Dzieci

Jeszcze nam tu w domu spraw nie braknie… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doszła do drzwi, walczyła chwilę ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do nieogrzewanego, swojego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało niezamieszkałym. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a pajęczyny zdążyły oplątać sufity, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom jakby miał do niej żal: gdzieś ty, gospodyni, zaginęła, komuś nas zostawiła?! Jak tu przezimujemy?! – Już, już, kochany, poczekaj chwilkę, odpocznę… Zaraz napalę, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna kręciła się żwawo po starej chacie: wybielić ściany, coś podmalować, przynieść wody. Jej drobna postać to się kłaniała przed ikonami, to gospodarzyła przy piecu, to latała po sadzie, sadząc, pielenie, podlewając. A dom cieszył się razem z gospodynią, podłoga wesoło skrzypiała pod jej energicznymi krokami, drzwi i okna otwierały się od lekkiego dotknięcia spracowanych dłoni, a piec wyczarowywał pulchne drożdżowe placki. Było im razem dobrze: Walentynie i jej staremu domowi. Męża pochowała młodo. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła i na ludzi wyprowadziła. Jeden syn – kapitan statku morskiego, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko zaglądają. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi jako główny agronom, od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie tylko w niedzielę, tortem ją rozpieści – i znów tydzień się nie widzą. Pociechą – wnuczka Świetusia. U babci praktycznie wyrosła. A jaka wyrosła! Piękna! Wielkie szare oczy, włosy jak dojrzały owies, aż po pas, ciężkie, błyszczące, aż się od nich światło odbija. Zrobi kucyk, a loki spłyną na ramiona i wszystkich miejscowych chłopców zatka – aż gęby otwierają. Figura jak rzeźbiona. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka uroda i gracja? Babcia Walentyna też była ładna, ale jak porównać stare zdjęcie z babci z wizerunkiem wnuczki – to jak pasterka do królowej… I jeszcze mądra. Ukończyła Wydział Rolnictwa w mieście, wróciła do rodzinnej wsi, pracuje jako ekonomistka. Wyszła za mąż za lekarza weterynarii, a według programu dla młodych rodzin dostała nowy dom. A to dopiero dom! Porządny, murowany – na ówczesne warunki – willa, nie dom. Jedno: u babci chatę otacza ogród – wszystko bujnie rośnie i kwitnie. U nowego domu wnuczki na razie tylko trzy krzaki. Do uprawy Świetlana, powiedzmy wprost, nie była stworzona: choć wiejska, to delikatna, babcia zawsze chroniła ją przed przeciągiem i trudem. Do tego urodził się syn, Wacek. Już czasu w grządki zabrakło. Zaczęła więc Świetusia namawiać babcię: chodź do mnie mieszkać – dom duży, wygodny, nie trzeba palić w piecu. Babcia Walentyna zaczęła słabnąć, dobiła osiemdziesiątki, i choroba jakby czekała na ten moment – lekkie nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Dała się więc namówić na przeprowadzkę. Pomieszkała u wnuczki parę miesięcy, po czym usłyszała: – Babciu, kochana, przecież cię kocham! Ale czemu siedzisz bezczynnie?! Całe życie byłaś w ruchu, a teraz w moim domu tylko przesiadujesz… Ja bym chciała gospodarstwo rozwinąć, a liczyłam na twoją pomoc… – Ale ja już nie dam rady, córciu, starość mnie dopadła… – Hm… Jak tylko do mnie przyjechałaś, to od razu się zestarzałaś… niedługo niewywiązująca się z oczekiwań babcia wróciła do siebie. Z żalu, iż nie zdała egzaminu i nie pomogła ukochanej wnuczce, całkiem opadła z sił. Nogi ślizgały się powoli po podłodze – nabiegały się już przez życie, zmęczone. Przejście od łóżka do stołu było wielkim wysiłkiem, dalsza droga do kościoła – nieosiągalna. Ksiądz Jerzy sam przyszedł do swojej stałej parafianki, wcześniej aktywnej pomagaczki zabytkowego kościółka. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, pisała tradycyjne miesięczne listy do synów. W izbie było chłodno – piec ledwo grzał. Podłoga zimna. Na niej najcieplejsza, ale już znoszona bluza, lekko przybrudzona chusta – dla niej, takiej pedantki – na nogach rozdeptane filcoki. Ksiądz Jerzy westchnął: przydałaby się pomoc. Może Anka? Mieszka blisko, jeszcze silna, dwadzieścia lat młodsza od Walentyny. Wyjął chleb, pierniki, połowę jeszcze ciepłej ryby w cieście (od pani Kasi, żony proboszcza). Zakasał rękawy, wybrał popiół z pieca, na trzy razy przyniósł drewna – wystarczy na kilka paleń, poukładał w kącie. Napalił w piecu. Przyniósł wody, postawił czajnik na kuchnię. – Synku kochany! Oj… tzn., księże drogi! Pomóż mi wypisać adresy na kopertach. Moja ręka już tak drży, iż list nie dojdzie! Ksiądz Jerzy przysiadł, wypisał adresy, rzucił okiem na listy. Rzuciło się w oczy: dużymi, trzęsącymi się literami: „A żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, chwała Bogu!” Tylko te listy o dobrej doli babci Walentyny były zaplamione – i to łzami, jak widać, słonymi. Anka zaopiekowała się staruszką, ksiądz Jerzy spowiadał i przynosił komunię, a na większe święta mąż Anki, wujek Kazik, stary marynarz, dowoził ją na mszę na motorze. Życie zaczęło się układać. Wnuczka przestała przyjeżdżać; po paru latach zachorowała ciężko. Od dawna narzekała na żołądek, myślała, iż to przejściowe. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd taka choroba, któż zgadnie, ale Świetlana w pół roku zgasła. Jej mąż praktycznie zamieszkał na cmentarzu: kupował butelkę, pił, spał przy nagrobku, rano szedł po następną. Czteroletni syn Wacek stał się nikomu niepotrzebny – brudny, głodny, zasmarkany. Wzięła go Tamara, ale przez swoją odpowiedzialną pracę nie miała czasu zająć się wnukiem, więc Wacka szykowano do internatu. Internat był ponoć przyzwoity: energiczny dyrektor, dobre wyżywienie, na weekendy można było dzieci zabierać do domu. Ale to nie dom. Tamara nie miała wyjścia – musiała pracować, do emerytury jeszcze daleko. I wtedy w przyczepie starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą sąsiad, wujek Kazik, w pasiaku, z kotwicami i syrenkami na ramionach, wyglądali bojowo. Powiedziała krótko: – Ja biorę Wacka do siebie. – Mamo, sama ledwo chodzisz! Jak dasz radę? Trzeba mu gotować, prać… – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła babcia. Tamara, zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej matki, zaniemówiła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Kazik odwiózł ich do domu, wyładował, prawie wniósł do izby na rękach. Sąsiedzi szemrali: – Porządna ta stara, dobra kobieta, ale chyba na stare lata rozumu już nie ma – jej samej opieka potrzebna, a jeszcze dziecko przygarnia! Przecież to nie piesek, opieki wymaga… A Tamara gdzie patrzy?! Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy przyszedł do Walentyny z niepokojem: czy nie trzeba będzie interweniować i odebrać głodnego, porzuconego Wacka? W izbie było ciepło, piec porządnie napalony. Wacek czysty i zadowolony na wersalce słuchał z gramofonu bajki o Czarciej Łapie. A schorowana babcia śmigała po kuchni: smarowała pękło blachy masłem, wyrabiała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Chore nogi znów były żwawe – jak dawniej. – Księże kochany! Ja tu właśnie… drożdżówki szykuję… Jeszcze chwilka – dla pani Kasi i małego Kajtka podam cieplutkie… Ksiądz Jerzy wrócił do domu w osłupieniu i opowiedział żonie, co widział. Pani Kasia zadumała się na chwilę, wyjęła opasły granatowy zeszyt i zaczęła czytać: „Stara Egorowa odchodziła z tego świata. Wszystko przeminęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod śnieżnobiałym, cichym kopcem. Czas już, czas tam, gdzie nie ma chorób, smutków ni westchnień… Pewnego lutowego wieczoru Egorowa długo modliła się przed ikonami, potem położyła się i powiedziała rodzinie: Zwołajcie księdza – będę umierać. Twarz miała białą jak śnieg za oknem. Rodzina wezwała kapłana, Egorowa wyspowiadała się, przyjęła komunię, leżała już od doby bez jedzenia i picia. Tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie opuściła starego ciała. Nagle drzwi otworzył powiew mrozu i dziecięcy wrzask. – Cicho, babcia umiera! – Nie zamknę dziecku buzi, dopiero się urodziło, nie wie, iż nie wolno krzyczeć… Córka wróciła z porodówki z maleństwem. Wszyscy byli akurat w pracy – zostawili umierającą babcię i młodą matkę same. Mleko jeszcze się nie pokazało, matka nie wiedziała, jak się obchodzić z córką, noworodek wył jak oszalały i przeszkadzał Egorowej w odchodzeniu na tamten świat. Umierająca podniosła nagle głowę, spojrzała przytomnie, usiadła, opuściła bose stopy na podłogę, starała się znaleźć kapcie. Kiedy domowi wrócili z pracy, obawiając się najgorszego, zobaczyli: Egorowa w ogóle nie zamierzała umierać. Chodziła energicznie po pokoju, kołysała spokojne, zajęte niemowlę, a wykończona córka odpoczywała na kanapie”. Kasia zamknęła zeszyt, spojrzała na męża i zakończyła: – Moja prababcia, Wiera Egorowna, bardzo mnie pokochała i nie mogła umrzeć. Powiedziała słowami starej piosenki: „A pomierać nam za wcześnie – mamy jeszcze w domu spraw do załatwienia!” Po tym przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, wychować mnie, swoją ukochaną prawnuczkę. A ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony w odpowiedzi.
Daj mi powód, proszę – Miłego dnia – powiedział Denis, pochylając się i muskając jej policzek ustami. Anastazja skinęła głową odruchowo. Policzka nie rozgrzał dotyk, nie poruszył – po prostu skóra, zwykłe muśnięcie. Drzwi trzasnęły i mieszkanie wypełniła cisza. Stała jeszcze chwilę w przedpokoju, próbując usłyszeć coś w sobie. Kiedy to się adekwatnie stało? Kiedy w środku coś kliknęło i zgasło? Pamiętała, jak dwa lata temu płakała w łazience, bo Denis zapomniał o ich rocznicy. Jak rok temu trzęsła się ze złości, gdy znów nie odebrał Wiktorii z przedszkola. Jeszcze pół roku temu próbowała tłumaczyć, rozmawiać, prosić. A teraz – pusto. Czysto, jak wypalone pole. Weszła do kuchni, nalała sobie kawy i usiadła przy stole. Dwadzieścia dziewięć lat. Siedem – w małżeństwie. Teraz siedziała sama w pustym mieszkaniu z stygnącą kawą i uświadamiała sobie, iż przestała kochać męża tak cicho, zwyczajnie, iż nie zauważyła nawet, kiedy się to wydarzyło. Denis żył według starego schematu. Obiecywał, iż odbierze córkę z przedszkola – nie odbierał. Mówił, iż naprawi kran w łazience – trzeci miesiąc kapało. Przysięgał, iż w weekend pojadą do zoo – w sobotę miał ważniejsze sprawy z kolegami, w niedzielę leżał na kanapie. Wiktoria przestała pytać, kiedy tata się z nią pobawi. Pięcioletnia dziewczynka już wiedziała: mama to pewność. Tata – ktoś, kto czasem się pojawia i ogląda telewizję. Anastazja przestała robić awantury. Nie płakała już w poduszkę. Nie układała planów naprawy małżeństwa. Po prostu wykreśliła Denisa z równania swojego życia. Trzeba zawieźć samochód na przegląd? Umawiała się sama. Zepsuł się zamek w balkonowych drzwiach? Wzywała fachowca. Wiktoria potrzebowała stroju śnieżynki na przedszkolną uroczystość? Anastazja szyła go nocami, kiedy mąż chrapał w drugim pokoju. Ich rodzina stała się dziwną konstrukcją z dwóch dorosłych prowadzących równoległe życie pod jednym dachem. Którejś nocy Denis próbował się przytulić. Odsunęła się grzecznie, zasłaniając się bólem głowy, zmęczeniem, wyimaginowanymi dolegliwościami. Krok po kroku wznosiła mur między ich ciałami – z każdym razem coraz wyższy. „Niech sobie znajdzie kogoś na boku” – myślała z chłodem. „Niech da mi powód. Prawdziwy, zrozumiały dla rodziców i teściowej. Żebym nie musiała tłumaczyć”. Bo jak powiedzieć mamie, iż chce odejść, bo mąż jest… żaden? Nie pije, nie bije, przynosi pieniądze. Że nie pomaga w domu? Większość facetów nie pomaga. Nie bawi się z dzieckiem? Mężczyźni nie są do tego stworzeni. Założyła sobie nowe konto w banku. Zaczęła odkładać część pensji. Zgłosiła się na siłownię – nie dla męża, a dla siebie, nowego życia, które majaczyło gdzieś za horyzontem nieuchronnego rozwodu. Wieczorami, gdy Wiktoria spała, zakładała słuchawki i słuchała angielskich podcastów. Prowadziła dialogi biznesowe – jej firma współpracowała z zagranicą, język mógł otworzyć wiele drzwi. Dwa wieczory w tygodniu pochłaniały ją kursy dokształcające. Denis marudził, iż musi „siedzieć z Wiktorią”, choć jego „opieka” polegała na włączeniu bajki i gapieniu się w telefon. Weekendami Anastazja zabierała córkę do parku, na plac zabaw, do kina, do kawiarni na mleczne koktajle. Wiktoria przyzwyczaiła się – to ich czas, mamy i jej. Tata istniał gdzieś na obrzeżach, jak mebel. „Nawet nie zauważy” – przekonywała się Anastazja. – „Po rozwodzie dla niej się nic nie zmieni”. Ta myśl była wygodna. Trzymała się jej kurczowo. A potem coś się zmieniło. Nie zrozumiała kiedy dokładnie. Po prostu pewnego wieczoru Denis sam zaproponował, iż położy Wiktorię spać. Potem – iż ją odbierze z przedszkola. Przygotował obiad, co prawda makaron z serem, ale nikt go nie musiał prosić. Anastazja patrzyła podejrzliwie. Co to? Wyrzuty sumienia? Słomiany zapał? A może coś przeskrobał? Ale dni mijały, a on nie wracał już do dawnych nawyków. Wstawał rano z córką do przedszkola, naprawił ten cholerny kran, zapisał Wiktorię na pływanie i sam woził ją na zajęcia. – Tato, zobacz, umiem już nurkować! – Wiktoria latała po mieszkaniu, udając pływaczkę. Denis łapał ją, podrzucał pod sufit, a dziewczynka śmiała się najprawdziwszym radosnym śmiechem. Anastazja przyglądała się temu z kuchni, nie poznając własnego męża. – W niedzielę mogę z nią zostać – powiedział Denis wieczorem. – Masz przecież spotkanie z koleżankami? Skinęła głową wolno. Żadnego spotkania nie miała, po prostu chciała posiedzieć sama w kawiarni z książką. Ale skąd on wie o koleżankach? Słucha, kiedy rozmawia przez telefon? Tygodnie zamieniały się w miesiące. Miesiąc – w dwa. Denis się nie poddawał i nie wracał do starego chłodu. – Zarezerwowałem nam stolik w tej włoskiej restauracji – powiedział nagle. – Na piątek. Mama zgodziła się zostać z Wiktorią. Spojrzała znad laptopa. – Z jakiej okazji? – Bez okazji. Po prostu chcę z tobą zjeść kolację. Zgodziła się. Z ciekawości, mówiła sobie. Chciała zobaczyć, co wymyślił. Restauracja była przytulna, przygaszone światła, muzyka na żywo. Denis zamówił jej ulubione wino. Anastazja ze zdziwieniem odkryła, iż pamięta, które. – Zmieniłeś się – powiedziała wprost, bez ogródek. Denis zakręcił kieliszkiem. – Byłem ślepy. Naiwny, głupi klasyk. – O, to żadna nowina. – Wiem. – Uśmiechnął się krzywo, niewesoło. – Myślałem, iż pracuję dla rodziny. Że potrzebujecie pieniędzy, większego mieszkania, lepszego samochodu. Ale w rzeczywistości po prostu… uciekałem. Od odpowiedzialności, od codzienności, od wszystkiego tego. Siedziała cicho, pozwalając mówić. – Zauważyłem, iż ty się zmieniłaś. Stało ci się wszystko jedno. To było straszniejsze niż każdy krzyk. Było normalnie, kiedy płakałaś, wymagałaś. Potem przestałaś, jakby mnie nie było. Odłożył kieliszek. – O mało was nie straciłem. Tylko wtedy zrozumiałem, jak bardzo wszystko robiłem źle. Patrzyła na tego mężczyznę, który mówił jej coś, na co czekała latami. Za późno? A może jeszcze nie? – Miałam się z tobą rozwieść – powiedziała cicho. – Czekałam, aż dasz mi powód. Denis pobladł. – Boże, Anastazja… – Odkładałam pieniądze. Szukałam mieszkania. – Nie wiedziałem, iż aż tak… – Powinieneś wiedzieć – przerwała mu. – To twoja rodzina. Miałeś widzieć, co się dzieje. Zapadła ciężka cisza. Kelner wyczuł ją i omijał ich stolik szerokim łukiem. – Chcę walczyć. O nas – powiedział wreszcie Denis. – jeżeli mi pozwolisz. – Jeden raz cię sprawdzę. – Jeden raz – to więcej niż zasłużyłem. Siedzieli w tej restauracji do zamknięcia. Rozmawiali o wszystkim: o Wiktorii, o pieniądzach, o podziale obowiązków, o tym, czego naprawdę od siebie oczekują. Po raz pierwszy od lat – prawdziwa rozmowa, bez pretensji i pustych fraz. Proces odbudowy trwał powoli. Anastazja nie rzuciła mu się na szyję następnego ranka. Obserwowała, czekała, była podejrzliwa. Denis trwał. Przejął gotowanie w weekendy. Nauczył się obsługiwać rodzicielskie grupy i czaty. Zaczął zaplatać Wiktorii warkoczyki – krzywe, pocieszne, ale samodzielnie. – Mamo, zobacz, tata zrobił mi smoka! – Wiktoria wbiegła do kuchni, pokazując konstrukcję z kartonów i papieru kolorowego. Anastazja spojrzała na tego „smoka” – niezdarnego, koślawego, z jednym skrzydłem większym od drugiego – i uśmiechnęła się… …Pół roku minęło niepostrzeżenie. Był grudzień. Pojechali całą rodziną do rodziców Anastazji na wieś. Stary dom pachniał drewnem i ciastem, w ogrodzie śnieg po kolana, skrzypiące schody. Anastazja siedziała przy oknie z herbatą i patrzyła, jak Denis i Wiktoria lepią bałwana. Córeczka dowodziła – nos tu, oczy wyżej, szalik krzywo! – a Denis słuchał jej poleceń, podrzucał ją w powietrze. Pisk Wiktorii rozchodził się po sadzie. – Mamo! Chodź do nas! – wołała dziewczynka. Anastazja narzuciła kurtkę i wyszła na ganek. Śnieg iskrzył w słońcu, mróz szczypał policzki, aż nagle z boku poleciała śnieżka. – To tata! – natychmiast wydała go Wiktoria. – Zdrajczyni – fuknął Denis. Zgarnęła śnieg i rzuciła w męża. Spudłowała. Obśmiali się – a potem już cała trójka tarzali się w śniegu, zapominając o zimnie, bałwanie, wszystkim na świecie. Wieczorem, gdy Wiktoria zasnęła na kanapie, Denis ostrożnie przeniósł ją do łóżka. Anastazja patrzyła, jak okrywa ją kołdrą, poprawia poduszkę, odgarnia rozczochrane włoski z czoła. Usiadła przy kominku, ogrzewając dłonie o kubek z herbatą. Za oknem wciąż padał śnieg, otulając świat białym kocem. Denis usiadł obok: – O czym myślisz? – O tym, jak dobrze, iż nie zdążyłam… Nie pytał, co miała na myśli. Zrozumiał. Związek to codzienna praca. Nie heroiczne czyny, ale drobiazgi: posłuchać, wesprzeć, zauważyć, pomóc. Anastazja wiedziała, iż będą trudne chwile, nieporozumienia, kłótnie o bzdury. Ale teraz jej mąż i córka byli obok. Żywi, prawdziwi, kochani. Wiktoria obudziła się i przybiegła do nich, wcisnęła się między rodziców na kanapę. Denis objął je obie, a Anastazja pomyślała, iż o niektóre rzeczy naprawdę warto walczyć…
Niedzielny tata. Opowieść Gdzie jest moja córka? — powtórzyła Olesia, czując, jak szczęka jej drży, nie wiadomo od strachu, czy od zimna.
Urodziny w sali zabaw. "Zmroziło mnie, gdy zobaczyłam szampana dla dzieci i plastikowe kieliszki"
Moja córka została mamą za wcześnie — miała zaledwie siedemnaście lat. Jeszcze dziecko, z dziecięcymi oczami i marzeniami o życiu, które dopiero się zaczynało. Urodziła syna, mieszkała ze mną, a ja starałam się pomagać, jak potrafiłam — wspierałam ją, w nocy kołysałam malucha, gotowałam, pocieszałam ją. Ale często mówiła:
Chyba miłość już minęła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet rumianków kupionych na bazarku przy metrze. Anna zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Michał patrzył na nią jak ktoś, kto wie, czego chce. A chciał jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Michał przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki zrobione przez jego mamę. Siedzieli na trawie do zmroku. Anna zapamiętała jego śmiech z głową odchyloną do tyłu, dotyk jego dłoni – jakby przypadkowo, i to jak patrzył na nią, tak jakby była jedyną osobą w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku poznał ją ze swoimi rodzicami. Po roku zaproponował wspólne mieszkanie. – Przecież i tak każdą noc jesteśmy razem – tłumaczył Michał, przeczesując jej włosy palcami. – Po co płacić za dwa mieszkania? Anna się zgodziła. Nie dla pieniędzy. Po prostu przy nim świat miał sens. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Anna nauczyła się robić jego ulubione kotlety – z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak, jak robiła jego mama. Michał wieczorami czytał jej na głos biznesowe artykuły z czasopism. Marzył o własnej firmie. Anna słuchała z głową opartą na dłoni i wierzyła w każde jego słowo. Snuli plany – najpierw odłożyć na wkład własny, potem własne mieszkanie, potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka – chłopiec i dziewczynka. – Ze wszystkim się wyrobimy – całował ją w czubek głowy Michał. Anna kiwała głową. Przy nim czuła się niezwyciężona. …Piętnaście lat wspólnego życia obrosło rzeczami, nawykami, rytuałami. Mieszkanie w dobrej dzielnicy z widokiem na skwer, kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, spłacany szybciej kosztem urlopów i restauracji. Srebrna Toyota pod blokiem – Michał sam wybierał, sam negocjował, sam błyszczał maskę każdą sobotę. Czuła dumę. Osiągnęli wszystko sami – bez wsparcia rodziców, bez znajomości, bez fartu. Pracowali, oszczędzali, wytrzymywali. Nigdy nie narzekała. choćby gdy padała ze zmęczenia i zasypiała w metrze, budząc się na końcowej stacji. choćby gdy miała ochotę rzucić wszystko i polecieć nad morze. Byli drużyną. Tak mówił Michał, a Anna wierzyła. Jego dobro zawsze było na pierwszym miejscu. Anna nauczyła się tej reguły na pamięć, wpisała ją w swoje DNA. Zły dzień w pracy? Robiła obiad, nalewała herbatę, słuchała. Kłótnia z szefem? Głaskała po głowie, szeptała, iż będzie dobrze. Zwątpienie w siebie? Znajdowała odpowiednie słowa i wyciągała go z dołka. – Jesteś moją kotwicą, moim zapleczem i wsparciem – mówił Michał wtedy. Anna się uśmiechała. Czy bycie czyjąś kotwicą to nie jest szczęście? Ciężkie chwile się zdarzały. Najpierw po pięciu latach wspólnego życia – firma Michała zbankrutowała. Trzy miesiące siedział w domu, przeglądał ogłoszenia, chmurniejąc z dnia na dzień. Drugi raz – gorzej. Koledzy wrobili go w papiery i nie tylko stracił pracę – musiał zapłacić wysoką sumę. Sprzedali samochód, żeby się spłacić. Anna nigdy go nie obwiniała. Ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe zlecenia, siedziała po nocach, oszczędzała na sobie. Liczyło się tylko jedno – jak czuje się Michał. Czy się nie załamie. Czy nie straci wiary w siebie. …Michał się pozbierał. Znalazł pracę, choćby lepszą niż poprzednia. Znów kupili srebrną Toyotę. Wszystko się ułożyło. Rok temu siedzieli w kuchni, a Anna wreszcie powiedziała to, o czym myślała od dawna: – Może czas? Już dawno nie mam dwudziestu lat. jeżeli będziemy zwlekać… Michał kiwnął głową – poważnie, przemyślanie. – Zacznijmy się przygotowywać. Anna wstrzymała oddech. Tyle lat marzenia, odkładania, czekania na odpowiedni moment. A oto właśnie nadszedł. Wyobrażała sobie to tysiąc razy. Małe paluszki zaciskające jej dłoń, zapach dziecięcego pudru, pierwsze kroki w ich salonie, Michał czytający bajkę na dobranoc. Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie. Zmiany zaczęły się od razu. Anna zmieniła wszystko – dietę, tryb życia, obciążenia. Zrobiła badania, zaczęła brać witaminy. Kariera zeszła na drugi plan, choć właśnie miała dostać awans. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa zza okularów. – Taką szansę ma się raz w życiu. Anna była pewna. Awans oznaczał delegacje, nienormowany czas pracy, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Wolę przejść do oddziału – odparła. Szefowa wzruszyła ramionami. Oddział był kwadrans od domu. Praca nudna, rutynowa, bez perspektyw. Ale kończyła równo o 18, a weekendy miała wolne. Anna przyzwyczaiła się szybko. Nowi współpracownicy byli sympatyczni, choć mało ambitni. Gotowała sobie obiady w domu, spacerowała na przerwie, kładła się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka. Dla ich rodziny. Chłód podszedł niezauważenie. Na początku Anna nie zwróciła na to uwagi. Michał dużo pracuje, jest zmęczony. Bywa. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać ją przed snem. Przestał patrzeć na nią jak wtedy, gdy mówił, iż jest najpiękniejsza na wydziale. W domu zrobiło się cicho. Inaczej cicho – nie tak, jak kiedyś godzinami rozmawiali o pracy, planach, bzdurach. Teraz Michał całe wieczory siedział w telefonie, odpowiadał półsłówkami, zasypiał odwrócony do ściany. Anna leżała obok i patrzyła w sufit. Między nimi przepaść szerokości materaca. Bliskość zniknęła. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc – Anna przestała liczyć. On zawsze miał wymówkę: – Jestem zmęczony. Może jutro. Jutro nie nadchodziło. Spytała wprost. Pewnego wieczoru zastawiła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Tylko szczerze. Michał patrzył obok niej, gdzieś w okolice futryny. – Wszystko w porządku. – Nieprawda. – Wymyślasz. To tylko taki etap. Przejdzie. Minął ją i zamknął się w łazience. Poleciała woda. Anna stała na korytarzu z ręką przy piersi. Bolało. Głupio, tępo, cały czas. Wytrzymała jeszcze miesiąc. W końcu zapytała wprost: – Kochasz mnie? Pauza. Długa, straszna pauza. – Ja… nie wiem, co do ciebie czuję. Anna usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Michał spojrzał jej w oczy – pusto, zagubiony. Ani śladu ognia z przed piętnastu lat. – Chyba miłość już minęła. Już dawno. Milczałem, bo nie chciałem cię zranić. Miesiące Anna żyła w tym piekle, nie znając prawdy. Wypatrywała jego spojrzeń, analizowała każde słowo, szukała wytłumaczeń – może problemy w pracy, może kryzys wieku średniego, może po prostu gorszy nastrój. A on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ona planowała przyszłość, rezygnowała z kariery, przygotowywała się do ciąży. Decyzja przyszła nagle – żadnych „może”, „może się ułoży”, „trzeba poczekać”. Dość. – Składam pozew o rozwód. Michał zbladł. Anna zobaczyła, jak drgnął mu grdyka. – Poczekaj. Nie rób nic pochopnie. Możemy spróbować… – Spróbować? – A może dziecko… Może ono wszystko zmieni? Mówią, iż dzieci zbliżają. Anna roześmiała się gorzko. – Dziecko wszystko tylko pogorszy. Nie kochasz mnie. Po co nam dzieci? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach? Michał zamilkł. Nie miał już argumentów. Anna wyprowadziła się tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, gdy ręce przestały się trząść. Podział majątku zapowiadał się długi – mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych rzeczy i decyzji. Prawnik mówił coś o wycenie, udziałach i negocjacjach. Anna kiwała głową, notowała i starała się nie myśleć, iż ich życie podlicza się teraz w metrach i koniach mechanicznych. niedługo znalazła kawalerkę do wynajęcia. Uczyła się być sama. Gotować dla jednej, oglądać seriale bez komentarzy zza pleców, zasypiać na całym łóżku. W nocy przychodziły wspomnienia. Anna wtulała się w poduszkę i pamiętała – rumianek z bazarku, koce w Łazienkach, jego śmiech, jego ręce i głos szepczący, iż jest jego kotwicą. To był obezwładniający ból. Piętnastu lat nie wyrzuca się z serca jak starych ubrań. Ale przez ten ból przebijało się coś jeszcze – ulga, poczucie słuszności. Zdążyła w porę, zanim związała się na zawsze z tym człowiekiem dzieckiem. Zanim utknęła w pustym małżeństwie na lata w imię „dobra rodziny”. Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed nią. Strach? Ogromny. Ale da sobie radę. Po prostu nie ma innego wyjścia.
— Czyja ty jesteś, dziewczynko? ..— Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce. Przyniosłam do domu, sąsiedzi już wiedzą — wieści po wsi gwałtownie się rozchodzą. — O Matko Boska, Haniu, skąd ją masz? — A co z nią zrobisz teraz? — Ty chyba postradałaś rozum, Haniu? — Po co ci dziecko? Z czego wykarmisz? Zaskrzypiała podłoga pod stopą — znów myślę, żeby naprawić, ale czasu zawsze brak. Usiadłam przy stole, wyjęłam stary pamiętnik. Kartki pożółkłe jak liście jesienią, ale tusz wciąż trzyma moje myśli. Za oknem śnieg zacina, brzoza uderza gałęzią, jakby chciała wstąpić w gości. — A czego się rozhałasowałaś? — mówię jej. — Poczekaj, niedługo wiosna. Trochę śmiesznie gadać z drzewem, ale gdy się mieszka samotnie, wszystko wokół wydaje się żywe. Po tych strasznych czasach zostałam wdową — mój Stefan zginął. Jego ostatni list wciąż przechowuję, żółty od lat i wytarty na rogach — tyle razy czytałam. Pisał, iż już wraca, iż mnie kocha, iż będziemy szczęśliwi… A tydzień później się dowiedziałam. Dzieci Bóg mi nie dał, może i lepiej — w tamtych czasach trudno było wykarmić. Sołtys, pan Mikołaj, zawsze mnie pocieszał: — Nie martw się, Haniu. Młoda jesteś, jeszcze wyjdziesz za mąż. — Już nie pójdę, — odpowiadałam twardo. — Raz kochałam, wystarczy. Na gospodarstwie pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista, pan Piotr, wołał: — Haniu, idź już do domu, późno! — Zdążę — mówię. — Dopóki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo nieduże — koza Mania, uparta jak ja. Pięć kur, budziły mnie lepiej niż kogut. Sąsiadka Klaudia żartowała: — Ty chyba indyk! Czemu twoje kury najpierw krzyczą? Warzywnik trzymałam — ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko z własnej ziemi. Jesienią robiłam przetwory — ogórki, pomidory, grzyby w occie. Zimą otwieram słoiczek i jakby lato wracało. Ten dzień pamiętam jak dziś. Marzec był wilgotny, mokry. Rano deszcz, wieczorem mróz. Poszłam do lasu po chrust — trzeba napalić w piecu. Zimą dużo gałęzi poprzewracało, tylko zbierać. Wracam ze ścieżki przez stary most, słyszę — ktoś płacze. Myślałam — wiatr hula, ale nie, wyraźnie, dziecięce łkanie. Schodzę pod most, patrzę — dziewczynka, cała w błocie, sukienka mokra, rozdarta, oczy przestraszone. Jak mnie zobaczyła — zamilkła, tylko trzęsie się jak liść osiki. — Czyja ty jesteś, mała? — pytam cicho, żeby jej nie przestraszyć jeszcze bardziej. Milczy, tylko mruga oczami. Usta sinawe od zimna, ręce czerwone, opuchnięte. — Całkiem zamarzłaś, — mówię raczej do siebie. — Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce — lekka jak piórko. Otuliłam chustą, przytuliłam do serca. A sama myślę — co to za matka, iż dziecko pod mostem zostawiła? Niepojęte. Chrust musiałam zostawić — to już nie było ważne. Całą drogę do domu milczała, tylko mocno trzymała się mojej szyi zmarzniętymi paluszkami. Przyniosłam do domu, sąsiedzi już tutaj — wieści w wiosce rozchodzą się błyskawicznie. Klaudia pierwsza wpadła: — O Jezu, Haniu, skąd ją masz? — Pod mostem znalazłam, — mówię. — Porzucona, to widać. — O rany… — Klaudia załamała ręce. — Co z nią teraz zrobisz? — Co? Zostanie u mnie. — Ty chyba oszalałaś, Haniu! — to już babcia Matylda podeszła. — Po co ci dziecko? Czym nakarmisz? — Tym, co Bóg da, — odcięłam. Najpierw napaliłam w piecu, zaczęłam wodę grzać. Dziewczynka cała w siniakach, chudziutka, żebra sterczą. Umyłam ją w cieple, otuliłam moim swetrem — dziecięcych ubrań w domu nie było. — Głodna jesteś? — pytam. Kiwała głową nieśmiało. Dałam jej wczorajszego barszczu, chleb pokroiłam. Jadła łapczywie, ale ostrożnie — widać, była domowa, nie uliczna. — Jak masz na imię? Milczy. Może się boi, może jeszcze mówić nie umie. Spać położyłam ją na moim łóżku, sama na ławie. W nocy kilka razy wstawałam — sprawdzić, jak tam. Spała zwinięta w kulkę, przez sen popłakiwała. Rano najpierw poszłam do urzędu gminy. Sołtys, pan Jan, rozłożył ręce: — Nie było żadnych zgłoszeń o zaginionym dziecku. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz? — Po przepisach do domu dziecka. Zadzwonię dziś do powiatu. Serce mi zacisnęło: — Poczekaj, daj mi czas. Może rodzice się zgłoszą. Ja ją na razie zostawię. — Pani Haniu, zastanów się dobrze… — Nie ma co myśleć. Już postanowione. Nazwałam ją Marysią — po mojej mamie. Myślałam, iż rodzice się pojawią, ale nikt nie przyszedł. I chwała Bogu — już się do niej przywiązałam. Na początku trudno było — nie mówiła, tylko oczami szukała czegoś po kątach. Budziła się w nocy z krzykiem, cała się trzęsła. Brałam ją na ręce, głaskałam po głowie: — Już dobrze, córeczko, już wszystko będzie dobrze. Ze starych sukien szyłam jej ubrania, farbowałam na różno — niepięknie, ale wesoło. Klaudia, jak zobaczyła, klaskała w ręce: — Haniu, złote masz ręce! Myślałam, iż tylko łopatą machać umiesz. — Życie nauczy i szwaczką, i nianią być, — odpowiadam i cieszę się w sercu, iż pochwalono. Ale nie wszyscy byli tacy wyrozumiali. Zwłaszcza babcia Matylda, jak zobaczy — krzyż na siebie: — To się źle skończy, Haniu. Podrzutek w domu – biedę zwołasz. Jej matka musiała być byle jaka, dlatego zostawiła. Jabłko od jabłoni… — Zamknij się, Matyldo! — przerwałam jej. — Nie twoja sprawa oceniać cudze grzechy. A dziewczynka jest już moja i kropka. Sołtys też kręcił głową: — Zastanów się, może jednak do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą. — A kto pokocha? — pytam. — W domu dziecka sierot i bez niej dość. Westchnął, ale potem pomagał — czasem mleka przyniósł, czasem kaszy. Marysia powoli zaczęła rozkwitać. Najpierw jedno słowo, potem i zdania. Pamiętam, jak pierwszy raz się roześmiała — wtedy spadłam z krzesła, gdy wieszałam zasłony. Leżę, jęczę, a ona jak dzwonkiem się roześmieje, czysto, dziecinnie. I ból od tego śmiechu ustąpił. W ogrodzie pomagała. Daję jej małą motykę — idzie ze mną poważnie, naśladuje. Więcej deptała grządki niż czyściła, ale się nie gniewałam — cieszyłam się, iż w niej budzi się życie. A potem nadeszła bieda — Marysia zachorowała, gorączka. Leżała cała czerwona, majaczyła. Biegłam do naszego Felczera, pana Szymona: — Na miłość boską, pomóż! A on tylko załamuje ręce: — Jakie leki, Haniu? Mam na całą wieś trzy tabletki aspiryny. Poczekaj, może coś przywiozą za tydzień. — Za tydzień?! — krzyczałam. — Ona do jutra może nie dożyć! Pobiegłam do powiatu, to dziewięć kilometrów błotem. Buty zdarłam, nogi w bąblach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Aleksander, spojrzał na mnie — całą w błocie, mokrą: — Proszę poczekać. Przyniósł leki, wytłumaczył jak podawać: — Pieniądze nie trzeba, — mówi. — Wyjdźcie tylko dziecko. Trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Szeptałam modlitwy, zmieniałam kompresy. Czwartego dnia gorączka spadła, otworzyła oczy i cicho mówi: — Mamusiu, pić chcę. Mamusiu… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Popłakałam się — ze szczęścia, zmęczenia, wszystkiego na raz. A ona mi ręką łzy ściera: — Mamo, czemu płaczesz? Boli? — Nie, — mówię. — Nie boli. To ze szczęścia, córeczko. Po tej chorobie stała się inna — pogodna, gadatliwa. Z czasem poszła do szkoły — nauczycielka nie mogła się nachwalić: — Zdolna dziewczynka, wszystko pojmuje w lot! Wieś powoli się przyzwyczaiła, już nie szeptała za plecami. choćby babcia Matylda złagodniała — zaczęła nas częstować plackami. Szczególnie polubiła Marysię po tym, jak pomogła jej rozpalić piec w największe mrozy. Staruszka wtedy zaniemogła, drewna nie nazbierała. Marysia sama zaproponowała: — Mamo, chodźmy do babci Matyldy? Zimno jej samej. Tak się zaprzyjaźniły — stara zrzęda i moja dziewczynka. Opowiadała jej bajki, nauczyła robić na drutach, a co najważniejsze — nigdy więcej nie wspomniała o podrzutku ani złej krwi. Lata płynęły. Marysi minęło dziewięć, gdy zaczęła pytać o most. Siedziałyśmy wieczorem, cerowałam skarpetki, ona kołysała swoją szmatkową lalę. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Serce mi zadrżało, ale nie dałam po sobie poznać. — Pamiętam, córeczko. — Ja też trochę pamiętam. Było zimno. I straszno. Jakaś pani płakała, potem poszła. Druty wypadły mi z rąk. Ona mówi dalej: — Nie pamiętam jej twarzy. Tylko niebieską chustkę. Cały czas powtarzała: „Wybacz mi, wybacz…” — Marysiu… — Nie martw się, mamo, nie jestem smutna. Czasem tylko się przypomina. I wiesz co? — uśmiechnęła się nagle. — Cieszę się, iż wtedy mnie znalazłaś. Objęłam ją mocno, a w gardle miałam ścisk. Ile razy myślałam — kim była ta kobieta w niebieskiej chuście? Dlaczego zostawiła dziecko pod mostem? Może sama głodowała, może mąż pił… Wszystko w życiu się zdarza. Nie mnie osądzać. Tej nocy nie mogłam zasnąć. Myślałam — jak to los potrafi wywrócić wszystko. Żyłam w samotności, sądziłam, iż los mnie ukarał, a tak naprawdę przygotowywał do najważniejszego — by mieć komu otulić i rozgrzać porzucone dziecko. Od tamtej pory Marysia coraz częściej pytała o dawne życie. Nic nie ukrywałam, tylko tłumaczyłam tak, żeby nie zranić: — Wiesz, kochanie, czasem ludzie znajdują się w takich sytuacjach, iż prawie nie mają wyboru. Może twoja mama bardzo cierpiała. — A ty byś nigdy nie oddała? — pytała, patrząc mi w oczy. — Nigdy, — odpowiadałam twardo. — Jesteś moim szczęściem, moją radością. Lata leciały niepostrzeżenie. W szkole Marysia była prymuską. Często przybiegała: — Mamo, mamo! Dziś przy tablicy czytałam wiersz, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza nauczycielka, pani Maria, często rozmawiała ze mną: — Pani Haniu, dziewczyna musi dalej się uczyć. Takie jasne głowy rzadko się trafiają. Ma dar do języków i literatury. Widziałaby pani jej wypracowania! — A gdzie jej się uczyć? — wzdychałam. — Nie mamy pieniędzy… — Ja pomogę przygotować. Za darmo. Grzech marnować takie zdolności. Pani Maria zaczęła z Marysią dodatkowo pracować. Wieczorami siedziały u nas w domu, pochylone nad książkami. Przynosiłam im herbatę z domową konfiturą, słuchałam jak rozmawiają o Mickiewiczu, Słowackim, Prusie. Serce rosło — moja dziewczynka wszystko rozumie, wszystko chłonie. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz się zakochała — w nowym chłopaku z klasy, co z rodzicami przyjechał do naszej wsi. Przeżywała, pisała wiersze do zeszytu, który chowała pod poduszką. Udawałam, iż nie zauważam, ale serce bolało — pierwsza miłość jest zawsze gorzka. Po maturze Marysia złożyła papiery na pedagogikę. Oddałam jej wszystkie pieniądze, sprzedałam choćby krowę — żal było Zorki, ale nie miałam wyjścia. — Nie trzeba, mamo — protestowała. — Jak sobie poradzisz bez krowy? — Nic, córeczko, dam radę. Są ziemniaki, kury znoszą jajka. A tobie trzeba się uczyć. Kiedy przyszło potwierdzenie z uczelni — cała wieś świętowała. choćby sołtys przyszedł z gratulacjami: — Brawo, Haniu! Wychowałaś, wykształciłaś. Teraz będziemy mieć własną studentkę! Pamiętam dzień jej wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Przytula mnie, łzy jej lecą. — Co tydzień będę pisać, mamo. Przyjadę na ferie. — No pewnie, będziesz, — mówię ze ściśniętym sercem. Autobus zniknął za zakrętem, a ja długo stałam na przystanku. Przyszła Klaudia, objęła ramieniem: — Chodź, Haniu. W domu robota czeka. — Wiesz co, Klaudio, — mówię, — jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, ja mam z daru Bożego. Dotrzymała słowa — pisała często. Każdy list był świętem. Czytam i powtarzam, każdy słowo znam na pamięć. Pisała o nauce, koleżankach, mieście. A pomiędzy wierszami tęsknota za domem. Na drugim roku poznała swojego Szymona — też student, z historii. Zaczęła o nim wspominać w listach niby mimochodem, a ja po matczynemu wiedziałam — zakochała się. Na wakacje przywiozła go poznać. Chłopak był pracowity, pomocny. Pomógł mi dach poprawić, płot naprawić. Z sąsiadami zaprzyjaźnił się szybko. Wieczorami na ganku opowiadał o historii — słuchało się z przyjemnością. Widać było, iż kocha moją Marysię, nie spuszcza z niej oczu. Na wakacje Marysia przyjeżdżała — cała wieś się schodziła popatrzeć, jaka piękna wyrosła. Babcia Matylda, już bardzo wiekowa, całowała ją w czoło: — O Panie Boże, a ja byłam przeciw, gdy ją zabrałaś. Przebacz mi, stara głupia. Patrz, jakie szczęście wyrosło! Dziś Marysia sama została nauczycielką, pracuje w miejskiej szkole. Uczy dzieci jak kiedyś ją pani Maria. Z Szymonem żyją zgodnie, doczekali się wnuczki — Hani, nazwaną na moją cześć. Hania — wykapana Marysia z dzieciństwa, tylko śmielsza. Jak przyjeżdżają, spokoju nie ma — wszystko musi zobaczyć, wszędzie wejść, wszystko dotknąć. A ja się cieszę — niech hałasuje, niech biega. Dom bez śmiechu dziecięcego to jak kościół bez dzwonów. Siedzę, piszę w pamiętniku, za oknem znowu śnieży. Podłoga skrzypi, brzoza stuka w okno. Ale ta cisza już nie boli jak kiedyś. Jest w niej spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdy uśmiech Marysi, za los, który poprowadził mnie kiedyś pod stary most. Na stole stoi fotografia — Marysia z Szymonem i małą Hanią. A obok — ta podniszczona chusta, w którą ją wtedy zawinęłam. Przechowuję na pamiątkę, czasem wyjmuję, głaszczę — jakby wracało ciepło tamtych dni. Wczoraj przyszedł list — Marysia pisze, iż znowu w ciąży. Chłopca czekają. Szymon już wybrał imię — Stefan, na cześć mojego świętej pamięci męża. Ród się będzie dalej toczył, będzie komu zachować pamięć. Stary most dawno rozebrali, nowy postawili — betonowy, mocny. Rzadko tam chodzę, ale za każdym razem, gdy przechodzę, zatrzymuję się na chwilę. I myślę — ile może zmienić jeden dzień, jedna chwila, jeden płacz dziecka w wilgotny, marcowy wieczór… Mówią, iż losy są na samotność, byśmy docenili bliskich. Ale ja myślę inaczej — iż to przygotowanie do spotkania z tymi, którym naprawdę jesteśmy potrzebni. I nie ważne, czy z własnej krwi — liczy się tylko, co powie serce. A moje serce tam, pod starym mostem, nie pomyliło się.
Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. Wari ledwo stuknęło szesnaście lat, gdy straciła matkę. Ojciec wyjechał do pracy do miasta siedem lat temu – i ślad po nim zaginął. Ani wieści, ani grosza. Cała wieś pomagała przy pogrzebie, kto czym mógł. Ciotka Maria, chrzestna Wari, często do niej zaglądała, radziła co i jak. Warę po szkole przyjęto na pocztę w sąsiedniej wiosce. Waria – zdrowa dziewczyna, o której mówią: „krew z mlekiem”. Twarz okrągła, rumiana, nos kartoflany, za to blade, błyszczące oczy. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszy chłopak we wsi to był Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska, dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, przyjeżdżające na wakacje, patrzyły na niego łaskawie. Jemu to nie kierowcą we wsi powinien być, tylko w warszawskich filmach grać. Nie wybiegany chłopak, nie spieszył się, by żonę sobie wybrać. Aż tu ciotka Maria przychodzi do niego, prosi by Warze pomógł płot naprawić – wali się. Bez męskiej ręki trudno żyć na wsi. Z polem Waria sobie radziła, ale z domem sama nie dała rady. Bez gadania zgodził się. Przyszedł, obejrzał i zaczął dowodzić: „Podaj to, przynieś tamto, daj i podaj”. Waria wszystko bez słowa przynosiła. Tylko policzki jeszcze bardziej różowe i warkocz szalał za plecami. Jak się zmęczył, nakarmiła go barszczem z wkładką, herbatą mocną napoiła. A sama patrzyła, jak białe mocne zęby wgryzają w czarny chleb. Trzy dni naprawiał Nikodem płot, a czwartego dnia przyszedł tak po prostu w gości. Nakarmiła go Warcia kolacją, słowo za słowo – został u niej na noc. Potem chodził już stale. Wychodził przed świtem, żeby go nikt nie widział. Ale we wsi wszystkiego się nie ukryje. – Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. A jak już się ożeni, to tylko się naharujesz z nim. Jak lato przyjdzie, nadjadą miejskie piękności – co wtedy zrobisz? Zesmutniejesz z zazdrości. Nie takiego ci trzeba chłopaka – mawiała ciotka Maria. A czy młodość zakochana słucha mądrości starszych? Potem zrozumiała, iż jest w ciąży. Początkowo myślała, iż się przeziębiła albo zatruła. Słabość, mdłości narastały. A potem jak obuchem w łeb dotarło: dziecko w niej, od przystojnego Nikodema. Grzeszną myślą chciała się pozbyć problemu, jeszcze za wcześnie na dziecko. Potem pomyślała, iż tak może lepiej. Nie będzie sama mieszkać. Matka ją wychowała, ona też da radę. Ojciec kilka pomagał, tylko pił. Ludzie pogadają, potem ucichną. Na wiosnę zdjęła kożuch, wszyscy we wsi zobaczyli ciążowy brzuch. Kręcili głowami, mówili: „Bieda z dziewczyną!” Nikodem, oczywiście, przyszedł się dowiedzieć, co zamierza. – Co zrobić? Urodzę. Nie martw się, sama dziecko wychowam. Żyj jak żyłeś – powiedziała, krzątając się przy piecu. Tylko czerwone iskry ognia grały jej na policzkach i w oczach. Nikodem popatrzył, ale poszedł. Sama wszystko zadecydowała – jak z gęsi woda. Przyszło lato, nadjechały piękne miejskie dziewczyny. Nikodem zapomniał o Wari. A ona spokojnie pracowała na ogródku, ciotka Maria pomagała pielić. Z dużym brzuchem trudno się schylać. Wodę ze studni targała po pół wiadra. Brzuch duży, baby wróżyły jej siłacza. – Kogo Bóg da – żartowała Waria. W połowie września obudziła się rano z ostrym bólem, jakby jej brzuch na pół przetarło. Ale potem ból zniknął. Zaraz wrócił. Pobiegła do ciotki Marii. Ta od razu z perłowych oczu wszystko zrozumiała. – Już? Siedź, zaraz wracam. – I wybiegła z domu. Poleciała do Nikodema. Przy domu stoi ciężarówka. Letnicy już wyjechali. A Nikodem jak na złość, dzień wcześniej nieźle wypił. Roztrąciła go ciotka Maria. Nikodem patrzy osłupiały – nie rozumie co się dzieje, gdzie jechać. Gdy pojął, krzyknął: – Toż to dziesięć kilometrów do szpitala! Zanim lekarza, zanim wrócimy – ona już urodzi. Od razu wieziemy! Szykuj ją. – Jak na ciężarówce?! Roztrzęsie, po drodze dziecko łapać będziesz – lamentowała kobieta. – To jedź z nami, na wszelki wypadek – uciął. Dwa kilometry dziurawą drogą jechał ostrożnie. Jedną kałużę minie, zaraz w następną wpada. Ciotka Maria w bagażniku na worku siedziała. Jak dotarli do asfaltu, poszło szybciej. Waria wiła się na sąsiednim siedzeniu, ugryzła wargę, żeby nie jęczeć, brzuch rękami obejmowała. Nikodem trzeźwiał w oczach. Rzucał spojrzenia na dziewczynę, sam szczęki miał napięte, a palce na kierownicy bielały. O swoim myślał. Zdążyli. Warę zostawili w szpitalu, wrócili. Ciotka Maria całą drogę ganiła Nikodema: – Po co jej życie zepsułeś?! Jedna, bez rodziców, sama dziecko jeszcze, a ty jej trosk dodałeś. Jak sobie sama poradzi z dzieckiem? Auto jeszcze do wsi nie dojechało, a Waria już była matką zdrowego, silnego chłopca. Następnego ranka przynieśli jej go do karmienia. Nie wie, jak wziąć, jak przytulić. Patrzy wielkimi oczami na pomarszczoną czerwoną twarzyczkę syna. Znowu zagryzła wargę, robi co jej każą. A serce drży z radości. Ogląda, dmucha na czoło, gdzie cienkie włoski sterczą – cieszy się, nieporadna. – Przyjadą po ciebie? – zapytał surowy, starszy lekarz przy wypisie. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową: – Raczej nie. Westchnął lekarz i poszedł. Położna zawinęła dziecko w szpitalny koc – byle do domu dowieźć. Kazała oddać potem. – Ferdek cię zawiezie szpitalnym autem. Nie będziesz autobusem z niemowlakiem jechać – rzekła surowo, z wyrzutem. Podziękowała Warcia. Szedła korytarzem szpitala, głowę nisko, cała czerwona od wstydu. Jedzie Warcia samochodem, tuli synka i martwi się, jak teraz będą żyć. Zasiłek taki, iż kot zapłakał. Szkoda siebie i niewinnego syna. Spojrzała na pomarszczoną buźkę śpiącego malucha – serce zalała czułość, odgoniła ciężkie myśli. Nagle auto stanęło. Warcia zaniepokojona spojrzała na Ferdka, niezbyt wysokiego, pięćdziesiątki. – Co? – Deszcze lały dwa dni. Patrz, jakie kałuże – ani przejechać, ani obejść. Utknę. Tu tylko ciężarówką albo traktorem. – Sorry. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę? – Kiwnął w stronę drogi, gdzie rozlała się wielka kałuża jak jezioro bez końca. Dziecko śpi na rękach. Siedząc już się zmęczyła. Jednym słowem – siłacz. A iść z nim taką drogą jak? Wysiadła Warcia ostrożnie, wzięła wygodniej synka i poszła brzegiem ogromnej kałuży. Nogi w błocie po kostki, lada moment się przewróci. Stare, rozczłapane pantofle chlupią. Żeby to w gumowcach do szpitala pojechała… Jeden pantofel ugrzązł. Warcia postanowiła nie wyciągać, z dzieckiem nie da rady. Poszła dalej w jednym pantoflu. Kiedy doszła do wsi, już szarzało, nóg nie czuła od zimna. Nie miała siły się dziwić, iż światło w oknach się świeci. Weszła na suche schody. Nogi zmarznięte, a sama spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi i zamarła. Przy ścianie stoi dziecięce łóżeczko, wózek, w nim ładne ubranka dla malucha. Przy stole Nikodem z głową na rękach śpi. Czy poczuł coś, czy spojrzenie wyczuł – podniósł głowę. Warcia rumiana, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwo stała w progu. Sukienka mokra, a nogi po kolana w błocie, co w pantoflach. Gdy zobaczył, iż w jednym pantoflu, rzucił się do niej, wziął dziecko i położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjmować garnek z gorącą wodą. Posadził, pomógł rozebrać się, umyć nogi. Gdy dziewczyna się przebierała przy piecu, na stole już stały ziemniaki, dzbanek mleka. Dziecko zapłakało. Warcia poszła do niego, na ręce wzięła, do stołu siadła, bez wstydu nakarmiła. – Jak nazwałaś? – zapytał Nikodem ochryple. – Szymon. Nie masz nic przeciwko? – Uniosła na niego swoje szare oczy. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, iż serce Nikodema ścisnęło. – Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy synka i od razu się pobierzemy. – Nie trzeba… – zaczęła Warcia, patrząc, jak maluch ssie. – Syn musi mieć ojca. Już się wyszalałem. Jakim będę mężem, nie wiem, ale dziecka nie zostawię. Warcia kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach urodziła się jeszcze córeczka – nazwali ją na cześć matki Wari, Nadzieją. Nieważne, ile błędów popełnisz na początku życia, liczy się, iż zawsze można je naprawić… Taka właśnie historia się wydarzyła. Napiszcie w komentarzach, co o tym sądzicie? Dajcie lajka!
Jesteś błędem mojej młodości – poruszająca historia chłopca wychowanego przez dziadków, który po latach musi zmierzyć się z odrzuceniem przez matkę i trudnym wyborem rodzinnym
Podwórko w jednej tonacji
Quiz dla obytych. Tylko nieliczni znają te polskie przysłowia
Jeszcze mamy w domu robotę… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, ledwie doczłapała do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego nieogrzewanego domku i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało opuszczeniem. Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już pajęczyny na suficie, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją jakby z wyrzutem: Gdzieś ty była, gospodyni, na kogo zostawiła?! Jak tu zimę przetrwamy?! – Chwileczkę, kochany, odpocznę… Ogrzeję, napalimy… Jeszcze rok temu babcia Wala krzątała się po domu z werwą – bielenie, malowanie, przynieść wody. Jej drobna sylwetka raz pochylała się pod ikoną, raz przy piecu krzątała, to znów w ogrodzie sadziła, pielenie, podlewanie – ze wszystkim zdążała. A dom cieszył się razem z nią: podłoga skrzypiała radośnie pod lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się łatwo pod dotykiem zapracowanych dłoni, w piecu piekły się puchate drożdżówki. Dobrze im razem było – Wali i jej starej izbie. gwałtownie została wdową. Troje dzieci wychowała, wykształciła, posłała w świat. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko mieszkają, rzadko wpadają. Tylko córka najmłodsza, Tamara, została na wsi, główną agronomką – od rana do wieczora w pracy, do mamy na niedzielę wpadnie, pierogi zje – i cały tydzień nie ma jej znowu. Pociechą – wnuczka, światło ukochane – Świateczka. U babci praktycznie dorastała. I jaka wyrosła! Piękna jak z obrazka – oczy ogromne, stalowoszare, włosy jak dojrzałe żyto – aż do pasa, kręcone, gęste i błyszczące. Kiedy zwiąże w koński ogon, pasma rozsypują się po ramionach – chłopaków na wsi aż zatyka. Figura jak u królewny! Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postawa, uroda? Babcia Wala w młodości też była ładna, ale jak się porówna stare zdjęcie i Świateczkę – jak pastuszka przy królowej… Mądra. Po mieście ukończyła Akademię Rolniczą, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Mąż – weterynarz, a w nagrodę dla młodego małżeństwa przydzielono im nowy dom. I to jaki! Porządna, murowana willa – na wieś jak pałac! Jedno tylko: koło babcinej chaty rósł ogród – pełno kwiatów, owoców. A u wnuczki – pustka, tylko parę krzaczków, bo do ogrodnictwa Świateczka była nie bardzo chętna; choć ze wsi, to delikatna, przed każdym przeciągiem i ciężką pracą babcia ją chroniła. A tu zaraz synek się urodził – Wacek. czasu w ogród zabrakło. I zaczęła Świateczka babcię namawiać: „Chodź do mnie, dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba.” Babcia Wala zaczęła podupadać na zdrowiu, osiemdziesiąt lat stuknęło, nogi już nie te. Dała się przekonać. Pomieszkała u wnuczki parę miesięcy. Aż tu słyszy: – Babciu kochana, przecież wiesz, jak cię kocham! Ale czemu tylko siedzisz? Przecież zawsze byłaś w ruchu, w pracy! A tu tylko siedzisz… Chcę rozwijać gospodarstwo, czekam na twoją pomoc… – Córeczko, nogi już nie chodzą, stara jestem… – Hm… Po przyjeździe do mnie od razu stare! Nie sprawdziła się i wróciła babcia do swego domu. Ze smutku, iż nie dała rady pomóc wnuczce, zupełnie osłabła. Nogi jak z ołowiu, do stołu dojście stawało się wyczynem, a do ulubionego kościółka – już niemożliwe. Proboszcz, ksiądz Jerzy, sam przyszedł do swojej stałej parafianki, niegdyś najbardziej pomocnej w parafii. Zobaczył, iż siadła przy stole, pisze swoje comiesięczne listy do synów. W izbie zimno. Na niej gruby, znoszony sweter, brudnawa chustka na głowie – to u niej, zawsze czystej i schludnej! Na nogach stare walonki. Proboszcz westchnął: potrzeba tu pomocy. Może Ania, sąsiadka, wesprze? Młodsza o dobre dwadzieścia lat, mieszka blisko. Przyniósł chleb, pierniki, połowę wielkiej jeszcze ciepłej rybnej zapiekanki (od pani kościelnej). Zakasał rękawy, wybierał popiół z pieca, przyniósł drewna na kilka paleń, rozpalił ogień, postawił czajnik z wodą na kuchni. – Synku drogi! Ojej, znaczy księże kochany! Pomóż mi adresy na koperty napisać, bo jak bazgrnę własną ręką, to nie dotrą! Ksiądz Jerzy usiadł, napisał adresy, zerkając na krzywe, duże litery na kartkach. W oczy rzucało się: „A ja żyję bardzo dobrze, syneczku. Wszystko mam, chwała Bogu!”. Tylko te kartki, o „dobrym życiu”, były całe w rozmazanych kleksach – i chyba były słone… Ania przejęła się losem staruszki, ksiądz odwiedzał regularnie, spowiadał, przywoził ją na mszę w święta razem z mężem Ani, weteranem marynarki, weteranem motocyklowym Petrem. Życie powoli się układało. Wnuczka nie pokazywała się, potem, po paru latach, poważnie zachorowała. Problemy z żołądkiem lekceważyła. Diagnoza: rak płuca. Ogień zgasł w pół roku. Mąż niemal zamieszkał na jej grobie, zamulał smutek alkoholem, spał na cmentarzu. Córka, czteroletni Wacek, nikomu niepotrzebny – głodny, brudny, niechciany. Tamara go wzięła, ale zajęta pracą, nie miała kiedy się nim zająć, więc zapisała go do internatu. Internat niezły, dyrektor energiczny, dzieci można brać na weekendy – ale to nie dom. Tamara nie miała wyboru – praca po godzinach, do emerytury jeszcze daleko. Wtedy babcia Wala przyjechała do córki w wózku bocznym „Urała”. Za kierownicą Petr, sąsiad, marynarz z kotwicami i syrenami na rękach. Babcia Wala powiedziała: – Wezmę Wacka do siebie. – Mamo, ty ledwo chodzisz, jak ty z małym dasz radę? Przecież to nie szczeniak. Potrzebuje opieki, prania, jedzenia! – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła babcia. Zaskoczona twardością zwykle uległej matki, Tamara zamilkła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Petr odwiózł ich do chaty, niemal na rękach wniósł do izby. Sąsiedzi gadali: – Dobra z niej kobieta, ale chyba już pomieszane pod starość… Przecież na nią samą już sił brakuje – i jeszcze dziecko wzięła! Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy odwiedził babcię Walę z obawą, czy nie trzeba będzie odebrać zaniedbanego Wacka… A w izbie ciepło, piec napalony, czysty Wacek słucha bajki z patefonu, a babcia Wala – lekka, ruchliwa, śmiga po kuchni, smaży twarogowe bułeczki, stare nogi rwą się do pracy… – Księże kochany, a ja tu… drożdżówki zaplanowałam… Chwileczkę, będą cieplutkie dla pani kościelnej i jej synka… Ksiądz wrócił do domu, wciąż w szoku, opowiedział żonie. Pani Aleksandra chwilę pomyślała, sięgnęła po granatowy zeszyt, przejrzała i zaczęła czytać: „Stara Egorowa przeżyła długie życie. Wszystko minęło, marzenia, uczucia – wszystko śpi pod białym śnieżnym kopcem. Czas, czas tam, gdzie już nie ma bólu ani westchnień… Pewnego lutowego wieczoru długo modliła się przed ikoną, a potem położyła się i powiedziała domownikom: Zawołajcie księdza, będę umierać. Twarz jej stała się biała jak śnieg za oknem. Domownicy sprowadzili księdza, Egorowa wyspowiadała się, przyjęła komunię, a potem dzień leżała bez jedzenia, picia – tylko cichy oddech świadczył, iż dusza jeszcze nie uleciała. Nagle drzwi się otworzyły – powiew mrozu, niemowlęcy krzyk! – Cicho, u nas babcia umiera! – Niemowlę nie rozumie, iż nie wolno płakać… Wnuczka Nastka wróciła z noworodkiem ze szpitala. Mleka jeszcze nie miała, sama słaba, maluch wrzeszczał, przeszkadzał babci w umieraniu. Umierająca Egorowa podniosła głowę, spojrzała jasno, usiadła, zaczęła szukać kapci… Kiedy wrócili z pracy, zobaczyli: Egorowa nie tylko nie umarła, ale żwawo chodzi po pokoju, kołysząc zadowolone niemowlę, a zmęczona wnuczka odpoczywa na kanapie. Aleksandra skończyła czytać, uśmiechnęła się do męża i rzekła: – Moja prababka Wiera bardzo mnie pokochała i nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Mówiła: „A nam jeszcze nie czas umierać – w domu robota czeka!” Przeżyła po tym jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie w wychowaniu mnie – swojej ukochanej prawnuczki. Ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony.
GIS ostrzega przed popularnymi jogurtami. Mogą być w nich kawałki szkła
Dziś rozpoczyna się Festiwal Teatrów Dla Dzieci
Niespodziewane spotkanie po latach – mężczyzna korzysta z wolnego dnia, gdy przy drzwiach pojawia się nieznajoma starsza kobieta. To matka, która przed laty została mu odebrana. Przeszłość pełna bólu, życie w domu dziecka, a dziś – odniesiony sukces i samotność. Kobieta wraca, by prosić o pomoc dla młodszego syna, jednak jej motywy okazują się tragiczne. Próba pojednania kończy się zdradą i zamachem na życie mężczyzny. W sądzie matka błaga o wybaczenie, ale syn już wie, iż może żyć bez niej.
Dziadek "wszystko wie najlepiej". Matka: tylko jego mogę prosić o pomoc, ale zaczynam mieć dość
Nie odchodź, mamo. Polska opowieść rodzinna
Zawsze będę przy Tobie, mamo. Historia, w którą można uwierzyć Babcia Basia nie mogła się doczekać wieczoru. Jej sąsiadka Natalia, samotna kobieta po pięćdziesiątce, opowiedziała jej coś takiego, iż aż kręciło się jej w głowie. Na potwierdzenie swoich słów zaprosiła nawet, by zajrzała do niej wieczorem – miała jej coś pokazać. A wszystko zaczęło się od zwykłej rozmowy. Natalia rano szła do sklepu i zajrzała do babci Basi: — Kupić coś, babciu Basiu? Idę do osiedlowego sklepu, chcę upiec placek, a przy okazji kilka drobiazgów dokupić. — Patrzę na ciebie, Natalio, dobra, troskliwa kobieta z ciebie. Pamiętam cię jeszcze jako dziewczynkę. Szkoda, iż ci się nie ułożyło, ciągle sama, ale widzę, iż nie smucisz się, nie narzekasz. Nie to co niektóre… — A po co mi narzekać, babciu Basiu? Mam ukochanego mężczyznę, tylko jeszcze nie możemy być razem. Czemu? Opowiem wieczorem. Nikomu innemu bym nie opowiedziała, ale tobie powiem. I jeszcze coś wyjawię… Bo wiem, iż jeżeli komuś się wygadam, to tylko tobie, a choćby jeżeli komuś powtórzysz, to i tak nikt by nie uwierzył! — zaśmiała się Natalia. — Mów tylko, co ci kupić? Po sklepie wpadnę do ciebie na herbatkę i wszystko ci opowiem, zobaczysz — nie będziesz już mnie żałować! Babci Basia niby nic nie było potrzeba, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do herbaty. Ciekawość ją zżerała — cóż takiego sąsiadka miała jej do powiedzenia… Natalia przyniosła babci Basi chleb i cukierki, ta zaparzyła aromatyczną herbatę i przygotowała się do słuchania. — Babciu Basiu, pamiętasz, co mi się przydarzyło jakieś dwadzieścia lat temu? Miałam już prawie trzydziestkę. Był mężczyzna, szykowaliśmy się do ślubu. Myślałam: może i nie kocham, ale dobry człowiek, a jak tu żyć bez rodziny, bez dzieci… Złożyliśmy podanie, przeprowadził się do mnie. Zaszłam w ciążę. W ósmym miesiącu urodziła się dziewczynka. Po dwóch dniach zmarła… Myślałam, iż oszaleję z rozpaczy. Rozstałam się z mężem — nic nas już nie łączyło. Minęły dwa miesiące. Powoli zaczęłam dochodzić do siebie, przestałam płakać. I nagle… Natalia spojrzała wyczekująco na babcię Basię: — Nie mam pojęcia, jak ci to opowiedzieć dalej. Miałam w sypialni przygotowane łóżeczko dla córeczki. Mówią, iż to zły znak i nie powinno się kupować rzeczy dla dziecka, zanim się urodzi, ale ja w to nie wierzyłam. Wszystko kupiłam, pościeliłam, położyłam zabawki. I nagle w nocy budzę się… od płaczu dziecka. Myślę: przewidziało mi się ze smutku. Ale znów słyszę płacz. Podchodzę do łóżeczka, a tam… leży mała dziewczynka! Wzięłam ją na ręce — myślałam, iż z euforii zabraknie mi tchu. Spojrzała na mnie, zamknęła oczka i… zasnęła. I tak było — co noc moja córeczka była ze mną. Kupiłam choćby mleko w proszku i butelkę. Ale prawie nie jadła. Płakała, brałam ją na ręce — uśmiechnie się do mnie, zamknie oczy i śpi. — Ale jak to możliwe? — babcia Basia słuchała zaczarowana. — Czy to naprawdę się zdarza? — Sama myślałam, iż nie! — Natalia zarumieniła się ze wzruszenia. — I co było dalej? — babcia Basia spojrzała niepewnie, włożyła cukierka do ust i upiła łyk herbaty. — I tak jest do dziś — Natalie uśmiechnęła się szczęśliwie. — Moja dziewczynka mieszka w innym świecie, tam ma mamę i tatę. Ale mnie nie zapomina. Przychodzi do mnie prawie co noc, choć na krótko. Pewnego razu powiedziała mi nawet: — Zawsze będę z Tobą, mamo. Łączy nas niewidzialna nić i nikt jej nie zerwie! Czasem myślę — może mi się to śni? Ale przecież choćby przynosi mi prezenty z tamtego świata. Chociaż długo tu nie zostają, znikają, jak śnieg na wiosnę. — Naprawdę? — babcia Basia znowu upiła łyk herbaty, aż zaschło jej w gardle. — Chciałabym, żebyś dziś do mnie przyszła. Zobaczyła i potwierdziła, czy to, co widzę, naprawdę istnieje. Wierzę w to, co widzę, ale… Późnym wieczorem babcia Basia przyszła do Natalii. Posiedziały razem w ciemności. W domu nikt nie było, tylko Natalia i babcia Basia. Już niemal zasypiały, gdy nagle pojawiło się delikatne światło. Powietrze zadrżało, i w pokoju pojawiła się… urocza młoda dziewczyna: — Cześć, mamo! Miałam wspaniały dzień, chciałam się z Tobą podzielić! A to prezent dla Ciebie — i położyła na stole kwiaty. — Dzień dobry — dostrzegła babcię Basię. — Zapomniałam, mama mówiła, iż chce mnie pani zobaczyć. Jestem Marianna… Po chwili dziewczyna pożegnała się i jakby rozpłynęła w powietrzu. Babcia Basia siedziała oniemiała — nie od razu mogła wydobyć z siebie głos: — No popatrz, Natalio, wszystko możliwe! A córeczka śliczna, podobna do ciebie. Cieszę się, Natalio. Okazuje się, iż jesteś szczęśliwą kobietą! Wcale nie masz gorzej niż inni, a może choćby lepiej! Człowiek by nie uwierzył, gdyby sam nie widział. Jak dobrze, iż to wszystko możliwe! Jestem ci wdzięczna. Otworzyłaś mi oczy. Świat jest piękny, życie nigdy się nie kończy — teraz i śmierci się już nie boję. Szczęścia ci, Natalko! Kwiaty na stole bladły i bladły, aż w końcu całkiem zniknęły. A Natalia, odprowadzając sąsiadkę, uśmiechała się do własnych myśli. Jutro będzie nowy, cudowny dzień. Spotka się z Arkadiuszem, którego bardzo kocha. I on ją kocha – Natalia dobrze to czuje. Jak? A któż to potrafi opowiedzieć… Kiedyś na pewno ich sobie przedstawi — swoich najbliższych i najukochańszych — Mariannę i Arkadiusza.
Strach o zdrowie dziecka odbiera ci sen? 7 technik, które zatrzymują spiralę lęku
Myślisz, iż to proste? Z kilku skarpetek robi się niezła zagadka, choćby dla dorosłych
Mężczyzna korzystał z wolnego dnia i odpoczywał we własnym łóżku, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi — nieznana, przestraszona starsza kobieta oznajmia, iż jest jego matką, która zniknęła w dzieciństwie; powracają wspomnienia z sierocińca, trudnej młodości, sukcesów i samotności, a wraz z nimi bolesna prawda o rodzinnych sekretach, zdradzie, młodszym bracie i mrocznym spisku matki o przejęcie spadku, która kończy się dramatem w polskim sądzie.
Nie będę mogła zostać dla Ciebie mamą i nie będę potrafiła Cię pokochać, ale będę się o Ciebie troszczyć, a Ty nie powinieneś się gniewać. Przecież u nas będzie Ci i tak lepiej niż w domu dziecka Dziś był ciężki dzień. Jan chował swoją siostrę. Może i nie najlepszą, ale jednak najbliższą rodzinę. Nie widzieli się od blisko pięciu lat, a tu taka tragedia. Wiktoria, jak tylko mogła, wspierała męża, starając się przejąć większość obowiązków. Jednak po pogrzebie czekała ich jeszcze równie ważna sprawa. Po Irinie, siostrze Jana, został mały syn. Wszyscy krewni obecni tamtego dnia przy pożegnaniu Iriny, od razu przerzucili całą odpowiedzialność na młodszego brata Iriny. Bo kto, jeżeli nie rodzony wujek, powinien zatroszczyć się o chłopca? Nikt nie kwestionował tej decyzji – oczywiste było, iż jest jedyna słuszna. Wiktoria wszystko rozumiała, i specjalnie się nie sprzeciwiała, ale miała jedno „ale”. Nigdy nie chciała mieć dzieci — ani własnych, ani cudzych. Ta decyzja zapadła już bardzo dawno. Uczciwie wyznała to Janowi jeszcze przed ślubem, a on podszedł do tego lekko. Kto w wieku dwudziestu kilku lat zastanawia się nad dziećmi? Uznali, iż będę żyć tylko dla siebie — tak zdecydowali dziesięć lat temu. A teraz musiała przyjąć całkiem obce dziecko. Nie było wyjścia. Oddać chłopca do domu dziecka Jan by nigdy nie pozwolił, a i Wiktoria nie miała odwagi choćby rozpocząć takiej rozmowy. Wiedziała, iż nigdy nie pokocha tego dziecka, a tym bardziej nie zastąpi mu matki. Chłopiec był nad wiek dojrzały i rozważny, dlatego Wiktoria postanowiła powiedzieć mu wszystko wprost. – Włodziu, gdzie wolisz mieszkać — u nas czy w domu dziecka? – Chcę mieszkać w domu. Sam. – Ale nie pozwolą Ci mieszkać samemu. Masz tylko siedem lat, więc musisz wybrać. – Wtedy u wujka Jana. – Dobrze, pojedziesz z nami, ale muszę powiedzieć Ci jedną rzecz. Nie będę mogła zostać dla Ciebie mamą, nie potrafię Cię pokochać, ale będę się Tobą opiekować, a Ty nie powinieneś się gniewać. U nas i tak będzie Ci lepiej niż w domu dziecka. Część formalności została załatwiona, mogli wracać do domu. Wiktoria myślała, iż po tej rozmowie nie będzie musiała udawać przed chłopcem troskliwej ciotki, może być sobą. Nakarmić, wyprać, pomóc z lekcjami — to nie problem, ale angażować się emocjonalnie już nie. Mały Włodzio od tej chwili nie zapominał ani na chwilę, iż jest niekochany i żeby nie trafić do domu dziecka, musi być grzeczny. Po powrocie do domu, Wiktoria postanowiła przeznaczyć Włodkowi najmniejszy pokój. Wpierw wszystko należało przystosować do potrzeb chłopca. Wybór tapet, mebli, dekoracji — to było coś, co Wiktoria uwielbiała. Z entuzjazmem przystąpiła do urządzania dziecięcego pokoju. Włodziowi pozwolono wybrać tapety, resztę dobrała sama Wiktoria. Na pieniądzach nie oszczędzała, bo skąpa nie była, po prostu nie lubiła dzieci, za to pokoik wyszedł piękny. Włodzio był szczęśliwy! Szkoda tylko, iż mama nie zobaczy tego pokoju. Jak by to było, gdyby Wiktoria go pokochała. Jest dobra, pomocna, tylko dzieci nie lubi. Włodziu często o tym rozmyślał przed snem. Cieszył się każdym drobiazgiem. Cyrk, zoo, park rozrywki — chłopiec tak szczerze okazywał zachwyt, iż Wiktoria sama zaczęła lubić takie wycieczki. Podobało jej się najpierw zaskoczyć chłopca, a potem obserwować jego reakcję. W sierpniu mieli z mężem lecieć nad morze, a Włodzia na dziesięć dni miał zabrać ktoś z rodziny. Jednak prawie w ostatniej chwili Wiktoria wszystko zmieniła. Nagle zaczęła bardzo chcieć, by Włodzio zobaczył morze. Jan był trochę zdziwiony, ale tak naprawdę bardzo się cieszył — bardzo przywiązał się do chłopca. A Włodzio był prawie szczęśliwy! Gdyby go jeszcze kochali. Ale zobaczy morze! Wyjazd się udał. Morze ciepłe, owoce soczyste, nastrój świetny. Ale wszystko co dobre się kończy — skończyły się też wakacje. Zaczęły się zwykłe dni — praca, dom, szkoła. Coś się jednak zmieniło w ich małym świecie — pojawiło się nowe uczucie, odrobina radości, oczekiwanie na cud. I cud się wydarzył. Wiktoria przywiozła znad morza nowe życie. Jak to się mogło stać, przecież tyle lat skutecznie unikali takich niespodzianek. Wiktoria nie wiedziała, co robić. Powiedzieć mężowi, czy rozwiązać wszystko sama? Po pojawieniu się Włodzia nie była już pewna, czy jej mąż naprawdę jest „childfree”. Uwielbiał zajmować się chłopcem, z przyjemnością spędzał z nim czas, choćby kilka razy zabrał go na mecz. Nie, jeden trudny krok Wiktoria już zrobiła, ale na drugi nie była gotowa. Sama podjęła decyzję. Siedziała w klinice, gdy zadzwoniła szkoła — Włodzia zabrano karetką z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego. Wszystko musiało poczekać. Wpadła do szpitala. Włodzio leżał blady na kozetce, trząsł się cały z zimna. Na widok Wiktorii rozpłakał się. – Wiktoria, proszę, nie odchodź, boję się. Bądź dziś moją mamą. Proszę, tylko jeden dzień, a potem już nigdy nie będę prosił. Chłopiec kurczowo ścisnął jej dłoń, łzy lały się strumieniami. Miał prawdziwą histerię. Wiktoria nigdy go takiego nie widziała — tylko w dniu pogrzebu. Teraz pękł. Wiktoria przycisnęła jego rączkę do policzka. – Moj chłopcze, wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz przyjdzie lekarz i wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj, nie odejdę. Boże, jak bardzo ją kochała w tej chwili! Ten chłopiec z oczami pełnymi zachwytu — był najważniejszy w jej życiu. Childfree, co za głupstwo. Wieczorem opowie Janowi, iż spodziewają się dziecka. Decyzja zapadła, gdy Włodzio z bólu jeszcze mocniej ścisnął jej rękę. Minęło dziesięć lat. Dziś Wiktoria obchodzi prawie jubileusz, dokładnie okrągłą rocznicę. Ma 45 lat. Będą goście, życzenia, a na razie, przy kawie, nachodzi ją fala wspomnień. Jak ten czas gwałtownie minął. Minęła młodość, potem dorosłość. Została kobieta, szczęśliwa żona i mama dwojga wspaniałych dzieci. Włodzio ma prawie 18 lat, Zosia 10. I Wiktoria nie żałuje niczego. Choć jest jednak jedna rzecz, której bardzo żałuje. Słów o swojej niechęci, o braku miłości. Jak bardzo chciałaby, żeby Włodzio ich nie pamiętał, by zapomniał i nigdy nie wspominał. Po tamtym dniu w szpitalu, starała się jak najczęściej mówić mu o miłości, ale czy chłopiec wciąż pamiętał jej pierwsze wyznanie, tego już nigdy nie odważyła się zapytać.
Chciała mieć czwórkę dzieci – pierwsze "zrujnowało" jej życie. "Etap noworodka to piekło na ziemi"
Kiedy Paweł przyprowadził dziewczynę do domu, jego ojciec zamarł z zachwytu, a na jego twarzy pojawiły się krople potu.
Dlaczego dzieci bywają okrutne i jak sobie z tym radzić? "Empatia rodzi się z czasem"
Mamy w rodzinie aż 5 mieszkań, a mimo to z mężem musimy wynajmować – dlaczego nasi rodzice wolą zarabiać na dzieciach niż naprawdę im pomóc?
Podwórko w tej samej tonacji
Wieczni goście, puste butelki zamiast chleba, rzucone przez los dziecko i niezwykła dobroć pani Lilii – opowieść o chłopcu Lenku, który w śnieżnej Warszawie szukał bułki, domu i matczynej miłości, a po latach odnalazł swoją „białą twierdzę” i prawdziwą mamę dzięki wzruszającej gazecie oraz cudownemu zrządzeniu losu
Wzruszająca historia: Mężczyzna odpoczywał w domu, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi – za progiem czekała nieznana starsza kobieta, która okazała się jego matką, przez lata pozbawioną praw rodzicielskich. Po latach rozłąki syn walczy z trudnymi emocjami i bolesną prawdą o rodzinie, gdy okazuje się, iż matka chce wykorzystać go dla drugiego syna.
Większość Polaków popełnia te błędy ortograficzne. A ty? Sprawdź
Matka 3-latka: Rozważam, czy synek może dzielić pokój z noworodkiem. Teściowa sądzi, iż to dobry pomysł
Antonia Pietrowna szła przez deszcz, łzy spływały po policzkach, mieszając się z kroplami. „Jedna pociecha – pada deszcz! Nikt nie widzi moich łez”, myślała. I jeszcze: „Sama sobie winna! Przyszłam nie w porę, nieproszona.” Szła, płakała, potem śmiała się, przypominając sobie dowcip o zięciu, który pyta teściową: „Mamo, choćby herbaty nie napijecie się?” Teraz była w sytuacji tej „mamy”. Płakała i śmiała się jednocześnie. Gdy wróciła do domu, zrzuciła mokre rzeczy, otuliła się pledem i już bez skrępowania płakała. Nikogo i nic! Tylko złota rybka w akwarium mogła ją usłyszeć. Nikogo więcej! Antonia Pietrowna była kobietą interesującą, lubianą przez mężczyzn, ale z ojcem Nikity – jej syna – jakoś się nie ułożyło. Pił dużo. Początkowo dało się znieść: napił się i spał. Potem zaczął ją chorobliwie zazdrościć – o każdego, choćby o nieznajomego pytającego o drogę czy sprzedawcę. Pewnego dnia zobaczył, jak żona uśmiecha się do sąsiada – i stracił głowę. Pobił ją, na oczach dziecka, po nerkach. Nikitka wszystko opowiedział babci i dziadkowi. Mama Antoniny zapłakała: „Po to rodziłam córkę, by ją pił pijak?” Ojciec wyszedł, zbił zięcia i wyrzucił go z czwartego piętra. Ten podczas upadku zdążył choćby złamać rękę. Dziadek zagroził, iż jeszcze raz go zobaczy z córką, to zabije. Zięć zniknął na zawsze, a Antonia już więcej nie wyszła za mąż – wychowywała Nikitę sama, nie chciała ryzykować kolejnego złego męża. Mężczyźni próbowali się z nią związać, ale ją zniechęciło to, co przeżyła z ojcem Nikity. Problemy finansowe miała niewielkie – była technologiem żywienia w niewielkiej restauracji. Na życie nie narzekała, odkładała na mieszkanie. Gdy uzbierała potrzebną sumę, Nikita postanowił się ożenić – wybranka piękna, o dźwięcznym imieniu Anastazja. Oddała dzieciom nowe mieszkanie, sama została w swojej kawalerce. „Im bardziej potrzebne” – pomyślała. Teraz odkładała na nowy samochód dla dzieci, bo ileż można jeździć starymi żiguli. Nie miała zwyczaju narzucać się dzieciom. Jednak przypadkiem była w pobliżu, gdy lunął deszcz. Nie miała parasola, a ulewa była taka, iż i parasol by nie pomógł. Wpadła do syna i synowej, chciała przeczekać, poplotkować z Anastazją po kobiecemu przy herbacie. Synowa zdziwiona otworzyła drzwi, choćby nie zaprosiła do środka – stanowczo w korytarzu spytała: „Antonia Pietrowna, czegoś Pani chciała?” Antonia się zmieszała, zaczęła się tłumaczyć: „Deszcz…”. „Już przestało padać! Niedaleko Pani ma, przejdzie się”, powiedziała zimno synowa. „Tak, tak”, odparła pokornie Antonia i wyszła cała we łzach na deszcz. Wracała, płakała, potem zasnęła. Przyśniła się jej złota rybka z akwarium. Urosła w marzeniu, poruszała wargami bez dźwięku, ale Antonia wszystko rozumiała. Rybka mówiła: „Płaczesz? No i głupia! choćby herbaty w deszczu nie dostałaś! A pieniądze na samochód dla nich odkładałaś? Całe życie będziesz im poświęcać? Zacznij żyć dla siebie! Jesteś piękna, mądra! Masz pieniądze – jedź nad morze, odpocznij trochę! Oni i tak tego nie docenią.” Obudziła się, już było ciemno. Rybka przez cały czas pływała w akwarium, ruszając pyszczkiem, ale Antonia utraciła umiejętność rozumienia „rybiego” języka. Zrozumiała jednak jedno – nie wolno poświęcać się dla niewdzięcznych. Wzięła pieniądze, które odkładała dzieciom na samochód, kupiła sobie wycieczkę nad morze, pojechała, odpoczęła, wróciła piękna, opalona. Syn z synową o niczym nie wiedzieli – odzywali się do niej tylko, gdy czegoś potrzebowali: pieniędzy lub opieki nad dzieckiem. Antonia zaczęła spotykać się z interesującym, przystojnym dyrektorem restauracji, w której pracowała. Od dawna mu się podobała, ale była zbyt skupiona na dzieciach. Teraz wreszcie wszystko się ułożyło. Razem do pracy, razem z pracy – życie nabrało barw. Ostatnio Anastazja przyszła w odwiedziny: — Czemu nie przychodzi Pani do nas, nie dzwoni? Nikita już wybrał nowy samochód! — zagaiła. — Anastazjo, czegoś chciałaś? — ułożywszy ręce na piersiach, zapytała Antonia. Synowa otworzyła usta, gdy z pokoju wyszedł interesujący mężczyzna: — Toniu, pijemy herbatę? — Pijemy! — uśmiechnęła się Antonia. — To zaproś gościa — zaproponował uprzejmie. — Nie, Anastazja już wychodzi. I herbaty nie pije! Prawda, Anastazjo? Antonia Pietrowna zatrzasnęła za synową drzwi, roześmiała się i porozumiewawczo mrugnęła do rybki: — No i widzisz!
Razem starały się odchudzić. "Zrobiła ze mnie idiotkę"
Rodziła, a potem wkładała noworodki do worka. Zabiła czworo dzieci
W rodzinie mamy aż 5 mieszkań, a mimo to musimy wynajmować – historia o tym, jak rodzice bogaci w nieruchomości nie chcą pomóc swoim dzieciom, a my każdego miesiąca walczymy o przetrwanie w wynajmowanej kawalerce
Szczęśliwy Przypadek… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Troszczyły się o mnie mama i babcia. Potrzebę obecności ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu, a później szczególnie w początkowych klasach szkoły. Z zazdrością patrzyłem na rówieśników, którzy dumnie maszerowali z tatą za rękę, bawili się, jeździli na rowerach i w samochodach. Najbardziej bolało mnie, gdy któryś z ojców całował swoją córkę czy synka, brał ich na ręce i razem się śmiali… Patrząc na to z boku, myślałem: „Jakie to musi być szczęście!” Swojego ojca widziałem tylko raz – na jedynym zdjęciu, gdzie również się uśmiechał… Ale nie do mnie. Mama tłumaczyła, iż tata jest polarnikiem i mieszka daleko na północy, tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie przysyła prezent na urodziny. W trzeciej klasie, ku swojemu rozczarowaniu, odkryłem, iż nie mam żadnego ojca-polarnika… I nigdy nie miałem! Przypadkiem podsłuchałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły udawać przed dzieckiem — udawać, iż daje prezenty od ojca, który ich tak naprawdę porzucił. Choć żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do mnie, nie złożył życzeń ani na urodziny, ani na Nowy Rok. „A Artur tak kocha te święta! To jedyne dni, gdy czuje jakąś więź z kimś bliskim, choćby odległym i tajemniczym.” Przed kolejnymi urodzinami powiedziałem więc mamie i babci, żeby na moje ulubione święta nie dawali już prezentów „od ojca, którego nie ma”. „Po prostu upieczcie mój ukochany tort ‘Ptasie Mleczko’ i tyle.” Żyliśmy bardzo skromnie z dwóch pensji – mamy i babci. Dlatego, gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego razu sąsiad Sławek zaproponował mi, bym go zastąpił jako Mikołaj przed świętami w przedszkolach i domach. Od razu zrezygnowałem z przedszkoli – tam trzeba grać całe przedstawienia, współpracować z Śnieżynką. Ale na pojedyncze wizyty do rodzin się zgodziłem. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami i zagadkami, a także adresy zleceniodawców. Repertuar był prosty i gwałtownie się go nauczyłem – to nie egzamin z matematyki czy mechaniki! Bałem się popełnić gafę, ale pierwsze występy poszły zaskakująco dobrze. Kiedy odwiedziłem wszystkie wskazane dzieci, wróciłem do domu zmęczony, ale szczęśliwy i po przeliczeniu zarobków prawie zatańczyłem z radości. Po pół roku ciężkiej, weekendowej pracy nie zarobiłem tyle, co teraz w kilka dni jako Mikołaj. Od tamtej pory co zimę „mikołajuję”, a w wakacje pracuję fizycznie w studenckich brygadach budowlanych. Podczas studiów nie miałem wiele czasu w życie prywatne – nauka, dorywcze prace. Dziewczyny się zdarzały, ale o rodzinie nie myślałem. „Skończę studia, znajdę dobrą pracę, urządzę się… Wtedy pomyślę o rodzinie” – marzyłem. Po ukończeniu politechniki, już jako młody inżynier na niższym stanowisku, postanowiłem kupić używaną zagraniczną furę. Rodzina miała przeciętny dochód, ale na samochód wciąż nie wystarczało, a ja bardzo chciałem mieć własne auto. Postanowiłem więc ponownie popracować jako Mikołaj. Mama wyciągnęła z szafy mój strój, odświeżyła go cekinami, dodała brodę – wyglądałem świetnie, a białe, puszyste brwi zakryły twarz. – Artur, czas już mieć własne dzieci, a ty wciąż rozbawiasz cudze – westchnęła mama. – Przyjdzie czas – mruknąłem, całując ją w policzek. – Trzymaj kciuki, mamusiu! Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety. Wpłynęło piętnaście zgłoszeń. Po kilku wizytach, wyczytałem kolejne z listy: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z tramwaju na niemalże peryferiach miasta, zrobiło się ciemno. Udało mi się jednak znaleźć odpowiedni dom. Na drugim piętrze zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mi chłopiec, pięcio-sześcioletni. – Mieszkam na polanie, w leśnej chatce… – zacząłem zgodnie ze scenariuszem. – My nie zamawialiśmy Mikołaja! – przerwał mi chłopiec. – Dobrym dzieciom sam przychodzę, nie trzeba zapraszać – odpowiedziałem, choć zmieszany. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do babci Tosi robić zastrzyk. Zaraz wróci. – Jak masz na imię? – Artur. „No proszę, mój imiennik” – pomyślałem zaskoczony. Nie zdradziłem, iż też tak mam na imię – przecież jestem Mikołajem! – Artur, gdzie macie choinkę? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoiku, urządzonego bardzo skromnie. Na stoliku zamiast choinki – gałązka sosny w trzylitrowym słoju, ozdobiona małymi ozdobami i kolorowymi lampkami. Obok stały dwie fotografie w takich samych ramkach – mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się uważnie… Zamroziło mnie z szoku… Na zdjęciu patrzył na mnie… ja sam! Niemożliwe! Na zdjęciu z lewej moja studencka fotografia w kurtce. Z prawej – dziewczyna, Lena Górnowa. Poznaliśmy się kiedyś latem na studenckiej budowie. Ale jej zdjęcie było już dorosłe. Uśmiech na twarzy, ale oczy smutne… Zupełnie jak młoda, radosna Lena z moich wspomnień. – Kto to? – spytałem nie poznając swojego głosu. – Mama. – Twoja? – Moja. – Nazywa się… Lena? – wyrwało mi się. – O, zgadł Pan! To znaczy, iż Pan jest prawdziwym Mikołajem! Ja nie wierzyłem, iż istnieją… – A to kto? – wskazałem na swoje zdjęcie, już domyślając się prawdy. – To mój tata! Jest prawdziwym polarnikiem! Mama mówiła, iż pracuje na wielkiej krze, wyjechał, gdy byłem malutki. Dlatego go nigdy nie widziałem… choćby nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezent na urodziny i na Nowy Rok. Mikołaj chowa je pod poduszkę. Byłem w szoku, przypominając sobie swoje dzieciństwo i „ojca-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają nieobecnych tatusiów na Biegun Północny? I ja trafiłem do tej samej grupy. Serce ścisnęło mi się z bólu. Przypomniałem sobie burzliwy, krótki romans z Leną… Po pożegnaniu oczywiście wymieniliśmy się numerami, ale od razu po powrocie nie zadzwoniłem, a potem ktoś ukradł mi telefon. Często o niej myślałem, jednak nauka i codzienność odsunęły ją w cień. A tu okazało się, iż Lena jest w tym samym mieście, nigdy mnie nie zapomniała i sama wychowuje naszego syna, trzymając moje zdjęcie obok własnego. Zamierzałem powiedzieć Arturowi prawdę, gdy nagle wróciła Lena: – Syneczku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babci Tosi musieli wezwać karetkę… Na mój widok zawołała zaskoczona: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia popłynęły mi po policzkach. Zrzuciłem czapkę i brodę, zerwałem sztuczne brwi… – Artur?! – zdumiała się Lena. Usiadła na pufie i rozpłakała się głośno. Arturek trochę się przestraszył, ale Lena gwałtownie się opanowała przy synku. Opowiedziałem mu, iż przyleciałem prosto z północy jako Mikołaj, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. Artur był zachwycony, śmiał się, recytował wierszyki, śpiewał, tulił się do nas, jakby bał się, iż znowu zniknę. O prezencie choćby nie wspomniał – wiedział, iż Mikołaj podłoży pod poduszkę upominek od taty. Artur zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozstania. Rano pobiegłem do sklepu po kolejny prezent – wtedy zrozumiałem, iż pomyliłem adres. Wszedłem do bloku 6A zamiast do 6. W ciemności nie zauważyłem literki „A”. Trafiłem pod niewłaściwy adres… A adekwatnie – pod TEN WŁAŚCIWY, najważniejszy dla mnie! „Jaka szczęśliwa, przeznaczona pomyłka”, myślałem uśmiechając się. Teraz jesteśmy razem we trójkę! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnuczkiem – Arturem Arturowiczem!
Myślisz, iż jesteś bystrzakiem? Znajdź niepasującą lalkę w dziewięć sekund
5 mieszkań w rodzinie, a my wciąż musimy wynajmować – jak to możliwe? Nasze rodziny mają własne lokum, kolejne dwa mieszkania w Warszawie, a babcia przepisała mi swoje mieszkanie – mimo to rodzice i teściowie wolą czerpać korzyści z wynajmu, niż pomóc dzieciom. W efekcie razem z mężem ledwo wiążemy koniec z końcem w wynajmowanej kawalerce, podczas gdy bliscy oczekują naszej finansowej samodzielności i z chęcią wydają pieniądze na podróże oraz nowe ubrania. Czy naprawdę w polskich rodzinach liczą się tylko pieniądze, a nie wsparcie dla swoich dzieci?
Nie mogą dojść do porozumienia w sprawie nazwiska dla córki. "Dwuczłonowe odpada"
Antoni­na Pietrow­na szła przez deszcz i płakała, łzy spływały po policzkach, mieszając się z kroplami deszczu. Myślała: „Jedyna pociecha – pada deszcz! Nikt nie widzi łez.” Zastanawiała się też: „Sama sobie winna! Wpadłam nie w porę, jak nieproszony gość.” Szła więc i płakała, potem wybuchnęła śmiechem – przypomniał jej się dowcip, w którym zięć mówi do teściowej: „Mamo, choćby herbaty wam nie zaparzą?” Teraz sama była tą „mamą”. Śmiała się i płakała na zmianę. Gdy wróciła do domu, zrzuciła mokre rzeczy, otuliła się kocem i już płakała bez skrępowania – nikt jej nie słyszał, oprócz złotej rybki w okrągłym akwarium! Antoni­na była kobietą interesującą, cieszyła się powodzeniem, ale z ojcem swojego syna Nikity jej się nie ułożyło – pił coraz więcej, zaczął ją chorobliwie zazdrośnie podejrzewać, choćby o sąsiada czy sprzedawcę. Pewnego razu, gdy Antoni­na uśmiechnęła się witając sąsiada, mąż oszalał z zazdrości – pobił ją na oczach dziecka. Nikita wszystko dokładnie opisał babci i dziadkowi; matka Antoni­ny rozpłakała się, a ojciec po prostu zszedł z zięciem z czwartego piętra, grożąc mu, by się nie zbliżał do córki. Mąż zniknął na zawsze, Antoni­na nie wyszła już za mąż – wystraszyła się, bo przecież ważniejsze było wychowanie syna. Miała dobrą pracę jako technolog żywienia, odkładała pieniądze na mieszkanie; gdy była już gotowa pomóc synowi – Nikita się żenił, a ona kupiła mu z żoną Anastasiją nowe lokum i zorganizowała wesele. Sama została w kawalerce, zbierała potem pieniądze dla nich na samochód. Nie narzucała się dzieciom, nie miała w zwyczaju nachodzić bez zapowiedzi, ale akurat szła w pobliżu w czasie ulewy. Padało tak mocno, iż z parasolem nie byłoby lepiej, więc wstąpiła do syna – chciała z Nastką porozmawiać jak kobieta z kobietą, napić się herbaty. Ale Nastka, otwierając drzwi, zdziwiona i chłodna, choćby nie wpuściła teściowej dalej – tylko spytała w przedpokoju: „Antoni­no Pietrowno, czego pani chciała?” Antoni­na zmieszana zaczęła się tłumaczyć: „Bo… deszcz…” „Deszcz już przestał, niedaleko pani ma, dojdzie pani.” I Antoni­na, cała we łzach, wróciła w ulewie. Płakała, potem zasnęła – a we śnie złota rybka z akwarium zaczęła mówić: „Płaczesz? Głupia! choćby herbaty ci w deszcz nie dali! Dla kogo zbierasz te pieniądze? Całe życie dajesz siebie innym! Spójrz na siebie – jesteś piękna, zaradna! To twoje pieniądze. Oni i tak tego nie docenią. Jedź nad morze. Zacznij żyć dla siebie!” Antoni­na obudziła się w nocy. Rybka dalej otwierała pyszczek, ale już jej nie rozumiała. Jednak zrozumiała najważniejsze: nie warto dla innych składać siebie w ofierze, zwłaszcza dla niewdzięcznych, którzy choćby herbaty nie zaproponują. Antoni­na wzięła pieniądze zbierane na samochód dla dzieci – i kupiła sobie wycieczkę nad morze. Odpoczęła, wróciła piękna i opalona. Syn z żoną nie zauważyli – odzywali się tylko, gdy czegoś potrzebowali. A Antoni­na przestała wystrzegać się mężczyzn; pojawił się adorator – ciekawy, elegancki dyrektor restauracji, w której pracowała. Od dawna jej się podobał, ale wcześniej nie było na to miejsca – najważniejszy był syn, synowa… Teraz w końcu wszystko się poukładało – razem do pracy, razem z pracy, życie stało się inne. Niedawno wpadła Nastka: „Czemu nie odwiedza pani nas, Antoni­no Pietrowno, nie dzwoni? Nikita oglądał samochód!” Na co Antoni­na, splatając ręce na piersiach, odpowiedziała: „Nastka, czego chcesz?” Nastka już otwierała usta, gdy z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna: „Tonka, pijemy herbatę?” „Pijemy!” – uśmiechnęła się Antoni­na. „To wołaj gościa!” „Nie, Nastka już wychodzi. Herbaty przecież nie pije, prawda, Nastko?” Antoni­na zamknęła za synową drzwi i, rozbawiona, puściła oczko do złotej rybki. „I tak właśnie trzeba!”
Moje dzieci w restauracji wiercą się i marudzą. Ale i tak je tam zabieram – powiem wam, czemu
Spory wybór retro minifigurek w sklepie znaneklocki.pl
Każdy myśli tylko o sobie – Mamo, nie wyobrażasz sobie, co się teraz dzieje na rynku – Maksym nerwowo przerzucał stos wydruków, raz układając je w równą stertę, raz rozkładając wachlarzem na kuchennym stole. – Ceny skaczą co tydzień. jeżeli nie wpłacimy teraz zaliczki, ktoś sprzątnie nam to mieszkanie sprzed nosa. Lidia podsunęła synowi filiżankę już wystudzonej herbaty i usiadła naprzeciw. Na wydrukach migały plany mieszkań, liczby, wykresy spłat. Trzypokojowe w nowym bloku, pokój dziecięcy dla Tymoteusza i Zosi, wreszcie każde z nich miałoby swój kąt. – Ile brakuje? – Osiemset dwadzieścia tysięcy – Maksym potarł grzbiet nosa. – Wiem, iż to dużo. Ale Ania już nie może wytrzymać, dzieci rosną, a my wciąż po wynajętych kątach… Lidia spojrzała na syna i zobaczyła w nim tego chłopca, który kiedyś przynosił jej bukiety mleczy. Trzydzieści dwa lata, dwójka dzieci, a ta sama zmarszczka między brwiami co dawniej, kiedy martwił się o nieodrobione lekcje. – Mam oszczędności. Leżą na koncie. – Mamo, oddam, obiecuję. Gdy tylko wszystko się ustabilizuje – zacznę odkładać. Położyła swoją spracowaną dłonią na jego ręce. – Maksym, to przecież dla wnuków. O zwrocie choćby nie rozmawiajmy. Rodzina jest ważniejsza niż pieniądze. W odziale banku Lidia wypełniała druki swoim starannym, wyćwiczonym przez trzydzieści lat pracy w księgowości pismem. Osiemset dwadzieścia tysięcy – prawie wszystko, co odkładała przez ostatnie lata. Na czarną godzinę, na wszelki wypadek, na „nigdy nie wiadomo”. Maksym objął ją mocno przy kasie, nie zważając na kolejkę. – Jesteś najlepsza. Naprawdę. Nigdy nie zapomnę. Lidia poklepała go po plecach. – Idź już. Ania pewnie się niecierpliwi. …Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlewały się w niekończącą się karuzelę wyjazdów przez całe miasto. Lidia przywoziła siatki z „Biedronki” – kurczak, kasza gryczana, olej, serek dla dzieci. Pomagała Ani wieszać firanki, składać meble, szorować kurz poremontowy z parapetów. – Tymoteuszu, ostrożnie z narzędziami! – krzyczała, jednocześnie wieszając zasłony i tłumacząc synowej, jak zrobić gołąbki. Ania kiwała, przeglądając coś w telefonie. Maksym wpadał wieczorami, zmęczony po pracy, zjadał gwałtownie obiad przygotowany przez mamę i znikał w sypialni. – Dzięki, mamo – rzucał w przelocie. – Co byśmy bez ciebie zrobili? …Po pół roku znajomy numer na ekranie. – Mamo, sprawa… Rata kredytu hipotecznego wypada w tym samym czasie co naprawa samochodu. Brakuje trzydziestu pięciu tysięcy. Lidia przelała pieniądze bez pytań. Młodym ciężko, wiadomo. Nowe wydatki, dzieci małe, praca stresująca. Nic, staną na nogi – oddadzą. A nie oddadzą – trudno. Liczy się rodzina. Lata mijały szybciej niż woda przez palce. Tymoteusz skończył siedem lat, Lidia podarowała mu wymarzonego „Lego”, o którym marzył pół roku. Zosia wirowała w nowej sukience – różowej, z cekinami, taką widziała u księżniczki z bajki. – Babciu, jesteś najlepsza! – Zosia zawisła jej na szyi, pachniała dziecięcym szamponem i krówkami. Co weekend Lidia zabierała wnuki do siebie albo wiozła do teatru, parku rozrywki, na lodowisko. Kupowała lody, zabawki, książeczki. Kieszenie starego płaszcza zawsze wypychały cukierki i chusteczki. Pięć lat minęło w tej dobrowolnej niewoli. Pieniądze na mieszkanie – „mamo, w tym miesiącu jest ciężko”. Choroby wnuków – „mamo, nie możemy się zwolnić z pracy”. Zakupy – „i tak jedziesz do sklepu”. Podziękowania coraz rzadsze… …Tamtego ranka patrzyła na zacieki na suficie. Rdzawe ślady rozłaziły się po tynku. Zalało ją, a mieszkania nie sposób użytkować. Wykręciła numer syna. – Maksym, potrzebuję pomocy z remontem. Zalało mnie, kiedy dostanę odszkodowanie – nie wiadomo… – Mamo – wciął się syn. – Wiesz, teraz mam zupełnie inne priorytety. Zajęcia u dzieci, sekcje, Ania zapisała się na kursy… – Nie proszę o wiele. Chciałam tylko, żebyś pomógł znaleźć fachowców. Albo chociaż… – Teraz zupełnie nie mam czasu, mamo, zwłaszcza na takie drobiazgi – powtórzył Maksym jakby nie słyszał. – Pogadamy o tym innym razem, dobrze? Sygnał… Lidia odłożyła telefon. Na ekranie mignęła tapeta – zdjęcie z ostatniego Sylwestra. Ona, Tymoteusz, Zosia. Wszyscy się uśmiechają. Te pieniądze, które brał bez zastanowienia. Te weekendy, które oddała jej wnukom. Ten czas, wysiłek, ta miłość – to wszystko było „kiedyś”. Teraz – „inne priorytety”. Kropla spadła na dłoń. Zimna… Następnego dnia zadzwoniła Ania. Rzadkość, która już na wstępie zrobiła Lidię czujną. – Pani Lidio, Maksym mówił o waszej rozmowie – Ania brzmiała zniecierpliwiona. – Wie pani, każdy powinien sam sobie radzić. My sami ogarniamy mieszkanie, spłacamy kredyt… Lidia ledwie się nie roześmiała. Kredyt. Ten, który spłacała co trzeci miesiąc. Zaliczka, prawie cała z jej oszczędności. – Oczywiście, Aniu – odpowiedziała spokojnie. – Każdy za siebie. – I dobrze. Bo Maksym się przejmuje, iż pani jest obrażona. Nie jest pani? – Ależ skąd, nie – zapewniła. Sygnał… Odstawiła telefon na stół i długo się w niego wpatrywała. Potem podeszła do okna, ale zaraz odwróciła wzrok – za brudną szybą nie było nic, co dodałoby jej otuchy. Noce zamieniły się w bezsenne godziny, gdy sufit przygniatał, a myśli nie dawały spokoju. Lidia, leżąc w ciemności, przewijała w głowie ostatnie pięć lat, jak paciorki różańca. Sama to stworzyła. Własnymi rękami wpoiła synowi przekonanie, iż matka to niewyczerpany zasób. Rano Lidia zadzwoniła do agencji nieruchomości. – Chciałabym sprzedać działkę pod Warszawą, z domkiem. Sześć arów, prąd podciągnięty. Dacza, którą z mężem budowali dwadzieścia lat. Jabłonie, które sadziła będąc w ciąży z Maksymem. Weranda, gdzie mijały letnie wieczory. Kupiec znalazł się po miesiącu. Lidia podpisywała dokumenty, nie pozwalając sobie myśleć, co sprzedaje. Pieniądze wpłynęły na konto, rozdzieliła je dokładnie: remont mieszkania, nowa lokata, trochę w rezerwie. Ekipy remontowej wprowadziła się z początkiem tygodnia. Lidia sama wybierała płytki, tapety, baterie. Pierwszy raz od lat kupowała coś dla siebie – nie na czarną godzinę, nie dla rodziny. Maksym nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Lidia też milczała. Pierwszy telefon padł, gdy remont już się zakończył. Nowa kuchnia blaskała bielą, okna nie huczały od wiatru, a rury nie straszyły zaciekami. – Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Zosia pytała. – Byłam zajęta. – Czym? – Życiem, Maksym. Swoim życiem. Przyjechała tydzień później. Przywiozła wnukom książki – solidne prezenty, ale bez rozmachu. Posiedziała dwie godziny przy herbacie, porozmawiała o pogodzie i szkolnych sukcesach Tymoteusza. Na obiad nie została. – Mamo, może wpadniesz do dzieci w sobotę? – Maksym złapał ją już w drzwiach. – My z Anią… – Nie dam rady. Mam swoje plany. Lidia widziała, jak posmutniał. Nie rozumiał. Jeszcze nie. Mijały miesiące i rozumienia przybywało powoli, boleśnie. Bez maminego wsparcia rata kredytu zjadała dużą część budżetu. Bez darmowej opiekunki nie było komu zostawić dzieci. Lidia otworzyła sobie lokatę. Kupiła nowe, ciepłe, porządne palto. Pojechała dwa tygodnie do sanatorium. Zapisała się na kursy nordic walking. Coraz częściej przypominała sobie postawę rodziców Ani – oficjalne życzenia na święta, wizyta raz na parę miesięcy, żadnych pieniędzy, żadnych poświęceń i… żadnych pretensji ze strony córki. Może zawsze mieli rację? Małe spotkania z wnukami stały się formalnością. Przychodziła, przynosiła drobiazgi, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, nie zostawała na noc, nie zabierała wnuków na weekendy. Tymoteusz zapytał kiedyś: – Babciu, czemu już nas nie zabierasz do parku? – Babcia ma teraz swoje sprawy, Tymsiu. Chłopiec nie zrozumiał. Ale Maksym, stojąc w drzwiach, chyba zaczynał rozumieć. Lidia wracała do wyremontowanego mieszkania, w którym pachniało świeżą farbą i nowymi meblami. Zapalała sobie dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu kupionym za pieniądze z działki. Wyrzuty sumienia? Pojawiały się. Ale coraz rzadziej. Bo Lidia w końcu nauczyła się prostej prawdy: miłość to nie ofiara. Zwłaszcza gdy tej ofiary nikt nie widzi i nie docenia. Wybrała siebie. I to po raz pierwszy od trzydziestu dwóch lat bycia matką…
— Czyja ty jesteś, dziewczynko?.. — Chodź, zanieś cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce i przyniosłam do siebie, a sąsiedzi od razu się zjawili — bo wieś żyje wiadomościami. — Matko Boska, Hanno, skąd ty ją wzięłaś? — Co z nią zrobisz? — Hanno, rozum ci odjął? Po co ci dziecko, z czego je wykarmisz? Zaskrzypiała podłoga pod stopą — znów myślę, iż trzeba by ją naprawić, ale ciągle brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam swój stary pamiętnik. Kartki pożółkłe jak jesienne liście, ale atrament wciąż zachowuje moje myśli. Za oknem zamieć, a brzoza stuka gałęzią, jakby chciała wpaść w gości. — Czego się tak rozszumiałaś? — mówię do niej. — Poczekaj, wiosna niedługo nadejdzie. Śmiesznie czasem rozmawiać z drzewem, ale gdy żyjesz samotnie, wszystko wokół wydaje się żywe. Po tamtych strasznych latach zostałam wdową — mój Stach zginął. Ostatni jego list przez cały czas trzymam, pożółkły, wytarty na zgięciach — tyle razy go czytałam. Pisał, iż zaraz wróci, iż mnie kocha, iż będziemy szczęśliwi… A tydzień później się dowiedziałam. Dzieci Bóg nie dał, może to i dobrze — ciężko wtedy było z żywnością. Kierownik PGR-u, pan Mikołaj, zawsze mnie pocieszał: — Nie martw się, Hanno. Młoda jeszcze jesteś, jeszcze wyjdziesz za mąż. — Nie pójdę — zawsze odpowiadałam twardo. — Raz kochałam i wystarczy. W PGR-ze pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista Pietrek często wołał: — Hanno, idź już do domu, późno! — Zawsze zdążę, póki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo miałam małe — kozę Manię, z charakterem jak mój własny. Pięć kur — lepiej budziły niż kogut. Sąsiadka Klaudia nieraz żartowała: — Nie jesteś ty indyczka? Twoje kury najgłośniej krzyczą! Ogródek — ziemniaki, marchew, burak. Wszystko swoje. Jesienią robiłam przetwory — ogórki kiszone, pomidory, marynowane grzyby. Zimą otworzysz słoik — jakby lato wracało do domu. Dzień pamiętam dokładnie. Marzec był wilgotny, mokry. Od rana mżyło, wieczorem przymroziło. Poszłam do lasu po chrust na piec. Po zimowych wichrach mnóstwo gałęzi, tylko zbierać. Wracam, przechodzę koło starego mostu i słyszę — płacz. Najpierw myślałam: może wiatr. Ale nie, wyraźnie dziecięcy szloch. Zeszłam pod most, patrzę — siedzi dziewczynka, cała w błocie, sukienka podarta, oczy przestraszone. Jak mnie zobaczyła, zamilkła, tylko trzęsie się cała jak liść osiki. — Czyja ty jesteś, dziewczynko? — pytam cicho, by jej nie wystraszyć jeszcze bardziej. Milczy, tylko mruga oczkami. Usta sine, ręce czerwone, opuchnięte. — Zmarzłaś — bardziej do siebie mówię. — Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją — lekka jak piórko. Owinęłam w swoją chustę, tuląc do serca. Myślę sobie — co to za matka, iż dziecko zostawia pod mostem? Nie mieści się w głowie. Chrust musiałam zostawić. Przez całą drogę dziewczynka milczała, mocno trzymając się mojej szyi. Przyszłam do domu, a sąsiedzi już się zbiegają — wioska plotkami żyje. Klaudia pierwsza: — Matko Boska, skąd ją wzięłaś? — Pod mostem była, porzucona, jak widać. — O, jakie nieszczęście… — załamała ręce. — Co zrobisz? — Zostawię u siebie. — Hanno, nie masz rozumu! Chcesz dziecko wziąć? Z czego je wykarmisz? — Co Bóg da, to wystarczy — odcięłam. Najpierw rozpaliłam porządnie w piecu, zaczęłam grzać wodę. Dziewczynka cała w siniakach, chuda, żebra wystają. Umyłam ją w ciepłej wodzie, owinęłam w swój stary sweter — innego dziecięcego ubrania nie miałam. — Jesteś głodna? Kiwnęła nieśmiało głową. Dałam jej wczorajszy barszcz i kromkę chleba. Jadła łapczywie, ale grzecznie — widać, iż nie dzika, ale domowa dziewczynka. — Jak masz na imię? Milczy. Albo się boi, albo naprawdę nie potrafi mówić. Położyłam ją spać w swoim łóżku, sama spałam na ławce. W nocy budziłam się kilkukrotnie, żeby sprawdzić, jak się ma. Spała zwinięta w kłębek, czasem pochlipywała przez sen. Rano od razu poszłam do gminy zgłosić znalezisko. Wójt, pan Jan, tylko rozłożył ręce: — Nie było zgłoszeń o zaginionym dziecku. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz? — Przepisy mówią: do domu dziecka. Zadzwonię dziś do powiatu. Zabolało mnie serce: — Poczekaj, daj mi czas. Może rodzice się odezwą. Na razie zostaje ze mną. — Pani Hannu, niech się dobrze zastanowi… — Nie ma nad czym. Już zdecydowałam. Nazwałam ją Marysią — na cześć mojej mamy. Czekałam, czy rodzice się pojawią, ale nikt nie przyszedł. I dobrze — pokochałam ją najmocniej na świecie. Na początku trudno było — nie mówiła, tylko patrzyła po kątach jakby czegoś szukała. Noce budziła się z krzykiem, cała drżąc. Przytulałam ją, gładziłam po głowie: — Nic się nie bój, córeczko. Już wszystko będzie dobrze. Ze starych sukienek uszyłam jej ubrania. Pofarbowałam na różne kolory — niech się trochę rozweseli. Klaudia, jak zobaczyła, złapała się za głowę: — Hanno, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą potrafisz machać! — Życie uczy wszystkiego: i szyć, i niańczyć — cieszyłam się, iż mnie pochwaliła. Ale nie wszyscy w wiosce byli wyrozumiali. Zwłaszcza baba Marta — jak nas widziała, to zaraz się żegnała: — Niedobrze, Hanno. Przygarnąć podrzutka — będziesz miała biedę. Pewnie ta matka do niczego była, więc i dziecko nie lepsze. Jabłko od jabłoni… — Przestań, Marto! — ucinałam krótko. — Nie twoja sprawa sądzić cudze grzechy. Ta dziewczynka jest moja i koniec. Kierownik PGR-u początkowo też kręcił głową: — Hanno, może lepiej oddać ją do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą… — A kto ją pokocha? — pytałam. — W domu dziecka sierot aż za dużo. Machnął ręką, a potem zaczął pomagać — to mleka pośle, to kaszy. Marysia powoli odzyskiwała radość. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam, jak pierwszy raz się zaśmiała — spadłam z krzesła podczas wieszania firanek, a ona wybuchła śmiechem, dźwięcznym jak dzwoneczek. Od razu ból minął. Chciała pomagać przy ogródku. Dałam jej malutką motyczkę — ważnie chodziła obok mnie i próbowała naśladować. Więcej wprawdzie tratowała niż wyrywała chwasty, ale nie ganiłam — cieszyłam się, iż w niej życie się odradza. Potem przyszła choroba — gorączka, Marysia majaczyła. Pobiegłam do naszego felczera, pana Szymona: — Na miłość boską, pomóż! A on bezradnie: — Jakie leki, Hanno? Na całą wioskę mam trzy tabletki aspiryny. Może za tydzień coś dowiozą. — Za tydzień? — krzyknęłam. — Ona nie dożyje jutra! Pognałam do powiatu, dziewięć kilometrów błotem. Buty rozbite, nogi w pęcherzach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Aleksy, obejrzał mnie, całą mokrą, brudną: — Proszę chwilę poczekać. Przyniósł lekarstwa, wyjaśnił, jak dawać: — Nie trzeba płacić — mówi. — Tylko dziecko wyprowadź. Przez trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Mamrotałam modlitwy, zmieniałam okłady. Czwartego dnia Marysia otworzyła oczy i cichutko powiedziała: — Mamo, pić mi się chce. Mamo… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Popłakałam się — ze szczęścia, zmęczenia, wszystkiego. Ona wycierała mi łzy ręką: — Mamo, czemu płaczesz? Boli cię? — Nie, skarbie, nie boli. Ze szczęścia płaczę. Po chorobie stała się zupełnie inna — pogodna, gadatliwa. Potem poszła do szkoły, nauczycielka nie mogła się jej nachwalić: — Zdolna, jak mało kto! Wszystko łapie w lot! A wieś powoli się przyzwyczaiła, już nikt nie szeptał za plecami. choćby babka Marta się ociepliła — ciastami nas częstowała. Marysię szczególnie polubiła, gdy ta pomogła jej rozpalić piec w srogie mrozy. Stara leżała z kręgosłupem, a drzew nie miała. Marysia sama się zgłosiła: — Mamo, chodźmy do Marty, ona marznie. Tak się zaprzyjaźniły — stara zrzęda i moja dziewczynka. Marta opowiadała bajki, nauczyła ją robić na drutach i nigdy więcej nie wspominała o podrzutku. Czas mijał. Marysia miała już dziewięć lat, gdy pierwszy raz wspomniała most. Siedziałyśmy wieczorem, ja cerowałam skarpetkę, ona kołysała swoją lalkę — sama uszyła. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Serce mi stanęło, ale nie dałam poznać po sobie: — Pamiętam, córeczko. — Ja też trochę pamiętam. Było zimno, strasznie. Jakaś pani płakała, potem poszła. Druty mi wypadły z rąk, a ona dalej mówi: — Twarzy nie pamiętam, tylko niebieska chusta i wciąż powtarzała: „Przebacz mi, przebacz…” — Marysiu… — Nie martw się, mamo. Nie jestem smutna. Czasem tylko wspominam. Wiesz co? — uśmiechnęła się. — Cieszę się, iż to ty mnie wtedy znalazłaś. Przytuliłam ją mocno, a w gardle ściskało. Ile razy myślałam — kim była tamta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją zmusiło, żeby zostawiła dziecko pod mostem? Może sama głodowała, może mąż pił… W życiu wszystko się zdarza. Nie mnie sądzić. W ten wieczór długo nie mogłam zasnąć. Myślałam — jak to los się toczy. Żyłam sama, wydawało się, iż życie mnie ukarało samotnością. A okazało się, iż przygotowywało do najważniejszego — żeby być dla kogoś ratunkiem i domem. Od tej pory Marysia częściej pytała o przeszłość. Nigdy nie kłamałam, starałam się tłumaczyć tak, by jej nie zranić: — Wiesz, czasem ludzie trafiają w takie sytuacje, iż nie mają wyboru. Może twoja mama bardzo cierpiała, podejmując taką decyzję. — A ty byś tak nigdy nie zrobiła? — patrzyła mi w oczy. — Nigdy — odpowiadałam pewnie. — Jesteś moim szczęściem, moją radością. Lata leciały szybko. Marysia była pierwszą uczennicą w klasie. Przebiegała do domu: — Mamo, dziś mówiłam wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza polonistka, Maria, często rozmawiała ze mną: — Hanno, dziewczynka musi się dalej uczyć. Ma niezwykły dar do języków i literatury. Szkoda zaprzepaścić taką głowę! — Gdzie ją posłać? — wzdychałam. — Nie mamy pieniędzy… — Ja przygotuję ją za darmo. Taki talent to grzech zakopać. Maria pomagała jej po lekcjach. Wieczorami siedziały razem nad książkami. Ja robiłam im herbatę z konfiturą, słuchałam ich rozmów o Sienkiewiczu, Mickiewiczu, Żeromskim. Moje serce rosło — wszystko rozumiała, wszystko chłonęła. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz się zakochała — w nowym chłopaku, który przeprowadził się z rodzicami do wsi. Przeżywała bardzo, pisała wiersze w zeszycie chowanym pod poduszką. Udawałam, iż nie widzę, ale serce matczyne czuło — pierwsza miłość zawsze jest ciężka. Po maturze złożyła papiery na pedagogikę. Oddałam jej wszystkie oszczędności. choćby krowę sprzedałam — żal Zorki, ale co robić. — Mamo, nie trzeba. Jak sobie poradzisz bez krowy? — Dam radę, kochana. Ziemniaki są, kury jajka znoszą, a tobie trzeba się uczyć. Kiedy przyszło pismo o przyjęciu, cała wieś się cieszyła. choćby kierownik przychodził gratulować: — Brawo, Hanno! Wychowałaś i wykształciłaś. Teraz mamy własną studentkę. Pamiętam dzień wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Ona przytula się do mnie, płacze. — Będę pisać co tydzień, mamo. I przyjeżdżać na ferie. — Będziesz, córeczko — mówię, a serce rozdziera się na kawałki. Autobus zniknął za zakrętem, a ja jeszcze długo stałam. Klaudia podeszła, objęła mnie: — Chodź, Hanno, w domu robota czeka. — Wiesz, Klaudio — mówię — jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, a ja od Boga darowane. Marysia słowa dotrzymała — pisała często. Każdy jej list był dla mnie świętem. Opisywała naukę, koleżanki, miasto. A między wierszami czytać można było — tęskniła za domem. Na drugim roku poznała swojego Sebastiana — też student, z historii. Zaczęła o nim wspominać w listach niby mimochodem, a ja czułam — zakochała się. Na wakacje przyjechała z nim, żeby się przedstawić. Młody był pracowity, poważny. Pomógł mi dach naprawić, płot postawić, z sąsiadami gwałtownie się zaprzyjaźnił. Wieczorami siedzieliśmy na ganku, opowiadał o historii — słuchać można było godzinami. Widać — kochał moją Marysię, nie spuszczał jej z oczu. A jak przyjeżdżała na święta — całe sołectwo przychodziło popatrzeć, jaka piękna kobietka z niej wyrosła. Babka Marta, już bardzo stara, żegnała się: — Panie, a ja tak cię zniechęcałam do niej. Przebacz starej. Patrz, ile szczęścia wyrosło! Teraz Marysia sama jest nauczycielką, pracuje w miejskiej szkole. Uczy cudzych dzieci, jak kiedyś pani Maria ją uczyła. Wyszła za Sebastiana, żyją zgodnie. Urodziła wnuczkę — Hannę, na moją cześć. Hania — cała Marysia z dzieciństwa, tylko śmielsza. Jak przyjeżdżają w gości, wszędzie jej pełno — wszystko chce zobaczyć, wszędzie zajrzeć, wszystkiego dotknąć. A ja się raduję — niech biega, niech hałasuje. Dom bez śmiechu dziecięcego jest jak kościół bez dzwonów. Siedzę, piszę w pamiętniku, a za oknem znowu zamieć. Podłoga wciąż skrzypi, brzoza dalej stuka w okno. Ale cisza już nie ciąży. Jest w niej spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdą uśmiech mojej Marysi, za los, który kiedyś zaprowadził mnie pod stary most. Na stole stoi zdjęcie — Marysia z Sebastianem i Hanią. Obok podniszczona chusta, ta sama, w którą ją okryłam wtedy. Przechowuję ją na pamiątkę. Czasem gładzę – i wraca tamto ciepło. Wczoraj przyszło nowe — Marysia pisze, iż znowu jest w ciąży. Oczekują synka. Sebastian już wybrał imię — Stach, po moim mężu. To znaczy, ród się nie kończy, będzie komu pamięć przekazać. A stary most już dawno rozebrano, nowy zbudowano — betonowy, solidny. Rzadko tam teraz chodzę, ale gdy mijam, zatrzymuję się na chwilę. I myślę — jak wiele może zmienić jeden dzień, jeden przypadek, jeden dziecięcy płacz w mokry, marcowy wieczór… Mówią, iż los testuje nas samotnością, byśmy docenili bliskich. Ale ja myślę inaczej — przygotowuje nas do spotkania tych, dla których mamy być ratunkiem. I nie ważne, czy z naszej krwi — liczy się to, co podpowie serce. A moje serce tam, pod starym mostem, nie pomyliło się.
PREZENT ŚWIĄTECZNY – No, synku, opowiadaj, jak minął dzień, co u ciebie słychać? Tata, pan Wiktor, wracając z pracy, podrzucił i posadził koło siebie na kanapie swojego pięcioletniego synka Andrzejka, przeczesał palcami miękkie, jasne włosy na jego głowie. Podczas gdy mama, pani Polina, szykowała kolację, ojciec rozmawiał ze swoim ukochanym, jak dotąd jedynym potomkiem. W mieszkaniu panowało ciepło i przytulność, a na honorowym miejscu w salonie, pomiędzy cicho bąkającym telewizorem i szafą, tajemniczo migotała kolorowymi światełkami nieduża, ale bardzo strojna choinka. Do Sylwestra pozostała dokładnie doba. – U mnie wszystko dobrze! – ogłosił dziedzic. – Ale u mojego kolegi Kuby źle. – A co się stało, z tym twoim kolegą? – zaciekawił się Wiktor. – To ten Kuba, co mieszka w sąsiedniej klatce? – Tak, to on – kiwnął głową Andrzejek. – Dzisiaj na świątecznym występie w przedszkolu nie dali mu prezentu – powiedziała, wyglądając z kuchni, Polina, cała otoczona zapachem pieczonego kurczaka. – Biedny chłopiec… No, myjcie ręce, panowie, i do stołu – kolacja gotowa. – Jak to nie dali? – zdziwił się Wiktor, wstając z kanapy. – Wszystkim dali, a akurat Kubie nie? Coś tu nie tak. – Tak, wszystkim dali, tylko jemu nie – potwierdził Andrzejek, zsuwając się z kanapy zaraz za ojcem. – Śnieżynka i Święty Mikołaj każdemu wręczali prezenty, tylko jemu nie. A on czekał. – Co to za Śnieżynka i Mikołaj, iż dziecko pominęli? – zirytował się Wiktor. Przyciągnął sobie krzesło i usiadł przy stole. – Co oni winni? – wzruszyła ramionami Polina. – Może mama Kuby zapomniała wpłacić do składkowego prezentu, albo nie miała z czego. Zdarza się. Andrzejek, umyłeś ręce? – Tak, umyte, razem myliśmy – powiedział tata, rozdzielając rumianego kurczaka na kawałki i nakładając na talerze. – Ale choćby jeżeli nie wpłaciła, jak pani kierowniczka przedszkola… Jak ona tam się nazywa, pani Anna Pietrzak? Jak mogła pozwolić na to, żeby dziecko zostało bez prezentu, gdy wszyscy dostali właśnie przy wszystkich? – Anna Pietrzak była Śnieżynką – oznajmił Andrzejek. – A Mikołajem nasz woźny! – Tym bardziej! – nie mógł uspokoić się głowa rodziny. – Nie znaleźli choć jednego, skromnego prezentu dla samotnej matki i jej syna? Potem rodzic by się rozliczył. Jak można być tak nieczułym? – No więc nie znaleźli – westchnęła Polina. – Ja na ich miejscu na pewno bym coś wymyśliła dla chłopca. – A rodzice Kuby? Jak mogli dopuścić, żeby ich dziecko zostało bez upominku? – znów narzekał Wiktor. – Nie rozumiem… Swoją drogą, synu! Wiktor zwrócił się do Andrzejka, który zajadał kurczaka. – Podzieliłeś się później swoim prezentem z Kubą? – Jasne, tato, chciałem. I jeszcze Szymek, Kasia, Olek i inni też. Ale Kuba nie chciał nic od nikogo. – Dumny chłopak! – zdziwił się Wiktor. – Powiedz jeszcze, iż nie płakał. – Nie wiem… Nie widziałem – szczerze odpowiedział chłopiec. – Taki chłopak! – znów z podziwem powiedział Wiktor. – Nie zasłużył na takie traktowanie. – Naprawdę szkoda mi Kuby – zauważyła Polina. – Myślę, iż bardzo mu przykro. – Proponuję przywrócić sprawiedliwość! – nagle zadeklarował Wiktor. Zaczerwienił się, a jego oczy rozbłysły. – Jak? – zapytała Polina, wycierając usta serwetką. Andrzejek spojrzał pytająco. – Po prostu! – odpowiedział tajemniczo Wiktor. – Kto z was wie, gdzie mieszka Kuba? Andrzejek, ty wiesz? – Nie, nigdy u niego nie byłem. Tylko na podwórku i w przedszkolu – odpowiedział Andrzejek. – Pewnie dam radę się dowiedzieć – powiedziała po chwili Polina. – Mam koleżankę, zna prawie wszystkich w bloku. Zaraz zadzwonię… Ale po co? – Zadzwoń, proszę. I to teraz. – Dobrze – zgodziła się Polina. – Ale wy zmyjecie i posprzątacie! – Mieszkają pod trzydziestką piątką, nazwisko Szmitowie – po kilku minutach oznajmiła Polina. – Mama – Wanda. Ojca nie ma, a raczej był, ale odszedł. Podobno był powód. Mieszkają więc we dwójkę. – Skąd tyle szczegółów? – zaśmiał się Wiktor. – Moja koleżanka, Alicja – ona zna wszystko i wszystkich! – uśmiechnęła się Polina. – Siedzi w radzie bloku, wszystkie informacje do niej spływają. – No, to jasne – powiedział Wiktor. – Andrzejek, zjadłeś cały swój prezent? – Jeszcze nie, mama ostrzegała, iż za dużo słodyczy szkodzi. – Mądrze mówi – zauważył tata. – Czyli paczka po prezencie cała? – Tak, rozpakowałem ostrożnie. – To dobrze – tacie znów rozbłysły oczy. – Przełóż resztę słodyczy do innego worka, a ten prezentowy daj mi? – Po co? – zapytał nieufnie Andrzejek, ale po chwili wrócił z kolorową torbą. Wysypał zawartość na stół – cukierki, ciasteczka… Mama, która przez chwilę obserwowała zamieszanie, w końcu się odezwała: – Chcecie, moje drogie chłopaki, sprawić Kubie euforia i podarować mu prezent? Kiedy i kto dostarczy? – Najlepiej dziś! – odpowiedział Wiktor. – Andrzejku, co ty na to? – Jasne! Dziś! Zabiorę dla niego trochę swoich cukierków? – jeżeli nie żal ci, śmiało – aprobował tata. – Idziemy razem? – spytał syn, pakując wybrane słodycze do torby. – Już oferowałeś mu swoje, pamiętasz? Dumny chłopak, może od nas nie weźmie. Zrobimy inaczej… Wiktor zniknął w pokoju, a po chwili pojawił się Święty Mikołaj! W białych kozakach, czerwonym płaszczu z białym futrem, z długą brodą, czapką i workiem – choć pustym. Andrzejek patrzył z niedowierzaniem. Po chwili mówi: – Tato, to ty byłeś Mikołajem w zeszłym roku? I wcześniej? – Tak, to ja – przyznał Wiktor. – Przepraszam, iż dopiero teraz. Poproszono mnie raz w pracy, tak się spodobało, iż już trzeci rok jestem Mikołajem, także dla was. Podobał Ci się zeszłoroczny Mikołaj? – Bardzo! – pochwalił Andrzejek, przytulił się do taty. Mama dołożyła trochę słodyczy, zawiązała równo wstążkę na torbie, Wiktor włożył paczkę do worka. Poprawiając brodę, powiedział: – No, nie macie nic przeciwko, żebym odwiedził Kubę i rozdał mu prezent? – Nieeee! – odpowiedzieli chórem mama i syn. – Mogę iść z tobą, tato? – Zamiast Śnieżynki? – uśmiechnął się tata. – Zajączkiem! – krzyknął Andrzejek i pobiegł po swój kostium. Rodzice roześmiali się, gdy zobaczyli syna w białym kombinezonie z odstającymi uszami, pomponem na ogonie, kartonową maską z narysowanymi wąsami. – Dobrze, idziemy. Ale kurtka na grzbiet, choćby zającowi zimą chłodno! W tajemnicy wyszli – wielki Święty Mikołaj z workiem prowadzony przez małego zajączka w kurtce, ciągnącego paczkę. Po dziesięciu minutach wrócił sam Wiktor, z zakłopotanym wyrazem twarzy. – Gdzie Andrzejek? – zaniepokoiła się Polina. – Spokojnie, został u Kuby, bawią się. Za pół godziny go odbiorę – wyjaśnił Wiktor, ścierając spoconą twarz. Zrzucił strój Mikołaja i westchnął: – Ale się porobiło! I opowiedział żonie, co się wydarzyło. Okazało się, iż oni byli… już szóstymi, którzy tego wieczoru przynieśli prezenty Kubie! Przed nimi wyszła choćby sama kierowniczka przedszkola, Anna Pietrzak, już nie jako Śnieżynka. Przepraszała, wyjaśniała, iż winna leży po stronie splotu okoliczności… Ktoś nagrał film z występu i wrzucił na portal miasta – kilka tysięcy odsłon, burza komentarzy! – Ale to nie najważniejsze – podsumował Wiktor. – Okazało się, iż mama Kuby wpłaciła na prezent, tylko późno… – Matka w pewnym stopniu sama sobie winna – wtrąciła Polina. – Ale jedna wychowuje dzieciaka i nie zawsze ma. W przedszkolu mogli się przecież zachować lepiej. – Kierownictwo machnęło ręką – cały czas przeżywał Wiktor. – Dziecko zostało skrzywdzone. – Gdybym to ja była szefem nad tą Anną Pietrzak… – westchnęła Polina. – Tacy rządzący z dzieciakami nie powinni pracować. – Może ją zwolnią, może się opamięta… Ale w pracy z dziećmi tak nie wolno się zachowywać! Wiktor zamyślił się, a potem dodał: – Jeszcze jedno – przyszedł też tata Kuby. Z prezentami i skruszony, prawie płakał… – Serio? – ucieszyła się Polina. I wtedy do drzwi zadzwonił Andrzejek. – Czemu sam wróciłeś? – zdziwił się Wiktor. – Miałem po ciebie przyjść… – Co ja, mały jestem? – obruszył się Andrzejek. – Znudziło mi się tam. – Dlaczego? – Bo mama i tata Kuby najpierw się kłócili, potem płakali. My z Kubą wróciliśmy do kuchni, a oni się już przytulali. A gdy Kuba do nich dołączył, wszyscy się przytulali i płakali. Dziwni jacyś! choćby nie zauważyli, jak wyszedłem. Rodzina roześmiała się z ulgą. – No dobrze, kochani – powiedziała mama. – Chodźcie na herbatę. Potem, jeżeli ktoś nie zaśnie, pożegnamy stary i powitamy Nowy Rok. Niech będzie szczęśliwy dla wszystkich! – Niech będzie! – ze szczerością przytaknął Andrzejek.
Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka – weź je sobie!” – obca kobieta wrzuciła mi nagle nosidełko w ręce. Byłam w totalnym szoku!
Szczęśliwy Przypadek… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Opiekowały się mną mama i babcia. Potrzebę ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu, a w młodszych klasach szkoły podstawowej… Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy z dumą spacerowali za rękę ze swoimi wysokimi, męskimi ojcami, bawili się z nimi, jeździli na rowerach i samochodach. Szczególnie przykro było, gdy któryś z ojców całował córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co to za szczęście!…” Swojego taty też widziałem… Ale tylko na jednej jedynej fotografii, gdzie uśmiechał się jak inni ojcowie… Ale nie do mnie! Mama mówiła, iż jest polarnikiem. Mieszka na dalekiej północy, tak dalekiej, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie przysyła prezenty na urodziny. W trzeciej klasie, ku swojemu rozczarowaniu, zrozumiałem, iż żadnego ojca-polarnika nie mam… I nigdy nie miałem! Przypadkiem usłyszałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty w imieniu ojca, który adekwatnie ich zdradził. Choć wiedzie dostatnie życie, nigdy nie zadzwonił do syna, nie złożył życzeń choćby na urodziny czy Nowy Rok. „Arek tak uwielbia te święta!… To jedyne dni, kiedy czuje choć odrobinę wsparcia – choćby ze strony dalekiego, mistycznego, ale bliskiego człowieka”. I przed urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę już żadnych prezentów od „ojca”, którego nie ma. „Upieczcie po prostu mój ulubiony tort 'Ptasie Mleczko’ i tyle”. Żyliśmy skromnie, z pensji mamy i babci. Dlatego, gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego razu sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym pracował za niego jako Święty Mikołaj w przedszkolach i rodzinach przed Nowym Rokiem. Od razu zrezygnowałem z przedszkoli – uznałem iż to za trudne, trzeba tam odgrywać całe przedstawienia w parze z Śnieżynką. Ale na indywidualne wizyty po mieszkaniach w dniu Nowego Roku zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresami klientów. Program był prosty i łatwo go zapamiętałem – to nie egzamin z matematyki. Ale strach przed kompromitacją był spory. Jednak pierwszy raz zaskakująco się udał. Kiedy wróciłem do domu po odwiedzinach dzieci i policzyłem zarobek, o mało nie zatańczyłem z radości. Za pół roku noszenia skrzyń i worków nie zarobiłem tyle, co w jeden dzień. Od tej pory zimą regularnie przebierałem się za Mikołaja, a latem dorabiałem w studenckich brygadach budowlanych. Dopóki studiowałem, nie układało mi się w życiu osobistym – nie było na to czasu: nauka, dorywcze prace. Oczywiście były dziewczyny, ale do ślubu jakoś nie dochodziło. „Jak skończę studia, znajdę prestiżową pracę, sensowną pensję, urządzę się… Wtedy pomyślę o rodzinie”, marzyłem. Po studiach, jako inżynier na niskim stanowisku, zacząłem myśleć o kupnie używanego samochodu. W rodzinie mieliśmy już średni poziom życia, ale na auto nie wystarczało, a bardzo chciałem mieć własny samochód. Postanowiłem znów zostać Mikołajem. Mama wyjęła z szafy mój kostium, zdjęła folię, zaczęła go odświeżać. Doszyła dużo brokatu – cały się błyszczał. Rozczesana biała broda też mi się podobała, bo zasłaniała twarz. Przyczepiłem gęste brwi i w lustrze byłem z siebie zadowolony. Mama westchnęła: – Arek, pora już mieć własne dzieci, a ty ciągle bawisz cudze. – Jeszcze zdążę, – machnąłem ręką. – No to trzymaj za mnie kciuki, mamo! – pocałowałem ją w policzek i ruszyłem do pracy. Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety i dostałem piętnaście zamówień. Odpracowałem już sześć adresów, wyczytałem następny: „ul. Sadowa 6, mieszkanie 19”. Wysiadłem z tramwaju i ruszyłem na miejsce. Sadowa to niemal obrzeża miasta, było tam ciemno. Dom numer 6 znalazłem szybko. Wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Otworzył mi chłopiec, jakieś pięć-sześć lat. – Na polanie, pod lasem, mieszkam w leśnej chatce… – zacząłem rutynowo. Ale chłopiec przerwał: – My nie zapraszaliśmy Mikołaja! – Mnie nie trzeba zapraszać, sam przychodzę do grzecznych dzieci, – powiedziałem szybko, chociaż się trochę speszyłem. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do babci Toni na zastrzyk. Zaraz wróci. – A jak masz na imię? – Arek. „No proszę, imiennik”, – uśmiechnąłem się w myślach. Ale nie zdradziłem imienia – przecież jestem Mikołajem! – Arek, a gdzie jest wasza choinka? – W moim pokoju. Chłopiec wziął mnie za rękę i zaprowadził do niewielkiego, skromnie umeblowanego pokoiku. Na stoliku przy łóżku zamiast choinki stała gałązka świerku w słoiku, przystrojona małymi ozdobami i kolorową girlandą. Obok, w identycznych ramkach, stały dwa zdjęcia – mężczyzny i kobiety. Spojrzałem na nie i… Zamarłem… Na jednym z nich byłem… ja! „To niemożliwe!” Przyjrzałem się z bliska. Tak, to ja – na studenckiej fotografii w kurtce. A obok zdjęcie dziewczyny – Leny Górnowej. Poznaliśmy się latem na studenckiej budowie. Jej portret był już dorosły. Patrzyła łagodnymi, smutnymi oczami – bardzo podobna do tej wesołej, młodej Leny. – Kto to? – zapytałem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja? – Moja. – Lena? – wyrwało mi się. – O! Naprawdę! Zgadł pan! To znaczy, iż pan jest prawdziwym Mikołajem? Myślałem, iż naprawdę nie istnieje! – A to kto? – wskazałem na swoje zdjęcie, już się domyślając, iż Arek to mój syn. – To mój tata! Prawdziwy polarnik! Wyobraża pan sobie, mieszka i pracuje na wielkiej krze lodowej! Mama mówi, iż wyjechał, gdy byłem mały. Nigdy go nie widziałem… choćby nie pamiętam. Ale zawsze dostaję od niego prezenty na urodziny i Nowy Rok. I w ten Nowy Rok też rano znajdę pod poduszką prezent od taty. Mikołaj lubi tam chować prezenty. Zamarłem, przypomniawszy sobie dzieciństwo i własnego „tatę-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają ojców-łajdaków na biegun północny? Okazałem się jednym z nich. Zrobiło mi się okropnie, jakby los wbił mi nóż w serce. Przypomniałem sobie nasz burzliwy, krótki romans z Leną… Rozstając się, wymieniliśmy się numerami. Ale zaraz po powrocie do domu jej nie zadzwoniłem, a po kilku dniach ktoś ukradł mi telefon. Często o niej myślałem, ale życie, nauka, koledzy i koleżanki wyparli ją z pamięci… A ona mieszkała w tym samym mieście. Nie tylko mnie nie zapomniała – sama wychowywała naszego syna i postawiła moje zdjęcie obok swojego. Chciałem powiedzieć Arkowi, iż jestem jego ojcem, gdy otworzyły się drzwi i weszła Lena: – Synku, przepraszam za spóźnienie. Babci Tosi musiała przyjechać karetka i zabrać do szpitala. Zobaczyła mnie i zawołała: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia zalały mi twarz. Zdjąłem czapkę razem z brodą, zerwałem brwi… – Arek?! – Lena była w szoku. Usiadła jak rażona na pufie w przedpokoju i rozpłakała się tak głośno, iż synek Arek się przestraszył. Ale Lena gwałtownie się opanowała, widząc syna. A ja powiedziałem mu, iż przyleciałem z Bieguna Północnego, żeby zrobić niespodziankę jemu i mamie jako Święty Mikołaj. euforia Arka była nie do opisania. Śmiał się, śpiewał, recytował wiersze, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów na długo odlecę. O prezencie choćby nie pomyślał. Wiedział, iż Mikołaj schowa go pod poduszkę. Arek zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozłąki. Rano pobiegłem po jeszcze jeden prezent i dopiero wtedy odkryłem, iż pomyliłem adresy. Wszedłem do domu 6A, a powinienem do 6. W nocy nie zauważyłem tej literki „A” i trafiłem nie tam, gdzie trzeba. A tak naprawdę – do NAJWAŻNIEJSZEGO dla mnie domu! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek”, myślałem, uśmiechając się. Teraz jesteśmy we troje! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnukiem – Arkiem Arkadiuszowiczem!
Antoni­na Pietrow­na szła przez deszczowe ulice Warszawy i płakała. Łzy mieszały się z kroplami deszczu na jej twarzy. „Jedna euforia – pada deszcz, nikt nie widzi łez”, myślała. A potem: „Sama winna! Weszłam nie w porę, nieproszona gościni.” Szła i płakała. Ale zaraz wybuchnęła śmiechem, przypominając sobie polski dowcip, w którym zięć prosi teściową: „Mamo, choćby herbaty nie napijesz się?” Teraz sama była tą „mamą”. Płakała i śmiała się na przemian. W domu zrzuciła mokre ubranie, wtuliła się w koc i już płakała bez krępacji – tylko złota rybka w okrągłym akwarium mogła ją usłyszeć. Antoni­na była atrakcyjną kobietą i zawsze cieszyła się zainteresowaniem panów. Z ojcem Nikity nie udało się – popijał, na początku znośnie, potem zaczął chorobliwie zazdrościć o każdego: sąsiada, dziadka z laską, sprzedawcę w mięsnym. Gdy raz Antoni­na uśmiechnęła się sąsiadowi, mąż oszalał, pobił ją boleśnie na oczach syna. Nikita wszystko opowiedział dziadkom. Mama Antoniny zapłakała: „Nie po to córkę wychowywałam, żeby ją jakikolwiek pijak bił!” Ojciec bez słowa wyniósł zięcia z czwartego piętra – złamał mu rękę, zagroził, po czym ten zniknął na zawsze. Antoni­na więcej za mąż nie wyszła – musiała wychowywać syna. Miała dobrą pracę jako technolog żywności w kameralnej restauracji, pieniądze odkładała na mieszkanie. Kiedy uzbierała potrzebną sumę, Nikita się ożenił z uroczą Anastazją. Antoni­na podarowała młodym nowe dwupokojowe mieszkanie, ślub zorganizowała – bo przecież im bardziej potrzebne! Teraz odkładala dla dzieci na nowy samochód – ileż można jeździć starym fiatem? Tego dnia nie zamierzała odwiedzać syna – nie lubiła narzucać swojej obecności. Ale akurat była w pobliżu, kiedy lunął deszcz. Bez parasola, przemoczona do suchej nitki, postanowiła zajrzeć i poczekać, może z Anastazją pogadać, wypić razem herbatę. Anastazja otworzyła drzwi, zdziwiona patrzyła na Antoni­nę: „Antoni­na Pietrow­na, czegoś pani chciała?” Antoni­na zaczęła się tłumaczyć: „Tylko na chwilkę, deszcz…” „Deszcz już skończony. Niedaleko pani ma, da radę!” – odpowiedziała chłodno synowa, nie wpuszczając dalej. Antoni­na wyszła, cała we łzach. W domu zasnęła. Śniła jej się złota rybka – wyrosła nagle, mówiła: „Płaczesz? Ty głupia! choćby herbaty w deszcz ci nie nalali. Zbierasz dla nich na samochód, a oni choćby nie docenią! Żyj wreszcie dla siebie – pojedź nad polskie morze, odpocznij!” Antoni­na obudziła się już po zmroku. Rybka w akwarium poruszała pyszczkiem, ale Antoni­na już nie rozumiała jej języka – zrozumiała za to jedno: nie wolno poświęcać się niewdzięcznym ludziom, takim, którzy choćby herbaty nie naleją i nie pozwolą przeczekać deszczu. Antoni­na wzięła pieniądze zbierane na samochód dla dzieci i kupiła sobie wakacje nad Bałtykiem. Wróciła piękna, opalona i szczęśliwa. Nikita z Anastazją choćby nie wiedzieli – dzwonili tylko, gdy czegoś potrzebowali. Antoni­na przestała unikać mężczyzn – znalazła adoratora, dyrektora restauracji, gdzie pracowała. Od dawna jej się podobał, ale Antoni­na ciągle żyła synem i synową. Teraz wreszcie się poukładało – razem do pracy i z pracy, życie nabrało kolorów. Niedawno Anastazja zajrzała: „Dlaczego pani nie przychodzi, nie dzwoni? Nikita ogląda samochód!” „Anastazja, czegoś potrzebujesz?” – odpowiedziała już z dystansem Antoni­na. Z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pijemy!” – uśmiechnęła się Antoni­na. „Zapraszaj gościa!” „Nie, Anastazja już wychodzi. Herbaty nie pije, prawda?” Antoni­na zamknęła drzwi za synową i z uśmiechem puściła oczko rybce: „Tak to się robi!”
Nie potrafiłam pokochać – Dziewczyny, przyznajcie się, która z was jest Lila? – zagadnęła nas z figlarnym uśmiechem młoda kobieta. – Ja jestem Lila. A co się stało? – odparłam zaskoczona. – Masz tu list, Lila. Od Włodka – powiedziała nieznajoma, wyciągając z kieszeni fartucha pogniecioną kopertę. – Od Włodka? A gdzie on teraz? – zdziwiłam się. – Przenieśli go do internatu dla dorosłych. Czekał na ciebie, Lila, jak na zbawienie. Wypatrywał cię bez końca. Dał mi ten list do sprawdzenia błędów, żeby się przed tobą nie wygłupić. Muszę już lecieć, zaraz obiad. Pracuję tutaj jako wychowawczyni – spojrzała na mnie z wyrzutem, westchnęła i zniknęła. … Pewnego lata, mając po szesnaście lat i korzystając z wakacyjnych uroków, z przyjaciółką przypadkowo weszłyśmy na teren nieznanego ośrodka. Usiadłyśmy ze Swietą na wygodnej ławce. Rozmowy, śmiechy, pełna beztroska. Nagle podeszło do nas dwóch chłopaków. – Cześć dziewczyny! Nudzicie się? Poznamy się? – zagadnął ze śmiałością jeden, podając mi rękę. – Włodek. Odpowiedziałam: – Lila. A to moja koleżanka Swieta. A jak ma na imię twój cichy przyjaciel? – Leon – odezwał się nieśmiało drugi chłopak. Wydali nam się trochę staromodni, za bardzo poukładani. Włodek powiedział poważnie: – Dziewczyny, po co takie krótkie spódnice? A Swieto, masz bardzo odważny dekolt. – Oj chłopcy, nie zaglądajcie, gdzie nie trzeba. Bo jeszcze oczy wam się rozbiegną – roześmiałyśmy się. – Ciężko nie zerkać, jesteśmy chłopakami. Palicie papierosy? – dopytywał Włodek. – No jasne, tylko „na pokaz” – odpowiadamy żartem. Dopiero wtedy zauważyłyśmy ze Swietą, iż chłopcy mają problem z nogami. Włodek ledwo chodził, Leon mocno utykał. – Leczycie się tu? – zgadłam. – Tak, miałem wypadek na motocyklu, Leon skoczył niefortunnie do wody ze skały – wyrecytował Włodek. – Niedługo nas wypiszą. Uwierzyłyśmy w ich historię, nie wiedząc, iż Włodek i Leon są inwalidami od dzieciństwa i skazani na życie w internacie. Byłyśmy dla nich powiewem wolności. Zamknięci w świecie pozostałych, mieli zawsze jakąś wymyśloną wersję o wypadku. Okazali się mądrzy, ciekawi, oczytani. Od tego dnia co tydzień odwiedzałyśmy chłopaków. Żal nam ich było, chciałyśmy ich rozweselić, a także uczyć się od nich. Spotkania weszły w nawyk. Włodek przynosił mi kwiaty z rabaty, Leon dawał Swiecie zrobione własnoręcznie origami, wręczał nieśmiało. Potem siadaliśmy razem – Włodek tuż obok mnie, Leon zwracał się plecami, całą uwagę skupiając na Swiecie, która odczuwała miłe zażenowanie. Długie, ciepłe lato gwałtownie minęło. Przyszła deszczowa jesień, skończyły się wakacje, zaczęła się matura. Zapomniałyśmy o chłopakach. … Był koniec szkoły, egzaminy, ostatni dzwonek, bal maturalny. Potem znowu lato, czas nadziei. Z Swietą wróciłyśmy na teren internatu, żeby odwiedzić dawnych znajomych. Usiadłyśmy na tej samej ławce, czekając na Włodka z kwiatami i Leona z origami. Niestety, dwie godziny czekałyśmy na próżno. Nagle pojawiła się dziewczyna, wręczyła mi list od Włodka. Otworzyłam kopertę: „Najdroższa Lilio! Jesteś moim pachnącym kwiatem! Nieosiągalną gwiazdą! Może nie wiesz, iż zakochałem się w tobie od pierwszego spotkania. Nasze rozmowy były dla mnie życiem. Już pół roku patrzę na okno, czekam na ciebie. Zapomniałaś o mnie. Szkoda! Idziemy innymi drogami, ale dziękuję, iż dałaś mi poznać prawdziwą miłość. Pamiętam twój aksamitny głos, uśmiech, delikatne dłonie. Jak mi źle bez ciebie, Liliu! Chciałbym cię zobaczyć choć raz! Mi i Leonowi stuknęło osiemnaście lat. Na wiosnę przeniosą nas do innego internatu. Pewnie się już nie spotkamy. Moje serce w strzępach! Może uda mi się cię „odchorować” i wyzdrowieć. Żegnaj, jedyna!” Podpis: „na zawsze twój Włodek” Z listem był zasuszony kwiat. Zrobiło mi się bardzo wstyd i żal, iż nie da się już nic naprawić. Przypomniały mi się słowa: „Jesteśmy odpowiedzialni za tych, których oswoiliśmy.” Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielką miłość czuł do mnie Włodek – ja nie potrafiłam odpowiedzieć mu uczuciami. Była tylko przyjaźń, fascynacja jego wiedzą i rozmową. Tak, czasem kokietowałam, podsycałam ogień jego zainteresowania, nie przewidziałam, iż ta zabawa roznieci taką miłość. …Od tamtej pory minęło wiele, wiele lat. List od Włodka wyblakł, kwiatek rozsypał się w proch. Wciąż pamiętam nasze niewinne spotkania, swobodne rozmowy, śmiech przy jego żartach. …Ta historia ma dalszy ciąg. Swieta poruszona losami Leona, którego rodzice odrzucili przez „inność”, skończyła pedagogikę i pracuje w internacie dla dzieci z niepełnosprawnościami. Leon został jej mężem, mają dwóch dorosłych synów. Włodek, jak mówi Leon, mieszkał przez lata w samotności. Gdy Włodek miał czterdzieści lat, jego matka po latach odwiedziła go w internacie, zobaczyła schorowanego syna, zapłakała, odżył w niej zapomniany matczyny wzgląd i zabrała Włodka do wsi. Co dalej – tego nikt już nie wie…
Jutro rozpocznie się Festiwal Teatrów Dla Dzieci