Dzieci

Ledwo skończyła się przerwa świąteczna a zaraz ferie. Matka: Zaraz zużyję połowę urlopu!
Tragiczna seria na Syberii. Śledztwo po śmierci dziewięciorga noworodków
Ojciec wyznał, iż dzieci go męczą: "Czy jestem potworem?". Reakcja w sieci zaskakuje
Codziennie odwiedzam wnuki w ich szkole
Bank Pekao sypie pieniędzmi. Daje 300 zł za proste czynności
Kiedy byłam w pracy, mój mąż poszedł odebrać dzieci, a kiedy do niego poszłam, nie otworzył mi drzwi.
Zestawy LEGO Pokemon nadchodzą, czy to dobry materiał na flipa?
Ile kosztuje w czasie ferii dzień w aquaparku dla rodziny? "Mają rozmach"
10 książek dla dzieci, które nas ostatnio zachwyciły!
„Wypieraj się z mojego domu!” – powiedziałem do teściowej, gdy znów zaczęła mnie obrażać.
Praktyczny niezbędnik rodzica – Top 5 produktów „must have”, które warto mieć pod ręką dla niemowląt i małych dzieci
Została zdradzona i straciła całą rodzinę. "To powinna być moja córka"
Powiedziała o oczekiwaniach względem polskich matek. "Tego nie da się pogodzić"
Dar z nieba… Poranek był ponury, ciężkie chmury nisko snuły się po niebie, w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza – pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie śpieszyła się, by zawładnąć światem. Zimny wiatr porywał zeszłoroczne liście i przeganiał je z miejsca na miejsce, młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zaskorupiałą ziemię, pąki na drzewach wciąż czekały na swoją kolej. Przyroda tęskniła za deszczem. Zima była uboga, wietrzna i mroźna – ziemia nie zdążyła odpocząć, nie napiła się wody, nie wyspała się pod śnieżną kołdrą i teraz z niecierpliwością oczekiwała burzy. A burza przyniesie wytęsknioną wilgoć, napoi ziemię obfitym deszczem, obmyje ją z kurzu i brudu, przywróci do życia. Wtedy dopiero zakwitnie prawdziwa, hojna, rozkwitająca wiosna – jak młoda kobieta, pełna miłości i czułości. Ziemia obdarzy nas soczystą trawą i kolorowymi kwiatami, drżącymi listkami i słodkimi owocami na drzewach. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną wić gniazda wśród świeżej zieleni i kwitnących sadów. Życie trwa. – Szymon, chodź na śniadanie! – zawołała Magda. – Kawa stygnie. Z kuchni rozchodził się zapach kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Magdy, bezsennej nocy i trudnych rozmyślaniach, najchętniej nie wychodziłoby się z łóżka. Ale trzeba – życie toczy się dalej. Magda wyglądała też na wymęczoną, oczy miała czerwone, pod nimi ciemne cienie. Ustawiła się do pocałunku, blada, lekko się uśmiechając. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo marzę o deszczu! Kiedy ta prawdziwa wiosna wreszcie nadejdzie? Wiesz, pomyślałam dzisiaj o wierszu: Czekam wiosny, jak wybawienia Od zimowej plątaniny Wiosny czekam – jak objawienia Wyjaśnienia każdej drobiny Wszystko mi się zdaje, iż z nią Naprawi się to, co trudne. Zdaje mi się, iż ona – ona jedyna Załagodzi wszystko, będzie prościej A potem – szczerzej, bezpieczniej i pewniej. Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź do nas wreszcie! Szymon objął ją, pocałował w pochyloną ze smutkiem, jasną głowę, której włosy pachniały łąką i rumiankiem. Ścisnęło mu się serce, żal było ukochanej – za co nas Bóg tak pokarał? Mieli chociaż nadzieję – tym żyli przez te wszystkie lata… Ale wczoraj znany profesor, ich ostatnia nadzieja, postawił kropkę na oczekiwaniach. – Bardzo mi przykro, ale nie możecie mieć dzieci. Twój pobyt w Czarnobylu, Szymonie, nie przeszedł bez śladu. Niestety, tu medycyna jest bezsilna. Magda stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami: – Szymon, dużo myślałam i zdecydowałam. Musimy zabrać dziecko z domu dziecka. Ile tam jest nieszczęśliwych dzieci… Weźmiemy chłopca, wychowamy, będziemy mieć synka. Zgodzisz się? Tak długo czekaliśmy na syna, tak długo… Łzy spływały po jej policzkach – Szymon przytulał ją mocno i też nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście się zgadzam! Nie płacz, kochanie. W tej chwili rozległ się potężny grzmot. Dom zadrżał od tej uroczystej kanonady. I lunął deszcz. Rozwarły się niebiosa! Wreszcie Bóg wysłuchał ich modlitw! Wytęskniony deszcz lał jak z cebra, nagle pociemniało, jakby nastała noc. Grzmoty i błyskawice nie ustawały – aż nad samym dachem. Magda z Szymonem stali objęci przy oknie, do środka wpadały chłodne krople, zapach deszczu dodawał sił. Ta czarna zasłona, która jeszcze przed chwilą spowijała ich dusze, topniała, rozpuszczała się, zmywana tym pierwszym wiosennym deszczem. Chciało się tylko, by padało jak najdłużej! Ten upragniony wiosenny deszcz – symbol życia, jego trwania i rozkwitu! Kilka dni później stali przed drzwiami domu dziecka. Byli umówieni na spotkanie – przyszli wybrać syna, wyczekanego synka, Mateuszka, Maćka… Już go kochali, chociaż jeszcze nie poznali. Kochali tę miłością nagromadzoną przez lata czekania na szczęście bycia rodzicem. Serce waliło, od emocji brakowało tchu. Szymon zadzwonił do drzwi – już na nich czekano. Po rozmowie z dyrektorką zaprowadzono ich do sal z dziećmi. W pierwszym pokoju wpadła Magdzie w oko dziewczynka w mokrych śpioszkach, siedząca na wilgotnej ceracie. Brudna koszula, zaschnięty katar pod nosem, wielkie niebieskie oczy, które smutno patrzyły na dorosłych. Całą jej osobę przenikał smutek, zaniedbanie i poczucie niepotrzebności. Oto dom dziecka – przystań porzuconych, niechcianych dzieci! W kolejnym pokoju – w łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Siostra opiekunka przedstawiała ich imiona, wiek i krótką historię rodziców. Dzieci były czyściutkie, leżały na świeżych prześcieradłach. Siostra wyjmowała je delikatnie, pokazywała ze wszystkich stron. „Jak na rynku” – pomyślał Szymon. „A my jak kupcy. Jeszcze tylko ceny brakuje.” – Szymon, wróćmy do tej biednej dziewczynki – szepnęła Magda. Szymon ścisnął jej ramię: – Siostro, chcielibyśmy zobaczyć jeszcze tę dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieli państwo chłopca! Ta dziewczynka nie była przygotowana do adopcji. – Chcemy jednak zobaczyć ją jeszcze raz. Siostra była wyraźnie zdziwiona, ale poprowadziła ich z powrotem. – Zawołam panią Annę – dyrektorkę. Proszę poczekać tu na krzesełku. Magda wtuliła się w ramię Szymona. – Szymon, weźmy ją… Serce mi zadrżało, gdy ją zobaczyłam. – Mi też… Podobna do ciebie… Oczka, włoski, i taka nieszczęśliwa… Przyszła siostra z Anną, dyrektorka była wyraźnie zatroskana. – Państwo wybrali niewłaściwe dziecko. Ona wam nie pasuje. – Ale my chcemy właśnie ją, taka podobna do mojej Magdy, sami zobaczcie! – Szymon stanowczo ruszył do pokoju z dziewczynką. Dziecko zdążono już przebrać i umyć, zmienić mokre śpioszki, twarzyczka się zaróżowiła, oczka zabłysły. Gdy zobaczyła, iż dorośli się przy niej zatrzymali – rozpromieniła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła rączki i próbowała wstać – wtedy Magda chwyciła Szymona za rękę, bo… stópki dziewczynki były wykręcone. Szymon bez wahania wziął ją na ręce – dziewczynka przywarła do jego twarzyczki, zamarła. Oczy mu się zaszkliły, Magda wtuliła twarz w jego ramię. Anna odwróciła się i otarła łzy: – Chodźcie ze mną. Siostro, proszę zabrać Hanię – powiedziała i poprowadziła ich do gabinetu. Dziewczynka urodziła się w głębokiej północnej wsi, w biednej wielodzietnej rodzinie. Najwyraźniej nikt jej nie chciał – urodziła się z wadą nóg. Ojciec od razu odmówił zabrania jej do domu, nie chciał utrzymywać kolejnego dziecka, a tym bardziej kaleki. Tak Hania trafiła do domu dziecka. – Teraz zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko. Ma szansę być zdrowa, ale to ciężka praca, ogromne wydatki i wielka, wytrwała miłość. Nie śpieszcie się z decyzją – podaję adres profesora, który ją badał. Opowie, z czym musicie się mierzyć. Daję wam miesiąc na przemyślenie. Miesiąc później Magda i Szymon postanowili – Hanię zabiorą. Konsultacja u profesora w Gdańsku potwierdziła – operacje mogą naprawić to, co zawiniła natura. choćby blizn nie zostanie – a ich Hania będzie biegać jak każde dziecko. Szymon podliczył finanse – muszą sprzedać nowy samochód i przerwany w połowie dom… Uparli się jednak. Z utęsknieniem czekali na wyznaczony termin. Kiedy wrócili do dobrze znanych drzwi z naręczem kwiatów i prezentów – u Anny łzy wzruszenia w oczach. „Jakie szczęście – jeszcze jedno skrzywdzone dziecko znajdzie rodzinę…” Hania podrosła, złote loczki kręciły się bardziej, policzki zaróżowione, pierwsze ząbki. Dziewczynka już gaworzyła i uśmiechała się, garnęła na ręce. Cały dzień spędzili z nią w domu dziecka, nasłuchali się dobrych rad, ale do domu Hani jeszcze nie zabrali. Czekały ich formalności, sądowy proces odebrania praw rodzicielskich biologicznym rodzicom. W końcu, gdy przywieźli Hanię do domu, Magda rzuciła pracę i całkowicie się jej poświęciła. Przygotowywali dziewczynkę do pierwszej operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc w szpitalu – już potem pokazywała Szymonowi, jak sama je kaszkę, jak miauczy kotek, jak bodzie rogata koza. Na nóżki patrzeć jeszcze trudno, ale Hania jest bystra, rozmowna, wcześnie zaczęła mówić, zna wszystkich po imieniu, z wszystkimi się wita. Najbardziej jednak kocha Szymona – „mój tatusiu”… Teraz już i Magda nazywa go „tatuś”. A on – nie wyobraża sobie bez niej życia. Po roku zaczęła seria dalszych operacji, kilka wyjazdów do Gdańska. Ile to kosztowało cierpienia, ile odwagi i nocy nieprzespanych przy łóżku w szpitalu! Wreszcie triumf – nóżki jak u wszystkich dziewczynek! W piątym roku życia Hania poszła do przedszkola, gdzie odkryła pasję do rysowania. W wieku sześciu lat rozpoczęła naukę w szkole plastycznej. Jej rysunki coraz częściej pojawiały się na wystawach – słoneczne pejzaże, pogodne scenki budziły zachwyt, a wiek artystki szokował dorosłych. W siódmym roku poszła do szkoły – gwałtownie została liderką klasy, świetnie się uczyła, była wesoła, uzdolniona i otoczona przyjaciółmi. Rodzice byli z niej dumni – nikt nie domyślał się, ile przeszła ta dziewczynka i jej rodzice – nie ci, od których się urodziła, ale ci, którzy dali jej miłość i bezpieczeństwo. Szczęście nie opuszczało Magdy i Szymona – po pojawieniu się Hani w ich rodzinie, interesy Szymona zaczęły się poprawiać, udało im się przeprowadzić do Gdańska. Hania trafiła do prestiżowej szkoły, dziś chodzi już do szóstej klasy, wciąż uczy się świetnie, rozwija swoje talenty. To piękna, niebieskooka dziewczynka o jasnym warkoczu, serdeczna i pogodna – ulubienica wszystkich, ukochany dar z nieba…
Pewnego dnia, gdy spodziewałam się drugiego dziecka, do drzwi zapukała dziewczyna z niemowlęciem.
Seria zgonów noworodków w rosyjskim szpitalu. Jest śledztwo
Polska pójdzie śladem Australii? KO pracuje nad zakazem mediów społecznościowych dla dzieci
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75331 Brzeszczot
Matka przedszkolaka uważa, iż to poniżanie. „Moje dziecko nie jest jabłuszkiem ani malinką”
29-letnia Pola przeszła zabieg sterylizacji. "Poczułam prawdziwą wolność"
Zostałam matką zastępczą dwa razy: Teraz mam wszystko, czego potrzebujemy do spokojnego życia dla mnie i moich dzieci
Wspólne kolędowanie w Rudzie Malenieckiej [wideo, zdjęcia]
Jeszcze mamy w domu sporo do zrobienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała się do drzwi, długo mocowała się ze starym, już zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego starego, nieogrzewanego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W izbie czuć było, iż dawno nikt tu nie mieszkał. Nie było jej tylko trzy miesiące, ale sufity zdążyły już pokryć się pajęczyną, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją niemal z wyrzutem: gdzieś Ty się podziewała, gospodyni, na kogo zostawiłaś?! Jak my tu przezimujemy?! – Zaraz, zaraz, mój drogi, poczekaj troszkę, odpocznę… Napalę w piecu, rozgrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna krzątała się żwawo po starym domu: wybielić, odmalować, przynieść wodę. Jej mała, lekka sylwetka to pochylała się w pokłonach przed ikonami, to uwijała przy piecu, to biegała po ogrodzie, zdążając posadzić, wypielić, podlać. I dom cieszył się razem z gospodynią – wesoło skrzypiały deski pod szybkim, lekkim krokiem; drzwi i okna otwierały się od pierwszego muśnięcia jej spracowanych dłoni, a piec piekł puszyste drożdżówki. Dobrze im było razem: Walentynie i jej staremu domowi. Wcześnie pochowała męża, wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła i wyprowadziła na ludzi. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy podpułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko wpadają w odwiedziny. Tylko najmłodsza córka Tamara została na wsi, główny agronom, całe dnie w pracy, do matki wpada w niedzielę, roztacza nad nią opiekę, częstuje domowymi ciastami – i znowu tydzień się nie widzą. Pociechą jest wnuczka Świetlana – można powiedzieć, iż wychowała się przy babci. A jaka z niej dziewczyna urosła! Piękność! Duże szare oczy, włosy w kolorze dojrzałego owsa aż do pasa, kręcone, ciężkie, lśniące – aż fosforyzują w słońcu. Zwiąże w koński ogon, kosmyki opadają na ramiona – chłopakom z okolicy aż mowę odbierało. Od wiejskiej dziewczyny – a taka postawa, taka uroda! Babcia Walentyna za młodu była ładna, ale gdyby przyłożyć stare zdjęcie do zdjęcia wnuczki – jakby pasterka i królowa… I mądra zarazem. Skończyła w Poznaniu Uniwersytet Przyrodniczy, wróciła do rodzinnej wsi, pracuje jako ekonomistka. Wyszła za mąż za lekarza weterynarii i dzięki programowi mieszkaniowemu dla młodych rodzin dostali nowy dom. A co to był za dom! Solidny, murowany, po tamtych czasach – willa niemal, nie dom. Jedno tylko: babcia miała wokół chałupy sad, wszystko rosło, wszystko kwitło. A wokół nowego domu wnuczki jeszcze nic nie zdążyło wyrosnąć – kilka rachitycznych roślin. Świetlana, choć dziewczyna wiejska, zbytnio nie umiała sobie radzić z ogrodem. Była raczej delikatna, babcia chroniła ją całe życie przed przeciągami i cięższą pracą. A jeszcze urodził się syn, Wacek. I już całkiem zabrakło czasu w grządki i ogród. I zaczęła Świetlana namawiać babcię: chodź, zamieszkaj z nami – dom duży, z wszystkimi wygodami, nie trzeba palić w piecu. Babcia Walentyna zaczęła podupadać na zdrowiu, stuknęło jej osiemdziesiąt lat, i jakby choroba czekała na tę okrągłą rocznicę – nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Dała się namówić na przeprowadzkę. Pomieszkała u wnuczki parę miesięcy. A potem usłyszała: – Babciu kochana, wiesz jak cię bardzo lubię! Ale czemu tylko siedzisz? Ty przecież całe życie byłaś w ruchu, pracowałaś! A u mnie tylko przesiadujesz… A ja tu chcę gospodarzyć, liczyłam, iż mi pomożesz… – Ależ córeczko, już nie mam sił, nogi mnie nie niosą… staruszka jestem… – Heh… Jak byłaś u siebie – to nie byłaś taka stara… gwałtownie więc babcię, która nie spełniła oczekiwań, odesłano z powrotem, do własnego domu. Zmartwiona, iż zawiodła ukochaną wnuczkę i nie pomogła jej, babcia Walentyna jeszcze bardziej podupadła. Nogi ledwo powłóczyły po podłodze, już się nabiegały przez życie, zmęczyły się. Przejście od łóżka do stołu stało się wyzwaniem, a do ukochanego kościółka – nierealne. Proboszcz, ksiądz Wojciech, sam zaczął ją odwiedzać; przed chorobą była gorliwą pomocnicą przy wszystkich pracach w parafii. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, zajęta istotną sprawą – pisała do synów swoje comiesięczne listy. W chacie było chłodno: piec prawie nie nagrzany. Podłoga lodowata. Na sobie miała najcieplejszy, już podniszczony sweter, brudnawą chustkę – a to przecież ona była pierwszą pedantką i czyścioszką, na nogach znoszone filcowe kapcie. Ksiądz Wojciech westchnął: konieczna jest pomoc dla babci. Kogo by tu poprosić? Może Annę? Mieszka niedaleko, jeszcze zdrowa, dwadzieścia lat młodsza od babci. Wyjął chleb, pierniki, połowę dużego, wciąż ciepłego pieroga z rybą (ukłon od żony, pani Aleksandry). Podwinął rękawy sutanny i wysypał popiół z pieca, trzy razy przyniósł drewno i ułożył w kącie. Rozpalił ogień. Przyniósł wody i postawił na piecu czajnik. – Synku kochany! Oj, to znaczy… księże kochany! Pomóż mi na kopertach napisać adresy. Bo jak ja tą swoją kurzą łapką nabazgrolę, to nic nie dojdzie! Ksiądz przysiadł, napisał adresy, kątem oka rzucił wzrokiem na kartki z krzywymi linijkami. Uwagę przyciągnęły wielkie, drżące litery: „A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Z tym iż wszystkie te kartki o dobrym życiu babci Walentyny były w plamach po rozmazanych literach – a plamy widocznie ze łzami. Anna wzięła seniorkę pod swoją opiekę, ksiądz Wojciech regularnie ją spowiadał i udzielał komunii, z okazji większych świąt mąż Anny, pan Piotr, emerytowany marynarz, przywoził ją motorem na mszę. Życie powoli zaczęło się układać. Wnuczka już się nie pokazywała, a potem, po paru latach, poważnie zachorowała. Miała od dawna problemy żołądkowe, te dolegliwości zwalała na wrzody. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd się to wzięło – nie wiadomo, spaliła się Świetlana w pół roku. Jej mąż prawie zamieszkał na cmentarzu: kupował butelkę, pił, spał przy grobie, budził się i szedł po nową butelkę. Czteroletni syn Wacek nie był nikomu potrzebny – brudny, zasmarkany, głodny. Wzięła go Tamara, ale przez swoją pracę nie mogła zająć się wnukiem, więc zaczęto szykować Wacka do domu dziecka. Internat uważano za niezły: energiczny dyrektor, pełne wyżywienie, dzieci można było brać do domu na weekendy. Nie to samo co dom, ale Tamara nie miała wyjścia – w pracy zostawała do późna, a do emerytury jeszcze daleko. I wtedy, w wózku starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą siedział korpulentny sąsiad pan Piotr, w pasiastej marynarce, z tatuażem kotwicy na ręku. Oboje mieli wojowniczy wyraz twarzy. Babcia Walentyna powiedziała krótko: – Wacka biorę do siebie. – Mamo, ty ledwie chodzisz! Jak sobie poradzisz z maluchem? Trzeba mu i ugotować i wyprać! – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła babcia. Tamara, zdumiona stanowczością zwykle łagodnej mamy, zamilkła, zamyśliła się i zaczęła poganiać rzeczy wnuka. Pan Piotr zawiózł staruszkę i dziecko do domku, rozładował, a potem niemal na rękach wniósł ich do chaty. Sąsiedzi krytykowali babcię: – Dobra kobieta, wiejska święta, ale chyba już na stare lata zwariowała: sama ledwie żywa, a tu jeszcze dziecko do domu wzięła… To nie szczeniak – potrzebuje opieki… I gdzie ta Tamarą ma głowę! Po niedzielnej mszy ksiądz Wojciech poszedł do babci Walentyny, z nie najlepszymi przeczuciami, czy nie będzie musiał odbierać głodnego i zaniedbanego Wacka od niemogącej już staruszki. W izbie było ciepło, piec porządnie napalony. Czysty, zadowolony Wacek słuchał z kanapy starej bajki o Kotku w butach z adaptera. A niedołężna staruszka żwawo krzątała się po izbie: smarowała tłuszczem blachę, zagniatała ciasto, wbijała jajka do twarogu. A jej stare chore nogi poruszały się gwałtownie i sprężysto – jak przed chorobą. – Księże kochany! A tu właśnie szykuję serniczki… Poczekaj chwilkę – dla żony i Kuby będzie gorący poczęstunek… Ksiądz wrócił do domu jeszcze pod wrażeniem i opowiedział wszystko żonie. Pani Aleksandra chwilę pomyślała, wyjęła z szafy grubą niebieską księgę i odnalazła odpowiednią stronę: „Stara Eufrozyna przeżyła długie lata. Wszystko minęło, przeleciało, marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod bielutkim śniegiem. Już czas, już czas tam, gdzie nie ma choroby, smutku ni westchnień… Pewnego zimowego wieczoru długo modliła się przed ikonami, potem położyła się i powiedziała bliskim: „Zawołajcie księdza, będę umierać.” I twarz jej stała się biała, jak śnieg za oknem. Rodzina zawołała kapłana, Eufrozyna wyspowiadała się, przyjęła komunię, i już dobę leżała bez jedzenia i wody. Tylko lekkie oddechy świadczyły, iż dusza jeszcze nie opuściła starego ciała. Nagle trzasnęły drzwi: powiew mroźnego powietrza i płacz noworodka. – Cicho, cicho, babcia umiera. – Przecież niemowlakowi nie zatkam ust, dopiero się urodził, nie wie, iż nie można płakać… Z porodówki wróciła wnuczka Eufrozyny, Ania, z maleńką córeczką. Rano wszyscy byli w pracy, zostawili umierającą staruszkę i świeżo upieczoną mamę sam na sam. Ania nie miała jeszcze pokarmu, była wyczerpana i nie umiała przystawić córki do piersi, a maleństwo głośno płakało – przeszkadzało Eufrozynie w umieraniu. Umierająca podniosła głowę, znikający wzrok zyskał jasność. Usiadła, opuściła bose stopy na podłogę i zaczęła niezdarnie szukać kapci. Kiedy krewni wrócili z pracy, mając w głowie „babcia już pewnie odeszła”, zastali taki widok: Eufrozyna nie tylko nie miała zamiaru odchodzić, ale przeciwnie – wyglądała rześko. Zdecydowała, iż jeszcze nie pora, i żwawo krążyła po pokoju, kołysząc zadowolone, wreszcie wyciszone niemowlę, podczas gdy młoda mama odpoczywała na kanapie. Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i zakończyła: – Moja prababcia, Wera Eufrozyna, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Mówiła jak w tej piosence: „A pomierać nam się jeszcze nie chce – jeszcze w domu spraw sporo!” Dożyła po tym zdarzeniu jeszcze dziesięciu lat, pomagając mojej mamie i twojej teściowej Anastazji opiekować się mną, swoją ukochaną prawnuczką. Ksiądz Wojciech uśmiechnął się do żony.
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75391 Mikromyśliwiec Y-Wing kapitana Rexa
Najlepszy sport dla dziecka? Nie ma jednego zwycięzcy
– Do kogo? – Maria Fiodorowna wraz z Mikołajem wyszli na ganek i spojrzeli na gościa. – Do Marii Fiodorowny! Jestem jej wnuczką, a adekwatnie prawnuczką. Wnuczka Aleksego – najstarszego syna Marii Fiodorowny.
Ona nie jest moją matką 🍎
Przedwiośnie Stefan Żeromski: streszczenie, analiza, kontekst
1000 zł na drugie dziecko? Tak planują zachęcać do rodzenia
Wiem, iż to moje dzieci” – powiedział, nie podnosząc wzroku. – „Ale… nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, między nami nie ma żadnej więzi
Jesteś pomyłką mojej młodości: Poruszająca historia chłopca wychowanego przez dziadków, odrzuconego przez matkę, który po latach musi zmierzyć się z rodzinnymi więzami i trudnym wyborem między lojalnością a przebaczeniem
Korea Płd.: W XXI wieku „zniknęło” niemal 58 proc. uczniów I klas szkół podstawowych
Okazja Cenowa (Marvel) – 76251 Hełm Star-Lorda
Unia Europejska pod ostrzałem za linkowanie do platform bigtech. Czy Bruksela promuje cyfrowy monopol?
Z życia wzięte. "Mój mąż zawsze wybiera mamę, a nie mnie": Dłużej tak nie wytrzymam
Codziennie chodzę do szkoły mojego wnuka.
Zostałam mamą zastępczą dwa razy: Teraz ja i moje dzieci mamy wszystko, co potrzebne do dobrego życia
Ratunek dla dzieci ze wsi? MEN wraca do pomysłu, który PiS odrzuciło
Noc Naukowców w bocheńskiej bibliotece. realizowane są zapisy na „Misję: Eksperyment”
Mężczyzna odpoczywał w swoim mieszkaniu w Warszawie, gdy dźwięk dzwonka do drzwi przerwał mu sen — za progiem czekała nieznajoma starsza kobieta, która okazała się być jego matką spragnioną pomocy i wybaczenia po latach rozłąki, ale niedługo jej prawdziwe zamiary wyszły na jaw, prowadząc do dramatycznej konfrontacji rodzinnej i zdrady, która odmieniła życie mężczyzny na zawsze.
Pewnego dnia, kiedy byłam po raz drugi w ciąży, do moich drzwi zapukała dziewczyna z niemowlęciem.
PRZYPOMNĘ CI… – Pani Mario, tutaj mi się nie udaje zrobić tego zawijaska… – smutno wyszeptał drugoklasista Tomek, wskazując pędzelkiem na uparty zielony listek, który w jego namalowanym kwiatku wyginał się w złą stronę. – A spróbuj, kochany, pędzelkiem lekko, niemal jak piórkiem po dłoni… O, właśnie tak! Poprowadź, jakbyś głaskał! Świetnie! Zamiast zawijasów same cuda! – uśmiechnęła się starsza nauczycielka. – To dla kogo ta cała uroda? – Dla mamy! – promiennie odpowiedział dumny chłopiec. – Dzisiaj ma urodziny! To mój prezent! – Ach, szczęściara z tej twojej mamy, Tomku! Ale nie zamykaj jeszcze zeszytu. Daj mu wyschnąć, by się kolory nie rozmazały. A jak już będziesz w domu, wtedy wyjmij karteczkę i zobaczysz, twoja mama bardzo się ucieszy! Maria rzuciła ostatnie spojrzenie na pochyloną nad kartką ciemną główkę i z ciepłym uśmiechem wróciła do biurka. Ot, prezent dla mamy! Dawno takiego pięknego nie dostała. Tomek ma talent do rysowania – muszę zadzwonić do jego mamy i zaproponować szkołę plastyczną. Takiego daru nie można zmarnować. Przy okazji zapytam moją byłą uczennicę, czy jej się spodobał prezent? Sama Marii oczy oderwać od tych kwiatów nie może – wydaje się, iż zaraz ożywią się liście i zawijasy. Ach, cała mama Tomka! Zresztą Larisa też w jego wieku tak pięknie rysowała… ***** – Pani Mario, tu Larisa, mama Tomka Koteckiego – zadzwonił wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki. – Dzwonię uprzedzić, iż Tomek jutro nie pójdzie do szkoły – ostro odezwała się młoda kobieta w słuchawce. – Cześć, Larisa! Co się stało? – spytała Maria. – A i owszem! Cały dzień mi zepsuł ten gagatek! – wybuchnęła w słuchawce. – A teraz leży z gorączką, pogotowie dopiero co odjechało. – Ale jaką gorączką? Przecież wyszedł ze szkoły zdrowy, prezent niósł dla ciebie… – Prezent? Te mazaje? – odparła Larisa pogardliwie. – Jakie mazaje? Tomuś ci takie piękne kwiaty namalował! Chciałam do ciebie dzwonić w sprawie szkoły plastycznej… – Nie wiem, co tam za kwiaty, ale na taki futrzany kłębek na pewno nie liczyłam! – Kłębek? O czym ty…? – Maria coraz bardziej się niepokoiła, słuchając zdenerwowanych wyjaśnień Larisy. – Może wpadnę do was? Mieszkam przecież blisko… Kilka minut później, z przyzwoleniem swojej dawnej uczennicy, dziś już mamy swojego ucznia, Maria z albumem starych fotografii i rysunków opuszczała mieszkanie. W jasnej kuchni, gdzie Larisa ugościła Marię, panował rozgardiasz. Mama Tomka zaczęła opowiadać: Jak Tomek przyszedł ze szkoły spóźniony, obłocony, przemoczony… Jak wyciągnął zza pazuchy przemoczonego szczeniaka śmierdzącego piwnicą! Sam wpadł do kałuży śniegowej po psa, którego inni chłopcy wrzucili do dołu! O zdewastowanych książkach, o plamach w zeszycie tak strasznych, iż nie da się patrzeć bez łez. I o gorączce, która w godzinę skoczyła niemal do 39… O tym, iż goście wyszli bez kawałka tortu, a pani doktor z pogotowia zganiła ją, matkę, za brak czujności… – Oddałam psa z powrotem na śmietnisko, gdy Tomek usnął. A zeszyt leży na kaloryferze – już choćby nie kwiatów, tylko rozmyty papier został! – prychnęła z niezadowoleniem Larisa. Nie zauważyła, jak bardzo z każdym słowem pochmurniała Maria. A gdy opowiedziała o losie uratowanego szczeniaka, twarz Marii przybrała surowy wyraz. Pogłaskała album, który zsunął się z kaloryfera i cicho powiedziała… I o zielonych zawijasach, i o ożywionych kwiatach. O dziecięcym trudzie, odwadze, o chłopięcym sercu nie znoszącym niesprawiedliwości, o chuliganach rzucających szczeniaka w dół… A potem stanęła, ujęła Larisa za rękę i podeszła do okna: – Tam jest ten dół – pokazała. – Nie tylko szczeniak, ale i Tomek mógł utonąć. ale czy pomyślał o tym? Może myślał tylko, żeby nie uszkodzić prezentu? A może zapomniałaś, Larisa, jak latem dziewięćdziesiątego trzymałaś przy szkole znalezionego kotka i płakałaś? Całą klasą go głaskaliśmy, czekaliśmy na twoją mamę… I jak nie chciałaś wracać do domu, obwiniając rodziców, gdy „kłębuszka” wystawiono za drzwi… Na szczęście, w porę się opamiętali! Przypomnę ci to! I Tofika twojego, z którym nie chciałaś się rozstać! I uszatego Azorka, który towarzyszył ci do liceum, i gawrona ze złamanym skrzydłem, którym się opiekowałaś w szkolnym kąciku przyrody… Maria wyjęła pożółkłą fotografię z albumu, na której dziewczynka w białym fartuszku przytulała kociaka otoczona przez uśmiechniętych kolegów i koleżanki. Cicho, ale stanowczo powiedziała: – Przypomnę ci dobroć, która rozkwitała w twoim sercu na przekór wszystkiemu… Za zdjęciem na stół spadł dziecięcy rysunek – dziewczynka trzymająca kudłatego kotka i dłoń swojej mamy… – Gdyby to ode mnie zależało – coraz bardziej stanowczo mówiła Maria – ucałowałabym Tomka i tego psa! Mazaje wzięłabym w ramkę! Bo nie ma dla matki większego prezentu, niż dziecko, które jest dobrym człowiekiem! Nie zauważyła nawet, jak zmieniała się twarz Larisy po każdym z jej słów, jak Larisa spoglądała z troską na drzwi Tomka, jak ściskała zeszyt pobladłymi palcami… – Pani Mario! Kochana, proszę, zostań z Tomkiem na chwilkę. Ja zaraz wrócę! Błyskawicznie! Pod bacznym okiem nauczycielki Larisa narzuciła płaszcz i wybiegła. Bez wahania pobiegła na śmietnisko, z mokrymi nogami szukała pod starymi kartonami i wśród śmieci, ciągle patrząc w stronę domu… Czy wybaczy? ***** – Tomek, kto ci tam wącha kwiaty? To pewnie twój piesek – Dyzio? – Tak, pani Mario! Poznała pani? – A jakże! I ta biała łapka z gwiazdką – pamiętam, jak z twoją mamą je myłyśmy! – uśmiechnęła się Maria. – Teraz codziennie mu myję łapki! – z dumą powiedział Tomek. – Mama mówi: masz przyjaciela, dbaj o niego! Kupiła choćby specjalną wanienkę! – Dobra z twojej mamy kobieta. Znowu jej rysujesz prezent? – Tak, do ramki. Bo ma tam w ramce jakieś mazaje i ciągle na nie patrzy i się uśmiecha. Czy można się śmiać do mazajów, pani Mario? – Do mazajów? Może i można, jeżeli są od serca! A co tam w szkole plastycznej, dobrze ci idzie? – Jeszcze jak! Niedługo portret mamy namaluję! Ale teraz… – Tomek wyjął z plecaka złożoną kartkę. – To od mamy, ona też rysuje. Maria rozwinęła kartkę i lekko objęła ramieniem Tomka. Na białej stronie, wybuch kolorów – szczęśliwy Tomek z ręką na głowie zapatrzonego w niego kundelka. Po prawej – filigranowa blondynka w szkolnym fartuszku tuliła do piersi kotka… A po lewej, zza zasypanego podręcznikami nauczycielskiego biurka, z bezkresną mądrością i uśmiechem patrzyła na nich Maria. W każdym szczególe obrazka czuła matczyną dumę. Maria otarła łzę i rozpromieniła się – w kąciku rysunku, wśród kwiatów i zielonych zawijasów, ukryło się jedno słowo: „Pamiętam”.
Ile dziecko powinno dostawać kieszonkowego? Te kwoty brzmią rozsądnie
Sala porodowa w centrum medycznym była niezwykle zatłoczona. Mimo iż wszystkie wskaźniki wskazywały na całkowicie normalny poród, wokół zgromadziło się dwunastu lekarzy, trzech starszych pielęgniarek, a choćby dwóch kardiologów dziecięcych.
Poślubiłam biednego chłopaka. Cała moja rodzina się ze mnie śmiała.
Zostałam matką zastępczą dwa razy: Teraz moje dzieci i ja mamy wszystko, czego potrzebujemy do szczęśliwego życia
Dzieci Bogdana Kacmajora. Co stało się z potomkami przywódcy sekty „Niebo”?
NIEWINNA: Tajemnice i Zawirowania Życia w Polsce
Wychowanie to nie tylko miłość. To też odwaga, by reagować na złe zachowania swojego dziecka