Dzieci

Nie odchodź, mamo. Polska opowieść rodzinna Ludowe porzekadło mówi: człowieka nie poznasz od razu – jak orzecha nie rozgryziesz za pierwszym razem. Ale Tamara Władysławowna uważała, iż to bzdura – przecież ona doskonale zna się na ludziach! Mila, jej córka, rok temu wyszła za mąż. Tamara Władysławowna marzyła, by córka znalazła porządnego chłopaka, pojawiłyby się wnuki. I ona, babcia, byłaby głową tej wielkiej rodziny, jak dawniej. Rusłan okazał się chłopakiem bystrym i – co ważne – niebiednym. I chyba był z tego bardzo dumny. Ale mieszkali oddzielnie, chłopak miał swoje mieszkanie, a jej rad wyraźnie nie potrzebowali! On chyba źle wpływał na Milę! Takie relacje zupełnie nie pasowały do planów Tamary Władysławowny. Rusłan coraz bardziej ją irytował. – Mamo, ty tego nie rozumiesz, Rusłan wychował się w domu dziecka. Sam do wszystkiego doszedł, jest silny i bardzo dobry – martwiła się Mila. Ale Tamara Władysławowna tylko zaciskała usta i szukała u Rusłana kolejnych wad. Teraz wydawał jej się kimś zupełnie innym niż wtedy, gdy poznawał córkę! Jej matczyny obowiązek – otworzyć córce oczy na tego pustaka, zanim będzie za późno! Nie miał wykształcenia, był uparty, niczym się nie interesował! Weekendy spędzał przed telewizorem – bo się zmęczył, widocznie! I z kimś takim jej córka chce spędzić życie? Nie ma na to szans, Mila jej jeszcze podziękuje. A jak przyjdą dzieci, jej, Tamary Władysławowny wnuki, czego taki ojciec ich nauczy!? W każdym razie Tamara Władysławowna bardzo się rozczarowała. Rusłan, wyczuwając niechęć teściowej, też zaczął unikać kontaktu. Kontaktowali się coraz rzadziej, a Tamara Władysławowna przestała ich odwiedzać. Ojciec Mili, człowiek spokojny, znając żonę, zajął neutralną pozycję. Aż pewnego wieczoru zadzwoniła do niej Mila – zaniepokojona: – Mamo, nie mówiłam ci, ale wyjechałam na dwa dni w delegację. Rusłan przeziębił się na budowie, wcześniej wrócił do domu, źle się czuł. Dzwonię, nie odbiera telefonu. – Mila, a po co mi to mówisz? – wybuchła Tamara Władysławowna – sami najlepiej wiecie, nie interesujecie się nami z tatą! Ledwo jak ja się czuję, nikogo to nie obchodzi! I w nocy dzwonisz, żeby powiedzieć, iż Rusłan zachorował? Zastanów się! – Mamuniu… – głos Mili zadrżał, naprawdę była bardzo zmartwiona – wybacz, po prostu przykro mi, iż nie chcesz zrozumieć, iż kochamy się z Rusłanem. A ty uważasz go za nic nie wartego, a to nie tak! Jak możesz sądzić, iż twoja córka pokochałaby złego człowieka? Nie wierzysz mi? Tamara Władysławowna milczała. – Mamo, proszę cię, masz przecież klucz do naszego mieszkania. Proszę, zajrzyj do nas, chyba coś stało się z Rusłanem! Proszę, mamo! – Dobrze, tylko dla ciebie – Tamara Władysławowna poszła budzić męża. Nikt nie otworzył drzwi mieszkania córki i zięcia, więc otworzyła je swoim kluczem. Weszli – ciemno, może nikogo nie ma? – Może go nie ma w domu? – powiedział mąż, a Tamara spojrzała na niego surowo. Zaraziła się niepokojem córki. Weszła do pokoju i przeraziła się. Rusłan leżał na kanapie w dziwnej pozycji. Gorączka! Lekarz z pogotowia odzyskał przytomność u chłopca: – Proszę się nie niepokoić, ma powikłania po przeziębieniu. Przeniósł chorobę na nogach, widocznie dużo pracuje? – zapytał z troską Tamary Władysławowny lekarz. – Tak, pracuje – przytaknęła. – Wszystko będzie dobrze, proszę pilnować temperatury, w razie czego dzwonić. Rusłan spał, a Tamara Władysławowna przysiadła w fotelu czując się dziwnie – siedziała przy łóżku znienawidzonego zięcia. Leżał blady, z włosami przyklejonymi do czoła od potu. Nagle zrobiło jej się go żal. We śnie wyglądał młodziej i łagodniej niż zwykle. – Mamo… – wyszeptał przez sen Rusłan, ściskając jej dłoń – nie odchodź, mamo. Tamara Władysławowna aż zamarła, ale nie wyrwała ręki z jego ręki. Siedziała tak do świtu. Wcześnie rano zadzwoniła Mila: – Mamo, przepraszam, zaraz sama przyjadę, nie musisz już zostawać, myślę, iż wszystko będzie dobrze. – Oczywiście, będzie dobrze, już jest dobrze – uśmiechnęła się Tamara Władysławowna – czekamy na ciebie, wszystko w porządku. ***** Gdy urodził się ich pierwszy wnuk, Tamara Władysławowna od razu zaoferowała pomoc. Rusłan z wdzięcznością pocałował ją w rękę: – Widzisz, Mila, a mówiłaś, iż mama nie będzie nam pomagać. A Tamara Władysławowna, z dumą nosząc na rękach Timura, spacerowała po mieszkaniu i rozmawiała z wnukiem: – Widzisz, Tymuś, masz najlepszych rodziców i babcię z dziadkiem! Szczęściarz z ciebie! Więc jednak przysłowie się sprawdza – człowieka nie poznasz od razu, jak orzecha nie rozgryziesz. A tylko miłość potrafi wszystko poukładać.
My się wprowadzamy do waszego mieszkania — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie – można tylko mieszkać i się cieszyć! — Mieszkanie faktycznie super dla samotnej dziewczyny — Ryszard uśmiechnął się pobłażliwie do Iny, jak do dziecka. — A my planujemy dwójkę, a najlepiej trójkę dzieci. Jedno po drugim. W centrum jest głośno, nie ma czym oddychać, nie ma parkingu. I co najważniejsze — są tam tylko dwa pokoje. A u was — trzy. Cicho, przedszkole pod nosem… — Dzielnica rzeczywiście dobra — potwierdził Sławek, przez cały czas nie łapiąc, do czego zmierza przyszły zięć. — Dlatego tu się osiedliliśmy. — No właśnie! — Ryszard pstryknął palcami. — Mówię Oldze: po co się cisnąć, skoro rozwiązanie jest pod ręką? We trójkę z córką macie za dużo miejsca. Po co wam tyle? Jednego pokoju choćby w ogóle nie używacie — magazyn zrobiliście. A nam będzie w sam raz. Ina próbowała wepchnąć odkurzacz piorący do wąskiej szafy w przedpokoju. Odkurzacz stawiał opór, rurą zaczepiał się o wieszaki i za nic nie chciał wejść na swoje miejsce… …(dalej cała scena adaptowana po polsku, z odpowiednimi imionami, kulturą i realiami, zachowując cały sens, długość i detale oryginału). My się wprowadzamy do waszego mieszkania – czyli rodzinne układanki, trzy pokoje, dwa mieszkania, jedna rodzina i propozycja, która podzieliła wszystkich
On Nie Jest Moim Słoneczkiem
Straciłam ochotę pomagać teściowej, gdy odkryłam, co zrobiła za moimi plecami. Mimo to nie potrafię jej zostawić bez wsparcia – bo choć czuję się zdradzona, wiem, iż syn nie powinien tracić babci.
Bez tego sprzętu "byłoby o wiele trudniej"
Szybki deser z trzech składników. Idealny na Dzień Babci
Nie wszyscy dziadkowie przychodzą na występy. Czasem to dla przedszkolaka lekcja
"Tak bardzo chciała wnuków, a teraz?". Nowoczesne babcie problemem?
Szkolne półkolonie. "Myślałam, iż będzie siedziała i patrzyła w sufit"
Basing Boxes – Gamers Grass
Gdybyśmy wcześniej wszystko przygotowali na narodziny dziecka! – Historia Reni: niezapomniany powrót ze szpitala, rozczarowania, niespełnione obietnice męża, nieprzygotowane mieszkanie i presja rodziny – czy to naprawdę tylko moja wina?
Znalazłem Tylko Jeden Bilet, Kiedy Przyjechałem Po Żonę i Nasze Nowo Narodzone Bliźniaki
Wiesz, Jarku, ona jest twoją siostrą, a ja twoją żoną. Nie mogę już patrzeć, jak zabierasz od naszych dzieci i niesiesz wszystko Helenie.
Gwarancja śniegu, buty Relaksy i przemoczone rękawiczki. Tak się zimą bawiły dzieci w PRL [GALERIA]
Niezwykłe miejsce pod Tatrami. Śnieżny Labirynt, igloo z rzeźbami i tor saneczkowy
Lekarze przepisują nagminnie nebulizację. Pulmonolog: mam wątpliwość
Kalendarz klockowych eventów w Polsce – 2026 rok
Pojechała z dziećmi na ferie w góry. Oto co zastała na stoisku z pamiątkami. "Żenujące"
My się wprowadzamy do waszego mieszkania — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie, mieszkać i się cieszyć! — Mieszkanie jest super, ale raczej dla samotnej dziewczyny — powiedział Rustam, patrząc na Inę z pobłażliwym uśmiechem, jak na dziecko. — My planujemy dwoje, a może i troje dzieci. Jedno po drugim. W centrum jest głośno, nie ma czym oddychać, brak parkingu. No i najważniejsze — to tylko dwa pokoje. A u was są trzy. I cicha okolica, przedszkole pod blokiem. — Okolica rzeczywiście jest dobra — przyznał Sławek, wciąż nie rozumiejąc, do czego zmierza przyszły zięć. — Dlatego tutaj się osiedliliśmy. — No właśnie! — klasnął Rustam. — Mówię Oldze: po co się cisnąć, jak jest gotowe rozwiązanie? We troje z córką macie tego miejsca za dużo. Po co wam tyle? Przecież jednego pokoju nie używacie, zrobił się z niego składzik. A nam pasuje idealnie. Ina próbowała wcisnąć myjkę parową do wąskiej szafy w przedpokoju…
Ujawniono prawdę na temat rządowego programu in vitro
– Wnuki owoce widują raz w miesiącu, a ona swoim kotom kupuje najdroższe karmy! – denerwuje się synowa, zarzucając mi bezduszność… Moja synowa próbuje mnie zawstydzić, bo jej dzieci owoce jedzą tylko od święta, a ja swoim kotom kupuję lepszą karmę. Ale przecież dzieci mają dwoje rodziców, którzy powinni dbać o ich odżywianie, a moje koty mam tylko ja. Gdy kiedyś zasugerowałam synowi i jego żonie, żeby wstrzymali się z kolejnymi dziećmi, usłyszałam, żebym się nie wtrącała. Teraz więc karmię swoje koty i wysłuchuję pretensji wszechwiedzącej synowej.
Ambitny sprawdzian wiedzy z lektur szkolnych. Kto zgarnie tu całe 13/13?
Wiesz, Jarku, ona jest twoją siostrą, a ja twoją żoną. Nie mogę już patrzeć, jak zabierasz od naszych dzieci i niesiesz wszystko Oli.
„Mama żyje za moje pieniądze” — te słowa zmroziły mnie ze strachu
Witalij wygodnie usiadł przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, żeby dokończyć pilne sprawy. Niespodziewanie przerwał mu telefon z nieznanego numeru: „Dzień dobry, czy rozmawiam z Witalijem Dmitriewiczem? Dzwonię z porodówki przy ul. Sokołowskiej. Zna Pan Annę Izotową?” – w słuchawce odezwał się starszy mężczyzna. „Nie znam żadnej Anny. O co chodzi?” – zdziwił się Witalij. „Anna zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się z jej matką — powiedziała, iż jest Pan ojcem dziecka…” Witalij zszokowany odkłada słuchawkę, próbując zrozumieć: nie był żonaty, dzieci nigdy nie planował, życie miał swoje. Jednak dziewięć miesięcy temu był w Sopocie… Anna, błękitnooka blondynka. A teraz ktoś mówi, iż urodziła mu córkę i odeszła… Co zrobić? W szpitalu spotyka załamaną matkę Anny, Werę, błagającą: „Proszę, niech Pan nie zrzeka się dziecka, nie chcę, by trafiło do domu dziecka!”. Formalności, test DNA, szok – to jego córka. „Będę pomagał, ale swoje życie zostawiam jak było…” Jednak kiedy dostaje córeczkę na ręce i patrzy w te same oczy, których widok wywraca jego świat — nagle pada decyzja: „Jedziemy razem do domu, Wero. My razem zaczynamy nowe życie!”
Dzieci same na chodniku w środku miasta. Dorośli zastanawiają się, czy reagować
„Gorzej być nie mogło! Wróciłam z noworodkiem do domu pełnego bałaganu i braku ubranek – mąż nie dotrzymał obietnic, rodzina nie pomogła, a ja byłam bezradna. Czy naprawdę tylko kobieta powinna przygotować wszystko na przyjście dziecka?”
Czy dziecko musi mieć swój pokój? "Zastanawiamy się, czy odkładać na większe mieszkanie"
Marta Lech-Maciejewska: Zdecydowałam się powiedzieć dzieciom, iż mam raka [PODCAST]
"Mamo, czy umrzesz?". Marta Lech-Maciejewska szczerze o raku i macierzyństwie
Matka nie ma L4, choćby z grypą. Sezon infekcyjny pokazuje brutalną prawdę
„Można być bardzo biednym, mając bardzo dużo pieniędzy”. Bogactwo to nie pieniądze
Tyle kosztują półkolonie zimowe dla dzieci. "Nie wiem, kogo na to stać"
Odprawa posłów greckich: streszczenie i analiza motywów
Dziękuję za piękne chwile spędzone w małżeństwie z Twoim synem – dziś wracam z nim do Ciebie!
Zdążyć przed Panem Bogiem streszczenie i analiza lektury
Dwadzieścia lat po zerwanych zaręczynach Artur spotyka syna Marty, który okazuje się być jego wiernym odbiciem
Przejmujące pożegnanie na feralnym skrzyżowaniu. Stolica w żałobie po śmierci dziecka
RSV groźny dla najmłodszych i najstarszych, grypa dla wszystkich. Jak się chronić?
Byli trzeźwi, były pasy, obok była mama. 5-letni chłopiec i tak zginął przed przejściem dla pieszych
Koszyk Karol z Biedronki ma konkurencję. W Action hitowa zabawka za mniej niż 12 zł
Porwanie stulecia — „Chcę, żeby faceci biegali za mną i płakali, iż nie mogą mnie dogonić!” — zawołała głośno Marzena, czytając swoje życzenie z karteczki i przypalając je zapalniczką. Popiół strząsnęła do kieliszka i dopiła szampana, wywołując śmiech koleżanek. Migocząca choinka zamrugała światełkami i jakby się zamyśliła, po czym rozbłysła jeszcze mocniej. Muzyka zrobiła się głośniejsza, kieliszki zadźwięczały, twarze wirując zamieniły się w sylwestrowy fajerwerk, a z gałęzi posypał się złoty pył — czy naprawdę? — Mamo… Mamo, wstawaj! Marzena z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią stała niemal cała drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Znam was, dzieci? Chłopcy zawodowo zgrywali dowcipnisiów: — Mamo, przypomnij sobie, Mateusz — 9 lat, Leszek — 7, Szymon — 5, Dawid — 3 lata! Komplet, bez zmian, wszyscy z rozbrykanymi minkami, gotowi do akcji. Nie o takich biegających za nią facetach marzyła w sylwestrową noc… — A gdzie wasz trener… tfu, znaczy tata? — zachrypiała, a gardło miała jak pustynię. — Przynieście mamie wody… Zamknęła na moment oczy — i znów: — Ma-ma! W dłoniach pojawiły się dwie szklanki wody, mandarynka i kubek z ogórkową maślanką. Najstarszy wiedział już, jak reanimować mamę po imprezie. Rośnie chłopak! — Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś… — nalegały młodsze dzieciaki. Marzena próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest i co tak adekwatnie obiecała. — Kino? — Niiie! — McDonald’s? — Nie! — Sklep z zabawkami? — Oj, mamo, nie udawaj! Już się prawie spakowaliśmy, a ty jeszcze nie wstajesz! — To dokąd się zbieracie, powiedzcie matce — poddała się. — Kochanie, wstawaj — rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. Orzechowe oczy błyskały złotymi iskrąmi. Ale przystojniak! — Jesteśmy gotowi, auto już spakowane. Po drodze wpadniemy do supermarketu i ruszamy! Próbowała sobie uczciwie przypomnieć, kim jest ten facet i czemu te dzieci nazywają ją mamą. W głowie idealna pustka. Żadnej wersji. — Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! I swoich też — zawołał ktoś z dzieci. „To co, jeszcze basen? Co to za cudowne życie i dlaczego nic nie pamiętam?…” Rozejrzała się po pokoju. Nic nie poznawała. Ani zdjęć, ani mebli, ani wzoru zasłon. Pokój był obcy. A jedynym znajomym szczegółem była czerwona gwiazda betlejemska w białej doniczce z perełkami. Skądś ją znała… Zaczęła powoli przypominać sobie wczorajszą noc. One z dziewczynami, restauracja, sylwestrowy wieczór, zabawa w Tajemniczego Mikołaja. Zupełnie jak na studiach, tylko teraz z markowymi torebkami i niedoczasem. Dziewczyny szczęśliwe, podekscytowane rzadką wolnością, oderwane na moment od mężów, dzieci i codzienności. Podśmiewały się, iż Marzena jest „ostatnią panną” w paczce. Sama pani swojego życia, nikogo nie musi uprzedzać, czekać, ani się tłumaczyć. Ona wręczyła koleżance zestaw kosmetyków z czarnym kawiorem i złotymi nitkami. Śmiały się, iż taki krem nie grzech na kanapkę i do szampana na śniadanie. Pstrykały zdjęcia, żartowały i plotkowały. W zamian dostała czerwoną poisencję, właśnie tę doniczkę, i butelkę wyjątkowego szampana z francuskiego zamku, który otwiera się „na naprawdę istotną okazję”. Przeczytała karteczkę z życzeniem i… tyle! Dalej dziura. Jak to mówią: szła – upadła – ocknęła się – gips! Zerknęła w lustro. Cały czas ta sama dziewczyna co w sylwestra. Ale skąd te dzieci, mąż? Nie pamiętała ani porodu, ani przedszkola, ani ślubu z przystojniakiem! Znała imiona dzieci, ale nie kojarzyła imienia jego. Coś tu było nie tak… Wyszła z pokoju. Na korytarzu walizki na kółkach. Dwie duże — czarna i beżowa, z ekskluzywnym logotypem. Obok trzy sportowe dziecięce plecaczki. To nie piknik w lesie. To podróż! Do mieszkania wszedł „mąż”. Sprawnym ruchem podniósł walizki i łagodnie popędził ją ku drzwiom. — Spóźnimy się — powiedział spokojnie. Marzena odruchowo spojrzała na dłoń — i zamarła. Obrączki brak! Ani na jej palcu, ani jego. Jeszcze jedna nieścisłość. A może…? Dzieci wdrapały się do dużego, rodzinnego minivana. Plecaki trafiły na miejsce, pasy zagrały jak w reklamie. On ruszył. Marzena westchnęła, zajęła miejsce z przodu. Podał jej kubek kawy z mlekiem. Takiej… jakiej ona nie cierpi! To zabolało najbardziej. — Jedziemy — podsumował. Odjeżdżali coraz dalej od miasta, a jej niepokój rósł. Dzieci z tyłu chichotały i szeptały. On prowadził spokojnie, czasem na nią zerkał, jakby mieli wspólną tajemnicę. Jakby wiedział coś, czego ona nie pamięta. Czuła się jak Bolek na wycieczce: wszystko znajome, ale nic nieznane. Minęli miasto, wjechali na szosę. Marzena już wiedziała — to nie jej rodzina! To jest porwanie! Nie! To oni ją porwali! Ale skąd pamięta imiona dzieci? Wszystko się pomieszało. Wniosek był prosty — obcy facet, porwał ją, trzeba działać! Wyprostowała się w fotelu, mocniej ścisnęła kubek z kawą i udawała, iż patrzy przez okno. W środku włączł się tryb: przetrwanie. Po pół godzinie dzieci zgodnie się zbuntowały. — Tato, siku! — Piję! — Jest coś do jedzenia? Zjechali na stację benzynową. Wszyscy wylegli do budynku. To jest szansa! Serce jej waliło jak oszalałe. Skorzystała z chwili i podbiegła do auta, z zamiarem ucieczki… Kluczyków jednak nie było. — O, jesteś! Szukaliśmy cię — zabrzmiał jego głos przez okno. Marzena drgnęła. — Skoro wszyscy gotowi, jedziemy — powiedział. — Kochanie, ja prowadzę, ty odpocznij. Po godzinie — lotnisko: szkło, beton, tłumy. Zostawili auto na parkingu i ruszyli do terminala. Marzena napięta jak struna. Nie pozwoli się wywieźć! Nie będzie ofiarą! Zaczęła się oddalać od zgrabnej „rodzinki”. Jeszcze krok… i rzuciła się z krzykiem do ochroniarza: — To porwanie! Pomocy! Natychmiast została obezwładniona, skuta kajdankami. Wokół ochroniarze, powaga, broń. — Czekajcie! Wszystko wyjaśnię! — zawołał mężczyzna, którego uznała za porywacza. — To noworoczny żart! Prank! Nie jesteśmy uzbrojeni! I nagle Marzena zobaczyła znajome twarze koleżanek — zza reklamy! Spoglądały przerażone i zachwycone jednocześnie. — Mamo! — dzieci (czy raczej dzieciaki sąsiadki…) rzuciły się do innych kobiet z jej paczki. Koleżanki tłumaczyły się, śmiały, przepraszały ochronę i prosiły o „uwolnienie porywaczki”. Kajdanki zdjęte, świat wrócił na miejsce. Marzena objęła wzrokiem cały terminal, rozczochrana, z bijącym sercem — i dopiero zrozumiała: nie została porwana. Została… wkręcona?! Gdy emocje opadły, słuchała jak koleżanki ledwie nadążają opowiadać, przerywać się, śmiać i przepraszać: Już dawno chciały ją poznać z „fantastycznym facetem”, który podobał się jej od liceum. Wiedziały, iż każdą próbę zignoruje. Więc zorganizowały spektakl: rodzinne poranne zamieszanie, kawka, spokojny facet z iskrą w oku. „Chciałyśmy, żebyś poczuła ciepło, nie myślała” — wyjaśniły. Metoda może kontrowersyjna, niemal serce stanęło, ale eksperyment czysty! Czasem wystarczy jedno poranne „życie” z trójką dzieci i kawą od „porywacza”, by przekonać się, czy ktoś do ciebie pasuje! Wtedy go zauważyła. Stał, uśmiechnięty, z łobuzerskim błyskiem a’la Kot ze Shreka w orzechowych oczach. „Dzieci” to były dzieciaki przyjaciółek, zakochane w „cioci Marzenie” i w żarcikach „ulubionego wujka”. — Lecicie! Samolot wam ucieknie! — dziewczyny nagle się ożywiły. — Biegnijcie do odprawy! — Co, znowu porwanie? — szepnęło się jej w głowie. — Dokąd chcieli mnie wywieźć? Na morze? Do Włoch? Jeść mango i pływać z rybkami? Wyciągnął do niej rękę. — Poznajmy się od nowa. Jestem Witek. Pozwól cię porwać — powiedział, miękko się uśmiechając. Spojrzała na przyjaciółki. Patrzyły z niepokojem, ale i nadzieją, co wybierze. Zerknęła na walizki, potem prosto w złotawe oczy „porywacza”. I pomyślała… co jej szkodzi? — No to… jedziemy! — wyszeptała, uśmiechając się do siebie, czując, iż to porwanie jest największą przygodą jej życia. I dodała cicho: — Ale tylko bez dzieci… Wszyscy się roześmiali. A lotnisko, tłum i pośpiech zamieniły się w początek czegoś zupełnie nowego, śmiesznego, ciepłego i niespodziewanie przytulnego. Czasem życie nikogo nie porywa. Czasem po prostu przenosi nas nagle tam, gdzie od dawna powinniśmy się znaleźć. Porwanie stulecia, czyli jak przyjaciółki zgotowały mi rodzinny poranek, cudownego faceta i… najdziwniejszy Nowy Rok mojego życia!
„Piaskowy Wilk” – nowa premiera BaśnioWozu dla dzieci
„Królowa Śniegu” – premiera magicznego spektaklu dla dzieci w BaśnioWozie
Rusza fala likwidacji. Te przedszkola mają zostać zamknięte, rodzice piszą do prezydenta
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75388 Myśliwiec rycerza Jedi Boba
Macantom pieczywa wstęp wzbroniony. „Obrzydliwe, czego uczą dzieci”
Pomysł gazet z PRL? Dzień Babci i Dziadka – ciekawostki o tym wyjątkowym święcie
Zrobi porządki z podłogami w każdym domu. Robot, po którym nie musisz poprawiać
Wczesna wiosna w sercu Polski