: Egorowa w ogóle nie zamierzała umierać. Chodziła energicznie po pokoju, kołysała spokojne, zajęte niemowlę, a wykończona córka odpoczywała na kanapie”. Kasia zamknęła zeszyt, spojrzała na męża i zakończyła: – Moja prababcia, Wiera Egorowna, bardzo mnie pokochała i nie mogła umrzeć. Powiedziała słowami starej piosenki: „A pomierać nam za wcześnie – mamy jeszcze w domu spraw do załatwienia!” Po tym przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, wychować mnie, swoją ukochaną prawnuczkę. A ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony w odpowiedzi.
Daj mi powód, proszę – Miłego dnia – powiedział Denis, pochylając się i muskając jej policzek ustami. Anastazja skinęła głową odruchowo. Policzka nie rozgrzał dotyk, nie poruszył – po prostu skóra, zwykłe muśnięcie. Drzwi trzasnęły i mieszkanie wypełniła cisza. Stała jeszcze chwilę w przedpokoju, próbując usłyszeć coś w sobie. Kiedy to się adekwatnie stało? Kiedy w środku coś kliknęło i zgasło? Pamiętała, jak dwa lata temu płakała w łazience, bo Denis zapomniał o ich rocznicy. Jak rok temu trzęsła się ze złości, gdy znów nie odebrał Wiktorii z przedszkola. Jeszcze pół roku temu próbowała tłumaczyć, rozmawiać, prosić. A teraz – pusto. Czysto, jak wypalone pole. Weszła do kuchni, nalała sobie kawy i usiadła przy stole. Dwadzieścia dziewięć lat. Siedem – w małżeństwie. Teraz siedziała sama w pustym mieszkaniu z stygnącą kawą i uświadamiała sobie, iż przestała kochać męża tak cicho, zwyczajnie, iż nie zauważyła nawet, kiedy się to wydarzyło. Denis żył według starego schematu. Obiecywał, iż odbierze córkę z przedszkola – nie odbierał. Mówił, iż naprawi kran w łazience – trzeci miesiąc kapało. Przysięgał, iż w weekend pojadą do zoo – w sobotę miał ważniejsze sprawy z kolegami, w niedzielę leżał na kanapie. Wiktoria przestała pytać, kiedy tata się z nią pobawi. Pięcioletnia dziewczynka już wiedziała: mama to pewność. Tata – ktoś, kto czasem się pojawia i ogląda telewizję. Anastazja przestała robić awantury. Nie płakała już w poduszkę. Nie układała planów naprawy małżeństwa. Po prostu wykreśliła Denisa z równania swojego życia. Trzeba zawieźć samochód na przegląd? Umawiała się sama. Zepsuł się zamek w balkonowych drzwiach? Wzywała fachowca. Wiktoria potrzebowała stroju śnieżynki na przedszkolną uroczystość? Anastazja szyła go nocami, kiedy mąż chrapał w drugim pokoju. Ich rodzina stała się dziwną konstrukcją z dwóch dorosłych prowadzących równoległe życie pod jednym dachem. Którejś nocy Denis próbował się przytulić. Odsunęła się grzecznie, zasłaniając się bólem głowy, zmęczeniem, wyimaginowanymi dolegliwościami. Krok po kroku wznosiła mur między ich ciałami – z każdym razem coraz wyższy. „Niech sobie znajdzie kogoś na boku” – myślała z chłodem. „Niech da mi powód. Prawdziwy, zrozumiały dla rodziców i teściowej. Żebym nie musiała tłumaczyć”. Bo jak powiedzieć mamie, iż chce odejść, bo mąż jest… żaden? Nie pije, nie bije, przynosi pieniądze. Że nie pomaga w domu? Większość facetów nie pomaga. Nie bawi się z dzieckiem? Mężczyźni nie są do tego stworzeni. Założyła sobie nowe konto w banku. Zaczęła odkładać część pensji. Zgłosiła się na siłownię – nie dla męża, a dla siebie, nowego życia, które majaczyło gdzieś za horyzontem nieuchronnego rozwodu. Wieczorami, gdy Wiktoria spała, zakładała słuchawki i słuchała angielskich podcastów. Prowadziła dialogi biznesowe – jej firma współpracowała z zagranicą, język mógł otworzyć wiele drzwi. Dwa wieczory w tygodniu pochłaniały ją kursy dokształcające. Denis marudził, iż musi „siedzieć z Wiktorią”, choć jego „opieka” polegała na włączeniu bajki i gapieniu się w telefon. Weekendami Anastazja zabierała córkę do parku, na plac zabaw, do kina, do kawiarni na mleczne koktajle. Wiktoria przyzwyczaiła się – to ich czas, mamy i jej. Tata istniał gdzieś na obrzeżach, jak mebel. „Nawet nie zauważy” – przekonywała się Anastazja. – „Po rozwodzie dla niej się nic nie zmieni”. Ta myśl była wygodna. Trzymała się jej kurczowo. A potem coś się zmieniło. Nie zrozumiała kiedy dokładnie. Po prostu pewnego wieczoru Denis sam zaproponował, iż położy Wiktorię spać. Potem – iż ją odbierze z przedszkola. Przygotował obiad, co prawda makaron z serem, ale nikt go nie musiał prosić. Anastazja patrzyła podejrzliwie. Co to? Wyrzuty sumienia? Słomiany zapał? A może coś przeskrobał? Ale dni mijały, a on nie wracał już do dawnych nawyków. Wstawał rano z córką do przedszkola, naprawił ten cholerny kran, zapisał Wiktorię na pływanie i sam woził ją na zajęcia. – Tato, zobacz, umiem już nurkować! – Wiktoria latała po mieszkaniu, udając pływaczkę. Denis łapał ją, podrzucał pod sufit, a dziewczynka śmiała się najprawdziwszym radosnym śmiechem. Anastazja przyglądała się temu z kuchni, nie poznając własnego męża. – W niedzielę mogę z nią zostać – powiedział Denis wieczorem. – Masz przecież spotkanie z koleżankami? Skinęła głową wolno. Żadnego spotkania nie miała, po prostu chciała posiedzieć sama w kawiarni z książką. Ale skąd on wie o koleżankach? Słucha, kiedy rozmawia przez telefon? Tygodnie zamieniały się w miesiące. Miesiąc – w dwa. Denis się nie poddawał i nie wracał do starego chłodu. – Zarezerwowałem nam stolik w tej włoskiej restauracji – powiedział nagle. – Na piątek. Mama zgodziła się zostać z Wiktorią. Spojrzała znad laptopa. – Z jakiej okazji? – Bez okazji. Po prostu chcę z tobą zjeść kolację. Zgodziła się. Z ciekawości, mówiła sobie. Chciała zobaczyć, co wymyślił. Restauracja była przytulna, przygaszone światła, muzyka na żywo. Denis zamówił jej ulubione wino. Anastazja ze zdziwieniem odkryła, iż pamięta, które. – Zmieniłeś się – powiedziała wprost, bez ogródek. Denis zakręcił kieliszkiem. – Byłem ślepy. Naiwny, głupi klasyk. – O, to żadna nowina. – Wiem. – Uśmiechnął się krzywo, niewesoło. – Myślałem, iż pracuję dla rodziny. Że potrzebujecie pieniędzy, większego mieszkania, lepszego samochodu. Ale w rzeczywistości po prostu… uciekałem. Od odpowiedzialności, od codzienności, od wszystkiego tego. Siedziała cicho, pozwalając mówić. – Zauważyłem, iż ty się zmieniłaś. Stało ci się wszystko jedno. To było straszniejsze niż każdy krzyk. Było normalnie, kiedy płakałaś, wymagałaś. Potem przestałaś, jakby mnie nie było. Odłożył kieliszek. – O mało was nie straciłem. Tylko wtedy zrozumiałem, jak bardzo wszystko robiłem źle. Patrzyła na tego mężczyznę, który mówił jej coś, na co czekała latami. Za późno? A może jeszcze nie? – Miałam się z tobą rozwieść – powiedziała cicho. – Czekałam, aż dasz mi powód. Denis pobladł. – Boże, Anastazja… – Odkładałam pieniądze. Szukałam mieszkania. – Nie wiedziałem, iż aż tak… – Powinieneś wiedzieć – przerwała mu. – To twoja rodzina. Miałeś widzieć, co się dzieje. Zapadła ciężka cisza. Kelner wyczuł ją i omijał ich stolik szerokim łukiem. – Chcę walczyć. O nas – powiedział wreszcie Denis. – jeżeli mi pozwolisz. – Jeden raz cię sprawdzę. – Jeden raz – to więcej niż zasłużyłem. Siedzieli w tej restauracji do zamknięcia. Rozmawiali o wszystkim: o Wiktorii, o pieniądzach, o podziale obowiązków, o tym, czego naprawdę od siebie oczekują. Po raz pierwszy od lat – prawdziwa rozmowa, bez pretensji i pustych fraz. Proces odbudowy trwał powoli. Anastazja nie rzuciła mu się na szyję następnego ranka. Obserwowała, czekała, była podejrzliwa. Denis trwał. Przejął gotowanie w weekendy. Nauczył się obsługiwać rodzicielskie grupy i czaty. Zaczął zaplatać Wiktorii warkoczyki – krzywe, pocieszne, ale samodzielnie. – Mamo, zobacz, tata zrobił mi smoka! – Wiktoria wbiegła do kuchni, pokazując konstrukcję z kartonów i papieru kolorowego. Anastazja spojrzała na tego „smoka” – niezdarnego, koślawego, z jednym skrzydłem większym od drugiego – i uśmiechnęła się… …Pół roku minęło niepostrzeżenie. Był grudzień. Pojechali całą rodziną do rodziców Anastazji na wieś. Stary dom pachniał drewnem i ciastem, w ogrodzie śnieg po kolana, skrzypiące schody. Anastazja siedziała przy oknie z herbatą i patrzyła, jak Denis i Wiktoria lepią bałwana. Córeczka dowodziła – nos tu, oczy wyżej, szalik krzywo! – a Denis słuchał jej poleceń, podrzucał ją w powietrze. Pisk Wiktorii rozchodził się po sadzie. – Mamo! Chodź do nas! – wołała dziewczynka. Anastazja narzuciła kurtkę i wyszła na ganek. Śnieg iskrzył w słońcu, mróz szczypał policzki, aż nagle z boku poleciała śnieżka. – To tata! – natychmiast wydała go Wiktoria. – Zdrajczyni – fuknął Denis. Zgarnęła śnieg i rzuciła w męża. Spudłowała. Obśmiali się – a potem już cała trójka tarzali się w śniegu, zapominając o zimnie, bałwanie, wszystkim na świecie. Wieczorem, gdy Wiktoria zasnęła na kanapie, Denis ostrożnie przeniósł ją do łóżka. Anastazja patrzyła, jak okrywa ją kołdrą, poprawia poduszkę, odgarnia rozczochrane włoski z czoła. Usiadła przy kominku, ogrzewając dłonie o kubek z herbatą. Za oknem wciąż padał śnieg, otulając świat białym kocem. Denis usiadł obok: – O czym myślisz? – O tym, jak dobrze, iż nie zdążyłam… Nie pytał, co miała na myśli. Zrozumiał. Związek to codzienna praca. Nie heroiczne czyny, ale drobiazgi: posłuchać, wesprzeć, zauważyć, pomóc. Anastazja wiedziała, iż będą trudne chwile, nieporozumienia, kłótnie o bzdury. Ale teraz jej mąż i córka byli obok. Żywi, prawdziwi, kochani. Wiktoria obudziła się i przybiegła do nich, wcisnęła się między rodziców na kanapę. Denis objął je obie, a Anastazja pomyślała, iż o niektóre rzeczy naprawdę warto walczyć…
Niedzielny tata. Opowieść Gdzie jest moja córka? — powtórzyła Olesia, czując, jak szczęka jej drży, nie wiadomo od strachu, czy od zimna.
Urodziny w sali zabaw. "Zmroziło mnie, gdy zobaczyłam szampana dla dzieci i plastikowe kieliszki"
Moja córka została mamą za wcześnie — miała zaledwie siedemnaście lat. Jeszcze dziecko, z dziecięcymi oczami i marzeniami o życiu, które dopiero się zaczynało. Urodziła syna, mieszkała ze mną, a ja starałam się pomagać, jak potrafiłam — wspierałam ją, w nocy kołysałam malucha, gotowałam, pocieszałam ją. Ale często mówiła:
Chyba miłość już minęła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet rumianków kupionych na bazarku przy metrze. Anna zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Michał patrzył na nią jak ktoś, kto wie, czego chce. A chciał jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Michał przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki zrobione przez jego mamę. Siedzieli na trawie do zmroku. Anna zapamiętała jego śmiech z głową odchyloną do tyłu, dotyk jego dłoni – jakby przypadkowo, i to jak patrzył na nią, tak jakby była jedyną osobą w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku poznał ją ze swoimi rodzicami. Po roku zaproponował wspólne mieszkanie. – Przecież i tak każdą noc jesteśmy razem – tłumaczył Michał, przeczesując jej włosy palcami. – Po co płacić za dwa mieszkania? Anna się zgodziła. Nie dla pieniędzy. Po prostu przy nim świat miał sens. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Anna nauczyła się robić jego ulubione kotlety – z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak, jak robiła jego mama. Michał wieczorami czytał jej na głos biznesowe artykuły z czasopism. Marzył o własnej firmie. Anna słuchała z głową opartą na dłoni i wierzyła w każde jego słowo. Snuli plany – najpierw odłożyć na wkład własny, potem własne mieszkanie, potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka – chłopiec i dziewczynka. – Ze wszystkim się wyrobimy – całował ją w czubek głowy Michał. Anna kiwała głową. Przy nim czuła się niezwyciężona. …Piętnaście lat wspólnego życia obrosło rzeczami, nawykami, rytuałami. Mieszkanie w dobrej dzielnicy z widokiem na skwer, kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, spłacany szybciej kosztem urlopów i restauracji. Srebrna Toyota pod blokiem – Michał sam wybierał, sam negocjował, sam błyszczał maskę każdą sobotę. Czuła dumę. Osiągnęli wszystko sami – bez wsparcia rodziców, bez znajomości, bez fartu. Pracowali, oszczędzali, wytrzymywali. Nigdy nie narzekała. choćby gdy padała ze zmęczenia i zasypiała w metrze, budząc się na końcowej stacji. choćby gdy miała ochotę rzucić wszystko i polecieć nad morze. Byli drużyną. Tak mówił Michał, a Anna wierzyła. Jego dobro zawsze było na pierwszym miejscu. Anna nauczyła się tej reguły na pamięć, wpisała ją w swoje DNA. Zły dzień w pracy? Robiła obiad, nalewała herbatę, słuchała. Kłótnia z szefem? Głaskała po głowie, szeptała, iż będzie dobrze. Zwątpienie w siebie? Znajdowała odpowiednie słowa i wyciągała go z dołka. – Jesteś moją kotwicą, moim zapleczem i wsparciem – mówił Michał wtedy. Anna się uśmiechała. Czy bycie czyjąś kotwicą to nie jest szczęście? Ciężkie chwile się zdarzały. Najpierw po pięciu latach wspólnego życia – firma Michała zbankrutowała. Trzy miesiące siedział w domu, przeglądał ogłoszenia, chmurniejąc z dnia na dzień. Drugi raz – gorzej. Koledzy wrobili go w papiery i nie tylko stracił pracę – musiał zapłacić wysoką sumę. Sprzedali samochód, żeby się spłacić. Anna nigdy go nie obwiniała. Ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe zlecenia, siedziała po nocach, oszczędzała na sobie. Liczyło się tylko jedno – jak czuje się Michał. Czy się nie załamie. Czy nie straci wiary w siebie. …Michał się pozbierał. Znalazł pracę, choćby lepszą niż poprzednia. Znów kupili srebrną Toyotę. Wszystko się ułożyło. Rok temu siedzieli w kuchni, a Anna wreszcie powiedziała to, o czym myślała od dawna: – Może czas? Już dawno nie mam dwudziestu lat. jeżeli będziemy zwlekać… Michał kiwnął głową – poważnie, przemyślanie. – Zacznijmy się przygotowywać. Anna wstrzymała oddech. Tyle lat marzenia, odkładania, czekania na odpowiedni moment. A oto właśnie nadszedł. Wyobrażała sobie to tysiąc razy. Małe paluszki zaciskające jej dłoń, zapach dziecięcego pudru, pierwsze kroki w ich salonie, Michał czytający bajkę na dobranoc. Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie. Zmiany zaczęły się od razu. Anna zmieniła wszystko – dietę, tryb życia, obciążenia. Zrobiła badania, zaczęła brać witaminy. Kariera zeszła na drugi plan, choć właśnie miała dostać awans. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa zza okularów. – Taką szansę ma się raz w życiu. Anna była pewna. Awans oznaczał delegacje, nienormowany czas pracy, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Wolę przejść do oddziału – odparła. Szefowa wzruszyła ramionami. Oddział był kwadrans od domu. Praca nudna, rutynowa, bez perspektyw. Ale kończyła równo o 18, a weekendy miała wolne. Anna przyzwyczaiła się szybko. Nowi współpracownicy byli sympatyczni, choć mało ambitni. Gotowała sobie obiady w domu, spacerowała na przerwie, kładła się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka. Dla ich rodziny. Chłód podszedł niezauważenie. Na początku Anna nie zwróciła na to uwagi. Michał dużo pracuje, jest zmęczony. Bywa. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać ją przed snem. Przestał patrzeć na nią jak wtedy, gdy mówił, iż jest najpiękniejsza na wydziale. W domu zrobiło się cicho. Inaczej cicho – nie tak, jak kiedyś godzinami rozmawiali o pracy, planach, bzdurach. Teraz Michał całe wieczory siedział w telefonie, odpowiadał półsłówkami, zasypiał odwrócony do ściany. Anna leżała obok i patrzyła w sufit. Między nimi przepaść szerokości materaca. Bliskość zniknęła. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc – Anna przestała liczyć. On zawsze miał wymówkę: – Jestem zmęczony. Może jutro. Jutro nie nadchodziło. Spytała wprost. Pewnego wieczoru zastawiła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Tylko szczerze. Michał patrzył obok niej, gdzieś w okolice futryny. – Wszystko w porządku. – Nieprawda. – Wymyślasz. To tylko taki etap. Przejdzie. Minął ją i zamknął się w łazience. Poleciała woda. Anna stała na korytarzu z ręką przy piersi. Bolało. Głupio, tępo, cały czas. Wytrzymała jeszcze miesiąc. W końcu zapytała wprost: – Kochasz mnie? Pauza. Długa, straszna pauza. – Ja… nie wiem, co do ciebie czuję. Anna usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Michał spojrzał jej w oczy – pusto, zagubiony. Ani śladu ognia z przed piętnastu lat. – Chyba miłość już minęła. Już dawno. Milczałem, bo nie chciałem cię zranić. Miesiące Anna żyła w tym piekle, nie znając prawdy. Wypatrywała jego spojrzeń, analizowała każde słowo, szukała wytłumaczeń – może problemy w pracy, może kryzys wieku średniego, może po prostu gorszy nastrój. A on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ona planowała przyszłość, rezygnowała z kariery, przygotowywała się do ciąży. Decyzja przyszła nagle – żadnych „może”, „może się ułoży”, „trzeba poczekać”. Dość. – Składam pozew o rozwód. Michał zbladł. Anna zobaczyła, jak drgnął mu grdyka. – Poczekaj. Nie rób nic pochopnie. Możemy spróbować… – Spróbować? – A może dziecko… Może ono wszystko zmieni? Mówią, iż dzieci zbliżają. Anna roześmiała się gorzko. – Dziecko wszystko tylko pogorszy. Nie kochasz mnie. Po co nam dzieci? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach? Michał zamilkł. Nie miał już argumentów. Anna wyprowadziła się tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, gdy ręce przestały się trząść. Podział majątku zapowiadał się długi – mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych rzeczy i decyzji. Prawnik mówił coś o wycenie, udziałach i negocjacjach. Anna kiwała głową, notowała i starała się nie myśleć, iż ich życie podlicza się teraz w metrach i koniach mechanicznych. niedługo znalazła kawalerkę do wynajęcia. Uczyła się być sama. Gotować dla jednej, oglądać seriale bez komentarzy zza pleców, zasypiać na całym łóżku. W nocy przychodziły wspomnienia. Anna wtulała się w poduszkę i pamiętała – rumianek z bazarku, koce w Łazienkach, jego śmiech, jego ręce i głos szepczący, iż jest jego kotwicą. To był obezwładniający ból. Piętnastu lat nie wyrzuca się z serca jak starych ubrań. Ale przez ten ból przebijało się coś jeszcze – ulga, poczucie słuszności. Zdążyła w porę, zanim związała się na zawsze z tym człowiekiem dzieckiem. Zanim utknęła w pustym małżeństwie na lata w imię „dobra rodziny”. Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed nią. Strach? Ogromny. Ale da sobie radę. Po prostu nie ma innego wyjścia.
— Czyja ty jesteś, dziewczynko? ..— Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce. Przyniosłam do domu, sąsiedzi już wiedzą — wieści po wsi gwałtownie się rozchodzą. — O Matko Boska, Haniu, skąd ją masz? — A co z nią zrobisz teraz? — Ty chyba postradałaś rozum, Haniu? — Po co ci dziecko? Z czego wykarmisz? Zaskrzypiała podłoga pod stopą — znów myślę, żeby naprawić, ale czasu zawsze brak. Usiadłam przy stole, wyjęłam stary pamiętnik. Kartki pożółkłe jak liście jesienią, ale tusz wciąż trzyma moje myśli. Za oknem śnieg zacina, brzoza uderza gałęzią, jakby chciała wstąpić w gości. — A czego się rozhałasowałaś? — mówię jej. — Poczekaj, niedługo wiosna. Trochę śmiesznie gadać z drzewem, ale gdy się mieszka samotnie, wszystko wokół wydaje się żywe. Po tych strasznych czasach zostałam wdową — mój Stefan zginął. Jego ostatni list wciąż przechowuję, żółty od lat i wytarty na rogach — tyle razy czytałam. Pisał, iż już wraca, iż mnie kocha, iż będziemy szczęśliwi… A tydzień później się dowiedziałam. Dzieci Bóg mi nie dał, może i lepiej — w tamtych czasach trudno było wykarmić. Sołtys, pan Mikołaj, zawsze mnie pocieszał: — Nie martw się, Haniu. Młoda jesteś, jeszcze wyjdziesz za mąż. — Już nie pójdę, — odpowiadałam twardo. — Raz kochałam, wystarczy. Na gospodarstwie pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista, pan Piotr, wołał: — Haniu, idź już do domu, późno! — Zdążę — mówię. — Dopóki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo nieduże — koza Mania, uparta jak ja. Pięć kur, budziły mnie lepiej niż kogut. Sąsiadka Klaudia żartowała: — Ty chyba indyk! Czemu twoje kury najpierw krzyczą? Warzywnik trzymałam — ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko z własnej ziemi. Jesienią robiłam przetwory — ogórki, pomidory, grzyby w occie. Zimą otwieram słoiczek i jakby lato wracało. Ten dzień pamiętam jak dziś. Marzec był wilgotny, mokry. Rano deszcz, wieczorem mróz. Poszłam do lasu po chrust — trzeba napalić w piecu. Zimą dużo gałęzi poprzewracało, tylko zbierać. Wracam ze ścieżki przez stary most, słyszę — ktoś płacze. Myślałam — wiatr hula, ale nie, wyraźnie, dziecięce łkanie. Schodzę pod most, patrzę — dziewczynka, cała w błocie, sukienka mokra, rozdarta, oczy przestraszone. Jak mnie zobaczyła — zamilkła, tylko trzęsie się jak liść osiki. — Czyja ty jesteś, mała? — pytam cicho, żeby jej nie przestraszyć jeszcze bardziej. Milczy, tylko mruga oczami. Usta sinawe od zimna, ręce czerwone, opuchnięte. — Całkiem zamarzłaś, — mówię raczej do siebie. — Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce — lekka jak piórko. Otuliłam chustą, przytuliłam do serca. A sama myślę — co to za matka, iż dziecko pod mostem zostawiła? Niepojęte. Chrust musiałam zostawić — to już nie było ważne. Całą drogę do domu milczała, tylko mocno trzymała się mojej szyi zmarzniętymi paluszkami. Przyniosłam do domu, sąsiedzi już tutaj — wieści w wiosce rozchodzą się błyskawicznie. Klaudia pierwsza wpadła: — O Jezu, Haniu, skąd ją masz? — Pod mostem znalazłam, — mówię. — Porzucona, to widać. — O rany… — Klaudia załamała ręce. — Co z nią teraz zrobisz? — Co? Zostanie u mnie. — Ty chyba oszalałaś, Haniu! — to już babcia Matylda podeszła. — Po co ci dziecko? Czym nakarmisz? — Tym, co Bóg da, — odcięłam. Najpierw napaliłam w piecu, zaczęłam wodę grzać. Dziewczynka cała w siniakach, chudziutka, żebra sterczą. Umyłam ją w cieple, otuliłam moim swetrem — dziecięcych ubrań w domu nie było. — Głodna jesteś? — pytam. Kiwała głową nieśmiało. Dałam jej wczorajszego barszczu, chleb pokroiłam. Jadła łapczywie, ale ostrożnie — widać, była domowa, nie uliczna. — Jak masz na imię? Milczy. Może się boi, może jeszcze mówić nie umie. Spać położyłam ją na moim łóżku, sama na ławie. W nocy kilka razy wstawałam — sprawdzić, jak tam. Spała zwinięta w kulkę, przez sen popłakiwała. Rano najpierw poszłam do urzędu gminy. Sołtys, pan Jan, rozłożył ręce: — Nie było żadnych zgłoszeń o zaginionym dziecku. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz? — Po przepisach do domu dziecka. Zadzwonię dziś do powiatu. Serce mi zacisnęło: — Poczekaj, daj mi czas. Może rodzice się zgłoszą. Ja ją na razie zostawię. — Pani Haniu, zastanów się dobrze… — Nie ma co myśleć. Już postanowione. Nazwałam ją Marysią — po mojej mamie. Myślałam, iż rodzice się pojawią, ale nikt nie przyszedł. I chwała Bogu — już się do niej przywiązałam. Na początku trudno było — nie mówiła, tylko oczami szukała czegoś po kątach. Budziła się w nocy z krzykiem, cała się trzęsła. Brałam ją na ręce, głaskałam po głowie: — Już dobrze, córeczko, już wszystko będzie dobrze. Ze starych sukien szyłam jej ubrania, farbowałam na różno — niepięknie, ale wesoło. Klaudia, jak zobaczyła, klaskała w ręce: — Haniu, złote masz ręce! Myślałam, iż tylko łopatą machać umiesz. — Życie nauczy i szwaczką, i nianią być, — odpowiadam i cieszę się w sercu, iż pochwalono. Ale nie wszyscy byli tacy wyrozumiali. Zwłaszcza babcia Matylda, jak zobaczy — krzyż na siebie: — To się źle skończy, Haniu. Podrzutek w domu – biedę zwołasz. Jej matka musiała być byle jaka, dlatego zostawiła. Jabłko od jabłoni… — Zamknij się, Matyldo! — przerwałam jej. — Nie twoja sprawa oceniać cudze grzechy. A dziewczynka jest już moja i kropka. Sołtys też kręcił głową: — Zastanów się, może jednak do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą. — A kto pokocha? — pytam. — W domu dziecka sierot i bez niej dość. Westchnął, ale potem pomagał — czasem mleka przyniósł, czasem kaszy. Marysia powoli zaczęła rozkwitać. Najpierw jedno słowo, potem i zdania. Pamiętam, jak pierwszy raz się roześmiała — wtedy spadłam z krzesła, gdy wieszałam zasłony. Leżę, jęczę, a ona jak dzwonkiem się roześmieje, czysto, dziecinnie. I ból od tego śmiechu ustąpił. W ogrodzie pomagała. Daję jej małą motykę — idzie ze mną poważnie, naśladuje. Więcej deptała grządki niż czyściła, ale się nie gniewałam — cieszyłam się, iż w niej budzi się życie. A potem nadeszła bieda — Marysia zachorowała, gorączka. Leżała cała czerwona, majaczyła. Biegłam do naszego Felczera, pana Szymona: — Na miłość boską, pomóż! A on tylko załamuje ręce: — Jakie leki, Haniu? Mam na całą wieś trzy tabletki aspiryny. Poczekaj, może coś przywiozą za tydzień. — Za tydzień?! — krzyczałam. — Ona do jutra może nie dożyć! Pobiegłam do powiatu, to dziewięć kilometrów błotem. Buty zdarłam, nogi w bąblach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Aleksander, spojrzał na mnie — całą w błocie, mokrą: — Proszę poczekać. Przyniósł leki, wytłumaczył jak podawać: — Pieniądze nie trzeba, — mówi. — Wyjdźcie tylko dziecko. Trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Szeptałam modlitwy, zmieniałam kompresy. Czwartego dnia gorączka spadła, otworzyła oczy i cicho mówi: — Mamusiu, pić chcę. Mamusiu… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Popłakałam się — ze szczęścia, zmęczenia, wszystkiego na raz. A ona mi ręką łzy ściera: — Mamo, czemu płaczesz? Boli? — Nie, — mówię. — Nie boli. To ze szczęścia, córeczko. Po tej chorobie stała się inna — pogodna, gadatliwa. Z czasem poszła do szkoły — nauczycielka nie mogła się nachwalić: — Zdolna dziewczynka, wszystko pojmuje w lot! Wieś powoli się przyzwyczaiła, już nie szeptała za plecami. choćby babcia Matylda złagodniała — zaczęła nas częstować plackami. Szczególnie polubiła Marysię po tym, jak pomogła jej rozpalić piec w największe mrozy. Staruszka wtedy zaniemogła, drewna nie nazbierała. Marysia sama zaproponowała: — Mamo, chodźmy do babci Matyldy? Zimno jej samej. Tak się zaprzyjaźniły — stara zrzęda i moja dziewczynka. Opowiadała jej bajki, nauczyła robić na drutach, a co najważniejsze — nigdy więcej nie wspomniała o podrzutku ani złej krwi. Lata płynęły. Marysi minęło dziewięć, gdy zaczęła pytać o most. Siedziałyśmy wieczorem, cerowałam skarpetki, ona kołysała swoją szmatkową lalę. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Serce mi zadrżało, ale nie dałam po sobie poznać. — Pamiętam, córeczko. — Ja też trochę pamiętam. Było zimno. I straszno. Jakaś pani płakała, potem poszła. Druty wypadły mi z rąk. Ona mówi dalej: — Nie pamiętam jej twarzy. Tylko niebieską chustkę. Cały czas powtarzała: „Wybacz mi, wybacz…” — Marysiu… — Nie martw się, mamo, nie jestem smutna. Czasem tylko się przypomina. I wiesz co? — uśmiechnęła się nagle. — Cieszę się, iż wtedy mnie znalazłaś. Objęłam ją mocno, a w gardle miałam ścisk. Ile razy myślałam — kim była ta kobieta w niebieskiej chuście? Dlaczego zostawiła dziecko pod mostem? Może sama głodowała, może mąż pił… Wszystko w życiu się zdarza. Nie mnie osądzać. Tej nocy nie mogłam zasnąć. Myślałam — jak to los potrafi wywrócić wszystko. Żyłam w samotności, sądziłam, iż los mnie ukarał, a tak naprawdę przygotowywał do najważniejszego — by mieć komu otulić i rozgrzać porzucone dziecko. Od tamtej pory Marysia coraz częściej pytała o dawne życie. Nic nie ukrywałam, tylko tłumaczyłam tak, żeby nie zranić: — Wiesz, kochanie, czasem ludzie znajdują się w takich sytuacjach, iż prawie nie mają wyboru. Może twoja mama bardzo cierpiała. — A ty byś nigdy nie oddała? — pytała, patrząc mi w oczy. — Nigdy, — odpowiadałam twardo. — Jesteś moim szczęściem, moją radością. Lata leciały niepostrzeżenie. W szkole Marysia była prymuską. Często przybiegała: — Mamo, mamo! Dziś przy tablicy czytałam wiersz, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza nauczycielka, pani Maria, często rozmawiała ze mną: — Pani Haniu, dziewczyna musi dalej się uczyć. Takie jasne głowy rzadko się trafiają. Ma dar do języków i literatury. Widziałaby pani jej wypracowania! — A gdzie jej się uczyć? — wzdychałam. — Nie mamy pieniędzy… — Ja pomogę przygotować. Za darmo. Grzech marnować takie zdolności. Pani Maria zaczęła z Marysią dodatkowo pracować. Wieczorami siedziały u nas w domu, pochylone nad książkami. Przynosiłam im herbatę z domową konfiturą, słuchałam jak rozmawiają o Mickiewiczu, Słowackim, Prusie. Serce rosło — moja dziewczynka wszystko rozumie, wszystko chłonie. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz się zakochała — w nowym chłopaku z klasy, co z rodzicami przyjechał do naszej wsi. Przeżywała, pisała wiersze do zeszytu, który chowała pod poduszką. Udawałam, iż nie zauważam, ale serce bolało — pierwsza miłość jest zawsze gorzka. Po maturze Marysia złożyła papiery na pedagogikę. Oddałam jej wszystkie pieniądze, sprzedałam choćby krowę — żal było Zorki, ale nie miałam wyjścia. — Nie trzeba, mamo — protestowała. — Jak sobie poradzisz bez krowy? — Nic, córeczko, dam radę. Są ziemniaki, kury znoszą jajka. A tobie trzeba się uczyć. Kiedy przyszło potwierdzenie z uczelni — cała wieś świętowała. choćby sołtys przyszedł z gratulacjami: — Brawo, Haniu! Wychowałaś, wykształciłaś. Teraz będziemy mieć własną studentkę! Pamiętam dzień jej wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Przytula mnie, łzy jej lecą. — Co tydzień będę pisać, mamo. Przyjadę na ferie. — No pewnie, będziesz, — mówię ze ściśniętym sercem. Autobus zniknął za zakrętem, a ja długo stałam na przystanku. Przyszła Klaudia, objęła ramieniem: — Chodź, Haniu. W domu robota czeka. — Wiesz co, Klaudio, — mówię, — jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, ja mam z daru Bożego. Dotrzymała słowa — pisała często. Każdy list był świętem. Czytam i powtarzam, każdy słowo znam na pamięć. Pisała o nauce, koleżankach, mieście. A pomiędzy wierszami tęsknota za domem. Na drugim roku poznała swojego Szymona — też student, z historii. Zaczęła o nim wspominać w listach niby mimochodem, a ja po matczynemu wiedziałam — zakochała się. Na wakacje przywiozła go poznać. Chłopak był pracowity, pomocny. Pomógł mi dach poprawić, płot naprawić. Z sąsiadami zaprzyjaźnił się szybko. Wieczorami na ganku opowiadał o historii — słuchało się z przyjemnością. Widać było, iż kocha moją Marysię, nie spuszcza z niej oczu. Na wakacje Marysia przyjeżdżała — cała wieś się schodziła popatrzeć, jaka piękna wyrosła. Babcia Matylda, już bardzo wiekowa, całowała ją w czoło: — O Panie Boże, a ja byłam przeciw, gdy ją zabrałaś. Przebacz mi, stara głupia. Patrz, jakie szczęście wyrosło! Dziś Marysia sama została nauczycielką, pracuje w miejskiej szkole. Uczy dzieci jak kiedyś ją pani Maria. Z Szymonem żyją zgodnie, doczekali się wnuczki — Hani, nazwaną na moją cześć. Hania — wykapana Marysia z dzieciństwa, tylko śmielsza. Jak przyjeżdżają, spokoju nie ma — wszystko musi zobaczyć, wszędzie wejść, wszystko dotknąć. A ja się cieszę — niech hałasuje, niech biega. Dom bez śmiechu dziecięcego to jak kościół bez dzwonów. Siedzę, piszę w pamiętniku, za oknem znowu śnieży. Podłoga skrzypi, brzoza stuka w okno. Ale ta cisza już nie boli jak kiedyś. Jest w niej spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdy uśmiech Marysi, za los, który poprowadził mnie kiedyś pod stary most. Na stole stoi fotografia — Marysia z Szymonem i małą Hanią. A obok — ta podniszczona chusta, w którą ją wtedy zawinęłam. Przechowuję na pamiątkę, czasem wyjmuję, głaszczę — jakby wracało ciepło tamtych dni. Wczoraj przyszedł list — Marysia pisze, iż znowu w ciąży. Chłopca czekają. Szymon już wybrał imię — Stefan, na cześć mojego świętej pamięci męża. Ród się będzie dalej toczył, będzie komu zachować pamięć. Stary most dawno rozebrali, nowy postawili — betonowy, mocny. Rzadko tam chodzę, ale za każdym razem, gdy przechodzę, zatrzymuję się na chwilę. I myślę — ile może zmienić jeden dzień, jedna chwila, jeden płacz dziecka w wilgotny, marcowy wieczór… Mówią, iż losy są na samotność, byśmy docenili bliskich. Ale ja myślę inaczej — iż to przygotowanie do spotkania z tymi, którym naprawdę jesteśmy potrzebni. I nie ważne, czy z własnej krwi — liczy się tylko, co powie serce. A moje serce tam, pod starym mostem, nie pomyliło się.
Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. Wari ledwo stuknęło szesnaście lat, gdy straciła matkę. Ojciec wyjechał do pracy do miasta siedem lat temu – i ślad po nim zaginął. Ani wieści, ani grosza. Cała wieś pomagała przy pogrzebie, kto czym mógł. Ciotka Maria, chrzestna Wari, często do niej zaglądała, radziła co i jak. Warę po szkole przyjęto na pocztę w sąsiedniej wiosce. Waria – zdrowa dziewczyna, o której mówią: „krew z mlekiem”. Twarz okrągła, rumiana, nos kartoflany, za to blade, błyszczące oczy. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszy chłopak we wsi to był Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska, dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, przyjeżdżające na wakacje, patrzyły na niego łaskawie. Jemu to nie kierowcą we wsi powinien być, tylko w warszawskich filmach grać. Nie wybiegany chłopak, nie spieszył się, by żonę sobie wybrać. Aż tu ciotka Maria przychodzi do niego, prosi by Warze pomógł płot naprawić – wali się. Bez męskiej ręki trudno żyć na wsi. Z polem Waria sobie radziła, ale z domem sama nie dała rady. Bez gadania zgodził się. Przyszedł, obejrzał i zaczął dowodzić: „Podaj to, przynieś tamto, daj i podaj”. Waria wszystko bez słowa przynosiła. Tylko policzki jeszcze bardziej różowe i warkocz szalał za plecami. Jak się zmęczył, nakarmiła go barszczem z wkładką, herbatą mocną napoiła. A sama patrzyła, jak białe mocne zęby wgryzają w czarny chleb. Trzy dni naprawiał Nikodem płot, a czwartego dnia przyszedł tak po prostu w gości. Nakarmiła go Warcia kolacją, słowo za słowo – został u niej na noc. Potem chodził już stale. Wychodził przed świtem, żeby go nikt nie widział. Ale we wsi wszystkiego się nie ukryje. – Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. A jak już się ożeni, to tylko się naharujesz z nim. Jak lato przyjdzie, nadjadą miejskie piękności – co wtedy zrobisz? Zesmutniejesz z zazdrości. Nie takiego ci trzeba chłopaka – mawiała ciotka Maria. A czy młodość zakochana słucha mądrości starszych? Potem zrozumiała, iż jest w ciąży. Początkowo myślała, iż się przeziębiła albo zatruła. Słabość, mdłości narastały. A potem jak obuchem w łeb dotarło: dziecko w niej, od przystojnego Nikodema. Grzeszną myślą chciała się pozbyć problemu, jeszcze za wcześnie na dziecko. Potem pomyślała, iż tak może lepiej. Nie będzie sama mieszkać. Matka ją wychowała, ona też da radę. Ojciec kilka pomagał, tylko pił. Ludzie pogadają, potem ucichną. Na wiosnę zdjęła kożuch, wszyscy we wsi zobaczyli ciążowy brzuch. Kręcili głowami, mówili: „Bieda z dziewczyną!” Nikodem, oczywiście, przyszedł się dowiedzieć, co zamierza. – Co zrobić? Urodzę. Nie martw się, sama dziecko wychowam. Żyj jak żyłeś – powiedziała, krzątając się przy piecu. Tylko czerwone iskry ognia grały jej na policzkach i w oczach. Nikodem popatrzył, ale poszedł. Sama wszystko zadecydowała – jak z gęsi woda. Przyszło lato, nadjechały piękne miejskie dziewczyny. Nikodem zapomniał o Wari. A ona spokojnie pracowała na ogródku, ciotka Maria pomagała pielić. Z dużym brzuchem trudno się schylać. Wodę ze studni targała po pół wiadra. Brzuch duży, baby wróżyły jej siłacza. – Kogo Bóg da – żartowała Waria. W połowie września obudziła się rano z ostrym bólem, jakby jej brzuch na pół przetarło. Ale potem ból zniknął. Zaraz wrócił. Pobiegła do ciotki Marii. Ta od razu z perłowych oczu wszystko zrozumiała. – Już? Siedź, zaraz wracam. – I wybiegła z domu. Poleciała do Nikodema. Przy domu stoi ciężarówka. Letnicy już wyjechali. A Nikodem jak na złość, dzień wcześniej nieźle wypił. Roztrąciła go ciotka Maria. Nikodem patrzy osłupiały – nie rozumie co się dzieje, gdzie jechać. Gdy pojął, krzyknął: – Toż to dziesięć kilometrów do szpitala! Zanim lekarza, zanim wrócimy – ona już urodzi. Od razu wieziemy! Szykuj ją. – Jak na ciężarówce?! Roztrzęsie, po drodze dziecko łapać będziesz – lamentowała kobieta. – To jedź z nami, na wszelki wypadek – uciął. Dwa kilometry dziurawą drogą jechał ostrożnie. Jedną kałużę minie, zaraz w następną wpada. Ciotka Maria w bagażniku na worku siedziała. Jak dotarli do asfaltu, poszło szybciej. Waria wiła się na sąsiednim siedzeniu, ugryzła wargę, żeby nie jęczeć, brzuch rękami obejmowała. Nikodem trzeźwiał w oczach. Rzucał spojrzenia na dziewczynę, sam szczęki miał napięte, a palce na kierownicy bielały. O swoim myślał. Zdążyli. Warę zostawili w szpitalu, wrócili. Ciotka Maria całą drogę ganiła Nikodema: – Po co jej życie zepsułeś?! Jedna, bez rodziców, sama dziecko jeszcze, a ty jej trosk dodałeś. Jak sobie sama poradzi z dzieckiem? Auto jeszcze do wsi nie dojechało, a Waria już była matką zdrowego, silnego chłopca. Następnego ranka przynieśli jej go do karmienia. Nie wie, jak wziąć, jak przytulić. Patrzy wielkimi oczami na pomarszczoną czerwoną twarzyczkę syna. Znowu zagryzła wargę, robi co jej każą. A serce drży z radości. Ogląda, dmucha na czoło, gdzie cienkie włoski sterczą – cieszy się, nieporadna. – Przyjadą po ciebie? – zapytał surowy, starszy lekarz przy wypisie. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową: – Raczej nie. Westchnął lekarz i poszedł. Położna zawinęła dziecko w szpitalny koc – byle do domu dowieźć. Kazała oddać potem. – Ferdek cię zawiezie szpitalnym autem. Nie będziesz autobusem z niemowlakiem jechać – rzekła surowo, z wyrzutem. Podziękowała Warcia. Szedła korytarzem szpitala, głowę nisko, cała czerwona od wstydu. Jedzie Warcia samochodem, tuli synka i martwi się, jak teraz będą żyć. Zasiłek taki, iż kot zapłakał. Szkoda siebie i niewinnego syna. Spojrzała na pomarszczoną buźkę śpiącego malucha – serce zalała czułość, odgoniła ciężkie myśli. Nagle auto stanęło. Warcia zaniepokojona spojrzała na Ferdka, niezbyt wysokiego, pięćdziesiątki. – Co? – Deszcze lały dwa dni. Patrz, jakie kałuże – ani przejechać, ani obejść. Utknę. Tu tylko ciężarówką albo traktorem. – Sorry. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę? – Kiwnął w stronę drogi, gdzie rozlała się wielka kałuża jak jezioro bez końca. Dziecko śpi na rękach. Siedząc już się zmęczyła. Jednym słowem – siłacz. A iść z nim taką drogą jak? Wysiadła Warcia ostrożnie, wzięła wygodniej synka i poszła brzegiem ogromnej kałuży. Nogi w błocie po kostki, lada moment się przewróci. Stare, rozczłapane pantofle chlupią. Żeby to w gumowcach do szpitala pojechała… Jeden pantofel ugrzązł. Warcia postanowiła nie wyciągać, z dzieckiem nie da rady. Poszła dalej w jednym pantoflu. Kiedy doszła do wsi, już szarzało, nóg nie czuła od zimna. Nie miała siły się dziwić, iż światło w oknach się świeci. Weszła na suche schody. Nogi zmarznięte, a sama spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi i zamarła. Przy ścianie stoi dziecięce łóżeczko, wózek, w nim ładne ubranka dla malucha. Przy stole Nikodem z głową na rękach śpi. Czy poczuł coś, czy spojrzenie wyczuł – podniósł głowę. Warcia rumiana, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwo stała w progu. Sukienka mokra, a nogi po kolana w błocie, co w pantoflach. Gdy zobaczył, iż w jednym pantoflu, rzucił się do niej, wziął dziecko i położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjmować garnek z gorącą wodą. Posadził, pomógł rozebrać się, umyć nogi. Gdy dziewczyna się przebierała przy piecu, na stole już stały ziemniaki, dzbanek mleka. Dziecko zapłakało. Warcia poszła do niego, na ręce wzięła, do stołu siadła, bez wstydu nakarmiła. – Jak nazwałaś? – zapytał Nikodem ochryple. – Szymon. Nie masz nic przeciwko? – Uniosła na niego swoje szare oczy. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, iż serce Nikodema ścisnęło. – Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy synka i od razu się pobierzemy. – Nie trzeba… – zaczęła Warcia, patrząc, jak maluch ssie. – Syn musi mieć ojca. Już się wyszalałem. Jakim będę mężem, nie wiem, ale dziecka nie zostawię. Warcia kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach urodziła się jeszcze córeczka – nazwali ją na cześć matki Wari, Nadzieją. Nieważne, ile błędów popełnisz na początku życia, liczy się, iż zawsze można je naprawić… Taka właśnie historia się wydarzyła. Napiszcie w komentarzach, co o tym sądzicie? Dajcie lajka!
Jesteś błędem mojej młodości – poruszająca historia chłopca wychowanego przez dziadków, który po latach musi zmierzyć się z odrzuceniem przez matkę i trudnym wyborem rodzinnym
Podwórko w jednej tonacji
Quiz dla obytych. Tylko nieliczni znają te polskie przysłowia
Jeszcze mamy w domu robotę… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, ledwie doczłapała do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego nieogrzewanego domku i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało opuszczeniem. Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już pajęczyny na suficie, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją jakby z wyrzutem: Gdzieś ty była, gospodyni, na kogo zostawiła?! Jak tu zimę przetrwamy?! – Chwileczkę, kochany, odpocznę… Ogrzeję, napalimy… Jeszcze rok temu babcia Wala krzątała się po domu z werwą – bielenie, malowanie, przynieść wody. Jej drobna sylwetka raz pochylała się pod ikoną, raz przy piecu krzątała, to znów w ogrodzie sadziła, pielenie, podlewanie – ze wszystkim zdążała. A dom cieszył się razem z nią: podłoga skrzypiała radośnie pod lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się łatwo pod dotykiem zapracowanych dłoni, w piecu piekły się puchate drożdżówki. Dobrze im razem było – Wali i jej starej izbie. gwałtownie została wdową. Troje dzieci wychowała, wykształciła, posłała w świat. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko mieszkają, rzadko wpadają. Tylko córka najmłodsza, Tamara, została na wsi, główną agronomką – od rana do wieczora w pracy, do mamy na niedzielę wpadnie, pierogi zje – i cały tydzień nie ma jej znowu. Pociechą – wnuczka, światło ukochane – Świateczka. U babci praktycznie dorastała. I jaka wyrosła! Piękna jak z obrazka – oczy ogromne, stalowoszare, włosy jak dojrzałe żyto – aż do pasa, kręcone, gęste i błyszczące. Kiedy zwiąże w koński ogon, pasma rozsypują się po ramionach – chłopaków na wsi aż zatyka. Figura jak u królewny! Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postawa, uroda? Babcia Wala w młodości też była ładna, ale jak się porówna stare zdjęcie i Świateczkę – jak pastuszka przy królowej… Mądra. Po mieście ukończyła Akademię Rolniczą, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Mąż – weterynarz, a w nagrodę dla młodego małżeństwa przydzielono im nowy dom. I to jaki! Porządna, murowana willa – na wieś jak pałac! Jedno tylko: koło babcinej chaty rósł ogród – pełno kwiatów, owoców. A u wnuczki – pustka, tylko parę krzaczków, bo do ogrodnictwa Świateczka była nie bardzo chętna; choć ze wsi, to delikatna, przed każdym przeciągiem i ciężką pracą babcia ją chroniła. A tu zaraz synek się urodził – Wacek. czasu w ogród zabrakło. I zaczęła Świateczka babcię namawiać: „Chodź do mnie, dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba.” Babcia Wala zaczęła podupadać na zdrowiu, osiemdziesiąt lat stuknęło, nogi już nie te. Dała się przekonać. Pomieszkała u wnuczki parę miesięcy. Aż tu słyszy: – Babciu kochana, przecież wiesz, jak cię kocham! Ale czemu tylko siedzisz? Przecież zawsze byłaś w ruchu, w pracy! A tu tylko siedzisz… Chcę rozwijać gospodarstwo, czekam na twoją pomoc… – Córeczko, nogi już nie chodzą, stara jestem… – Hm… Po przyjeździe do mnie od razu stare! Nie sprawdziła się i wróciła babcia do swego domu. Ze smutku, iż nie dała rady pomóc wnuczce, zupełnie osłabła. Nogi jak z ołowiu, do stołu dojście stawało się wyczynem, a do ulubionego kościółka – już niemożliwe. Proboszcz, ksiądz Jerzy, sam przyszedł do swojej stałej parafianki, niegdyś najbardziej pomocnej w parafii. Zobaczył, iż siadła przy stole, pisze swoje comiesięczne listy do synów. W izbie zimno. Na niej gruby, znoszony sweter, brudnawa chustka na głowie – to u niej, zawsze czystej i schludnej! Na nogach stare walonki. Proboszcz westchnął: potrzeba tu pomocy. Może Ania, sąsiadka, wesprze? Młodsza o dobre dwadzieścia lat, mieszka blisko. Przyniósł chleb, pierniki, połowę wielkiej jeszcze ciepłej rybnej zapiekanki (od pani kościelnej). Zakasał rękawy, wybierał popiół z pieca, przyniósł drewna na kilka paleń, rozpalił ogień, postawił czajnik z wodą na kuchni. – Synku drogi! Ojej, znaczy księże kochany! Pomóż mi adresy na koperty napisać, bo jak bazgrnę własną ręką, to nie dotrą! Ksiądz Jerzy usiadł, napisał adresy, zerkając na krzywe, duże litery na kartkach. W oczy rzucało się: „A ja żyję bardzo dobrze, syneczku. Wszystko mam, chwała Bogu!”. Tylko te kartki, o „dobrym życiu”, były całe w rozmazanych kleksach – i chyba były słone… Ania przejęła się losem staruszki, ksiądz odwiedzał regularnie, spowiadał, przywoził ją na mszę w święta razem z mężem Ani, weteranem marynarki, weteranem motocyklowym Petrem. Życie powoli się układało. Wnuczka nie pokazywała się, potem, po paru latach, poważnie zachorowała. Problemy z żołądkiem lekceważyła. Diagnoza: rak płuca. Ogień zgasł w pół roku. Mąż niemal zamieszkał na jej grobie, zamulał smutek alkoholem, spał na cmentarzu. Córka, czteroletni Wacek, nikomu niepotrzebny – głodny, brudny, niechciany. Tamara go wzięła, ale zajęta pracą, nie miała kiedy się nim zająć, więc zapisała go do internatu. Internat niezły, dyrektor energiczny, dzieci można brać na weekendy – ale to nie dom. Tamara nie miała wyboru – praca po godzinach, do emerytury jeszcze daleko. Wtedy babcia Wala przyjechała do córki w wózku bocznym „Urała”. Za kierownicą Petr, sąsiad, marynarz z kotwicami i syrenami na rękach. Babcia Wala powiedziała: – Wezmę Wacka do siebie. – Mamo, ty ledwo chodzisz, jak ty z małym dasz radę? Przecież to nie szczeniak. Potrzebuje opieki, prania, jedzenia! – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła babcia. Zaskoczona twardością zwykle uległej matki, Tamara zamilkła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Petr odwiózł ich do chaty, niemal na rękach wniósł do izby. Sąsiedzi gadali: – Dobra z niej kobieta, ale chyba już pomieszane pod starość… Przecież na nią samą już sił brakuje – i jeszcze dziecko wzięła! Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy odwiedził babcię Walę z obawą, czy nie trzeba będzie odebrać zaniedbanego Wacka… A w izbie ciepło, piec napalony, czysty Wacek słucha bajki z patefonu, a babcia Wala – lekka, ruchliwa, śmiga po kuchni, smaży twarogowe bułeczki, stare nogi rwą się do pracy… – Księże kochany, a ja tu… drożdżówki zaplanowałam… Chwileczkę, będą cieplutkie dla pani kościelnej i jej synka… Ksiądz wrócił do domu, wciąż w szoku, opowiedział żonie. Pani Aleksandra chwilę pomyślała, sięgnęła po granatowy zeszyt, przejrzała i zaczęła czytać: „Stara Egorowa przeżyła długie życie. Wszystko minęło, marzenia, uczucia – wszystko śpi pod białym śnieżnym kopcem. Czas, czas tam, gdzie już nie ma bólu ani westchnień… Pewnego lutowego wieczoru długo modliła się przed ikoną, a potem położyła się i powiedziała domownikom: Zawołajcie księdza, będę umierać. Twarz jej stała się biała jak śnieg za oknem. Domownicy sprowadzili księdza, Egorowa wyspowiadała się, przyjęła komunię, a potem dzień leżała bez jedzenia, picia – tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie uleciała. Nagle drzwi się otworzyły – powiew mrozu, niemowlęcy krzyk! – Cicho, u nas babcia umiera! – Niemowlę nie rozumie, iż nie wolno płakać… Wnuczka Nastka wróciła z noworodkiem ze szpitala. Mleka jeszcze nie miała, sama słaba, maluch wrzeszczał, przeszkadzał babci w umieraniu. Umierająca Egorowa podniosła głowę, spojrzała jasno, usiadła, zaczęła szukać kapci… Kiedy wrócili z pracy, zobaczyli: Egorowa nie tylko nie umarła, ale żwawo chodzi po pokoju, kołysząc zadowolone niemowlę, a zmęczona wnuczka odpoczywa na kanapie. Aleksandra skończyła czytać, uśmiechnęła się do męża i rzekła: – Moja prababka Wiera bardzo mnie pokochała i nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Mówiła: „A nam jeszcze nie czas umierać – w domu robota czeka!” Przeżyła po tym jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie w wychowaniu mnie – swojej ukochanej prawnuczki. Ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony.
GIS ostrzega przed popularnymi jogurtami. Mogą być w nich kawałki szkła
Dziś rozpoczyna się Festiwal Teatrów Dla Dzieci
Niespodziewane spotkanie po latach – mężczyzna korzysta z wolnego dnia, gdy przy drzwiach pojawia się nieznajoma starsza kobieta. To matka, która przed laty została mu odebrana. Przeszłość pełna bólu, życie w domu dziecka, a dziś – odniesiony sukces i samotność. Kobieta wraca, by prosić o pomoc dla młodszego syna, jednak jej motywy okazują się tragiczne. Próba pojednania kończy się zdradą i zamachem na życie mężczyzny. W sądzie matka błaga o wybaczenie, ale syn już wie, iż może żyć bez niej.
Nie odchodź, mamo. Polska opowieść rodzinna
Zawsze będę przy Tobie, mamo. Historia, w którą można uwierzyć Babcia Basia nie mogła się doczekać wieczoru. Jej sąsiadka Natalia, samotna kobieta po pięćdziesiątce, opowiedziała jej coś takiego, iż aż kręciło się jej w głowie. Na potwierdzenie swoich słów zaprosiła nawet, by zajrzała do niej wieczorem – miała jej coś pokazać. A wszystko zaczęło się od zwykłej rozmowy. Natalia rano szła do sklepu i zajrzała do babci Basi: — Kupić coś, babciu Basiu? Idę do osiedlowego sklepu, chcę upiec placek, a przy okazji kilka drobiazgów dokupić. — Patrzę na ciebie, Natalio, dobra, troskliwa kobieta z ciebie. Pamiętam cię jeszcze jako dziewczynkę. Szkoda, iż ci się nie ułożyło, ciągle sama, ale widzę, iż nie smucisz się, nie narzekasz. Nie to co niektóre… — A po co mi narzekać, babciu Basiu? Mam ukochanego mężczyznę, tylko jeszcze nie możemy być razem. Czemu? Opowiem wieczorem. Nikomu innemu bym nie opowiedziała, ale tobie powiem. I jeszcze coś wyjawię… Bo wiem, iż jeżeli komuś się wygadam, to tylko tobie, a choćby jeżeli komuś powtórzysz, to i tak nikt by nie uwierzył! — zaśmiała się Natalia. — Mów tylko, co ci kupić? Po sklepie wpadnę do ciebie na herbatkę i wszystko ci opowiem, zobaczysz — nie będziesz już mnie żałować! Babci Basia niby nic nie było potrzeba, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do herbaty. Ciekawość ją zżerała — cóż takiego sąsiadka miała jej do powiedzenia… Natalia przyniosła babci Basi chleb i cukierki, ta zaparzyła aromatyczną herbatę i przygotowała się do słuchania. — Babciu Basiu, pamiętasz, co mi się przydarzyło jakieś dwadzieścia lat temu? Miałam już prawie trzydziestkę. Był mężczyzna, szykowaliśmy się do ślubu. Myślałam: może i nie kocham, ale dobry człowiek, a jak tu żyć bez rodziny, bez dzieci… Złożyliśmy podanie, przeprowadził się do mnie. Zaszłam w ciążę. W ósmym miesiącu urodziła się dziewczynka. Po dwóch dniach zmarła… Myślałam, iż oszaleję z rozpaczy. Rozstałam się z mężem — nic nas już nie łączyło. Minęły dwa miesiące. Powoli zaczęłam dochodzić do siebie, przestałam płakać. I nagle… Natalia spojrzała wyczekująco na babcię Basię: — Nie mam pojęcia, jak ci to opowiedzieć dalej. Miałam w sypialni przygotowane łóżeczko dla córeczki. Mówią, iż to zły znak i nie powinno się kupować rzeczy dla dziecka, zanim się urodzi, ale ja w to nie wierzyłam. Wszystko kupiłam, pościeliłam, położyłam zabawki. I nagle w nocy budzę się… od płaczu dziecka. Myślę: przewidziało mi się ze smutku. Ale znów słyszę płacz. Podchodzę do łóżeczka, a tam… leży mała dziewczynka! Wzięłam ją na ręce — myślałam, iż z euforii zabraknie mi tchu. Spojrzała na mnie, zamknęła oczka i… zasnęła. I tak było — co noc moja córeczka była ze mną. Kupiłam choćby mleko w proszku i butelkę. Ale prawie nie jadła. Płakała, brałam ją na ręce — uśmiechnie się do mnie, zamknie oczy i śpi. — Ale jak to możliwe? — babcia Basia słuchała zaczarowana. — Czy to naprawdę się zdarza? — Sama myślałam, iż nie! — Natalia zarumieniła się ze wzruszenia. — I co było dalej? — babcia Basia spojrzała niepewnie, włożyła cukierka do ust i upiła łyk herbaty. — I tak jest do dziś — Natalie uśmiechnęła się szczęśliwie. — Moja dziewczynka mieszka w innym świecie, tam ma mamę i tatę. Ale mnie nie zapomina. Przychodzi do mnie prawie co noc, choć na krótko. Pewnego razu powiedziała mi nawet: — Zawsze będę z Tobą, mamo. Łączy nas niewidzialna nić i nikt jej nie zerwie! Czasem myślę — może mi się to śni? Ale przecież choćby przynosi mi prezenty z tamtego świata. Chociaż długo tu nie zostają, znikają, jak śnieg na wiosnę. — Naprawdę? — babcia Basia znowu upiła łyk herbaty, aż zaschło jej w gardle. — Chciałabym, żebyś dziś do mnie przyszła. Zobaczyła i potwierdziła, czy to, co widzę, naprawdę istnieje. Wierzę w to, co widzę, ale… Późnym wieczorem babcia Basia przyszła do Natalii. Posiedziały razem w ciemności. W domu nikt nie było, tylko Natalia i babcia Basia. Już niemal zasypiały, gdy nagle pojawiło się delikatne światło. Powietrze zadrżało, i w pokoju pojawiła się… urocza młoda dziewczyna: — Cześć, mamo! Miałam wspaniały dzień, chciałam się z Tobą podzielić! A to prezent dla Ciebie — i położyła na stole kwiaty. — Dzień dobry — dostrzegła babcię Basię. — Zapomniałam, mama mówiła, iż chce mnie pani zobaczyć. Jestem Marianna… Po chwili dziewczyna pożegnała się i jakby rozpłynęła w powietrzu. Babcia Basia siedziała oniemiała — nie od razu mogła wydobyć z siebie głos: — No popatrz, Natalio, wszystko możliwe! A córeczka śliczna, podobna do ciebie. Cieszę się, Natalio. Okazuje się, iż jesteś szczęśliwą kobietą! Wcale nie masz gorzej niż inni, a może choćby lepiej! Człowiek by nie uwierzył, gdyby sam nie widział. Jak dobrze, iż to wszystko możliwe! Jestem ci wdzięczna. Otworzyłaś mi oczy. Świat jest piękny, życie nigdy się nie kończy — teraz i śmierci się już nie boję. Szczęścia ci, Natalko! Kwiaty na stole bladły i bladły, aż w końcu całkiem zniknęły. A Natalia, odprowadzając sąsiadkę, uśmiechała się do własnych myśli. Jutro będzie nowy, cudowny dzień. Spotka się z Arkadiuszem, którego bardzo kocha. I on ją kocha – Natalia dobrze to czuje. Jak? A któż to potrafi opowiedzieć… Kiedyś na pewno ich sobie przedstawi — swoich najbliższych i najukochańszych — Mariannę i Arkadiusza.
Strach o zdrowie dziecka odbiera ci sen? 7 technik, które zatrzymują spiralę lęku
Myślisz, iż to proste? Z kilku skarpetek robi się niezła zagadka, choćby dla dorosłych
Mężczyzna korzystał z wolnego dnia i odpoczywał we własnym łóżku, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi — nieznana, przestraszona starsza kobieta oznajmia, iż jest jego matką, która zniknęła w dzieciństwie; powracają wspomnienia z sierocińca, trudnej młodości, sukcesów i samotności, a wraz z nimi bolesna prawda o rodzinnych sekretach, zdradzie, młodszym bracie i mrocznym spisku matki o przejęcie spadku, która kończy się dramatem w polskim sądzie.
Nie będę mogła zostać dla Ciebie mamą i nie będę potrafiła Cię pokochać, ale będę się o Ciebie troszczyć, a Ty nie powinieneś się gniewać. Przecież u nas będzie Ci i tak lepiej niż w domu dziecka Dziś był ciężki dzień. Jan chował swoją siostrę. Może i nie najlepszą, ale jednak najbliższą rodzinę. Nie widzieli się od blisko pięciu lat, a tu taka tragedia. Wiktoria, jak tylko mogła, wspierała męża, starając się przejąć większość obowiązków. Jednak po pogrzebie czekała ich jeszcze równie ważna sprawa. Po Irinie, siostrze Jana, został mały syn. Wszyscy krewni obecni tamtego dnia przy pożegnaniu Iriny, od razu przerzucili całą odpowiedzialność na młodszego brata Iriny. Bo kto, jeżeli nie rodzony wujek, powinien zatroszczyć się o chłopca? Nikt nie kwestionował tej decyzji – oczywiste było, iż jest jedyna słuszna. Wiktoria wszystko rozumiała, i specjalnie się nie sprzeciwiała, ale miała jedno „ale”. Nigdy nie chciała mieć dzieci — ani własnych, ani cudzych. Ta decyzja zapadła już bardzo dawno. Uczciwie wyznała to Janowi jeszcze przed ślubem, a on podszedł do tego lekko. Kto w wieku dwudziestu kilku lat zastanawia się nad dziećmi? Uznali, iż będę żyć tylko dla siebie — tak zdecydowali dziesięć lat temu. A teraz musiała przyjąć całkiem obce dziecko. Nie było wyjścia. Oddać chłopca do domu dziecka Jan by nigdy nie pozwolił, a i Wiktoria nie miała odwagi choćby rozpocząć takiej rozmowy. Wiedziała, iż nigdy nie pokocha tego dziecka, a tym bardziej nie zastąpi mu matki. Chłopiec był nad wiek dojrzały i rozważny, dlatego Wiktoria postanowiła powiedzieć mu wszystko wprost. – Włodziu, gdzie wolisz mieszkać — u nas czy w domu dziecka? – Chcę mieszkać w domu. Sam. – Ale nie pozwolą Ci mieszkać samemu. Masz tylko siedem lat, więc musisz wybrać. – Wtedy u wujka Jana. – Dobrze, pojedziesz z nami, ale muszę powiedzieć Ci jedną rzecz. Nie będę mogła zostać dla Ciebie mamą, nie potrafię Cię pokochać, ale będę się Tobą opiekować, a Ty nie powinieneś się gniewać. U nas i tak będzie Ci lepiej niż w domu dziecka. Część formalności została załatwiona, mogli wracać do domu. Wiktoria myślała, iż po tej rozmowie nie będzie musiała udawać przed chłopcem troskliwej ciotki, może być sobą. Nakarmić, wyprać, pomóc z lekcjami — to nie problem, ale angażować się emocjonalnie już nie. Mały Włodzio od tej chwili nie zapominał ani na chwilę, iż jest niekochany i żeby nie trafić do domu dziecka, musi być grzeczny. Po powrocie do domu, Wiktoria postanowiła przeznaczyć Włodkowi najmniejszy pokój. Wpierw wszystko należało przystosować do potrzeb chłopca. Wybór tapet, mebli, dekoracji — to było coś, co Wiktoria uwielbiała. Z entuzjazmem przystąpiła do urządzania dziecięcego pokoju. Włodziowi pozwolono wybrać tapety, resztę dobrała sama Wiktoria. Na pieniądzach nie oszczędzała, bo skąpa nie była, po prostu nie lubiła dzieci, za to pokoik wyszedł piękny. Włodzio był szczęśliwy! Szkoda tylko, iż mama nie zobaczy tego pokoju. Jak by to było, gdyby Wiktoria go pokochała. Jest dobra, pomocna, tylko dzieci nie lubi. Włodziu często o tym rozmyślał przed snem. Cieszył się każdym drobiazgiem. Cyrk, zoo, park rozrywki — chłopiec tak szczerze okazywał zachwyt, iż Wiktoria sama zaczęła lubić takie wycieczki. Podobało jej się najpierw zaskoczyć chłopca, a potem obserwować jego reakcję. W sierpniu mieli z mężem lecieć nad morze, a Włodzia na dziesięć dni miał zabrać ktoś z rodziny. Jednak prawie w ostatniej chwili Wiktoria wszystko zmieniła. Nagle zaczęła bardzo chcieć, by Włodzio zobaczył morze. Jan był trochę zdziwiony, ale tak naprawdę bardzo się cieszył — bardzo przywiązał się do chłopca. A Włodzio był prawie szczęśliwy! Gdyby go jeszcze kochali. Ale zobaczy morze! Wyjazd się udał. Morze ciepłe, owoce soczyste, nastrój świetny. Ale wszystko co dobre się kończy — skończyły się też wakacje. Zaczęły się zwykłe dni — praca, dom, szkoła. Coś się jednak zmieniło w ich małym świecie — pojawiło się nowe uczucie, odrobina radości, oczekiwanie na cud. I cud się wydarzył. Wiktoria przywiozła znad morza nowe życie. Jak to się mogło stać, przecież tyle lat skutecznie unikali takich niespodzianek. Wiktoria nie wiedziała, co robić. Powiedzieć mężowi, czy rozwiązać wszystko sama? Po pojawieniu się Włodzia nie była już pewna, czy jej mąż naprawdę jest „childfree”. Uwielbiał zajmować się chłopcem, z przyjemnością spędzał z nim czas, choćby kilka razy zabrał go na mecz. Nie, jeden trudny krok Wiktoria już zrobiła, ale na drugi nie była gotowa. Sama podjęła decyzję. Siedziała w klinice, gdy zadzwoniła szkoła — Włodzia zabrano karetką z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego. Wszystko musiało poczekać. Wpadła do szpitala. Włodzio leżał blady na kozetce, trząsł się cały z zimna. Na widok Wiktorii rozpłakał się. – Wiktoria, proszę, nie odchodź, boję się. Bądź dziś moją mamą. Proszę, tylko jeden dzień, a potem już nigdy nie będę prosił. Chłopiec kurczowo ścisnął jej dłoń, łzy lały się strumieniami. Miał prawdziwą histerię. Wiktoria nigdy go takiego nie widziała — tylko w dniu pogrzebu. Teraz pękł. Wiktoria przycisnęła jego rączkę do policzka. – Moj chłopcze, wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz przyjdzie lekarz i wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj, nie odejdę. Boże, jak bardzo ją kochała w tej chwili! Ten chłopiec z oczami pełnymi zachwytu — był najważniejszy w jej życiu. Childfree, co za głupstwo. Wieczorem opowie Janowi, iż spodziewają się dziecka. Decyzja zapadła, gdy Włodzio z bólu jeszcze mocniej ścisnął jej rękę. Minęło dziesięć lat. Dziś Wiktoria obchodzi prawie jubileusz, dokładnie okrągłą rocznicę. Ma 45 lat. Będą goście, życzenia, a na razie, przy kawie, nachodzi ją fala wspomnień. Jak ten czas gwałtownie minął. Minęła młodość, potem dorosłość. Została kobieta, szczęśliwa żona i mama dwojga wspaniałych dzieci. Włodzio ma prawie 18 lat, Zosia 10. I Wiktoria nie żałuje niczego. Choć jest jednak jedna rzecz, której bardzo żałuje. Słów o swojej niechęci, o braku miłości. Jak bardzo chciałaby, żeby Włodzio ich nie pamiętał, by zapomniał i nigdy nie wspominał. Po tamtym dniu w szpitalu, starała się jak najczęściej mówić mu o miłości, ale czy chłopiec wciąż pamiętał jej pierwsze wyznanie, tego już nigdy nie odważyła się zapytać.
Chciała mieć czwórkę dzieci – pierwsze "zrujnowało" jej życie. "Etap noworodka to piekło na ziemi"
Kiedy Paweł przyprowadził dziewczynę do domu, jego ojciec zamarł z zachwytu, a na jego twarzy pojawiły się krople potu.
Dlaczego dzieci bywają okrutne i jak sobie z tym radzić? "Empatia rodzi się z czasem"
Mamy w rodzinie aż 5 mieszkań, a mimo to z mężem musimy wynajmować – dlaczego nasi rodzice wolą zarabiać na dzieciach niż naprawdę im pomóc?
Podwórko w tej samej tonacji
Wieczni goście, puste butelki zamiast chleba, rzucone przez los dziecko i niezwykła dobroć pani Lilii – opowieść o chłopcu Lenku, który w śnieżnej Warszawie szukał bułki, domu i matczynej miłości, a po latach odnalazł swoją „białą twierdzę” i prawdziwą mamę dzięki wzruszającej gazecie oraz cudownemu zrządzeniu losu
Wzruszająca historia: Mężczyzna odpoczywał w domu, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi – za progiem czekała nieznana starsza kobieta, która okazała się jego matką, przez lata pozbawioną praw rodzicielskich. Po latach rozłąki syn walczy z trudnymi emocjami i bolesną prawdą o rodzinie, gdy okazuje się, iż matka chce wykorzystać go dla drugiego syna.