Dzieci

Toksyna w mleku modyfikowanym dla dzieci. 36 przypadków w Wielkiej Brytanii, czy problem dotyczy Polski?
Ta zagadka matematyczna sprawdzi wiedzę z podstawówki. Sprawia trudność wielu dorosłym
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75381 Droideka
Okazja Cenowa (Architecture) – 21064 Paryż – miasto miłości
Matka nie śpi po nocach. "Mąż choćby się nie obudzi, ogarniam wszystko sama"
— Wracaj do domu! Tam sobie pogadamy! — burknął niezadowolony Maksym. — Nie będę ludzi na ulicy zabawiał awanturą! — No to proszę bardzo! — fuknęła Wera. — Wielkie mi halo! — Wera, nie grzesz, lepiej nie prowokuj! — pogroził Maksym. — W domu porozmawiamy! — Ojoj, jaki straszny! — przerzuciła warkocz przez ramię i ruszyła w stronę domu. Maksym poczekał, aż Wera się oddali, po czym wyciągnął telefon i powiedział do mikrofonu: — Tak, poszła już do domu! Przywitajcie ją tam tak, jak ustaliliśmy! No i do piwnicy ją zamknijcie, niech trochę spokornieje! Zaraz przyjdę! Maksym schował telefon do kieszeni i już miał wejść do sklepu, żeby uczcić wychowanie żony, gdy nagle chwycił go za rękę zupełnie obcy facet. — Przepraszam, iż tak zaczepiam — uśmiechnął się nieśmiało mężczyzna. — Ale z panem była przed chwilą taka dziewczyna… — Moja żona, a co? — zmarszczył brwi Maksym. — Nie, nic takiego! — uśmiech stawał się coraz bardziej przepraszający. — Czy pańską żonę przypadkiem nie nazywają Wiera Mielniczenko? — Werą, tak. Przed ślubem była Mielniczenko. Ale o co chodzi? — A z drugiego imienia ma Sergiejewna? — Zgadza się! — odpowiedział zirytowany Maksym. — Skąd pan zna moją żonę? — Proszę wybaczyć, a urodziła się w dziewięćdziesiątym trzecim? Maksym policzył w głowie i przyznał: — Tak. Ale czemu tyle pytań? Skąd pan zna Werę? — Maksym poczuł się nieswojo. Wera przyjechała do ich miasteczka raptem trzy lata temu. Wcześniej nikt o niej nie słyszał. Sama mówiła, iż uciekła od rodziców, bo chcieli ją na siłę wydać za mąż. Więc obcy człowiek, który rzuca szczegółami, musiał coś wiedzieć. — Przepraszam, ja nie znam jej osobiście! — zarumienił się mężczyzna. — Jestem, można powiedzieć, jej fanem! — Zaraz, fanem? — Maksym popatrzył groźnie. — Co to ma być za teksty? Żonę mi chcesz odbić? — O nie! Zupełnie nie w tym sensie! Jestem fanem jej talentu! — Werą? Przecież ona zwyczajna jest, żadnych talentów nie ma… — Żartuje pan? Dożywotnia dyskwalifikacja w Muay Thai za nadmierną brutalność w wieku osiemnastu lat to nie lada wyczyn! — wybuchnął facet. — Szkoda, iż po kilku wygranych turniejach przestała walczyć. Na ringu to była przyjemność oglądać! Ręce Maksyma trzęsły się, gdy próbował wyciągnąć telefon. Ten zsunął się na asfalt i się roztrzaskał. Gdy Maksym go pozbierał, telefon odmówił posłuszeństwa. I pobiegł w stronę domu, mamrocząc pod nosem: — Boże, oby zdążyć! Gdy pojawiła się u nich nowa nauczycielka — młoda, wysportowana, sympatyczna, pełna energii — od razu przylgnęło do niej zainteresowanie. Uczyła wychowania fizycznego w podstawówce i chyba każdy przypuszczał, iż to studentka z przydziału, która zaraz wyjedzie. Tymczasem okazało się, iż ma dwadzieścia pięć lat i zostaje na stałe. A rodziny nie sprowadziła. Kobiety w miasteczku plotkowały, iż coś musi być na rzeczy, skoro taka dziewczyna przyjechała do nich sama. Szeptano o tajemnicach lub o bolesnych rozstaniach. Wera twierdziła, iż uciekła z domu, bo rodzice chcieli ją wydać za mąż za niewłaściwego człowieka, by podratować interesy rodzinne. — Lepiej już samej iść przez życie, niż być sprzedaną, choćby jeżeli pod szyldem ślubu! — konkludowała. Z czasem wszyscy uznali, iż Werę warto mieć w rodzinie — zdolna, pracowita, zdrowa, z charakterem. Maksym postanowił się jej oświadczyć, a rodzina przyklasnęła — będą zdrowe dzieci, a i nikt od niej nie będzie miał roszczeń. Wera wprowadziła się do domu Maksyma. Od początku wyraźnie zaznaczono jej miejsce w rodzinie — miała się podporządkować teściom i mężowi, być posłuszna, skromna, a o osobistym życiu mogła zapomnieć. Do kina, kawiarni, czy choćby na zwykły spacer — tylko z mężem, bo w małym miasteczku kobieta bez męża od razu staje się obiektem plotek. Po ponad dwóch latach po ślubie, mimo starań, Werze nie udało się podporządkować całkowicie rodzinie. Stanęła do walki o własne prawa, równość w obowiązkach i szacunek, co budziło coraz większe niezadowolenie u rodziny Maksyma. Wreszcie Maksym z bratem i teściami spróbowali „edukacyjnej akcji”: zmową planowali zamknąć Werę w piwnicy, by ją „nauczyć” posłuszeństwa. Ale tego dnia Maksym nie zdążył wrócić na czas. Gdy wbiegł do domu, zastał brata z połamanym ramieniem, ojca nieprzytomnego, matkę z wielkim siniakiem na twarzy i połamanym wałkiem do ciasta… a Werę, spokojnie popijającą herbatę w kuchni. — Kochanie, przyszedłeś po swoją porcję? — zapytała spokojnie. — N-nie… — wyjąkał Maksym. — To choćby nie wiem, co ci zaproponować. Może trochę sprawiedliwości w rodzinnych relacjach? — O takich rzeczach mogłaś uprzedzić! — zakrzyknął on. — Przecież prawie im zrobiłaś krzywdę… — Znam granice — zapewniła Wera. — Każdy dostał to, na co zasłużył! A wałek złamałam o kolano. Matki nie tknęłam, sama uderzyła drzwiami, uciekając! — I co teraz? — Myślę, iż teraz będziemy żyć zgodnie! Po prostu… sprawiedliwie! A o rozwodzie choćby nie myśl — spodziewam się dziecka! Moje dziecko będzie miało ojca! Od tego dnia w rodzinie Maksyma i Wery zapanował spokój, a rodzinne zasady uległy poważnym zmianom. Nikt już nigdy nie próbował Werze narzucać swojej woli, a w domu zagościła prawdziwa sprawiedliwość.
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Hanię, — szepnęła cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Hania. — Znowu dziewczynka? To jakaś kpina! — pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od pokoleń mężczyźni byli kolejarzami, a ty co? — Hanię, — odparła szeptem Anna. — Nazwiemy ją Hania. — Hania… — przeciągnęła teściowa. — Przynajmniej imię ładne. Ale co z tego? Komu ona będzie potrzebna, twoja Hania? Maksymilian milczał, wpatrzony w telefon. Kiedy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co będzie, to będzie. Może następny będzie chłopiec. Anna poczuła, jak ściska jej się serce. Następny? A ta kruszyna to co — próba? Hania przyszła na świat w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i gęstymi ciemnymi włoskami. Maksymilian przyszedł tylko na wypis, przyniósł bukiet goździków i paczkę ubranek dla dzieci. — Śliczna, — powiedział nieśmiało zaglądając do wózka. — Do ciebie podobna. — Ale nosek twój, — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój, — machnął ręką Maksymilian. — Wszystkie maluchy są podobne w tym wieku. Pani Helena powitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Sąsiadka Wanda pytała, czy wnuk, czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, przyciskając córkę do piersi. Maksymilian coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał dodatkowe zmiany. Tłumaczył, iż rodzina sporo kosztuje, zwłaszcza z dzieckiem. Do domu wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona na ciebie czeka, — mówiła Anna, gdy mąż mijał pokój dziecięcy, choćby nie zaglądając. — Hania zawsze się ożywia, gdy słyszy twoje kroki. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro wstaję wcześnie do pracy. — choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest malutka, nie zrozumie. Ale Hania rozumiała. Anna widziała, jak córeczka odwraca główkę, gdy słyszy kroki taty. A potem długo patrzy w pustkę, gdy one cichną. W ósmy miesiącu Hania zachorowała. Najpierw gorączka do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz uznał, iż na razie można spróbować obniżyć gorączkę w domu. Rano temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maksymilianie, wstawaj! — potrząsała mężem Anna. — Hania jest bardzo słaba! — Która godzina? — ledwo rozróżnił. — Siódma. Całą noc nie spałam. Trzeba jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka pali się z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze od razu przyjęli Hanię na oddział zakaźny. Podejrzewali poważne zapalenie — potrzebna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców na zabieg. — Pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna cały dzień próbowała się dodzwonić do Maksymiliana. Telefon był wyłączony. O siódmej wieczorem w końcu odebrał. — Aniu, jestem w parowozowni, sprawy… — Maksymilianie, Hania ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjedź! Teraz! — Nie mogę, mam zmianę do jedenastej, a potem umówiłem się z chłopakami… Anna bez słowa się rozłączyła. Podpisała zgodę sama — jako matka miała prawo. Punkcję wykonali w narkozie. Hania wyglądała na taką maleńką na dużym łóżku zabiegowym. — Wyniki będą jutro, — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie, leczenie potrwa miesiąc-półtora. Anna została na noc przy łóżku. Hania leżała pod kroplówką, blada i nieruchoma. Tylko pierś lekko się unosiła w oddechu. Maksymilian pojawił się następnego dnia w porze obiadu. Nieogolony, zmięty. — No i jak tam… jak się czuje? — nieśmiało spytał, nie wchodząc do sali. — Źle, — odcięła Anna. — Wyników jeszcze nie ma. — Co z nią zrobili? To… jak to się nazywa… — Punkcja lędźwiowa. Pobierali płyn z kręgosłupa do badań. Maks zbladł. — Bolało ją? — Była pod narkozą. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Hania spała, mała rączka leżała na kołdrze, a do nadgarstka przyklejony był cewnik. — Ona jest taka mała, — wyszeptał Maksymilian. — Nie myślałem… Anna milczała. Wynik okazał się dobry — zapalenia opon nie było. To zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniem. Leczenie kontynuować można było w domu, pod kontrolą lekarza. — Udało się, — powiedział ordynator. — Jeszcze dzień-dwa zwłoki i byłoby gorzej. W drodze do domu Maksymilian milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Ja… naprawdę jestem taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córeczkę i spojrzała na męża. — A jak ty myślisz? — Myślałem, iż jeszcze mam czas. Że ona nic nie rozumie… Ale kiedy zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I iż mam co tracić. — Maksymilianie, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie kogoś, kto tylko przynosi pieniądze. Ojca, który wie, jak się nazywa jej ulubiony pluszak. — Jaki? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy wracasz do domu, zawsze czołga się do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymilian spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Hania się przebudziła i zapłakała, cieniutko, żałośnie. Maksymilian wyciągnął ręce po córkę, ale zawahał się. — Mogę ją wziąć? — spytał żonę. — To twoja córka. Ostrożnie wziął ją na ręce. Dziewczynka zesztywniała na chwilę, potem się uspokoiła, patrząc wielkimi oczami w twarz taty. — Cześć, kruszyno, — wyszeptał Maksymilian. — Wybacz, iż mnie nie było przy tobie, gdy się bałaś. Hania wyciągnęła rączkę i dotknęła jego policzka. Maksymilian poczuł, jak ściska mu się gardło. — Tata, — powiedziała nagle wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maksymilian spojrzał z niedowierzaniem na żonę. — Ona… powiedziała… — Powtarza już od tygodnia, — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy cię nie ma. Chyba czekała na odpowiedni moment. Wieczorem, gdy Hania zasnęła na rękach taty, Maksymilian ostrożnie położył ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec przez sen. — Nie chce puścić, — zdziwił się Maksymilian. — Bo się boi, iż znowu znikniesz, — wyjaśniła Anna. Siedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie chcąc wyswobodzić swoich palców. — Jutro wezmę wolne, — powiedział w końcu do żony. — I pojutrze też. Chcę… lepiej poznać własną córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inny sposób. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona rośnie. Anna objęła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Chyba nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się stało, a ja choćby nie wiedział, jakiego misia lubi moja córka i iż umie powiedzieć „tata”, — szepnął Maks, patrząc na śpiącą dziewczynkę. Tydzień później, gdy Hania wróciła do zdrowia, całą trójką poszli do parku. Dziewczynka siedziała tacie na ramionach i radośnie śmiała się, próbując złapać opadające liście. — Zobacz, jakie piękne klony, Haniu! — pokazywał Maks. — A tam jest wiewiórka! Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba otarć się o stratę, by docenić szczęście. Pani Helena przywitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Maksymilianie, Wanda mówiła, iż jej wnuk już gra w piłkę. A twoja… tylko lalkami się bawi… — Moja córka jest najwspanialsza na świecie, — spokojnie odparł Maksymilian, sadzając Hanię na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — A lalki są fantastyczne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy się. Potoczy się dalej. Inaczej, ale się potoczy. Pani Helena chciała coś dodać, ale Hania podczołgała się i wyciągnęła rączki. — Babi! — powiedziała dziewczynka i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa wzięła wnuczkę na ręce, wyraźnie zaskoczona. — Ona… mówi! — zdziwiła się. — Nasza Hania jest bardzo bystra, — z dumą powiedział Maksymilian. — Prawda? — Tata! — zawołała Hania, klaszcząc w rączki. Anna patrzyła na tę scenę z myślą, iż czasem szczęście przychodzi przez trudne doświadczenia, a największa miłość rodzi się powoli, przez ból i strach utraty. Wieczorem, kładąc Hanię spać, Maksymilian cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał cichy, nieco zachrypnięty, ale dziewczynka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, — zauważyła Anna. — Wcześniej wiele rzeczy zaniedbałem, — powiedział Maks. — Teraz mam czas, by to nadrobić. Hania zasnęła, mocno ściskając palec taty. A Maks nie chciał go wyswobodzić — siedział w ciemności, słuchając jej oddechu i myśląc, jak wiele można stracić, jeżeli się nie zatrzyma i nie spojrzy na to, co naprawdę ważne. A Hania spała i się uśmiechała — teraz była pewna, iż tata już jej nie zostawi. Tę historię przesłała jedna z naszych czytelniczek. Czasem los wystawia nas na ciężką próbę, by obudzić w człowieku najpiękniejsze uczucia. A czy Wy wierzycie, iż człowiek potrafi się zmienić, gdy zrozumie, jak łatwo stracić największy skarb?
Edukacyjne kreskówki dla dzieci. Oto propozycje, które faktycznie uczą i nie przebodźcowują
Nie dzwoń już więcej! Po co tracić czas na coś, co cię nie obchodzi? Już dawno zrozumiałam, iż ani ty, ani twoje dzieci nie interesujecie się tym, czy babcia jeszcze żyje i jak się czuje!
Wnuki są, dziadków brak. Milenialsi mówią głośno o rozczarowaniu rodzicami
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co wywróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli
— W naszej rodzinie już cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wniosłaś? — Gabrysię — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc się po brzuchu. — Nazwiemy ją Gabrysia. — Znowu dziewczynka? To jakieś kpiny! — rzuciła wynik USG na stół teściowa, pani Helena. — W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Gabrysię — powtórzyła Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Gabrysia. — Gabriela… — przeciągnęła teściowa. — No, przynajmniej imię w porządku. Tylko co z niej będzie? Komu ona będzie potrzebna, twoja Gabrysia? Maks siedział cicho, zapatrzony w telefon. Gdy żona spytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co jest, to jest. Może następnym razem będzie chłopak. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następnym razem? A ta maleńka to co, próba generalna? Gabrysia przyszła na świat w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i burzą ciemnych włosów. Maks pojawił się tylko na wypisie ze szpitala, przynosząc bukiet goździków i torbę z dziecięcymi rzeczami. — Ładna jest — powiedział ostrożnie zaglądając do wózka. — Podobna do ciebie. — Ale nos twój — uśmiechnęła się Anna. — I ten uparty podbródek. — Daj spokój, wszystkie dzieci są takie same w tym wieku — machnął ręką Maks. Pani Helena, teściowa, przywitała ich w domu z kwaśną miną. — Sąsiadka Jadwiga pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać — mamrotała. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się z córką w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, tuląc Gabrysię do piersi. Maks pracował coraz więcej. Brał dodatkowe zmiany, dorabiał u sąsiadów, tłumaczył się, iż rodzina kosztuje, zwłaszcza z dzieckiem. W domu pojawiał się późno, był zmęczony i małomówny. — Ona na ciebie czeka — mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego, nie zaglądając nawet. — Gabrysia zawsze ożywia się na dźwięk twoich kroków. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześniej wstać… — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, i tak nie zrozumie. Gabrysia rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca głowę, słysząc kroki taty, a potem długo patrzy w pustkę, gdy te cichną. Kiedy Gabrysia miała osiem miesięcy, zachorowała. Najpierw temperatura podskoczyła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz stwierdził, iż póki co można zbić gorączkę w domu. Nad ranem temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maks, wstawaj! — Anna potrząsała mężem. — Gabrysia jest bardzo słaba! — Która godzina? — z trudem otworzył oczy. — Siódma. Nie spałam z nią całą noc. Musimy jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotny dyżur… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze natychmiast przyjęli Gabrysię do oddziału zakaźnego. Podejrzewali poważne zapalenie — konieczna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — spytał ordynator. — Potrzebna zgoda obu rodziców. — Pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła do Maksa przez cały dzień. Telefon milczał. Dopiero o 19 odebrał. — Aniu, jestem na kolei, mam trochę spraw… — Maks, Gabrysia ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Ja nic nie rozumiem… — Przyjeżdżaj! Teraz! — Nie mogę, dyżur do jedenastej. Potem umówiliśmy się z chłopakami… Anna bez słowa rozłączyła się. Zgodę podpisała sama — jako matka miała prawo. Punkcję przeprowadzono w znieczuleniu ogólnym. Gabrysia leżała jak kruszynka na ogromnym łóżku. — Wyniki będą jutro — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie opon, leczenie potrwa długo. Co najmniej półtora miesiąca w szpitalu. Anna została przy córce. Gabrysia leżała blada pod kroplówką, ledwo oddychając. Maks pojawił się dopiero w południe następnego dnia. Niezgolony, wymięty. — Jak tam… jak sytuacja? — zapytał, nie mogąc wejść do sali. — Źle. Wyników jeszcze nie ma. — A co robili jej… tą… — Punkcję kręgosłupa. Pobierali płyn na badania. Maks zbladł. — Bolało ją? — Była w narkozie, nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Gabrysia spała, jej maleńka rączka wystawała spod koca, do nadgarstka przyklejona igła do kroplówki. — Ona… taka mała — wyszeptał Maks. — Nie myślałem… Anna milczała. Wyniki przyszły dobre — to nie był zapalenie opon mózgowych, tylko silna infekcja wirusowa z powikłaniami. Leczenie można było kontynuować w domu pod kontrolą lekarza. — Udało się — powiedział ordynator. — Jeszcze dzień, dwa zwłoki i byłoby znacznie gorzej. W drodze do domu Maks milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Jestem aż tak złym ojcem? Anna poprawiła śpiącą Gabrysię i spojrzała na męża. — A jak ty sądzisz? — Myślałem, iż jest czas. Że ona mała, nic nie rozumie. A tu… — urwał. — Zobaczyłem ją z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I co miałbym wtedy?… — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie tylko żywiciela, nie tylko kogoś, kto przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, który wie, jak ma na imię jego córka. I które zabawki lubi najbardziej. — Jakie? — zapytał cicho. — Gumowego jeżyka i grzechotkę z dzwoneczkami. Jak wracasz do domu, pełznie do drzwi i czeka, aż ją podniesiesz. Maks opuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Gabrysia obudziła się i zapłakała cicho. Maks instynktownie sięgnął po nią, ale zawahał się. — Mogę? — zapytał żony. — To twoja córka. Ostrożnie wziął Gabrysię na ręce. Dziewczynka zaszlochała, ucichła i patrzyła na tatę dużymi oczami. — Cześć, maleńka — wyszeptał Maks. — Wybacz, iż mnie nie było, kiedy się bałaś. Gabrysia pogłaskała jego policzek. — Tata! — powiedziała wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maks spojrzał zszokowany na żonę. — Ona… ona powiedziała… — Mówi już tak od tygodnia — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko jak ciebie nie ma w domu. Musiała czekać na odpowiedni moment. Wieczorem, kiedy Gabrysia zasnęła na rękach taty, Maks ostrożnie odłożył ją do łóżeczka. Dziewczynka mocno chwyciła jego palec. — Nie chce puścić — zdziwił się. — Boi się, iż znowu znikniesz — wyjaśniła Anna. Maks jeszcze pół godziny siedział przy łóżeczku, nie próbując choćby się oswobodzić. — Jutro biorę wolne — powiedział żonie. — I pojutrze też. Chcę… chcę lepiej poznać swoją córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inny sposób na życie. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona dorasta. Anna przytuliła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się jej stało, a ja choćby nie wiedziałbym, jakie ma ulubione zabawki — wyszeptał Maks, patrząc na śpiącą Gabrysię. — Albo iż umie już mówić „tata”. Tydzień później, kiedy Gabrysia wyzdrowiała, całą trójką poszli do parku. Gabrysia siedziała tacie na barana i śmiała się kolorom jesiennych liści. — Popatrz, Gabrysiu, jakie piękne klony! — pokazywał Maks. Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, żeby zrozumieć, ile to naprawdę znaczy. Pani Helena powitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Maks, słyszałam od pani Jadwigi, iż jej wnuk już gra w piłkę, a twoja… tylko lalkami. — Moja córka jest najlepsza na świecie — odpowiedział spokojnie Maks, sadzając Gabrysię na podłodze i podając jej gumowego jeża. — Lalki są świetne! — Ale ród się skończy… — Nie skończy. Potoczy się dalej. Inaczej, ale dalej. Teściowa chciała coś odpowiedzieć, ale Gabrysia podpełzła do niej i wyciągnęła rączki. — Babcia! — zawołała, uśmiechając się szeroko. Pani Helena wzięła ją zmieszana na ręce. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Gabrysia jest bardzo mądra — powiedział dumnie Maks. — Prawda, córeczko? — Tata! — krzyknęła Gabrysia i zaczęła klaskać w rączki. Anna patrzyła na nich i myślała, iż szczęście czasem przychodzi przez próbę. I iż najgłębsza miłość rodzi się powoli, przez ból i lęk o stratę. Wieczorem Maks śpiewał Gabrysi kołysankę na dobranoc. Jego głos drżał, ale córeczka słuchała szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś — zauważyła Anna. — Nigdy wcześniej tyle nie rozumiałem — odpowiedział Maks. — Teraz mam czas, by nadrobić to, co przegapiłem. Gabrysia zasnęła, ściskając mocno tatowy palec. Maks nie próbował go zabrać — siedział w ciemności, słuchając jak córka oddycha i myśląc, jak łatwo stracić to, co najważniejsze, jeżeli się nie zatrzymamy na czas. A Gabrysia spała spokojnie i uśmiechała się przez sen, bo wiedziała już: tata zawsze będzie obok. Tę historię przysłała nasza czytelniczka. Czasami los nie daje wyboru, ale wielką próbę, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. A Wy wierzycie, iż można się zmienić, gdy zrozumie się, co można naprawdę stracić?
Nadzieja Leonidowna nagle podupadła na zdrowiu. Żadna z jej córek nie odwiedziła matki, gdy leżała chora – opiekowała się nią tylko wnuczka Natalia. Córki pojawiły się dopiero tuż przed Wielkanocą, jak zwykle po wiejskie przysmaki, które mama przygotowała! Nadzieja Leonidowna wyszła do furtki powitać córki. – Po co przyjechałyście? – zimno powiedziała. Starsza córka, Sylwia, zamarła ze zdumienia. – Mamo, co się stało?! – wykrzyknęła. – Nic się nie stało! Kochane moje, wszystko już sprzedałam: całe gospodarstwo… – Jak to? A my? – córki nie mogły zrozumieć, co się dzieje. Życie w Olszynowie było nudne i monotonne, więc każda, choćby najmniejsza sensacja stawała się wydarzeniem na całą wieś. Prawdziwy poruszenie wywołało pojawienie się Natalii, wnuczki byłej kierowniczki sklepu spożywczego. Szeptano, iż nadwrażliwe kobiety aż westchnęły na jej widok. – O, ta Natalia! – mówiły miejscowe. – Zdolna! Wszystkich przebiła! Teraz niech zazdroszczą! Rzeczywiście, większość wiejskich „elit” patrzyła z nieukrywaną zawiścią, jak Natalia, eleganckim SUV-em, przemierza rodzinne drogi. Cała, niezbyt liczna społeczność Olszynowa ustawiła się wzdłuż drogi, aby uwiecznić tę historyczną chwilę. Dziadkowie ocierali łzy chusteczkami. – Czy to naprawdę możliwe? Jak w bajce o Kopciuszku! – Tak miało być! Od dziecka mówimy na Natalię „Kopciuszek”. Teraz Natalia miała pełne prawo spojrzeć pobłażliwie na tych, którzy jeszcze niedawno się z niej śmiali. Zauważyła grajka, pana Pawła, i serdecznie pomachała mu z samochodu. – Panie Pawle, miło pana widzieć! Jak zdrowie?! – U mnie wszystko dobrze, Natalio! Przyjdź do klubu na próbę! – Koniecznie odwiedzę! Błyszczący samochód zniknął za zakrętem, a zgromadzeni powoli rozchodzili się do domów. Pan Paweł z zadowoleniem przyznał: – Dzielna dziewczyna! Osiągnęła, co chciała! Teraz kolej na naszych medyków. Stara babcia Franciszka zapytała: – Co mają do tego lekarze? – A to babciu, iż dziś wielu będzie zżerać zazdrość! Bywa i tak! Słyszałaś? Babcia Franciszka tylko machnęła ręką i pospiesznie pobiegła do domu. Pan Paweł się nie obraził, wiedział, iż starsza pani mówiła bez złośliwości. Siedząc na ławce przy klubie, rozmyślał o powrocie Natalii… W życiu Natalii wiejski muzyk odegrał kluczową rolę – i to dosłownie. Dziewczynka wcześnie została sierotą, matki zabrakło, ojciec odszedł wcześniej. Żadna z licznych krewnych nie chciała brać odpowiedzialności i dziewczynka dwa lata spędziła w domu dziecka. Ale potem coś pękło w sercu Nadziei Leonidowny i przygarnęła wnuczkę. W Olszynowie ten gest doceniono. Kobieta przez cały czas pracowała, a kierowniczka sklepu chwaliła jej decyzję przed współpracownikami. – Gdyby wszyscy byli tacy jak Nadzieja Leonidowna! Ale byli i tacy, którzy widzieli w tym czysty interes. – Teraz za dzieci są dodatki, to „dobra” babcia chce coś dla siebie. Myślicie, iż ma w sercu dobroć? A pamiętajcie, jaki charakter ta babka ma! Opinie o szefowej sklepu były różne – nie raz oszukiwała klientów, a awantury z sąsiadkami były na porządku dziennym. Dobrze traktowała tylko swoje dwie córki i syna. Syn był lekarzem w powiatowym szpitalu, córki w Warszawie. Ale przyjeżdżali do matki wyłącznie po zapasy. A pod tym względem Nadzieja miała wszystko – jej gospodarstwo mogło zawstydzić niejednego rolnika! Prowadziła kilka dziesiątek kaczek i kur, w chlewiku kwiczały prosiaki, a kozy walczyły o dzienny przydział siana. Aby wszystkich wykarmić, posiadała dwa hektary pola. Samotnej, energicznej kobiecie było coraz ciężej, lat nie ubywało. Wynajęcie kogoś do pomocy było zbyt drogie, więc przypomniała sobie o wnuczce. Podczas przerwy w pracy podzieliła się planem z Zofią, przyjaciółką z dzieciństwa. – Zabiorę Natalkę, niech nie tuła się po domu dziecka. Ludzie i tak mają mi za złe, iż ją oddałam. Zofia zawsze ją wspierała – była od Nadziei zależna, pracowała w jej sklepie. – Masz rację, Nadziejo! Dziewczynka już duża, będzie ci pomagać przy gospodarstwie. – Zofio, to ty mnie nakierowałaś! Gdy będę w pracy, Natka przypilnuje zwierząt. – A szkoła? Teraz dzieci mają tyle nauki! Moi wnukowie po nocach ślęczą, a jeszcze zajęcia, kółka… – Obejdzie się bez kółek! Nie za darmo przecież ją będę karmić! Mała Natalia była szczęśliwa. Wykonywała każde polecenie babci, więc wieś zaczęła mówić na nią Kopciuszek. Większość współczuła jej, a niektórzy choćby publicznie potępiali Nadzieję. – Leonidowno, Boga się bój! Na Natalkę patrzeć nie można, taka chuda! Jak możesz?! Ale babka zbywała uwagę. – Nie wasza sprawa! Moja wnuczka sama chce pomagać! Skończy szkołę, pójdzie na weterynarię! Nadzieja miała już plan życia wnuczki – gdyby nie przypadek, wszystko potoczyłoby się według niego. Pewnego letniego dnia w miejscowym domu kultury zjawiła się nowa kierowniczka. Marzena, właśnie po studiach artystycznych, przyszła szukać talentów. Panu Pawłowi nie trzeba było dwa razy powtarzać – sam zaoferował pomoc. – Pani Marzeno, jakby tylko nowy instrument, mogę ruszyć świat! Kiedyś już po polach śpiewaliśmy dla robotników! Zaraz go zaprosiła, próbując ożywić lokalny zespół. Ale brakowało najważniejszego – solistki. Pawłowi bardzo zależało. – Pani Marzeno, zespół bez solistki to jak barszcz bez kapusty! Skąd wziąć młodą, utalentowaną? Marzena gwałtownie znalazła wyjście. – Ja wiem, gdzie jej szukać! Chodźmy, instrument bierzemy! Casting w wiejskiej szkole był prawdziwą sensacją. Młodzież ustawiła się w kolejce, czekając na ocenę wokalu. Natalię namówiła wychowawczyni. – Natalio, śpiewasz pięknie, nie wykręcaj się! Dziewczynka prawie się popłakała: – Proszę, nie mogę! Muszę do domu! Babcia będzie zła! – Obiecuję, porozmawiam z babcią! Teraz masz jedyną szansę wygrać los na loterii! Bała się, ale i marzyła – w końcu się zgodziła. Zaśpiewała cały swój repertuar – śpiewanie sprawiało jej radość, choć dotąd miała za słuchaczy tylko zwierzęta. Marzena podsumowała: – Prawdziwy diament! Czysty głos, nie zawahała się choćby chwili! Odniosła sukces! Po poważnej rozmowie nauczycieli z babcią Natalii, ta musiała zmniejszyć jej domowe obowiązki. Babcię to bolało – martwiła się, iż wnuczka zadźwignie nosa. Zwierzyła się Zofii. – To co, mam ją karmić za darmo? Po koncertach ją wożą, a ja muszę dźwigać wszystko na emeryturze? – Przecież dostajesz dodatek na wnuczkę! – Co mi z tego? A ubrania, buty? Myślałam, iż latem zarobi przy gospodarstwie! Co mi da to śpiewanie? Zofia rozmarzona westchnęła: – A wyobraź sobie, iż za dziesięć lat Natalka zostanie artystką! Pokazy w telewizji, zdjęcia w gazetach! – A co z tego mi przyjdzie? Muszę dzieciom pomagać, gospodarstwa nikt nie przypilnuje! Przyjaciółka spojrzała na nią z wyrzutem. – Ludzie mają rację – traktujesz ją jak macocha Kopciuszka! Zobacz, jaka jest zmęczona! Po tej rozmowie przyjaźń się rozpadła, Nadzieja straciła jedyną powierniczkę. Kariera młodej artystki rozwijała się szybko. Z zespołem objechała wszystkie okoliczne wsie, zachwycała mechaników i mleczarki. Na konkursie wojewódzkim zdobyła laury, ale nie zmieniła charakteru – przez cały czas opiekuńczo i z szacunkiem traktowała babcię, a gdy ta nagle zaniemogła, nie odstępowała jej ani na chwilę. Żadna z córek nie odwiedziła matki, pojawiły się dopiero tuż przed Wielkanocą. Jak zwykle – tylko po wiejskie specjały, które mama zrobiła! Nadzieja Leonidowna wyszła do furtki powitać córki. – Po co przyjechałyście? – rzuciła chłodno. Starsza, Sylwia, była w szoku. – Mamo, co się dzieje?! – zapytała. – Wszystko dobrze! Kochane moje. Ale wszystko już sprzedałam, całe gospodarstwo… – Jak to? A my? – córki były zszokowane. – Idźcie do sklepu i kupcie, czego potrzebujecie! Nie mam już siły wszystkiego prowadzić! – A Natalia, co z nią? Tego już Nadzieja nie wytrzymała. – Natalia nie jest służącą! Nie będzie na was pracować! Gdy byłam chora, nie przyjechałyście! Teraz koniec! Ja też mam prawo na spokojną starość! A Natalia… Niech się uczy, może artystką naprawdę zostanie! Siostry wyjechały z niczym, a Nadzieja poszła do Zofii. – Dziękuję, iż otworzyłaś mi oczy! Byłam bliska zniszczenia życia wnuczki. Teraz pomóż mi sprzedać mięso! – Jakie mięso, Nadziejo? – Całe, tylko jedną kozę zostawiłam! – I dobrze zrobiłaś! A córki? – Niech sobie radzą, nie mam już do nich siły… …Natalia przez lata nie odwiedzała Olszynowa, ale stale dzwoniła, wysyłała pieniądze. Częste koncerty i praca pedagoga pochłaniały czas, ale udało jej się wyrwać tydzień na wizytę w rodzinnym domu. Z tylnego siedzenia za­gasł głos synka: – Mamo, daleko jeszcze do babci? – Synku, już jesteśmy! A tam babcia już czeka! Mimo wieku Nadzieja Leonidowna trzymała się dziarsko. Porwała prawnuka na ręce i całowała. – Moje złote słoneczko! Doczekałam się tego dnia! Natalię przytuliła nieco ostrożniej, żeby nie popsuć fryzury. – Oglądałam twój koncert w telewizji – byłaś najpiękniejsza! Natalia przytuliła babcię. – Przesadzasz! Jestem zwykła, po prostu trochę śpiewam. – Nie wstydź się, jesteś prawdziwą artystką! – Gdyby nie ty i pan Paweł, nic by ze mnie nie było! Tak zostałabym Kopciuszkiem. – Ale w bajce to wróżka wyczarowała karocę i księcia… A ty swoje szczęście wypracowałaś własnymi rękoma… Natalia odruchowo schowała kiedyś spracowane dłonie, ale babcia to zobaczyła. Babcia wtuliła się w ramię wnuczki, płakała i przepraszała – ale z dawnych żali wnuczka już dawno wybaczyła. Najważniejsze było to, iż miała na świecie bliską osobę, o którą mogła się troszczyć…
MOJA PRAWDZIWA SYNOWA – Historia Emilii, młodej żony mojego syna, przedwczesnego macierzyństwa, rodzinnych napięć i zdrady, dorastania pod jednym dachem, tęsknoty za dawnym szczęściem oraz drugiego małżeństwa Rómy z przebiegłą Żanną – opowieść o trudnych wyborach, rodzinnych relacjach i tym, co naprawdę znaczy „rodzina”
Jak nie połamać się na lodzie? Ten sposób może uratować życie w mroźne dni
1/72 DH.94 Moth Minor – Special Hobby
Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej zachodził, więc i dziecko z nim ma – taki sam rudy i piegowaty jak ojciec, testów nie trzeba. Co pani ode mnie chce? Męża niedawno pochowałam, nie wiem, z kim się zadawał… — A Kasia też już nie żyje… Tonka plewiła grządki, gdy usłyszała wołanie z podwórka. Otarła pot z czoła i wyszła do furtki, gdzie stała nieznajoma kobieta. — Tonka, cześć! Musimy porozmawiać. — Wejdź, skoro przyszłaś… Tonka zaprosiła kobietę do domu, postawiła czajnik. Ciekawe, po co przyszła? — Jestem Nina. Osobiście się nie znamy, ale mówiły mi, co i jak… Nie będę owijać w bawełnę… Twój zmarły mąż ma syna, Michałka. Ma trzy lata. Tonka spojrzała na kobietę zaskoczona. Wyglądała za staro na matkę tego dziecka… — Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej wpadał, więc i dziecko z nim ma. Rudzielec i piegus – cała kopia ojca, żadnych badań nie trzeba. — Ale czego pani ode mnie chce? Męża niedawno już nie ma, nie miałam pojęcia, z kim się zapoznawał… Ta Kasia też już niestety nie żyje… Z powodu zapalenia płuc. Chłopiec został sierotą. Kasia też nie miała żadnych bliskich, była napływowa, sprzedawała w sklepie… Szkoda chłopca, tylko dom dziecka mu został… — Ja mam swoje dzieci, dwie córki, legalnie po ślubie. Chcecie, żebym zabrała to dziecko? Niektórzy mają tupet… — Ale przecież to brat twoich córek, swój, nie całkiem obcy… Chłopiec dobry, w szpitalu jest teraz, papiery na niego szykują… — Proszę mi tu litości nie wzbudzać… Mąż Bóg wie, ile dzieci zostawił, wszystkich mam wychować? — Rób, jak uważasz… Moim zadaniem było ostrzec. Nina wyszła. Tonka nalała sobie herbaty i zamyśliła się… *** Z Jurkiem poznała się zaraz po studiach. Świętowała z koleżankami, podeszli chłopcy. Jurek wyróżniał się rudą czupryną i piegami na twarzy. Wesoły, zabawny, czytał wiersze, opowiadał kawały. Odprowadził ją do domu. I tak została jego żoną. Zamieszkali u babci, która po śmierci zostawiła im dom. Urodziła się córeczka Walentyna, po dwóch latach Olenka. Żyli skromnie, zawsze brakowało pieniędzy. Wtedy Jurek zaczął pić. Tonka walczyła, ale na próżno. Potrafił zniknąć na kilka dni. Z pracy go wyrzucili oczywiście, a Tonka pracowała na dwa etaty. Postanowiła się rozwieść. Myślała, iż pojedzie z dziewczynami do miasta, ciotka od dawna ją zapraszała, znajdzie pracę, dadzą sobie radę. Ale Jurek po pijanemu wpadł pod samochód. Zginął. Szkoda jej go było, płakała nad trumną. Córki też płakały, w końcu tata… A teraz okazuje się, iż na boku dziecko zrobił… Do domu weszła starsza córka Walentyna. Wysoka, szczupła, cała w matkę, ruda jak ojciec. — Mamo, coś do jedzenia? Wybieramy się z dziewczynami do kina, a jestem głodna! A czemu taka smutna jesteś? — Przetrawiam nowinę. Przyszła do mnie baba i powiedziała, iż twój ojciec ma syna gdzie indziej, dziecko trzyletnie. Matki już też nie ma, a chłopca chcą do domu dziecka oddać. Zaproponowała, żebym go wzięła do siebie… — No ładnie… A kto to matka? Znasz ją? — Nie. Nie stąd. Katarzyna jej na imię, nazwiska nie znam… — I co zamierzasz? Gdzie ten chłopiec teraz jest? Nie ma żadnych krewnych? — Chyba nie. W szpitalu jest, papiery do sierocińca szykują… Rudziel, mówi, cała kopia ojca… Jedz ziemniaki z parówkami. Walentyna rzuciła się jeść. Przyszła Olenka, dołączyła. Tonka patrzyła na córki i się uśmiechała. Obie rude jak ojciec… Te geny mają jednak siłę… Następnego dnia Walentyna powiedziała: — Mamo, byliśmy z Olenką w szpitalu… Zobaczyć brata. Śmieszny taki, pucołowaty. Bardzo do nas podobny – rude słoneczko… Płacze, do mamusi chce… Zanieśliśmy mu jabłko i pomarańczę. Stoi w łóżeczku, rączki wyciąga… Pani pielęgniarka pozwoliła się z nim pobawić. Mamo… Weźmy go… To nasz brat… Tonka się rozzłościła. — Co wy sobie wymyśliliście! Tatuś wasz się zabawiał, a ja mam wszystko naprawiać? Mam dość własnych problemów… Tobie łatwo mówić – weź go… — Ludzie cudze dzieci biorą, a ten nasz, z krwi… On nie winny, iż tak wyszło. Sama wiesz, dzieci nie odpowiadają za rodziców! — Ale gdzie jeszcze jeden do wykarmienia? I tak haruję bez końca, sprzedaję warzywa z działki, spinam się jak mogę, a wy chcecie nowej gęby na moją pensję? Ty za rok do szkoły pójdzie, Olenka rośnie, raz to, raz tamto… — A jakbyś wzięła opiekę, jakaś pomoc państwowa przecież jest… Mamo, jesteś kobietą, nie żal ci chłopca? Ojciec źle zrobił, ale to nasz brat… Tonka była zła na męża i córkę. Wymyśliła sobie, żeby cudze dziecko jej wcisnąć… Ale postanowiła zobaczyć tego chłopca. Następnego dnia poszła do szpitala. — Dzień dobry. Gdzie tu jest Michałek, trzy lata, ma iść do domu dziecka? — spytała pielęgniarkę. — Kim pani jest dla niego? Po co pani? — Chcę tylko zobaczyć. To dziecko mojego męża, od innej kobiety… Tak wyszło… — Zobacz, i co z tego? Wczoraj twoje córki były, bawiły się z nim, choć nie wolno, ale pozwoliłam… Potem płakał, do mamy chciał… — Ja tylko na sekundę, choćby nie wezmę na ręce… — Zobacz, skoro tak… Tonka otworzyła drzwi i zamarła. Mały Jurek, cała kopia… Rude loczki, niebieskie oczy. Prześliczny chłopczyk. Siedział w łóżeczku i bawił się klockami. Zobaczył ją — uśmiechnął się. — Ciociu… A gdzie moja mama, ma-ma?… — Nie ma mamy, Michałku… — Do domu chcę… I rozpłakał się żałośnie. Tonce ścisnęło się serce. Podeszła do łóżeczka, wzięła chłopczyka na ręce. — Proszę go odłożyć! — krzyknęła pielęgniarka. — Pani pójdzie, a ja potem jego krzyki słuchać będę! — Michałku, nie płacz, malutki… Tonka głaskała go po głowie, wycierała łzy. — Zabierz mnie… Głodny jestem, nie mam się z kim bawić… — Dobrze, Michałku… Obiecuję, wrócę. Bądź dzielny, dobrze? Tonka wracała z myślą, by zabrać chłopczyka. Cała złość zniknęła, gdy zobaczyła nieszczęśliwego, bezbronnego malca. Takiego podobnego do jej dziewczynek… *** Minęło piętnaście lat. Michał musi jechać do miasta na naukę. Syn już dorósł… Jak te lata lecą. — Dzwoń, Michałku, i wracaj często… Dusza boli… Teraz czasy smutne… — Mamo, wszystko będzie dobrze! Nie zawiodę cię! Dwa lata gwałtownie przelecą, skończę technikum! Potem pójdę do pracy, Leszek Sidorczuk mówi, iż wujek płaci dobrze na warsztacie, a naprawiać auta umiem! Będę miał dyplom mechanika. — Mój mistrzu, — Tonka pogładziła rude loczki… *** Życie, jak leśna ścieżka, potrafi poprowadzić w nieoczekiwane miejsca. Tonka myślała, iż los zesłał jej kolejną próbę, kolejny krzyż, kolejną zdradę męża. A okazało się, iż w kolczastym krzaku żalu krył się mały pęd — chłopiec, niczemu niewinny, iż się urodził. Czasem serce widzi to, czego nie dostrzegają oczy. Ono w Michałku ujrzało nie obcą krew, tylko samotną duszę spragnioną ciepła. Nie usłyszało krzyku „cudze dziecko”, tylko cichy szept: „Mamo”. I Tonka, wbrew logice i obawom, wyciągnęła ramiona. Latami okazało się, iż dobroć to nie ofiara, a dar. Michałek nie stał się „kolejną gębą do wykarmienia”, tylko tym, kto nosił wodę ze studni na grządki, gdy Tonka plewiła. Tym, kto rozśmieszał siostry, gdy było ciężko. Tym, kto gdy dorósł, powtarzał: „Dziękuję, mamo”, a w tych słowach zawierał się cały świat…
Zapowiedzi serii LEGO® Ideas na 2026 rok.
Noc, gęstniejąca nad miastem, zdawała się wróżyć tragedię. Ciężkie chmury wlokły się po niebie, jakby dźwigając brzemię niespełnionych nadziei i złamanych losów.
Przyłapujesz dziecko na kłamstwie i się złościsz? Właśnie utrwalasz w nim nawyk oszukiwania
Wrocław na weekend 6-8 lutego 2026 r. Co się będzie działo? | WYDARZENIA
Na pierwszy rzut oka banał, w praktyce pułapka. Ta zagadka gwałtownie weryfikuje czujność
Krzyknęłaś na dziecko i masz wyrzuty sumienia. Nie obwiniaj się, zrób coś innego
Jedyny mężczyzna w rodzinie Przy porannym śniadaniu najstarsza córka, Weronika, zapatrzona w ekran telefonu, pyta: – Tata, widziałeś dzisiejszą datę? – Nie, a co w niej niezwykłego? Zamiast odpowiedzi odwraca telefon: na ekranie rząd cyfr – 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku. – To twoja szczęśliwa liczba – 11, a dziś aż trzy pod rząd. To będzie twój dzień, tato! – Twoimi ustami miód pić – zaśmiał się Valery. – Tak, tatusiu – wtrąciła się młodsza Nadia, także wpatrzona w ekran. – Skorpiony czeka dziś miła znajomość oraz prezent na całe życie. – Ciekawe, może gdzieś tam w Europie albo Ameryce zmarł nieznany nam krewny i my jako jedyni dziedzice dostaniemy miliony… – Raczej miliardy – rozbawiona Weronika puściła oko do ojca. – Milioner to byłoby za mało jak dla ciebie! – Zastanawiam się, co zrobimy z taką górą pieniędzy… Może kupimy willę we Włoszech lub na Malediwach? Później jacht… – I helikopter, tato – fantazjowała Nadia. – Chcę własny helikopter! – Sprawa załatwiona. A ty, Weroniko, czego chcesz? – Chcę zagrać w bollywoodzkim filmie z Salmanem Khanem. – Banał – odparł Valery. – Zaraz zadzwonię do Amitabha Bachchana i wszystko załatwię… – No dobrze, marzycielki, kończcie śniadanie, zaraz wychodzimy. – choćby pomarzyć nie można… – westchnęła Nadia. – No jak to, właśnie trzeba marzyć! – Valery dopił herbatę, wstał od stołu. – Tylko pamiętajcie o szkole… To właśnie ten poranny dialog przypomniał mu się wieczorem, kiedy pakował zakupy do toreb w supermarkecie. Dzień minął ciężko, pracy przybyło, trzeba było zostać po godzinach, a zamiast miłej niespodzianki i prezentu – była tylko zmęczenie. „Szczęście przeleciało obok jak fanera nad Warszawą” – mruknął Valery, wychodząc z marketu. Przy starym, wiernie służącym przez ćwierć wieku „Fiacie 126p”, kręcił się chłopak – włóczęga, brudny, w podartej czapce uszance i butach nie do pary: na lewej nodze bliżej nieokreślony sportowy, na prawej – zdezelowany glan, przewiązany niebieskim kablem. – Proszę pana, jestem głodny… dałby pan kawałek chleba… Słowa chłopaka zabrzmiały z lekkim zająknięciem. Nie wygląd, nie archaiczne proszenie o kromkę, ale pauza w głosie chłopca poruszyła Valerego: to samo ćwiczył w młodości w teatrze amatorskim na zajęciach z wymowy – czujny widz dzięki niej rozpoznaje, czy aktor mówi szczerze. Chłopak kłamał. To był teatr. Ale dlaczego? jeżeli istnieje szóste zmysły, to właśnie nim Valery wyczuł – to przedstawienie zagrane specjalnie dla niego. „Dobra, kolego… zagram w twoją grę. Dziewczynki będą miały zabawę – uwielbiają bawić się w detektywów.” – Samym chlebem się nie najesz. Miska barszczu, ziemniaczki ze śledzikiem, do tego kompot z suszu i wawrzynki na deser. Może być? Na moment chłopak się zająknął, nie spodziewał się takiej propozycji, ale gwałtownie odzyskał rezon: zmierzył Valerego spod oka. – Co, nie odpowiadasz? Tak czy nie? – Tak – szepnął chłopak. Valery podał mu torbę z zakupami. To był test. Bo prawdziwi bezdomni za każdym razem natychmiast uciekali z zakupami – a chucherko zostawało i patrzyło pod nogi. Po krótkim telefonie do domu wsiedli do auta. W drodze Valery rozmyślał: sam sierota z domu dziecka, dobrze wie, jak ciężka jest dola takich dzieciaków. Ile z nich już przywiózł do domu, ile przekazał do dobrych rodzin… Gdyby tylko nie te durne przepisy, sam by adoptował. Ale urzędnicy swoje – mieszkanie za małe, samotny ojciec, dwoje własnych dzieci… Jakby w domu dziecka było im lepiej… Liczy się miłość, a tej w rodzinie Valerego by nie brakowało. Chłopak siedział w milczeniu, skulony, jeszcze nieoswojony. W domu na werandzie czekały dziewczynki. – Tato, a co to za gość? – To chyba wasza dzisiejsza „miła znajomość i prezent na całe życie” – zażartował Valery. Nadia gwałtownie zbadała temat, Weronika również wzięła sprawy w swoje ręce. Dziewczyny podeszły do chłopaka, „analizując” go detektywistycznie, kręciły żarty, powąchały choćby plamy na dłoniach chłopaka – okazało się, iż to nie brud, a… teatralny makijaż. – No i wyszło szydło z worka: chłopak z domu, żadna ulica! – triumfowała Nadia. Po kilku „policyjnych” pytaniach, chłopak nie wytrzymał i wyznał prawdę – nazywa się Spartak Bugajew, ma 11 lat, jest jedynym mężczyzną w domu, wychowuje młodsze siostry z najstarszą, dorosłą już siostrą Sofią. To dla niej chciał sprawdzić „od środka” rodzinę Valerego – bo jego siostra kocha Valerego i chciał upewnić się, iż będzie szczęśliwa z nim i dziewczynkami. – Bardzo mi się tu podoba – powiedział Spartak szczerze – Weronika, Nadia jesteście super, panie Valery, proszę, weź moją siostrę za żonę… Valery, wzruszony, przytulił chłopca, a jego córki już wymyślały, jak będą „rodziną zgrana”. Marzenie o miłej znajomości i prezencie na całe życie, o wielkiej rodzinie właśnie się spełniało! Jedyny mężczyzna w rodzinie – czyli jak Skorpion poznał swój prezent na całe życie: barszcz, rodzina i teatr jednego aktora w polskim domu
Pewnego pozornie zwykłego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co przewróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli
Nie chcę, żeby twój syn mieszkał z nami po ślubie – historia Leny, która wolała pozbyć się dziecka swojego narzeczonego, i decyzja ojca, dla którego syn zawsze będzie najważniejszy
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty, co przyniosłaś? — Galinkę — odpowiedziała cicho Anna, gładząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinką — Znowu dziewczynka? To jakiś żart! — Pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od czterech pokoleń wszyscy mężczyźni byli kolejarzami! A ty co przyniosłaś? — Galinkę — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Galina… — przeciągnęła teściowa. — No, przynajmniej imię normalne. Ale co z niej za pożytek? Komu ta Galina będzie potrzebna? Maksymiliana milczał, wpatrzony w telefon. Gdy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co jest, to jest. Może następnym razem będzie chłopiec. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następny? A ta kruszynka to co, próba generalna? Galinka pojawiła się w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i czupryną ciemnych włosów. Maksymiliana pojawił się tylko na odebraniu ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i torbę z rzeczami dla dziecka. — Ładna — powiedział, zaglądając ostrożnie do wózka. — Podobna do ciebie. — Ale nosek ma twój — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój — machnął ręką Maksymiliana. — Wszystkie dzieci w tym wieku są takie same. Pani Helena przywitała ich w domu niezadowoloną miną. — Sąsiadka Walentyna pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd mi było odpowiadać — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecinnym i cicho zapłakała, przytulając córkę do piersi. Maksymiliana pracował coraz więcej. Dorabiał na bocznych torach, brał dodatkowe zmiany. Mówił, iż utrzymanie rodziny jest kosztowne, szczególnie z dzieckiem. Do domu wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona na ciebie czeka — mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecinnego, choćby nie zajrzawszy. — Galinka zawsze się ożywia, gdy słyszy twoje kroki. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześniej do pracy. — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, nie zrozumie. Ale Galinka rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca główkę w stronę drzwi, gdy słyszy tatowe kroki. I jak długo potem patrzy w pustkę, kiedy staje się cicho. W ósmym miesiącu życia Galinka zachorowała. Najpierw temperatura wzrosła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz stwierdził, iż na razie wystarczy podawać leki przeciwgorączkowe. Rano temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maksymiliana, wstań! — Anna potrząsała mężem. — Galinka jest bardzo słaba! — Która godzina? — Maksymiliana z trudem otworzył oczy. — Siódma. Nie spałam z nią całą noc. Musimy jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze od razu przyjęli Galinkę do oddziału zakaźnego. Podejrzewali poważne zapalenie — potrzebna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców. — On… pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła do Maksymiliana cały dzień. Telefon był wyłączony. O siódmej wieczorem w końcu odebrał. — Aniu, jestem w lokomotywowni, mam sprawy… — Maksymiliana, Galinka ma zapalenie opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjedź! Natychmiast! — Nie mogę, mam zmianę do jedenastej. A potem umówiony jestem z chłopakami… Anna odłożyła słuchawkę. Zgodę podpisała sama — jako matka miała do tego prawo. Punkcję zrobili w pełnej narkozie. Galinka wyglądała tak malutko na tej wielkiej szpitalnej leżance. — Wyniki będą jutro — powiedział lekarz. — jeżeli to faktycznie zapalenie opon, leczenie potrwa minimum półtora miesiąca w szpitalu. Anna została na noc przy córce. Galinka leżała pod kroplówką, blada i cicha. Tylko klatka piersiowa słabo unosiła się i opadała. Następnego dnia Maksymiliana na chwilę przyszedł na obiad. Nieogolony, wygnieciony. — No i jak tam… co z nią? — zapytał, nie śmiejąc się wejść do sali. — Źle — odparła krótko Anna. — Wyniki jeszcze nie gotowe. — Co jej robili? Ta… no… — Punkcja lędźwiowa. Z kręgosłupa pobrali płyn na badanie. Maksymiliana pobladł. — Bolało ją? — Było w narkozie. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zastygł. Galinka spała, mała rączka leżała na kołderce, do nadgarstka był przyklejony wenflon. — Ona… jest taka malutka — wyszeptał Maksymiliana. — Nie myślałem… Anna nic nie odpowiedziała. Wynik badania był pozytywny: to nie było zapalenie opon. Zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniami. Leczenie mogło się odbywać w domu, pod kontrolą lekarza. — Udało się wam — powiedział ordynator. — Gdybyście zwlekali jeszcze dzień-dwa, byłoby gorzej. W drodze do domu Maksymiliana milczał. Dopiero gdy wysiadali z auta, cicho spytał: — Jestem aż taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córkę i spojrzała na męża. — A jak myślisz? — Myślałem, iż czasu jeszcze dużo. Że ona mała, jeszcze nic nie rozumie. A okazuje się… — zamilkł. — Jak zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę stracić. I iż jest co tracić. — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie tego, kto przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, co wie, jak ona ma na imię. Który zna jej ulubione zabawki. — A jakie? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Kiedy wracasz do domu, ona raczkuje do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymiliana spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Galinka się obudziła i zapłakała — cienko, żałośnie. Maksymiliana instynktownie wyciągnął po nią ręce, ale się zawahał. — Mogę? — zapytał żonę. — To twoja córeczka. Wziął Galinkę ostrożnie na ręce. Dziewczynka przestała płakać, patrząc na tatę wielkimi, poważnymi oczami. — Cześć, kruszynko — wyszeptał Maksymiliana. — Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, kiedy się bałaś. Galinka wyciągnęła rączkę do jego twarzy i dotknęła policzka. Maksymiliana poczuł, jak ściska mu się gardło. — Tata — nagle wyraźnie powiedziała Galinka. To było jej pierwsze słowo. Maksymiliana spojrzał na żonę szeroko otwartymi oczami. — Powiedziała… powiedziała… — Mówi już od tygodnia — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy ciebie nie ma w domu. Pewnie czekała na adekwatny moment. Wieczorem, gdy Galinka usnęła na rękach taty, Maksymiliana ostrożnie przeniósł ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec we śnie. — Nie chce mnie puścić — zdziwił się Maksymiliana. — Bo się boi, iż znowu znikniesz — wyjaśniła Anna. Siedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie mogąc wyrwać się z małej rączki. — Jutro biorę wolne — powiedział żonie. — I pojutrze też. Chcę… chcę poznać moją córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inne rozwiązanie. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona rośnie. Anna podeszła i objęła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie darował, gdyby się coś stało, a ja choćby nie wiedział, jakie ona ma ulubione zabawki — powiedział cicho Maksymiliana, patrząc na śpiącą córkę. — Albo iż umie mówić „tata”. Tydzień później, gdy Galinka całkiem wyzdrowiała, całą trójką poszli do parku. Dziewczynka siedziała na ramionach taty i śmiała się, łapiąc jesienne liście. — Patrz, jaka piękna jesień, Galinko! — pokazywał jej Maksymiliana żółte klony. — A tam wiewiórka! Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, by zrozumieć, jak wiele to znaczy. W domu przywitała ich pani Helena, wciąż niezbyt zadowolona. — Maksymiliana, mówiła mi Walentyna, iż jej wnuk już gra w piłkę. A twoja… tylko lalki. — Moja córka jest najlepsza na świecie — spokojnie odpowiedział Maksymiliana, sadzając Galinkę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — A lalki są cudowne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy. Będzie trwał dalej. Inaczej, ale dalej. Pani Helena chciała coś odpowiedzieć, ale Galinka podpełzła do babci i wyciągnęła rączki. — Babciu! — powiedziała dziewczynka i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa zaskoczona wzięła wnuczkę na ręce. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Galinka jest bardzo mądra — powiedział dumnie Maksymiliana. — Prawda, córeczko? — Tata! — odpowiedziała Galinka i zaklaskała w dłonie. Anna patrzyła na tę scenę i myślała, iż szczęście często rodzi się przez próbę. A największa miłość to ta, która rodzi się powoli, dojrzewa w bólu i strachu przed utratą. Wieczorem, kładąc córkę spać, Maksymiliana cicho nucił jej kołysankę. Głos miał słaby, lekko chrapliwy, ale Galinka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś — zauważyła Anna. — Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem — odparł Maksymiliana. — Ale teraz mam czas nadrobić. Galinka zasnęła, mocno trzymając tatowy palec. A Maksymiliana znów nie próbował się uwolnić — siedział w ciemności, wsłuchany w jej oddech, myśląc, jak wiele można stracić, jeżeli się nie zatrzyma i nie spojrzy na to, co naprawdę ważne. A Galinka spała i uśmiechała się przez sen — teraz już wiedziała, iż tata nigdzie nie odejdzie. Tę historię przesłała jedna z naszych czytelniczek. Czasem los nie domaga się tylko wyboru, ale prawdziwej próby, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. Czy wy też wierzycie, iż człowiek potrafi się zmienić, gdy zrozumie, iż może stracić to, co najdroższe?
Ada Sułek chce zdobyć medal w Los Angeles w 2028 roku. "Macierzyństwo dodaje mi skrzydeł" #shorts
Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż do niej często zaglądał, więc przyniosła od niego dziecko – rudy i piegowaty jak ojciec, od razu widać, czyj to syn. Teraz Kasia też już odeszła, a chłopiec został sierotą… Przychodzi do mnie obca kobieta i proponuje, żebym jako wdowa po mężu zaopiekowała się dzieckiem zdrady. Mam swoje dwie córki, a ludzie radzą, bym zabrała chłopca do siebie, bo to przecież brat moich dzieci…
Wygodne Babcie Zofia Kowalska obudziła się od głośnego śmiechu. To nie był cichy chichot, niepoważne podśmiechiwanie, ale donośny, zupełnie niepasujący do szpitalnej sali rechot, którego nie znosiła przez całe swoje dorosłe życie. Śmiała się sąsiadka z łóżka obok, przyciskając telefon do ucha i wymachując wolną ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Ela, ty to potrafisz! Co? Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich? Zofia spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można było spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy Zofię przywieziono na salę, sąsiadka już leżała na swoim łóżku i coś gwałtownie pisała w telefonie. Przywitały się krótko. „Dobry wieczór” – „Dobry wieczór”, i każda wróciła do swoich myśli. Zofia była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk na kółkach. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Można trochę ciszej? Sąsiadka spojrzała na nią. Okrągła twarz, krótka siwizna, której choćby nie próbowała farbować, krzykliwa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Ela, oddzwonię później, zaczynają mnie tu wychowywać — schowała telefon i odwróciła się do Zofii z uśmiechem. — Przepraszam! Jestem Barbara Wysocka. A pani się wyspała? Ja nigdy nie śpię przed operacjami, dlatego dzwonię do wszystkich. — Zofia Kowalska. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. — Ale już pani przecież nie śpi — mrugnęła Barbara. — Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, a głos miała coraz głośniejszy. Zofia demonstracyjnie odwróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało. — Dzwoniła moja córka — tłumaczyła Barbara przy śniadaniu, którego żadna nie jadła — operacja, martwi się biedna. Uspokajam ją jak mogę. Zofia milczała. Jej syn nie zadzwonił. W sumie się nie spodziewała, uprzedził, iż ma rano ważne spotkanie. Sama tak go wychowała: praca jest ważna, praca jest odpowiedzialnością. Barbarę zabrali pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie i coś wołając do pielęgniarki, która się śmiała. Zofia pomyślała, iż dobrze by było, gdyby po operacji przenieśli ją do innej sali. Ją samą zabrali godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępy bólem z prawej strony. Pielęgniarka powiedziała, iż wszystko poszło dobrze, trzeba tylko przetrwać. Zofia była dobra w czekaniu i przetrwaniu. Zawsze umiała wytrzymać. Wieczorem, kiedy wróciła na salę, Barbara już leżała na łóżku. Twarz miała szarą, oczy zamknięte, kroplówka na ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Zofia, choć nie planowała zaczynać rozmowy. Barbara otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły. — Przepraszam za ranek — powiedziała nagle Barbara. — Jak się denerwuję, to gadam bez końca. Wiem, iż to wkurza, ale nic nie mogę z tym zrobić. Zofia chciała powiedzieć coś ciętego, ale zabrakło jej słów. Była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. W nocy żadna z nich nie spała. Obie coś bolało. Barbara już nie dzwoniła, leżała cicho, ale Zofia słyszała, jak się kręci, wzdycha. Raz chyba choćby płakała. Cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, sprawdziła temperaturę, powiedziała do obu: „Dzielne panie, wszystko dobrze”. Barbara od razu złapała za telefon. — Ela, cześć! Już wszystko w porządku, możesz się nie martwić. A co u moich? Naprawdę Kacperek miał gorączkę? A dałaś mu… Co? Już po wszystkim? No widzisz, mówiłam, iż to nic groźnego. Zofia mimowolnie przysłuchiwała się. „Moi” to znaczy wnuki. Córka zdaje relacje. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna czekały od wczoraj, gdy jeszcze była po narkozie. „Mamo, jak się czujesz?” i „Napisz, jak dasz radę”. Odpisała: „Wszystko dobrze”. Dodała emotikona — syn lubił emotikony, twierdził, iż bez nich wiadomości są chłodne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Buziaki”. — Pani rodzina nie przyjeżdża? — zapytała Barbara po południu. — Syn pracuje. I mieszka daleko. Poza tym nie trzeba, nie jestem dzieckiem. — No właśnie — zgodziła się Barbara. — Moja córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko jest okej, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Zofia przyjrzała się jej uważniej. Barbara się uśmiechała, ale oczu nie miała wesołych. — Ile ma pani wnuków? — Troje. Kacperek jest najstarszy, ma osiem lat. Potem Madzia i Leon, trzy i cztery lata. — Wyciągnęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Przez dwadzieścia minut pokazywała fotografie: dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z urodzinowym tortem. Na każdym zdjęciu z nimi była babcia – przytulała, całowała, wygłupiała się. Córki nie było na żadnym. — Córka robi zdjęcia — wyjaśniła Barbara. — Nie lubi być na zdjęciach. — Dzieci często u pani bywają? — To ja raczej u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć pracuje, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję. Zofia pokiwała głową. Miała podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk urósł, była rzadziej — raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli plany pozwalały. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na treningi. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci, rozumiem to. — No tak — Barbara odwróciła się do okna. — Zajęci. Znów zamilkły. Za oknem siąpił deszcz. Wieczorem Barbara powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Zofia podniosła oczy. Barbara siedziała na łóżku, obejmując kolana rękami, patrzyła w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Przemyślałam to sobie… Dojadę, a tam Kacperek nie odrobił lekcji, Madzia znów chora, Leon podarł spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć wiecznie w delegacjach. Ja piorę-gotuję-sprzątam-siedzę-pomagam. A oni nawet… — urwała. — choćby nie podziękują. Bo przecież babcia tak ma. Zosi związało gardło. — Przepraszam — Barbara wytarła oczy. — Zrobiłam się żałosna. — Nie przepraszaj — powiedziała cicho Zofia. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Marzyłam, iż wreszcie zajmę się sobą. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. choćby zapisałam się na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie. — I co się stało? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Jestem babcią, nie pracuję, więc nie problem pomóc. Nie umiałam odmówić. — I jak? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola — już co drugi dzień. Potem do szkoły — raz w tygodniu. Teraz… — zamilkła. — Teraz nie jestem im specjalnie już potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam, czy się odezwą. jeżeli nie zapomną. Barbara pokiwała głową. — Moja córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Odmalowałam dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kacperek ma trening, nie możemy. — I nie przyjechali? — Nie przyjechali. Ciasto dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz stukał w szybę. — Wie pani, co jest najgorsze? — powiedziała Barbara. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż wciąż czekam. Ściskam telefon w dłoni i myślę: może teraz zadzwonią, bo tęsknią. Ot tak. Nie dlatego, iż coś trzeba. Zosi zaszczypało w nosie. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce po prostu porozmawiać. Ale nie. Zawsze w sprawie. — A my ratujemy — Barbara uśmiechnęła się przez łzy. — Bo jesteśmy matkami. — Tak. Następnego dnia przyszły opatrunki. Bolało je obie. Po zabiegu leżały cicho, aż Barbara nagle powiedziała: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Kochaną córkę, dobrego zięcia, wnuki, które są radością. Że jestem potrzebna. Że beze mnie nie dadzą sobie rady. — I? — Dopiero tu zobaczyłam, iż świetnie sobie radzą. Córka przez cztery dni ani razu nie narzekała, iż jest ciężko. Przeciwnie, weszła w rytm. Czyli mogą. Ale z babcią wygodniej — darmowa opiekunka. Zofia podniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam, iż sama jestem winna. To ja nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje sprawy są mniej ważne — jego najważniejsze. — Ja tak samo. Córka dzwoni, rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi — powiedziała powoli Zofia. — Że nie mamy własnego życia. Barbara przytaknęła. Zamilkła. — I co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Zofia wstała bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz w obie strony. Barbara dzień opóźnienia, ale uparcie chodziła za Zofią. Spacerowały razem, wolno, przy ścianie. — Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam — mówiła Barbara. — Myślałam, iż to koniec życia. Córka stwierdziła: mamo, masz nowy sens — wnuki. Żyj dla nich. I żyłam. Tyle iż ten sens jakiś taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie, kiedy im wygodnie. Zofia opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, kiedy syn miał pięć lat. Jak wychowywała go sama, uczyła się wieczorami, pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż gdy będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak oddam mu wszystko, odwdzięczy się wdzięcznością. — A on dorósł i żyje swoim życiem — dokończyła Barbara. — Tak. I może to choćby normalne. Ale nie myślałam, iż poczuję się tak samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, nagle. Zofia siedziała na łóżku i czytała, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. — Mamo, cześć! — uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Już lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarka mówiła, iż jeszcze ze trzy dni i wyjdziecie. Pomyślałem… może przyjedziesz do nas? Anka mówi, iż pokój gościnny stoi pusty. — Dziękuję, wolę do siebie. — Jak uważasz. Ale jeżeli coś, dzwoń — przyjedziemy. Był kwadrans, opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzebuje pieniędzy. Obiecał, iż zaglądnie za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą. Barbara udawała, iż śpi. Gdy zamknęły się drzwi, otworzyła oczy. — Pani syn? — Mój. — Przystojny. — Tak. — Ale zimny jak lód. Zofia milczała. Gardło ścisnęło się tak, iż trudno było oddychać. — Wie pani — powiedziała Barbara cicho — pomyślałam, iż może powinnyśmy przestać oczekiwać od nich miłości. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale nie mamy wyjścia, prawda? Albo będziemy tak siedzieć i czekać, aż sobie o nas przypomną. — Co pani powiedziała córce? — zapytała nagle Zofia, po raz pierwszy przechodząc na „ty”. — Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarka zabroniła wysiłku. Z wnukami nie dam rady. — I co? — Najpierw się oburzyła, ale powiedziałam: Ela, jesteś dorosła. Sama sobie poradzisz. Ja już nie mogę. — Obraziła się? — Jeszcze jak! — uśmiechnęła się Barbara. — Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła ciężar z pleców. Zofia zamknęła oczy. — Boję się. jeżeli odmówię, jeżeli powiem „nie”, przestaną dzwonić. Może całkiem. — A dzwonią często? Cisza. — No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie dostały wypis w tym samym czasie. Pakowały się bez słowa, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Barbara. Zofia skinęła głową. Wprowadziły numery do telefonów. Stały chwilę, patrząc sobie w oczy. — Dziękuję — powiedziała Zofia. — Że byłaś obok. — I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat z nikim tak nie pogadałam. Tak… od serca. — Ja też. Objęły się. Ostrożnie, żeby nie ruszyć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, wezwała taksówkę. Zosia pojechała pierwsza. W domu było cicho, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Wzięła telefon. Trzy wiadomości od syna. „Mamo, już wypisałaś się?”, „Daj znać, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko dobrze”. Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Leżały w niej broszura z kursami francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła na broszurę i myślała. Zadzwonił telefon. Barbara. — Cześć. Wybacz, iż tak szybko… Po prostu… chciałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Słuchaj, może się spotkamy? Jak już dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Na kawę. Albo spacer. jeżeli chcesz. Zofia spojrzała na broszurę. Potem na telefon. Znów na broszurę. — Chcę. Naprawdę chcę. I wiesz co? Może już w sobotę? Mam dosyć leżenia w domu. — W sobotę? Na pewno? Przecież lekarze… — Lekarze, lekarzami. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas pomyśleć o sobie. — No to umówione. W sobotę. Pożegnały się. Zofia odłożyła telefon i sięgnęła po broszurę. Kursy francuskiego zaczynały się za miesiąc. Nabór jeszcze trwał. Wyciągnęła laptopa i zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Ręce jej drżały, ale wpisywała kolejne rubryki. Do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur przebijało się słońce. Słabe, jesienne – ale jednak słońce. I Zofia Kowalska pomyślała nagle, iż życie może dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.
Dzieci nie powinny być wykluczane w przestrzeni publicznej. Można zrobić "wagony ciszy", a nie "bez dzieci"
Koniec tłoku w przedszkolach. Posłowie chcą ograniczyć liczbę dzieci w grupach
Zapowiedzi serii KPOP Demon Hunters na 2026 rok.
Niechciane dziecko – Jakie imię chcecie dać córeczce? – Starszy lekarz z profesjonalnym uśmiechem spojrzał na swoją młodą pacjentkę. – Jeszcze nie wybraliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle przy łóżku. – To ważna decyzja, Daria musi się porządnie zastanowić. – Nie chcę żadnego. – Ku zaskoczeniu wszystkich odezwała się sama młoda mama. – Wcale nie zamierzam jej zabierać. Napiszę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz? – Kobieta poderwała się z miejsca i rzucając wściekłe spojrzenie dziewczynie, zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabierzemy córeczkę. – Wrócę później, odpoczywajcie – lekarz nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć w rodzinnej kłótni. Gdy tylko za lekarzem zamknęły się drzwi, matka rzuciła się na dziewczynę z pretensjami. – Jak śmiesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy się przeprowadzić do tego miasta, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. – A kto za to odpowiada? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś wtedy mnie posłuchała, nic z tego by się nie wydarzyło. Skończyłabym szkołę i poszłabym gdzieś dalej. Więc jeżeli tobie zależy na tym dziecku, sama je zabieraj. Dziewczyna obróciła się do ściany, dając do zrozumienia, iż rozmowa jest zakończona. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić córce do rozsądku, ale wtedy pojawiła się pielęgniarka, prosząc ją o opuszczenie sali. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Szlochała cicho w poduszkę, błagając w duchu, by to wszystko gwałtownie się skończyło. Cichy stuk do drzwi zmusił dziewczynę do wytarcia łez. Odetchnęła głęboko i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się kogoś z personelu albo ewentualnie ojca. Ale kobieta, która weszła, była jej zupełnie obca. – W czym mogę pani pomóc? – nikt nie wiedział, jak trudno było jej zachować maskę całkowitego spokoju! – Usłyszałam… Zupełnym przypadkiem! Po prostu lekarze rozmawiali obok mojej sali – kobieta była wyraźnie skrępowana, jakby nie chciała zadać pytania wprost. – Tak, chcę się zrzec dziecka. To prawda. To panią interesuje? – Widziałam, jak twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – ostro powiedziała Daria, tracąc wszelkie pozory spokoju. – To tylko macocha, która sobie za wiele wyobraża. Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię zranić – kobieta się speszyła. – Po prostu mam troje dzieci i trudno mi zrozumieć twoją decyzję. Poza tym całe dzieciństwo spędziłam w domu dziecka i bardzo się o twoją córeczkę boję. Przecież ona niczemu nie zawiniła! – Tak małe dzieci gwałtownie znajdują rodziny, tak mi mówili – wzruszyła ramionami Daria. – Ja nie mogę się zmusić nawet, by ją wziąć na ręce, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby Natalia się wtedy nie wtrąciła, nie byłoby mnie tu. – Przecież jesteś już dorosła, możesz sama decydować. Masz przecież więcej niż piętnaście lat, prawda? – Przecież to wstyd! – przedrzeźniając macochę, powiedziała Daria. – Jak potem ludziom w oczy spojrzeć? – Nie rozumiem… – Opowiem pani – uśmiechnęła się krzywo dziewczyna. – Może wtedy pani przestanie mnie oceniać. ********************************************** Ostatni rok w liceum był dla Darii wyjątkowo nieudany. Najpierw Paweł, jej ukochany, został powołany do wojska, a potem do ich klasy przeniesiono nowego chłopaka. Stołeczny bananowy chłopak, którego ojciec – w ramach kary za wybryki – zesłał na prowincję, zaczął natarczywie podrywać wszystkie dziewczyny. Nie szukał związku, tylko kolejnej zaliczonej ofiary. Zresztą to właśnie przez jego wyczyny wysłano go z Warszawy na zapadłą wieś. Maks rozdawał drogie prezenty, woził do klubów, restauracji. Dziewczyny jedna po drugiej ulegały jego czarowi, marząc, iż zostaną narzeczoną „księcia”. Najbardziej nieugięta była właśnie Daria. Kochała tylko Pawła i nikogo innego nie potrzebowała. W końcu wydawało się, iż Maks dał sobie spokój i zwrócił się do innych. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jak bardzo się myliła! Pod koniec grudnia jedna z przyjaciółek Darii urządzała urodziny. Przyszła cała klasa, Maks także zaszczycił swoją obecnością. Tyle iż nie po to, by świętować. W trakcie imprezy zadzwonił do niej telefon. Wyszła na korytarz porozmawiać, a gdy wróciła, obok jej miejsca siedział Maks. Najpierw nie zwróciła na to większej uwagi, później poczuła się źle… Rano Daria z trudem otworzyła oczy. Obok niej leżał Maks, uśmiechając się szyderczo. – No widzisz, a byłaś taka oporna – rzucił, jakby nic się nie stało. – To na pocieszenie. adekwatnie jestem zaskoczony. Twój Paweł to frajer. Dotarcie do domu kosztowało Darię wiele wysiłku. Słaniała się, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z niechęcią. Nie wyciągała choćby kluczy, po prostu zadzwoniła do drzwi. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się włóczyłaś? – wściekła się Natalia, gdy tylko ją zobaczyła. – Całą noc nie było cię w domu, nie odbierasz telefonu. A w jakim ty jesteś stanie, to choćby nie skomentuję! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Zadzwoń po lekarza i policję – przerwała jej dziewczyna. – Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go wsadzą. Natalia się spietrała. Porównała wygląd dziewczyny z jej słowami i gwałtownie zrozumiała, o co chodzi. – Kto? – Maks, a kto inny – Darii ledwo starczyło siły, by mówić. – Nikt inny nie byłby na tyle bezczelny. Dzwoń, albo sama zadzwonię. – Zastanów się – Natalia się zawahała, licząc na zysk. – I tak go uratują. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech zapłaci odszkodowanie. – Zwariowałaś?! – dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. – Jakie odszkodowanie? Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta szarpnęła Darię za rękę i zaciągnęła do pokoju. Dziewczyna nie miała już siły się opierać. – Sama zostaniesz winna, cała wieś będzie cię obmawiać. Ja wszystko załatwię. Daria nie miała przy sobie telefonu, zgubiła go albo zostawiła u koleżanki. Nie mogła też wyjść – macocha zamknęła drzwi. Głowa kręciła się coraz bardziej, łóżko wręcz przyciągało… Po kilku dniach Daria pojechała do babci. Babcia mieszkała sto kilometrów dalej, już bardzo wiekowa. Dziewczyna nie chciała martwić ukochanej babuni, więc udawała, iż wszystko jest w porządku. Po miesiącu Daria dowiedziała się o strasznych konsekwencjach tamtej nocy. Jest w ciąży. Natalia była w siódmym niebie. To dziecko zapewni im dostatnie życie! Dziadek zapłaci sporą kwotę, jak zawsze ratując własnego syna. Najważniejsze, by nikt się nie dowiedział – przynajmniej do piątego miesiąca. Nikt nie pytał Darii, czego chce. Gdy tylko wspomniała o chęci pozbycia się dziecka, Natalia zrobiła scenę i zaczęła ją bez przerwy pilnować. Przyszły dziadek nie był zachwycony sytuacją, ale pieniądze dał. Obiecał też wypłacać co miesiąc wysokie alimenty. ************************************************ – Teraz rozumie pani, prawda? Przez to dziecko tyle przeszłam. Paweł ze mną zerwał, nie uwierzył moim tłumaczeniom. Przyjaciółki się odwróciły, musieliśmy się przeprowadzić. choćby szkoły nie skończyłam! – Przepraszam, oceniałam cię, nie znając prawdy. – Kobieta poczuła się nieswojo. – Ale przecież córeczka niczego nie zawiniła. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – do sali stanowczo weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Osoby postronne proszę o wyjście, to sprawa rodzinna! Kobieta rzuciła dziewczynie współczujące spojrzenie i wyszła, cicho zamykając drzwi. – Nie pozwolę ci zniszczyć mojego idealnego planu. jeżeli zostawisz tu dziecko, nie masz po co wracać do domu. Gdzie pójdziesz? Babcia już nie żyje, jej mieszkanie przepisano na twojego wujka. Będziesz żebrać? – Nie, wyjedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły na jej widok. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić w biedzie – Albina mocno objęła córkę. – Gdybyś tylko wcześniej mi wszystko powiedziała, od razu bym cię do siebie zabrała. Myślałam, iż tu będzie ci łatwiej skończyć szkołę. – Myślałam, iż nie jestem ci potrzebna – zaszlochała Daria. Chociaż wszystko przeżyła, wciąż była tylko dzieckiem. – Ktoś twierdził, iż nie chcesz mieć ze mną kontaktu. Prezentów nie przyjmowałaś, nie mogłam się do ciebie dodzwonić. Uznałam, iż nie możesz mi wybaczyć. Ale to nic – z uśmiechem powiedziała kobieta, wycierając córce łzy. – Wyjedziemy i o wszystkim zapomnisz… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Ale… Gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Maks musiał uznać dziecko, choć bardzo się opierał. A Daria jest szczęśliwa. Jest z najważniejszą osobą w swoim życiu, tą, która zawsze pomoże i nigdy nie zdradzi…
Dar od Boga… Poranek był pochmurny – ciężkie chmury snuły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje panowanie. Wciąż było zimno, porywy wiatru roznosiły zeszłoroczne liście, a młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zbitą ziemię. Pąki na drzewach nie chciały jeszcze zdradzić swoich skarbów. Przyroda tęskniła za deszczem. Zima była tego roku mało śnieżna, wietrzna, mroźna. Ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wodą, nie wyspała się pod śnieżną pierzyną, i czekała, z niecierpliwością, na burzę. Burza miała przynieść upragnioną wilgoć, obmyć od pyłu i brudu, tchnąć nowe życie. Dopiero wtedy miała się zacząć prawdziwa polska wiosna – radosna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości i czułości kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę i barwne kwiaty, drżące listki i słodkie owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zaczną budować gniazda wśród młodych liści kwitnących sadów. Życie toczy się dalej. – Saszka, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni dochodził aromat kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy, myślach pełnych bólu – nie chciało się podnieść z łóżka. Ale trzeba – życie trwa. Wiktoria również wyglądała na zmęczoną – oczy miała czerwone, pod nimi ciemne cienie. Podała mu do pocałunku bladą policzek, uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy wreszcie przyjdzie prawdziwa wiosna? Posłuchaj, napisały mi się takie słowa: Wyczekuję wiosny jak wybawienia Od zimowych chłodów i samotności. Czekam wiosny jak rozwiązania Wielu życiowych trudności. Mam nadzieję, iż gdy ona przyjdzie, Wszystko się wyjaśni natychmiast. Wierzę, iż to właśnie ona Może wszystko uczynić lepszym, Uczciwszym, prostszym, Bezpieczniejszym, pewniejszym. Gdzież jesteś, wiosno? Nadejdź prędzej! Sasza objął ją za szczupłe ramiona, pocałował w pochyloną, jasną głowę. Jej włosy pachniały łąką, rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Biedna moja, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Pozostała tylko nadzieja – to ona trzymała ich przy życiu przez te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, przekreślił wszelkie oczekiwania. – Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Panie Saszko, pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez konsekwencji. Niestety, medycyna jest tu bezradna. Wiktoria otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszka, długo myślałam… Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam czeka nieszczęśliwych maluchów. Weźmiemy chłopczyka, wychowamy, będziemy mieć synka. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na dziecko… – Łzy płynęły jej strumieniami. Szaszka tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochana, nie płacz. I wtedy rozległ się ogłuszający grzmot. Zdawało się, iż cały dom zadrżał. I lunął deszcz. Niebo się otworzyło! Wreszcie Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wymarzony deszcz lał się strumieniami. Od razu zrobiło się ciemniej – jakby noc nadeszła. Błyskało i grzmiało nieprzerwanie, jakby tuż nad dachem. Saszka i Wiktoria, objęci, stali przy oknie, wpuszczając przez otwarte okno orzeźwiające krople i zapach deszczu. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno spowijała ich dusze, rozpuszczała się, znikała w tym pierwszym wiosennym deszczu. Chciało się tylko, żeby trwał jak najdłużej. Wymarzony polski deszcz – symbol życia, jego trwania i rozkwitu! A kilka dni później stanęli przed drzwiami domu dziecka. Mieli wyznaczoną wizytę. Przyszli wybrać syna, wymarzonego synka, Wacusia, Wacława. Już go pokochali, choć jeszcze go nie widzieli. Pokochali uczuciem, które narastało przez lata oczekiwania. Oczekiwania szczęścia posiadania dziecka, wychowywania go, uczenia. Serce waliło, z przejęcia aż brakowało tchu. Saszka nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły – już na nich czekano. Rozmowa z dyrektorką domu dziecka odbyła się kilka dni temu, teraz mieli tylko poznać dzieci, które mogłyby zostać ich synem. W pierwszej sali, przez którą ich prowadzono, uwagę przykuła dziewczynka, która siedziała w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięty katar pod nosem, wielkie niebieskie oczy, smutno wpatrzone w przechodzących dorosłych. Od tego dziecka bił smutek, zaniedbanie, osamotnienie. Serce ścisnęło się z bólu. To jest właśnie dom dziecka! Przytulisko niepotrzebnych, opuszczonych dzieci! Przeszli do następnej sali. W łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Oczy biegały po wszystkich kątach. Siostra przedstawiała dzieci, podając wiek i krótkie informacje o rodzinie. Dzieci były czyste, ładnie ubrane, leżały lub siedziały na świeżych prześcieradłach. Siostra delikatnie wyjmowała je z łóżeczek, pokazując z każdej strony. Jak na targu, pomyślał Saszka. A my – jak klienci. – Saszka, wróćmy do tej nieszczęśliwej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Saszka ścisnął jej ramię. – Siostro, pokażcie nam dziewczynkę z pierwszej sali, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieli państwo chłopca! Tamta dziewczynka do państwa nie pasuje. Nie przygotowaliśmy jej do wizyty. – Prosimy, wróćmy. Chcemy jeszcze na nią spojrzeć. Siostra wyraźnie się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała – poprowadziła ich z powrotem. – Zawołam panią dyrektor, Annę Pietrzyk. Proszę tu poczekać – wskazała krzesła. Wiktoria przylgnęła do ramienia Saszki. – Saszka, weźmy tę dziewczynkę, serce mi drgnęło, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do ciebie podobna. I oczy, i włosy. Taka nieszczęśliwa! Przyszły siostra i dyrektorka. Pani Anna Pietrzyk była wyraźnie zmartwiona. – Wybraliście państwo… trudne dziecko. Ona wam nie będzie odpowiadać. – Dlaczego? Bardzo nam się spodobała, a przecież jest taka podobna do Wiktorii! Zobaczcie sami, jakby jej kopia! Saszka ruszył zdecydowanie do sali z dziewczynką. Dziecko zdążono umyć, zmienić mokre ubranko, wymienić ceratę. Oczka się rozjaśniły, policzki zaróżowiły. Widząc dorosłych przy łóżeczku, uśmiechnęła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki i próbowała stanąć… Wiktoria ścisnęła Saszce rękę – dziewczynka miała stopki wykręcone do tyłu. Saszka bez namysłu wziął ją na ręce, a mała przytuliła się buzią do jego policzka i zastygła. Łzy napłynęły mu do oczu, Wiktoria wtuliła się w niego i rozpłakała. Pani dyrektor odwróciła się i otarła oczy. – Proszę do gabinetu. Siostro, zabierzcie Lenkę – zarządziła. Saszka i Wiktoria, mocno trzymając się za ręce, poszli za nią. Okazało się, iż dziewczynka urodziła się w małej wioseczce na północy kraju. Najwyraźniej była niechciana – urodziła się z wadami. Nóżki pod kolanami były przekręcone, stopy zdeformowane. Ojciec od razu odmówił zabrania dziecka do domu. Prośbom, iż dziewczynkę można uratować operacyjnie, odpowiedział, iż nie ma środków, a trzymać w domu „kalekę” nie chce – i tak mają już sporo dzieci i ledwo wiążą koniec z końcem. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Teraz zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko. Ma szansę na normalność, ale to ogrom pracy, wydatków i – przede wszystkim – mnóstwo cierpliwości i miłości. Nie śpieszcie się z decyzją. Dam wam adres profesora, który oglądał dziewczynkę. Wyjaśni wam wszystko, czego się spodziewać. Macie miesiąc na przemyślenie. Lepiej nie przychodźcie wcześniej, dzieci gwałtownie się przywiązują, a później… Minął miesiąc. Wiktoria i Saszka już pierwszego dnia wiedzieli – Lenka będzie ich córką. Konsultacja z profesorem w Gdańsku potwierdziła: operacje, choć niejedna, przywrócą dziewczynce sprawność. Saszka policzył, czy wystarczy im oszczędności na leczenie i wyjazdy. jeżeli sprzedadzą nowego volkswagena i rozpoczęty dom na przedmieściach – wystarczy. Na razie zamieszkają w kawalerce, potem, z Bożą pomocą, odkują się, oby tylko córka była zdrowa. Z niecierpliwością czekali na koniec wyznaczonego terminu. Wreszcie znów stanęli przed znajomymi drzwiami. Saszka z bukietem różowych piwonii, Wiktoria z wielką torbą prezentów. Pani Pietrzyk wzruszona, łzy w oczach – jeszcze jedno nieszczęśliwe dziecko znajdzie dom! Poszli razem do sali dzieci. Oto Lenka – podrosła, jasne włoski kręcą się, policzki rumiane, pojawiły się pierwsze ząbki. Dziewczynka papla i uśmiecha się. Saszka wziął ją na ręce, Lenka wtuliła się w niego. Przeszła też do Wiktorii. Wszyscy wzruszeni do łez. Cały dzień spędzili razem w domu dziecka, słuchając rad lekarzy i pielęgniarek. Ale dziecka im jeszcze nie dali. Trzeba było przejść niełatwą procedurę sądową. Po radzie pani Pietrzyk, akt zrzeczenia się Leny przez rodziców załatwili w sądzie – zostali pozbawieni praw, już nie mogli się rozmyślić. Wreszcie zawieźli córkę do domu. Wiktoria rzuciła pracę, całkowicie oddała się Lence. Zaczęli przygotowania do operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc spędzili w szpitalu, a potem już Lenka pokazywała tacie, jak sama je kaszę łyżką, jak miauczy kotek, jak bodzie kózka. Na nóżki wciąż ciężko patrzeć, na spacer tylko w długich spodniach. Chodzi niezdarnie, jak kaczątko. Ale Lenka jest żywa, otwarta na ludzi, wcześnie zaczęła mówić, zna wszystkich w okolicy. A najbardziej kocha Saszka. Jej tatuś – taki teraz ma pseudonim. choćby Wiktoria tak go przezywa. A jej tatuś świata poza córką nie widzi, Lenka jest jego oczkiem w głowie, jego słoneczkiem. Po roku zaczęli dalsze leczenie nóg. Kilka razy wywozili dziecko do Gdańska. Ile cierpienia przeszła dziewczynka! Ile wysiłku i nieprzespanych nocy kosztowało to rodziców! Ale w końcu – triumf: nóżki jak u innych dziewczynek. Może biegać i skakać. W wieku pięciu lat Lenka poszła do przedszkola. Tam zauważono jej talent do rysowania, doradzono jego rozwijanie. W wieku sześciu lat zaczęła uczęszczać do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na dziecięcych konkursach. Pejzaże, pogodne scenki przyciągały uwagę dorosłych, a największe zdumienie budził wiek autorki – nie ulegało wątpliwości, iż to talent. W wieku siedmiu lat Lenka poszła do szkoły podstawowej. Od pierwszych dni była liderką klasy, prymuską, wesołą, otwartą dziewczynką. Wspaniale rysuje, chodzi do szkoły plastycznej, zapisała się do kółka tanecznego. Zawsze otoczona przyjaciółmi, wszędzie, gdzie się pojawi, jest śmiech i radość. Rodzice nie wstydzą się chodzić na wywiadówki – o Lence same pochwały. Nikt nie domyśla się, przez co przeszła ta dziewczynka i jej rodzice, ci, którzy ją pokochali i wychowają, a nie ci, którzy ją urodzili. Los nie opuszcza szczęściem Saszka i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w rodzinie, szczęście im dopisuje. Słabo rozkręcony biznes Saszka stopniowo urósł w siłę. Pozwoliło im to na przeprowadzkę do Gdańska. Kupili tam udanie mieszkanie, posłali córkę do dobrej szkoły. Dziś Lenka chodzi już do szóstej klasy, przez cały czas jest prymuską i bywa na zajęciach w szkole plastycznej. To piękna, niebieskooka dziewczynka z jasnym warkoczem. Urocza, pogodna, ulubienica wszystkich. Dar od Boga – tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają.
PKO BP: w aplikacji złożysz istotny wniosek. Kilka kliknięć i wpadają pieniądze
Tak reaguje większość rodziców przy zakrztuszeniu noworodka. Ratownicy mówią wprost: to błąd
Po tym, jak powiedziałem żonie, iż jej córka nie jest moją sprawą, cała prawda o naszej polskiej rodzinie wyszła na jaw
Teściowa do kwadratu – No ładnie! – zamiast powitania powiedział Edek, widząc w progu niewysoką, energiczną staruszkę w dżinsach, z chytrym uśmiechem przyklejonym do wąskich ust. Spod zmrużonych powiek błyszczały psotnie wesołe oczy. „Babcia Karoliny, pani Waleria – pomyślał. – Ale jak to, bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła…” – Cześć, wnuczku! – uśmiechając się szeroko, odezwała się staruszka. – Do domu wpuścisz? – Tak, oczywiście! – lekko zdezorientowany przytaknął Edek. – Proszę bardzo, zapraszam. Pani Waleria wytoczyła do mieszkania walizkę na kółkach. . . – Dla mnie herbatkę, ale mocną! – zarządziła, gdy Edek proponował napój. – Karolina w pracy, Zuzia w przedszkolu, a ty co tak się obijasz? – Na przymusowym urlopie jestem – westchnął Edek. – Dwa tygodnie przez firmę. – Jego plany na wypoczynek zaczynały wyparowywać. Spojrzał z nadzieją na gościa. – Zamierza się pani zatrzymać na dłużej? – Zgadłeś – potwierdziła, odbierając mu resztki nadziei. – Na długo. Edek westchnął ponownie. Panią Walerię znał ledwie z widzenia – raz, na ślubie z Karoliną, przyjechała wtedy z innego miasta. Ale słyszał o niej niejedno od swojego teścia, któremu na samą myśl o teściowej drżały kolana. – Pozmywaj naczynia i zbieraj się. Oprowadzę cię po mieście, będziesz moim przewodnikiem! – wydała rozkaz. Sprzeciwu nie znalazł – ton głosu przypomniał mu wojskową surowość sierżanta z czasów wojska. Sprzeciwianie się oznaczało kłopoty. – Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! – zażądała pani Waleria. – Jak tam najlepiej dotrzeć? – Ujęła Edka pod ramię i z energicznym krokiem ruszyła chodnikiem, ciekawie rozglądając się po okolicy. – Taksówką – wzruszył ramionami Edek. Pani Waleria nagle przyłożyła palce do ust i zagwizdała tak głośno, iż przejeżdżająca taksówka natychmiast zahamowała. – Po co pani tak gwiżdże? Co ludzie pomyślą? – burknął Edek, pomagając jej wsiąść do auta. – Nic nie pomyślą – roześmiała się staruszka. – Może tylko, iż to ty jesteś taki huligan. Taksówkarz roześmiał się razem z panią Walerią, przybili sobie piątkę, jakby byli starymi znajomymi. – Ty, Edziu, chłopak jesteś stateczny i grzeczny – mówiła mu podczas spaceru. – Twoja babcia, pewnikiem, zachowuje się dystyngowanie, a ja nie potrafię. Mój świętej pamięci mąż był cichy, domator, książki tylko i książki… Ale pojawiłam się ja – i się zaczęło! Na Tatry go ciągałam, nauczyłam skakać ze spadochronem – tylko lotni bał się panicznie. Na ziemi zostawał z córką, a ja nad nimi krążyłam. Edek słuchał zdumiony – Karolina nigdy nie opowiadała o babci takich rzeczy. Życie miała najwyraźniej pełne przygód; to sporo wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała stanowczo: – Skakałeś kiedyś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy – przyznał z dumą Edek. – Szacun – przytaknęła pani Waleria. Zanuciła: „Długo będziemy spadać, W tym skoku ciągnącym się…” Edek podłapał melodię i zanucił drugą zwrotkę. Piosenka zbliżyła ich – przestał już czuć respekt wobec niezwykłej staruszki. – Odpoczynijmy i coś przekąśmy! – zaproponowała. – Chodź do tej budki – pachnie jak u najlepszego grill-mistrza w Katowicach, czujesz? Grill-mistrz – krępy brunet o twardym spojrzeniu – nabijał na szaszłyk kawałki zamarynowanego mięsa. Wyglądał jak ktoś, kto równie sprawnie co szaszłyki, nadziewa na szpikulec wrogów. Aż chciało się krzyknąć: „Hej!” i zatańczyć „góralskie”. Usiedli przy stoliku; pani Waleria rozbawionym wzrokiem spoglądała na kucharza i nagle zanuciła czystym, donośnym głosem: „Hej, góralu, czy ci nie żal, Zostać tu na zabawie…” Kucharz poderwał głowę i z entuzjazmem odśpiewał refren. Wspólna śpiewka ulepszyła klimat i właściciel wnet postawił przed nimi talerze z szaszłykami, chlebem i pachnącą zieleniną. Przyniósł też dwa kieliszki zimnego wytrawnego wina. Do aromatu smażonego mięsa wyłonił się z krzaków malutki szary kociak. Podeszedł cicho, z nadzieją, patrząc im w oczy. – Oj, właśnie ciebie tu brakowało – ucieszyła się pani Waleria. – Chodź tu, malutki – poprosiła kucharza: – Czy może pan przynieść temu kotkowi świeżutkiego mięska, tylko drobniej pokrojonego? Gdy kociak jadł ze smakiem, pani Waleria pouczała Edka: – Dziecko wam rośnie, i to córeczka! Jak zamierzacie jej nauczyć czułości, troski i empatii bez kota w domu? Ten kotek jest wam potrzebny! Po powrocie do domu zabrała się za kąpanie znajdka, Edka wysłała zaś do sklepu po wyprawkę dla kota. Gdy wrócił obładowany kuwetą, miseczkami, legowiskiem i drapakiem, w mieszkaniu aż huczało od damskiego śmiechu. Karolina i Zuzia obsiadły babcię, całuśna euforia trwała w najlepsze, a kotek, nazwany Lwem, bacznie przyglądał się nowym zwyczajom. – Zuziu, tu masz letni komplet z krótkimi spodenkami – wręczała prezenty babcia – a to dla ciebie, Karolinko. Nic tak nie dodaje uroku w oczach męża jak koronkowe majtki… Przez cały następny tydzień Zuzia nie chodziła do przedszkola. Z babcią znikały rano, wracały zmęczone, uśmiechnięte, pełne nowych historii. Czekały na nie w domu Edek i mały Lew. Wieczorami dołączała Karolina – razem ruszali na spacer, z kotkiem pod pachą. – Pogadać muszę z tobą, Edziu – powiedziała któregoś wieczoru pani Waleria, nadzwyczaj poważnie. – Jutro wyjeżdżam. Tu masz coś dla Karoliny – po moim wyjeździe wręcz jej to. – Dała mu przezroczystą teczkę z dokumentem. – To testament. Mieszkanie i wszystko, co mam, zostawiam jej. Tobie – bibliotekę mojego męża. Bezcenna kolekcja, pełna rarytasów z autografami znanych ludzi… – Po co, pani Walerio?! – wykrzyknął Edek, ale gestem go uciszyła. – Karolinie nic nie mówiłam, tobie powiem – mam ciężkie kłopoty z sercem. Skończyć się może nagle, muszę być przygotowana. – Ale jak tak sama? Ktoś powinien z panią być! – żachnął się Edek. – Zawsze ktoś przy mnie – uśmiechnęła się babcia. – A poza tym, córka, twoja teściowa, mieszka w sąsiednim mieście. Ty dbaj o Karolinę i wychowuj Zuzię. Dobry z ciebie chłopak, solidny. A w końcu jestem dla ciebie podwójną teściową! – klepnęła go po ramieniu i roześmiała się serdecznie. – Może zostanie pani troszeczkę dłużej? – poprosił. Babcia podziękowała uśmiechem, ale kiwnęła przecząco głową. Odprowadzała ją cała rodzina – choćby Lew, wygodnie ułożony na rękach Zuzi, wydawał się nieco przygnębiony. Pani Waleria przyłożyła palce do ust i głośno zagwizdała! Nadjeżdżająca taksówka gwałtownie zahamowała. – No, ziątku, zaprowadzisz mnie na dworzec! – zdecydowała, całując na pożegnanie Karolinę i Zuzię, po czym usiadła z przodu. Taksówkarz spojrzał zaskoczony na babcię, która zatrzymała go niecodziennym sposobem. – A co się pan dziwi? – burknął Edek. – Pierwszy raz widzi pan porządną kobietę? Sucha babcia, potrząsając siwymi loczkami, roześmiała się radośnie i głośno przybiła Edkowi piątkę.
Ponad 500 budynków bez ogrzewania. Wielka awaria w Warszawie
Moja siostra chce, żebym wyprowadziła się z własnego mieszkania, bo spodziewa się dziecka. Czy to normalna sytuacja? Dawno temu rodzice kupili nam z siostrą dwupokojowe mieszkanie – mówili, iż kiedyś zamienimy je na dwa kawalerki, żeby każda miała swoje własne lokum. Później moja siostra poznała chłopaka, wyszła za mąż i poprosiła mnie, czy może wraz z mężem zamieszkać ze mną w naszym mieszkaniu. Zgodziłam się. Na początku wszystko było dobrze, aż do momentu, gdy siostra dowiedziała się, iż jest w ciąży. Od tego czasu ona i jej mąż nalegają, żebym się wyprowadziła, a pokój po mnie miałby być dla dziecka. Czy to normalne? Dlaczego miałabym się na to zgodzić, skoro jestem pełnoprawną współwłaścicielką mieszkania? Studiuję, a moje dochody to wyłącznie stypendium i praca na pół etatu – nie stać mnie na wynajęcie mieszkania. Najpierw delikatnie sugerowali, żebym się wyprowadziła, teraz mówią o tym wprost. Siostra już planuje, gdzie stanie łóżeczko, jak przemalują mój pokój – jakby mnie już dawno tu nie było. Ale nie zamierzam się wyprowadzać, bo mam swoje prawa do mieszkania. Opowiedziałam o tym rodzicom, mama zażartowała, iż to kwestia hormonów w ciąży i minie, żebym nie przejmowała się słowami siostry. Ale jak mam nie zwracać na to uwagi, skoro codziennie praktycznie jestem wyrzucana z własnego domu? Czuję się jak obca we własnym mieszkaniu, a siostra nie zamierza zmienić zdania. Co powinnam teraz zrobić?
Każdy wtorek Za każdym razem, gdy Liana śpieszyła się do warszawskiego metra, ściskała w dłoni pustą reklamówkę – symbol dzisiejszego niepowodzenia. Zmarnowała dwie godziny na bezcelowe krążenie po Złotych Tarasach i Galerii Mokotów, nie znajdując żadnego sensownego pomysłu na prezent dla chrześnicy – córki swojej przyjaciółki. Dziesięcioletnia Maja już dawno przestała kochać kucyki i zafascynowała się astronomią, a znalezienie porządnego teleskopu w rozsądnej cenie okazało się kosmicznie trudnym zadaniem. Był już wieczór i pod ziemią czuło się specyficzne zmęczenie końca dnia. Liana, przeciskając się przez wychodzących ludzi, dotarła do schodów ruchomych. W tym momencie jej odrętwiały od ulicznego gwaru słuch wyłapał w tłumie wyraźny, emocjonalny głos: – Nie sądziłam, iż go znów zobaczę, przysięgam — usłyszała za sobą dziewczynę o drżącym głosie. — A teraz co wtorek odbiera ją z przedszkola. Sam. Przyjeżdża swoim autem i jadą razem do tamtego parku z karuzelami… Liana zatrzymała się na schodach. Odwróciła się na moment i zobaczyła mówiącą dziewczynę – rzucała się w oczy czerwonym płaszczem, z twarzą pełną emocji i błyszczącymi oczami. Obok przyjaciółka słuchała w skupieniu, przytakując. „Każdy wtorek”. Ona też kiedyś miała taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek, pełen ciężkiego startu tygodnia, nie piątek z obietnicą weekendu. To właśnie wtorek był tym dniem, wokół którego kręcił się jej świat. Każdy wtorek punktualnie o piątej kończyła lekcje polskiego i literatury w liceum na Mokotowie i niemal biegła na drugi koniec miasta. Do Szkoły Muzycznej im. Chopina, w starej kamienicy z trzaskającym parkietem. Odbierała Marka. Siedmioletniego, zbyt poważnego jak na swój wiek chłopca ze skrzypcami niemal równymi mu wzrostem. Nie swojego syna – bratanka. Syn brata Antka, który zginął przed trzema laty w tragicznej kolizji. Pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były rytuałem przetrwania. Dla Marka, który zamknął się w sobie i prawie przestał mówić. Dla jego mamy, Olgi, która była na skraju wyczerpania. I dla samej Liany, próbującej poskładać ich świat na nowo, stając się kotwicą i opoką. Pamiętała każdy szczegół. Jak Marek wychodził z klasy bez słowa, ze spuszczoną głową. Jak odbierała od niego ciężkie skrzypce i szli razem do metra. Jak rozmawiała z nim o śmiesznej gafie ucznia, o kawce podkradającej bułkę na szkolnym podwórku. Pewnego listopada, gdy padał deszcz ze śniegiem, Marek zapytał: – Ciociu Liano, a tata też nie lubił deszczu? – i ona, doświadczając bolesnej tkliwości, odpowiedziała: – Nie znosił. Zawsze biegł pod pierwszy lepszy dach. Wtedy chwycił ją za rękę, mocno, po dorosłemu. Nie po to, żeby ją prowadziła, ale jakby chciał uchwycić coś ulotnego. Nie jej dłoń, ale wspomnienie. W tym uścisku było tyle dziecięcego smutku i nagłe olśnienie: tata istniał naprawdę, biegał pod daszki, nie znosił pluchy. Był obecny nie tylko we wspomnieniach i cichych westchnieniach babci, ale i tutaj — w jesiennym powietrzu, na tej ulicy. Trzy lata jej życie dzieliło się na „przed” i „po”. A wtorek był dniem prawdziwego istnienia. Pozostałe dni były tłem. Przygotowywała się do nich: kupowała sok jabłkowy, który lubił Marek, wgrywała śmieszne bajki na telefon na wypadek znużenia w metrze, wymyślała tematy rozmów. Później Olga wracała stopniowo do siebie. Znalazła pracę, potem też nową miłość. Postanowiła zacząć od nowa, daleko od wspomnień, w innym mieście. Liana pomogła im się spakować, oddała Markowi skrzypce w miękkim futerale, przytuliła go na dworcu: – Pisz, dzwoń. Zawsze jestem, pamiętaj – mówiła, tłumiąc łzy. Początkowo dzwonił co wtorek dokładnie o szóstej. Przez kilkanaście minut znów była ciocią Lianą, musiała wypytać o wszystko: o szkołę, skrzypce, nowych kumpli. Jego głos był cienką, niewidzialną nitką między miejscami oddalonymi o setki kilometrów. Później telefony były co dwa tygodnie. Marek dorastał, miał więcej zajęć, zadania, gry z kolegami. „Ciociu, sorry, w zeszły wtorek było klasówka”, pisał w wiadomości, a ona odpisywała: „Nic, promyczku. Jak poszło?”. Jej wtorki znaczyło już nie czekanie na telefon, ale krótką wiadomość, która mogła pojawić się, ale nie musiała. Nie miała żalu. Pisała wtedy sama. Potem – tylko na ważne okazje: urodziny, święta. Jego głos stawał się coraz pewniejszy. Mówił już nie tyle o sobie, co ogólnikami: „W porządku”, „Damy radę”, „Uczymy się”. Jego ojczym, Sebastian, okazał się dobrym, spokojnym człowiekiem – nie udawał ojca, po prostu był. To się liczyło. Niedawno urodziła się siostrzyczka – Alinka. Na zdjęciu w mediach społecznościowych Marek trzymał maleństwo z niezgrabną, ale wzruszającą czułością. Życie – okrutne i hojne zarazem – szło do przodu, ale dawne rany zarastały codziennością i nowymi planami. W tym nowym świecie dla Liany coraz ciaśniej robiła się „szufladka cioci z dawnych lat”. W tym zimnym metrze przypadkowe słowa – „każdy wtorek” – zabrzmiały nie jak wyrzut, a jak ciche echo. Jak pozdrowienie od tamtej Liany, która przez trzy lata nosiła w sobie wielką, gorącą odpowiedzialność i miłość, jak otwartą ranę i największy dar. Ta Liana wiedziała, kim jest: podporą, latarnią, nieodzownym elementem w życiu małego człowieka. Była potrzebna. Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją własną historię – bolesny kompromis między przeszłością a teraźniejszością. Ale ten rytm, ten nieubłagany porządek – „każdy wtorek” – jest uniwersalnym językiem. Językiem obecności, która mówi: „Jestem. Możesz na mnie liczyć. Jesteś istotny dla mnie tu i teraz”. To był język, który kiedyś Liana znała biegle, a dziś prawie go zapomniała. Gdy metro ruszyło, Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w ciemnym tunelowym oknie. Wysiadła na Śródmieściu, już wiedząc, iż jutro zamówi dwa takie same teleskopy – niedrogie, ale dobre. Jeden dla Mai, drugi dla Marka z wysyłką do domu. Gdy tylko pakuje przesyłkę, napisze do niego: „Marku, to po to, żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choć jesteśmy w innych miastach. Co powiesz na to, żebyśmy się spotkali przy gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy we wtorek, o szóstej? Zegarę ustawione! Uściski, ciocia Liana”. Wyjechała ruchomymi schodami wprost do wieczornego miasta. Powietrze było zimne i świeże. Przyszły wtorek już nie będzie pusty. Znowu nabrał znaczenia. Nie jako obowiązek, ale jako delikatna umowa między dwojgiem ludzi, połączonych pamięcią, wdzięcznością i cichą, niezniszczalną nicią rodziny. Życie toczyło się dalej. W jej kalendarzu przez cały czas zostawały dni, które można nie tylko przeżyć, ale umówić. Umówić na mały cud wspólnego patrzenia w niebo na setki kilometrów. Dla wspomnień, które już nie bolą, ale grzeją. Dla miłości, która nauczyła się innego języka – odległych miejsc – i stała się przez to delikatniejsza, mądrzejsza i jeszcze trwalsza.
Nie mów tak do dziecka podczas kłótni. To, co się stanie, cię przerazi
Lista moich marzeń
Znalazł mnie o świcie na tej samej krawędzi łóżka, na której się rozpadłam tej nocy
Nie chcę, żeby Twój syn mieszkał z nami po ślubie – historia o tym, jak niedoszła macocha próbowała pozbyć się dziecka, a ojciec musiał wybrać między nową żoną a synem
Polska liderem Europy w ocenie infrastruktury rowerowej i bezpieczeństwa dzieci
Książka zmniejszająca dystans między dzieckiem a dorosłym
Unikaj tego z Action. Może legalne, ale niebezpieczne
Repertuar kina Helios w Nowym Sączu. Premiery, wielkie widowiska i familijne seanse od 6 do 12 lutego