Dzieci

Mężczyzna korzystał z wolnego dnia, gdy niespodziewanie zadzwonił dzwonek do drzwi — za progiem czekała nieznana starsza kobieta, która okazała się być jego matką, wracając po latach rozłąki i mrocznej przeszłości, by błagać o pomoc dla swojego młodszego syna, ale jej prawdziwe intencje odsłoniły dramat rodzinnej zdrady i walkę o spadek.
– Chcę wreszcie pomyśleć o sobie i się wyspać – powiedział mąż, trzaskając drzwiami Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, gdy mały Maksio ryczał tak, iż sąsiedzi pukali w ścianę. Trzy miesiące, w których Marina chodziła jak zombie z czerwonymi oczami i drżącymi rękami. A Igor snuł się po mieszkaniu ponury jak burzowa chmura. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? – rzucił pewnego dnia, patrząc w lustro. – Worki pod oczami mam aż do kolan. Marina milczała. Karmiła synka, bujała go, znów karmiła. Zamknięte koło. A Igor, zamiast wspierać, narzekał. – Słuchaj, może twoja mama by posiedziała z dzieckiem? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po prysznicu. Świeży, wypoczęty. – Pomyślałem, może wyskoczę na tydzień do kolegi na działkę? Marina zamarła z butelką w ręku. – Potrzebuję odpoczynku, Marinka. Serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do torby sportowej. – Ja ostatnio w ogóle nie śpię. A ona śpi?! Oczy jej się już sklejają, ale gdy tylko się położy, Maksio zaczyna płakać. I tak już czwarty raz tej nocy. – Mi też ciężko – szepnęła Marina. – Wiem, iż ciężko – machnął ręką Igor, wciskając do torby ulubioną koszulę. – Ale mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie można tak się prezentować klientom. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Marina spojrzała na nich z boku: ona – w zmechaconym szlafroku, z potarganymi włosami, z płaczącym dzieckiem na rękach. I on – pakujący walizkę, uciekający od nich. – Chcę pomyśleć o sobie i wreszcie się wyspać – mruknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marina stała pośrodku mieszkania z płaczącym synkiem i czuła, jak coś w niej pęka. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor zadzwonił ze trzy razy – pytał, jak tam. Głos miał obojętny, jakby rozmawiał z dalszą znajomą. – Przyjadę w weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znów się nie pojawił. Marina bujała płaczącego synka, zmieniała pieluszki, przygotowywała mleko. Sen – pół godziny między karmieniami. – Wszystko w porządku? – zapytała koleżanka. – Świetnie – skłamała. Po co kłamie? Wstyd przecież. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z niemowlakiem. Co mogłoby być gorszego? Najciekawsze dopiero się zaczęło w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój Igor? – zapytała Lena. – Dużo pracuje. – Zrozumiale. Chłopy wszyscy tacy – jak dziecko, to tylko w pracy zalegają. – Lena nachyliła się bliżej: – Igor często ma wyjazdy służbowe? – Jakie wyjazdy? – No przecież do Gdańska właśnie pojechał! Na szkolenie. Pokazywał fotki. Do Gdańska? Kiedy niby?! Marina przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił trzy dni. Mówił – był zajęty. Kłamał, nie zajęty. W Gdańsku odpoczywał. Igor przyjechał w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż mnie nie było. Dużo pracy. – A do Gdańska jeździłeś? Zamarł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieważne. Ważne, po co kłamiesz? – Nie kłamię. Myślałem, iż się zdenerwujesz, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież ona z niemowlakiem nigdzie nie mogła! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Od tygodni nie śpię. – Zatrudnimy nianię. – Za co? Przecież nie dajesz pieniędzy. – Jak to nie daję? Przecież opłacam mieszkanie i rachunki. – A na jedzenie? Pieluchy? Leki? Milczał. Potem: – Może wrócisz do pracy? Chociaż na pół etatu? Co będziesz tak siedzieć w domu. Wynajmiemy nianię. Siedzi w domu. Jakby odpoczywała! Wtedy Marina wzięła synka na ręce, spojrzała na Igora i zrozumiała: ten człowiek jej nie kocha. W ogóle. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Co? – Wynieś się. Nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co ważniejsze: rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Na dwa dni. Potem przysłał: „Myślę.” A Marina przez ten czas nie spała. I myślała też. Wyobraźcie sobie, iż pierwszy raz od miesięcy została sama ze swoimi myślami. Mama zadzwoniła: – Marinka, jak się czujesz? Igora nie ma? – Na wyjeździe służbowym. Znów skłamała. – Może przyjadę, pomogę? – Dam radę. Ale mama przyjechała sama. – Co tu się dzieje? – rozejrzała się. – Boże, Marinka, popatrz na siebie! Marina spojrzała w lustro. Faktycznie… – A Igor gdzie? – Pracuje. – O ósmej wieczorem? Marina milczała. – Co się dzieje? I wtedy Marina rozpłakała się prawdziwie, głośno, rozpaczliwie. – On odszedł. Powiedział, iż chce pomyśleć o sobie. Mama milczała. Potem: – Kanalia. Najgorsza kanalia. Marina była zdziwiona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze myślałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak… – Mamo, może powinnam go zrozumieć? – Marinka, a tobie nie ciężko? Od tych prostych słów zrozumiała: cały czas tylko Igor był najważniejszy. Jego zmęczenie, jego wygoda. O sobie – ani słowa. – Co mam robić? – Żyj. Bez niego. Lepiej sama niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Chyba „myślał” na działce. – Pogadamy? – Tak. Usiedli: – Wiesz, Marinka, rozumiem, masz trudno. Ale mi też nikt nie ułatwia. Może się dogadamy? Będę płacił, odwiedzał syna. A na razie pomieszkam osobno. – Ile? – Co? – Pieniędzy. Ile? – No, z dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź na drzewo. – Co?! – Słyszałeś. I nie przychodź więcej. – Proponuję konkret! – Konkret? Wolności zachciało się? A co z moją wolnością? Wtedy Igor powiedział coś, co ustawiło wszystko jasno: – A jaka ty masz wolność? Przecież jesteś matką! Marina patrzyła na niego – oto prawdziwy Igor. Niedojrzały egoista, dla którego bycie matką to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć pensji. Zgodnie z prawem. – Nie odważysz się! – Odważę. Wyszedł, trzaskając drzwiami. A Marina pierwszy raz poczuła: mogę oddychać. Maks zapłakał. Ale wiedziała: da radę. Minął rok. Igor próbował wracać dwa razy. – Marinka, może spróbujemy? – Za późno. Igor narzekał, iż Marina jest jędzą. Mało przekonująco. Marina znalazła nianię, zaczęła pracować jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Synka. – A ojciec gdzie? – Żyje dla siebie. Poznała go z Maćkiem. Andrzej przywiózł mu samochodzik. Razem grali i śmiali się. Potem często chodzili całą trójką do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecko ma rok, a ty z facetami! – A czego chciałeś? Żebym czekała na ciebie? – Ale przecież jesteś matką! – Tak, jestem. I? Więcej nie dzwonił. Andrzej był inny. Gdy Maks zachorował – natychmiast przyjechał. Gdy była wykończona – zabierał ich na działkę. Teraz Maksio ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Alimenty płaci. Marina nie jest już zła. Teraz też żyje dla siebie. I to jest piękne.
– Mamo, to my… Twoje dzieci… Mamo… – spojrzała na nich pustym wzrokiem. Anna i Robert przez całe życie zmagali się z biedą. Kobieta dawno straciła nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. Kiedyś była młoda, zakochana, marzyła o lepszej przyszłości. Los jednak okazał się inny. Robert ciężko pracował, zarabiał grosze, a Anna zaszła w ciążę. Jeden po drugim urodziło się trzech synów. Anna od dawna nie pracowała – jeden pensja nie wystarczała na wiele, a dzieci rosły i potrzebowały ubrań oraz butów. Cała wypłata szła na jedzenie, rachunki i codzienne potrzeby. Dwanaście lat życia w taki sposób odbiło się na rodzinie. Robert zaczął pić. Chociaż przynosił do domu pieniądze, codziennie wracał pijany. Anna coraz bardziej traciła do niego serce. Pewnego dnia wrócił do domu pijany, z butelką wódki w ręku. Anna nie wytrzymała, wyrwała mu ją i sama wypiła do końca. Od tego momentu piła razem z nim. Po czasie poczuła się lepiej, jakby problemy znikały. Coraz częściej czekała, aż Robert przyniesie alkohol, i pili już razem. Anna zapomniała o synach. Cała wieś dziwiła się, jak wódka może zmienić człowieka. Z czasem chłopcy zaczęli chodzić między domami i prosić o jedzenie. Pewnego dnia sąsiadka nie wytrzymała i powiedziała: – Aniu, lepiej oddaj ich do domu dziecka, niż pozwól im umrzeć z głodu. Ile jeszcze będziesz pić i nie myśleć o dzieciach? Anna dobrze zapamiętała te słowa, często o nich myślała. Życie bez dzieci wydawało się łatwiejsze. W końcu Anna i Robert oddali synów do domu dziecka. Chłopcy płakali i czekali na rodziców, ale nikt po nich nie przychodził. Minęło kilka lat. Chłopcy czasem pamiętali o rodzicach, ale nie wracali do tych wspomnień. W końcu każdy z nich opuścił dom dziecka, dostał kawalerkę i znalazł pracę. Trzymali się razem. Bardzo chcieli jednak jeszcze raz zobaczyć rodziców i dowiedzieć się, dlaczego ich porzucili. Pewnego dnia wsiedli do samochodu i pojechali do rodzinnej wsi. Po drodze spotkali matkę, która z trudem szła do domu. Przeszła obok nich, nie patrząc na synów. – Mamo, to my… Twoje dzieci… Mamo… Spojrzała na nich nieobecnym wzrokiem, a potem ich rozpoznała. Zaczęła płakać i prosić o wybaczenie. Jak jednak przebaczyć coś takiego? Synowie stali zdezorientowani. Jednak zdecydowali – kim by nie była, to wciąż ich matka. I wybaczyli jej.
Wyczekane szczęście – historia Victorii, która po dwunastu latach walki o macierzyństwo adoptuje małego chłopca z polskiego domu dziecka i niedługo niespodziewanie dowiaduje się, iż zostanie biologiczną mamą, odnajdując pełnię rodzinnego szczęścia
Bajkowa przygoda dla najmłodszych: odkrywaj emocje w bibliotece!
Odkryj magiczny świat Przedszkola nr 214 z twórczością Janiny Krzemińskiej
Zagadka wygląda banalnie, większość daje zły wynik. Działanie jest rodem z podstawówki
Rodzice poznają miejskie żłobki. realizowane są dni otwarte w Poznaniu
DZIECKO NA PERONIE: 25 LAT PÓŹNIEJ PRZESZŁOŚĆ PUKA DO DRZWI
Mam 38 lat i przez długi czas myślałam, iż to ze mną jest coś nie tak. Że jestem złą matką, złą żoną. Że coś jest we mnie popsute, bo choć ze wszystkim sobie radziłam, w środku czułam, iż już nic nie daję. Wstawałam codziennie o 5:00 rano. Szykowałam śniadania, mundurki, lunchboxy. Zostawiałam dzieci gotowe do szkoły, ogarniałam na gwałtownie dom i biegłam do pracy. Trzymałam się grafiku, realizowałam cele, chodziłam na zebrania. Uśmiechałam się. Zawsze się uśmiechałam. Nikt z pracy niczego się nie domyślał. Wręcz przeciwnie — mówili, iż jestem odpowiedzialna, zorganizowana, silna. W domu też wszystko się kręciło. Obiad, obowiązki, kąpiel, kolacja. Słuchałam dzieci, odpowiadałam na pytania ze szkoły, godziłam ich małe kłótnie. Przytulałam, gdy potrzebowały, poprawiałam, gdy trzeba było. Z zewnątrz moje życie wyglądało normalnie. choćby dobrze. Miałam rodzinę, pracę, zdrowie. Nie było żadnej dramatycznej historii, która tłumaczyłaby to, co czułam. Ale w środku byłam pusta. To nie był smutek, tylko zmęczenie. Zmęczenie, którego sen nie leczy. Kładłam się wykończona i budziłam się równie zmęczona. Bolało mnie ciało bez powodu. Hałas mnie drażnił, ciągłe pytania mnie dobijały. W głowie pojawiały się myśli, których się wstydziłam: iż moje dzieci będą miały lepiej beze mnie, iż się nie nadaję, iż są kobiety stworzone do macierzyństwa, a ja do nich nie należę. Nigdy nie zawalałam obowiązków. Nigdy się nie spóźniałam. Nigdy nie traciłam kontroli, nie krzyczałam więcej niż wypada. Dlatego nikt nie zauważył. choćby mój mąż. Dla niego wszystko było „w porządku”. Kiedy mówiłam, iż jestem zmęczona, słyszałam: — Każda matka bywa zmęczona. Kiedy mówiłam, iż nic mi się nie chce, odpowiadał: — To zwykły brak chęci. Przestałam mówić. Były wieczory, gdy zamykałam się w łazience, tylko po to, żeby nie słyszeć nikogo. Nie płakałam. Patrzyłam w ścianę i liczyłam minuty, aż będę musiała znów wyjść i być „tą, która ogarnia wszystko”. Myśl, by odejść, przyszła cicho. Nie była dramatyczna. To była chłodna kalkulacja: zniknąć na kilka dni, przestać być potrzebną. Nie dlatego, iż nie kochałam dzieci, tylko dlatego, iż czułam, iż już nic im nie dam. Ten dzień, kiedy sięgnęłam dna, nie był szczególny. Zwykły wtorek. Dziecko poprosiło mnie o coś prostego, a ja tylko patrzyłam, nie rozumiejąc. W głowie pustka. Poczułam supeł w gardle i gorącą falę w klatce. Usiadłam na kuchennej podłodze i nie mogłam wstać przez kilka minut. Syn spojrzał na mnie przestraszony i zapytał: — Mamusiu, wszystko w porządku? A ja nie umiałam mu odpowiedzieć. Wtedy nikt nie przyszedł mi pomóc. Nikt mnie nie uratował. Po prostu nie mogłam już dłużej udawać, iż wszystko ze mną w porządku. Poszukałam pomocy, kiedy już nie miałam siły. Gdy nie dało się już „ogarniać wszystkiego”. Terapeutka była pierwszą osobą, która powiedziała coś, czego wcześniej nikt nie powiedział: — To nie jest tak, iż jest pani złą matką. I powiedziała mi, co mi dolega. Zrozumiałam, iż nikt mi wcześniej nie pomógł, bo ja nigdy nie przestawałam działać. Bo dopóki kobieta robi wszystko, świat uważa, iż może jeszcze więcej. Nikt nie pyta, jak się czuje ta, która nigdy nie upada. Powrót do siebie nie był szybki. Nie było żadnej magii. To było powoli, niewygodnie i z wyrzutami sumienia. Uczyć się prosić o pomoc. Mówić „nie”. Nie być zawsze do dyspozycji. Rozumieć, iż odpoczynek nie czyni złej matki. Do dziś wychowuję dzieci. Pracuję. Ale już nie udaję, iż jestem idealna. Już nie wierzę, iż jeden błąd mnie definiuje. I przede wszystkim – już nie myślę, iż chęć ucieczki czyni ze mnie złą matkę. Byłam po prostu wykończona.
Pięć mieszkań w rodzinie, a my wciąż musimy wynajmować – dlaczego nasze rodziny wolą zarabiać na dzieciach zamiast nam pomóc?
Zbliża się komunia syna, a rodzina jest skłócona "Nikt z nikim nie chce siedzieć przy stole"
– Chcę wreszcie pomyśleć o sobie i się wyspać – powiedział mąż, wychodząc Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, gdy Maksio płakał tak głośno, iż sąsiedzi stukali w ścianę. Trzy miesiące, podczas których Marina chodziła jak zombiak, z czerwonymi oczami i drżącymi rękami. A Igor chodził po mieszkaniu ponury niczym burza. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? – rzucił kiedyś, przyglądając się sobie w lustrze. – Worki pod oczami do kolan. Marina milczała. Karmiła synka, bujała, znów karmiła. Zamknięte koło. Gdzieś obok krążył Igor – jej mąż, który zamiast wspierać, tylko narzekał. – Może twoja mama posiedzi z małym? – zaproponował kiedyś wieczorem, przeciągając się po prysznicu. Świeży, wypoczęty. – Myślałem, może pojadę na tydzień do kumpla na działkę? Marina zamarła z butelką w ręku. – Muszę odpocząć, serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do torby sportowej. – Od miesięcy nie śpię normalnie. A ona niby śpi?! Oczy jej się zamykają, ale gdy tylko się położy, Maksio znów płacze. Czwarty raz tej nocy. – Mnie też ciężko – szepnęła Marina. – No wiem, iż ciężko – machnął ręką, wrzucając do torby ulubioną koszulę. – Ale ja mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie mogę z taką twarzą wychodzić do klientów. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Marina nagle zobaczyła ich z boku: siebie – w znoszonym szlafroku, z rozwichrzonymi włosami, z krzyczącym dzieckiem na rękach. I jego – pakującego walizkę, uciekającego od nich. – Chcę wreszcie pomyśleć o sobie i się wyspać – burknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marina stała pośrodku mieszkania z płaczącym synem i czuła, jak wszystko w niej się wali. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor zadzwonił trzy razy – zapytał, co u nich. Głos obojętny, jakby rozmawiał z daleką znajomą. – Przyjadę w weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znowu go nie było. Marina bujała rozwrzeszczanego synka, przewijała pieluchy, robiła mleko. Spała – po pół godziny między karmieniami. – Wszystko u Ciebie w porządku? – spytała przyjaciółka. – Jasne – skłamała Marina. Dlaczego kłamie? Przecież to wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że została sama z niemowlakiem. Co może być gorszego? Ale najciekawsze wydarzyło się w sklepie – spotkała Lenę, koleżankę Igora z pracy. – A gdzie Twój mąż? – zapytała Lena. – Dużo pracuje. – Aha. Faceci są tacy sami – jak dziecko, to od razu znikają w pracy. – Lena pochyliła się bliżej: – Igor często jeździ służbowo? – Jakie służbowo? – Przecież ostatnio był w Trójmieście! Na szkoleniu. Zdjęcia pokazywał. W Trójmieście? Kiedy?! Marina przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił trzy dni. Powiedział, iż był zajęty. Kłamał, nie zajęty. Odpoczywał w Trójmieście. Igor wrócił w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż długo mnie nie było. Dużo pracy. – Byłeś w Trójmieście? Zamarł z bukietem. – Skąd wiesz? – Nieważne. Ważne, dlaczego kłamiesz? – Nie kłamię. Myślałem, iż się zdenerwujesz, iż pojechałem bez Ciebie. Bez niej?! Przecież z niemowlakiem i tak nigdzie by nie mogła… – Igor, potrzebuję pomocy. Wiesz? Nie śpię już od tygodni. – Zatrudnimy nianię. – Ale za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak to nie? Opłacam mieszkanie, rachunki. – A na jedzenie? Pieluchy? Leki? Zamilkł na chwilę. – Może wrócisz do pracy? Chociaż na pół etatu? Po co siedzieć w domu. Zatrudnimy nianię. Siedzieć w domu…jakby odpoczywała! Wtedy Marina wzięła synka na ręce, spojrzała na Igora i zrozumiała: on jej nie kocha. Wcale. Nigdy nie kochał. – Wynoś się. – Dokąd niby? – Do widzenia. I nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co jest dla Ciebie ważniejsze – rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Dwa dni później napisał: „Myślę.” A Marina przez ten czas nie spała. I też myślała. Wyobraźcie sobie, iż po raz pierwszy od miesięcy zostajecie sami ze swoimi myślami. Zadzwoniła mama: – Marinka, co tam u Was? Igora nie ma w domu? – Na delegacji. Znowu skłamała. – Może wpadnę? Pomogę Ci? – Poradzę sobie. Ale mama przyjechała sama. – Jak tam u Was? – rozejrzała się. – Boże, Marinka, spójrz na siebie! Marina spojrzała w lustro. Rzeczywiście, nie wygląda dobrze. – A Igor gdzie? – Pracuje. – O ósmej wieczorem? Marina milczała. – Co się dzieje? Wtedy Marina rozpłakała się. Naprawdę, jak dziecko: głośno i rozpaczliwie. – Odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama zamilkła. Potem: – Skończony dupek. Rzadko się tacy zdarzają. Marina była zdziwiona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze myślałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak… – Może to moja wina? Może powinnam go zrozumieć? – Marinka, czy Tobie nie jest ciężko? Od tej prostoty Marina zrozumiała: przez cały czas myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. O sobie – ani razu. – Co mam zrobić? – Żyj. Bez niego. Lepiej być samej, niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Najwyraźniej „myślał” na działce. – Pogadamy? – Dobra. Usiedli przy stole. – Słuchaj, Marinka, rozumiem, iż Ci ciężko. Ale mi też nie jest lekko. Może się umówimy? Będę pomagał finansowo, odwiedzał Was. Ale póki co chcę mieszkać osobno. – Ile? – Słucham? – Ile pieniędzy? – No… dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź do diabła. – Co?! – Słyszałeś. Nie wracaj. – No ale przecież proponuję korzystny układ! – Układ? Wolności Ci się zachciało? A gdzie moja wolność? Wtedy Igor rzucił zdanie, które wszystko wyjaśniło: – Ale co Ty możesz? Jesteś matką! Marina spojrzała na niego: oto prawdziwy Igor. Niedojrzały egoista, dla którego macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć Twojej pensji. Zgodnie z prawem. – Nie masz odwagi! – Mam. Wyszedł, trzasnął drzwiami. A Marina poczuła po raz pierwszy: łatwiej jej oddychać. Maksio zapłakał. Ale teraz wiedziała, iż da sobie radę. Minął rok. Igor próbował wrócić dwa razy. – Marinka, spróbujemy jeszcze raz? – Za późno. Igor narzekał, iż Marina jest zołzą. Nieskutecznie. Marina znalazła nianię, zatrudniła się jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Syna. – A ojciec? – Żyje dla siebie. Poznała ich ze sobą. Andrzej przywiózł Maksiowi samochodzik. Bawili się razem i śmiali. Potem często chodzili razem do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecko ma rok, a Ty z innym facetem! – A czego się spodziewałeś? Że będę na Ciebie czekać? – Ale jesteś matką! – Tak, jestem. I co z tego? Nie dzwonił więcej. Andrzej był inny. Gdy Maksio zachorował – zaraz przyjechał. Gdy Marina była bardzo zmęczona – zabierał ich na swoją działkę. Teraz Maksio ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor ożenił się. Płaci alimenty. Marina nie jest zła. Ona też teraz żyje dla siebie. I to jest piękne.
Porzucił mnie i nasze nowo narodzone bliźnięta dla swojej bogatej matki. Ale pewnej nocy włączył telewizor i zobaczył coś, czego nigdy się nie spodziewał. Mój mąż opuścił mnie i nasze nowo narodzone bliźnięta pod presją swojej bogatej matki. Dla niej zrezygnował z rodziny. Nie powiedział tego wprost. To byłoby za łatwe. Wyszeptał to, stojąc u stóp mojego szpitalnego łóżka, gdy obok mnie spała dwójka niemal identycznych maluchów, ich maleńkie klatki piersiowe równomiernie się unosiły i opadały. – Mama uważa, iż to błąd – powiedział cicho. – Ona nie chce… tego. – Tego? – powtórzyłam. – Czy ich? Nie odpowiedział. Mam na imię Anna Nowak, mam trzydzieści dwa lata, urodziłam się i wychowałam w Warszawie. Trzy lata temu wyszłam za mąż za Jacka Kowalskiego – czarującego, ambitnego mężczyznę całkowicie oddanego swojej matce, Elżbiecie Kowalskiej, kobiecie, której majątek determinował każdą decyzję wokół niej. Nigdy mnie nie zaakceptowała. Nie pochodziłam z „odpowiedniej” rodziny. Nie chodziłam do „odpowiednich” szkół. Kiedy okazało się, iż spodziewam się bliźniąt, pogłębił się dystans – zamienił się w ciche wrogości. – Mama mówi, iż bliźnięta tylko skomplikują wszystko – kontynuował Jacek, patrząc w podłogę. – Moją przyszłość. Pozycję w firmie. Teraz nie jest na to czas. Czekałam, aż powie, iż będzie o nas walczył. Nie powiedział. – Przekażę pieniądze – dodał szybko. – Wystarczająco, żeby ci pomóc. Ale nie mogę zostać. Dwa dni później nie było go już przy nas. Żadnego pożegnania z dziećmi. Żadnych wyjaśnień dla personelu. Zostało tylko puste krzesło i podpisany akt urodzenia na szpitalnym blacie. Wróciłam do domu sama, z dwójką noworodków i gorzką prawdą: mój mąż wybrał wygód, nie rodzinę. Nadchodzące tygodnie były brutalne. Nieprzespane noce. Liczenie mieszanki. Rachunki za lekarzy. I cisza ze strony Kowalskich, przerywana tylko jednym listem od Elżbiety – z czekiem: „To rozwiązanie tymczasowe. Nie wzbudzaj zbędnej uwagi.” Nie odpowiedziałam. Nie błagałam. Przetrwałam. To, czego Jacek nie wiedział – i na co jego matka nigdy nie zwróciła uwagi – to fakt, iż zanim wyszłam za mąż, pracowałam w branży medialnej. Miałam kontakty. Doświadczenie. I odporność wyrobioną na długo przed wejściem w życie żony i matki. Minęły dwa lata. Aż pewnego wieczoru Jacek włączył telewizor. I zamarł. Na ekranie, patrząc prosto w kamerę, byłam ja – z dwójką dzieci, które wyglądały jak jego kopie. Pod moim imieniem pojawił się napis: „Samotna matka buduje ogólnopolską sieć opieki nad dziećmi po tym, jak została porzucona z nowo narodzonymi bliźniętami.” Pierwszy telefon, który wykonał Jacek, nie był do mnie. Zadzwonił do matki. – Co to ma być?! – zapytał. Elżbieta Kowalska nie traciła łatwo panowania nad sobą. Ale gdy zobaczyła moją twarz w ogólnopolskiej telewizji – spokojną, pewną siebie, bez cienia żenady – coś w niej pękło. – Obiecała dyskrecję – syknęła Elżbieta. – Niczego nie obiecywałam – odpowiedziałam później, gdy Jacek w końcu zadzwonił. Prawda była prostsza niż zemsta. Nie chciałam nikogo demaskować. Zbudowałam coś ważnego – rozgłos przyszedł sam. Po odejściu Jacka walczyłam – nie heroicznie. Nie z klasą. Tak, jak walczy prawie każda kobieta, gdy samotność ściera się z codziennością. Pracowałam zdalnie, bujając dzieci stopą. Wysyłałam oferty, mieszając mleko w butelkach. Przeżycie nie zostawiało miejsca na dumę. Punktem zwrotnym był problem, który widziałam wszędzie – rodzice potrzebujący bezpiecznej opieki dla dzieci. Zaczęłam skromnie. Jedna lokalizacja. Potem dwie. Kiedy bliźniaki skończyły dwa lata, moja firma – NowakCare – działała już w trzech województwach. Gdy skończyły cztery, była już ogólnopolska. I nie tylko o sukces w biznesie tu chodziło. Chodziło o siłę. Dziennikarze pytali o mojego męża. Odpowiadałam szczerze – bez żalu. – On dokonał swojego wyboru. Ja także. Firma Jacka spanikowała. Klienci nie chcieli współpracować z ludźmi, którzy porzucają rodziny. Misternie budowany wizerunek Elżbiety zaczął pękać. Poprosiła o spotkanie. Zgodziłam się – na moich warunkach. Gdy weszła do mojego biura, wyglądała na zaniepokojoną. – Zhańbiłaś nas – powiedziała. – Nie. Zniknęliście nas. Ja po prostu przetrwałam. Proponowała pieniądze. Milczenie. Prywatną umowę. Odmówiłam. – Już nie kontrolujecie tej historii – powiedziałam cicho. – I nigdy nie kontrolowaliście. Jacek nigdy nie przeprosił. Ale patrzył. Sześć miesięcy później zwrócił się o prawo do widzeń. Nie dlatego, iż tęsknił za dziećmi. Dlatego, iż ludzie zaczęli pytać, czemu nie pojawia się w ich życiu. Sąd przyznał mu tylko nadzór podczas widzeń. Bliźniaki były ciekawe, uprzejme, zdystansowane. Dzieci intuicyjnie czują, gdy ktoś jest obcy – choćby jeżeli ma tę samą twarz. Elżbieta – nigdy się nie pojawiła. Przysyłała tylko prawników. Ja skupiłam się na wychowaniu dzieci, by czuły się bezpieczne, nie podziwiane. Na piąte urodziny bliźniaków Jacek przysłał drogie, bezosobowe prezenty. Oddałam je. Czas płynął. NowakCare stało się renomowaną siecią w całej Polsce. Zatrudniałam kobiety potrzebujące elastyczności, szacunku i godziwych zarobków. Stworzyłam to, czego sama kiedyś potrzebowałam. Pewnego popołudnia dostałam maila od Jacka: „Nie wierzyłem, iż poradzisz sobie bez nas.” To zdanie wyjaśniło wszystko. Nie odpowiedziałam. Bliźniaki wyrosły na silnych, dobrych i świadomych ludzi. Znają swoją historię – nie z goryczą, ale z klarownością. Niektórzy sądzą, iż majątek daje ochronę. Nie. Tylko godność.
Tak odświeża się parówki. Słowa eksperta zaskakują
Gdy mama straciła przytomność, sześcioletni Tymek wezwał 112
Zobaczyć na własne oczy Po tragicznej utracie męża i sześcioletniej córeczki w wypadku, Ksenia przez długi czas nie mogła się pozbierać. Spędziła prawie pół roku w klinice, nie chciała nikogo widzieć, a przy niej czuwała cierpliwie jej mama. Aż pewnego dnia mama powiedziała: – Ksenia, biznes twojego męża może niedługo upaść, Eryk ledwo sobie radzi. Zadzwonił do mnie, prosił, by ci przekazać, iż potrzebuje pomocy. Dobrze, iż Eryk jest uczciwym człowiekiem, ale… Dopiero te słowa nieco ją ożywiły. – Masz rację, mamo. Muszę czymś się zająć, pewnie mój Tomek byłby zadowolony, gdybym kontynuowała jego pracę. Dobrze, iż czegoś się nauczyłam w jego firmie. Ksenia wróciła do pracy, uratowała rodzinny biznes i utrzymała go na powierzchni. Jednak mimo sukcesów zawodowych, bardzo tęskniła za córką. – Córciu, chcę ci doradzić: adoptuj dziewczynkę z domu dziecka, taką, której pozostało ciężej niż tobie. Pomóż jej, a zobaczysz, w tym odnajdziesz swoje ocalenie. Po długim namyśle Ksenia przyznała matce rację. niedługo pojawiła się w domu dziecka, choć wiedziała, iż nikt nie zastąpi jej ukochanej córeczki. Marysia urodziła się prawie niewidoma. Rodzice — wykształceni, z dobrych rodzin — spanikowali, bali się odpowiedzialności i porzucili dziecko. Tak Marysia trafiła do domu dziecka, gdzie otrzymała imię Maria. Wyróżniała się tym, iż mimo prawie całkowitej ślepoty była interesująca świata i marzyła o dobrej wróżce. Gdy Marysia miała siedem lat, zjawiła się ta „wróżka” — piękna, elegancka, ale bardzo nieszczęśliwa. Ksenia natychmiast poczuła, iż to jej dziecko — dziewczynka była jak anioł o złotych lokach i wielkich, błękitnych, ale niewidzących oczach. Tak zaczęła się ich wspólna historia. Ksenia pokochała Marysię, otoczyła ją troską, a jej świat nabrał nowego sensu. Pewnego dnia usłyszała od lekarzy, iż jeżeli Marysia przejdzie operację, mogłaby odzyskać wzrok, choćby częściowo. Operacja odbyła się przed pójściem do szkoły, jednak poprawa była niewielka. Kolejna szansa miała pojawić się dopiero, gdy dziewczynka dorośnie. Przez lata obie zbliżyły się do siebie wyjątkowo mocno, żyły dla siebie nawzajem. Firma rozkwitała, Ksenia nie interesowała się mężczyznami, skupiała się na córce. Marysia wyrosła na piękną, wdzięczną i bardzo mądrą młodą kobietę, skończyła studia i pracowała już z mamą. Ksenia z zazdrością pilnowała otoczenia córki, obawiając się, iż ktoś ją wykorzysta. I wtedy Marysia zakochała się w Antonim. Chłopak zyskał aprobatę Kseni i niedługo poprosił o rękę jej córki. Podczas przygotowań do ślubu okazało się, iż po pół roku od wesela odbędzie się ostateczna operacja Marysi, która może przywrócić jej pełny wzrok. Antoni wydawał się czułym i troskliwym narzeczonym. Jednak przypadkiem Marysia podsłuchała rozmowę matki narzeczonego przez jego pozostawiony na stole telefon: przyszła teściowa planowała, jak pozbyć się „niewidomej” synowej podczas podróży poślubnej w polskich górach, żeby syn mógł przejąć duży majątek Kseni. Marysia wstrząśnięta wyznała wszystko matce. Ksenia natychmiast postanowiła działać. Gdy tylko Antoni próbował się bronić, Ksenia uświadomiła mu, iż nagranie rozmowy można wykorzystać na policji. Syn i matka uciekli z miasta. Po zakończeniu całej afery Marysia przeszła ostatnią operację na oczy. Gdy zdjęto jej opatrunek, pierwszy raz zobaczyła świat wyraźnie, a przed nią stał przystojny młody lekarz, doktor Mateusz, który wcześniej opiekował się nią w klinice. To on przyniósł jej bukiet róż, a Marysia ze wzruszenia rozpłakała się, szczęśliwa, iż może wszystko zobaczyć na własne oczy. Z czasem Marysia i Mateusz pobrali się. Rok później powitali na świecie córeczkę z szarymi oczami po tacie. Marysia znalazła szczęście u boku kochającego, opiekuńczego mężczyzny, który nigdy jej nie zawiódł. Dziękujemy za przeczytanie tej historii, wsparcie i życzymy szczęścia w życiu!
Pamiętasz dzieciństwo w PRL-u? Rozwiąż nasz wspominkowy quiz wiedzy
Matki nie chorują? "Biorą L4 dopiero na dzieci"
Noworodki wychodzą ze szpitala bez ważnego szczepienia. Wszystko przez badania przesiewowe
Naukowcy wskazali najlepszy wiek na pierwsze dziecko. Wyniki zaskakują
Podczas gdy nasze dzieci i wnuki mieszkają w ciasnej kawalerce, rodzice mojego zięcia cieszą się życiem w przestronnym mieszkaniu – od ośmiu lat pomagamy dzieciom we wszystkim, nie mogąc liczyć na wsparcie teściów, którzy pozostają obojętni na potrzeby własnego syna i wnuków
Antonia Pietrowna wracała w deszczu i płakała, łzy mieszały się z kroplami. “Tylko jedna euforia — nikt nie widzi moich łez!” — myślała. Zastanawiała się też: “Sama sobie winna. Weszłam nie w porę. Niezaproszony gość.” Szła i płakała, a potem śmiała się, przypominając sobie dowcip, w którym zięć pyta teściową: “Mamo, choćby herbaty nie wypijecie?” Teraz znalazła się w roli tej “mamy”. Płakała i śmiała się, śmiała i płakała. W domu zrzuciła mokre ubrania, okryła się kocem i już otwarcie szlochała. Nikt jej nie słyszał, oprócz złotej rybki w akwarium! Antonia była interesującą kobietą, której nigdy nie brakowało powodzenia u mężczyzn. Ale z ojcem Nikity, jej syna, się nie ułożyło. Pił coraz więcej, potem zaczął ją chorobliwie zazdrośnie kontrolować. Pewnego dnia, po uśmiechu do sąsiada, pobił ją człowieczo i długo, na oczach dziecka. Nikitka wszystko opowiedział babci i dziadkowi. Matka Antoni płakała: “Po co wychowałam córkę, żeby ją jakaś pijana kreatura biła?” Ojciec milcząc odszedł i spuścił zięcia z czwartego piętra po schodach. Po tym wydarzeniu mąż zniknął na zawsze, a Antonia nie wyszła już za mąż — wolała wychowywać syna. Wielu próbowało z nią związać się, ale nie mogła zaufać po takich przejściach. Finansowo radziła sobie dobrze, była technologiem żywienia w restauracji i odkładała na mieszkanie. Kiedy uzbierała wystarczająco, Nikitka się ożenił z piękną Anastazją. Antonia została w swojej “kawalerce”, dzieciom urządziła wesele i oddała im nowe dwupokojowe mieszkanie. Teraz odkładała na samochód dla dzieci, żeby nie jeździli już starym “Polonezem”. Dziś nie miała choćby zamiaru odwiedzać syna, ale przypadkiem była blisko i złapała ją ulewa. Nie miała parasola, a deszcz był tak mocny, iż i parasol nie pomógłby. Postanowiła przeczekać na górze, licząc na ploteczki z Anastazją przy herbacie. Nikt jej jednak nie zaprosił. Anastazja w drzwiach zdziwiona spytała: “Pani Antonia, czego pani chce?” Antonia zdezorientowana zaczęła się tłumaczyć: “Deszcz…” “Już przestało padać. Niedaleko pani ma, dojdzie.” — powiedziała zimno Anastazja, patrząc w okno. Antonia ze łzami wróciła do domu, płakała, aż zasnęła. Przyśniła jej się złota ryba z akwarium, która rosła i mówiła bezdźwięcznie: “Płaczesz? Durna! choćby herbaty ci nie dali! Dla kogo odkładasz pieniądze na auto? Całe życie dla nich, a oni nie docenią. Jedź nad morze — zrób coś dla siebie!” Antonia obudziła się nocą, ryba wciąż ruszała wargami, ale Antonia zrozumiała najważniejsze: nie warto się poświęcać dla niewdzięcznych ludzi. Wzięła pieniądze na auto i kupiła sobie wymarzone wakacje nad Bałtykiem. Wróciła piękna, opalona, pełna życia. Syn z synową choćby nie zauważyli jej nieobecności, bo zgłaszali się tylko, gdy potrzebowali pieniędzy albo opieki nad dzieckiem. Potem Antonia przestała unikać mężczyzn, a jej wielbiciel — dyrektor restauracji — zdobył jej serce. Rano razem do pracy, śmiech i nowa jakość życia. Ostatnio Anastazja przyszła i zawoalowanie wspomniała o samochodzie. “Co, nie zagląda pani do nas, nie dzwoni? Nikita znalazł samochód…” — zagadnęła. “Anastazja, czegoś potrzebujesz?” — spytała Antonia z rękami na piersiach. Wtedy z pokoju wyszedł interesujący mężczyzna: “Tonka, pijemy herbatę?” “Pewnie! I gościa też zaproś.” “Nie, Anastazja już wychodzi. A herbaty nie pije, prawda?” — odpowiedziała ze śmiechem Antonia, zamykając za nią drzwi i puszczając oczko złotej rybce. “Tak to się robi!”
Mój teść oniemiał, gdy zobaczył, w jakich warunkach żyjemy
Nadała dziecku imię swojego szefa. "Mąż się wściekł"
Mąż wyjechał służbowo i nie wrócił. Prawda okazała się gorsza, niż mogłam się spodziewać.
Zagadka matematyczna sprzed 70 lat rozgrzewa internet. Trzeba myśleć nieszablonowo
Szczęśliwy błąd… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Miałem tylko mamę i babcię. Już w przedszkolu poczułem brak taty, a w podstawówce… Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumni szli za rękę z silnymi, wysokimi ojcami, bawili się, jeździli na rowerach czy autem. Najbardziej bolało, gdy tata całował córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się radośnie… Boże, widziałem i myślałem: „Faktycznie, jakie to szczęście!” Swego ojca widziałem… Na jednej, jedynej fotografii – uśmiechał się jak inni ojcowie… Ale nie do mnie! Mama mówiła, iż jest polarnikiem, mieszka daleko na północy, tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale przysyła mi prezenty na urodziny. W trzeciej klasie ze smutkiem odkryłem, iż żadnego taty-polarnika nie miałem… Nigdy! Przypadkiem usłyszałem, jak mama mówi babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty od ojca, który w rzeczywistości nas zdradził. Choć żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do syna, nie złożył życzeń, choćby w urodziny czy na Nowy Rok. „Arek tak kocha te święta! To jedyne dni, gdy czuje wsparcie, choć odległe, mistyczne, ale jednak od bliskiego człowieka.” Przed następnymi urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów „od taty, którego nie ma”. „Upieczcie mój ulubiony tort Ptasie Mleczko i tyle.” Żyliśmy skromnie – tylko mama i babcia pracowały. Jako student dorabiałem na dworcu lub w sklepach jako tragarz. Sąsiad Sławek raz zaproponował mi, żebym go zastąpił jako Mikołaj w grudniu, odwiedzając dzieci w domach na zamówienie. Przedszkolom odmówiłem, bałem się. Tam są spektakle i para z Panią Mikołajową. Na domowe wizyty zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresami. gwałtownie opanowałem repertuar – łatwiej niż matematyczne zaliczenia! Bałem się tylko wpadki. Ale pierwszy raz wypadł świetnie. Odwiedziwszy dzieci, wróciłem dumny i podliczyłem zarobek – po paru godzinach miałem więcej niż przez pół roku innego dorabiania. Od tego roku Mikołajowałem każdej zimy, a latem dorabiałem w brygadzie budowlanej studentów. Życie osobiste? Słabo: studia i praca były ważniejsze niż kawy z dziewczynami. „Kończę studia, znajdę dobrą pracę, kupię auto, ogarnę mieszkanie… Dopiero później rodzina”, marzyłem. Po dyplomie pracowałem, na razie na niższym stanowisku, i chciałem kupić używaną zagraniczną furę. Dostatek był średni, oszczędności brak, a auto kusiło. Znowu zostałem Mikołajem. Mama przyniosła z szafy mój kostium, odnowiła go, doszyła brokat i odświeżyła białą brodę – podobała mi się, bo nie było mnie widać. Przykleiłem krzaczaste brwi, spojrzałem w lustro – byłem zadowolony. – Arek, pora na swoje dzieci, a nie tylko innych pociechy zabawiasz – westchnęła mama. – Spokojnie, mamusiu – rzuciłem. – Życz mi szczęścia – pocałowałem ją w policzek i wyruszyłem zarabiać. Na tydzień przed świętami dałem ogłoszenie w lokalnej gazecie – dostałem 15 zleceń. Odhaczyłem sześć adresów, czytam następny: ul. Sadowa 6, m. 19. Wysiadłem z tramwaju, ruszyłem ciemną ulicą – to prawie peryferia miasta. gwałtownie znalazłem dom nr 6, drugie piętro, dzwonię. Otwiera chłopiec pięcio-, sześcioletni. – W leśnej chacie na polanie mieszkam… – zacząłem mój wierszyk. Ale przerwał mi: – My nie zamawialiśmy Mikołaja! – A mnie się nie zamawia, ja do grzecznych dzieci chodzę – gwałtownie odpowiedziałem, choć trochę zgłupiałem. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do babci Tosi robić zastrzyk. Zaraz wróci. – Jak masz na imię? – Arek. „No proszę, mój imiennik”, zdziwiłem się. Ale nie przyznałem się – dla niego byłem Mikołajem! – Gdzie macie choinkę? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do skromnego pokoiku. Na stoliku przy łóżku stała gałązka świerku w słoiku – ozdobiona malutkimi zabawkami i girlandą światełek. Obok dwie ramki ze zdjęciami – mężczyzna i kobieta. Patrzę… Zamieram ze zdziwienia – na jednym zdjęciu ja sam! „To niemożliwe!” Sprawdzam raz jeszcze – tak, to moja studencka fotka w kurtce. A obok zdjęcie Ewy Nowak. Poznaliśmy się latem na praktykach budowlanych. Jej zdjęcie jest nowsze – dorosła kobieta patrzy na mnie smutnymi oczami, choć wciąż przypomina tamtą wesołą Ewę. – Kto to? – pytam, nie poznaję własnego głosu. – To mama. – Twoja? – Moja. – Ewa? – wydusiłem. – Wow, zgadł pan! Pan jest prawdziwym Mikołajem! Myślałem, iż nie istnieją! – A to kto? – wskazuję siebie na zdjęciu, już domyślając się sytuacji. – To mój tata. Prawdziwy polarnik! Mama mówi, iż pracuje na wielkiej krze. Wyjechał dawno, jeszcze mnie nie znał, nigdy go nie widziałem, nie pamiętam. Ale zawsze wysyła mi prezenty na urodziny i na Nowy Rok. W tym roku rano znajdę pod poduszką jego prezent. Mikołaj je tam chowa. Wstrząśnięty przypomniałem sobie dzieciństwo i swojego „tatę-polarnika”. Czy wszystkie mamy odsyłają nieczułych ojców na biegun polarny? Sam nim zostałem. Zrobiło mi się niewiarygodnie przykro… Przypomniałem sobie burzliwy, krótki romans z Ewą… Rozstaliśmy się – wymieniliśmy numery, ale nie zadzwoniłem, a po kilku dniach telefon mi ukradziono. Często o niej myślałem, ale studia, praca i spotkania z kolegami jakoś wypchnęły ją z pamięci. Okazuje się jednak, iż mieszka w tym samym mieście i samotnie wychowuje mojego syna, trzymając moje zdjęcie obok swojego. Chciałem wyznać Arkowi, iż jestem jego ojcem, gdy drzwi się otworzyły i weszła Ewa: – Synku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babci Tosi musieli zabrać karetką do szpitala. Zobaczyła mnie i zawołała: – My nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia same napłynęły mi do oczu. Zdjąłem czapkę i brodę, oderwałem brwi… – Arek?! – zdumiała się Ewa. Usiadła jakby bez sił na pufie w przedpokoju. Usiadła i rozpłakała się tak głośno, iż choćby mały Arek się trochę przestraszył. Ale szybko, widząc syna, uspokoiła się. Powiedziałem mu, iż wróciłem z północy i zostałem Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. Arek nie posiadał się z radości. Śmiał się, śpiewał, recytował, trzymał nas za ręce, jakby się bał, iż znów go porzucę. A o prezencie choćby nie pamiętał – wiedział, iż Mikołaj schowa prezent taty pod poduszką. Arek zasnął, a ja z Ewą rozmawiałem do świtu, jakby nie minęły lata rozstania. Rano chciałem kupić jeszcze jeden prezent i wtedy zauważyłem, iż przez pomyłkę wszedłem do domu nr 6A zamiast do nr 6… W nocy nie zauważyłem tej literki „A”. Ale naprawdę – wszedłem do TEGO adekwatnego domu! „Co za szczęśliwy, przełomowy błąd”, pomyślałem z uśmiechem. Dziś jesteśmy razem! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem – Arkiem Arkadiuszowiczem!
Zaproponowałam mamie, by zamieszkała z nami na miesiąc po narodzinach dziecka, a ona postanowiła przeprowadzić się na rok i przywieźć ze sobą tatę
Kobiety pracują 37 godzin tygodniowo za darmo. Mężczyźni nie płacą im za tę nierówność
Zgodziłam się zaopiekować dzieckiem mojej najlepszej przyjaciółki, nie wiedząc, iż to syn mojego męża
Głosowanie na 10 rundę Bricklink Designer Program. Sprawdźcie projekty naszych rodaków!
Uroczystość Dnia Babci i Dziadka w Ursusie: Wzruszające chwile pełne euforii i tańca
DZIECKO NA PERONIE: PO 25 LATACH PRZESZŁOŚĆ PUKA DO DRZWI
To nie jest zabawa
❄ W SkakAnce ferie, więc ruszamy w zimowe scenerie! 🏔
Olimpijka z dzieckiem na rękach. choćby ze złotym medalem matka nie ma prawa do "swojej" chwili
[GOTOWE] 1/72 Bulgarian Arrows #3 – Exotic Decals
Trzymaj się ode mnie z daleka! Nie obiecywałem ci ślubu! I w ogóle, skąd mam wiedzieć, czyje to dziecko — może choćby nie moje? – Dlatego żegnam cię, a sam chyba wyjadę – mówił Wiktor, który przebywał w ich miejscowości służbowo, zaskoczonej Walentynie. A ona stała, nie wierząc własnym uszom ani oczom. Czy to ten sam Wiktor, który wyznawał jej miłość i nosił na rękach? Ten, który mówił do niej „Walusia” i obiecywał złote góry? Teraz stał przed nią obcy, zdezorientowany i rozgniewany mężczyzna. Walentina wypłakała się przez tydzień po pożegnaniu z Wiktorem, ale w wieku trzydziestu pięciu lat, nie będąc urodziwą, a więc mając niewielkie szanse na znalezienie miłości, postanowiła zostać mamą. Walentina urodziła w wyznaczonym terminie krzykliwą córeczkę, którą nazwała Marysią. Dziewczynka była spokojna, nie sprawiała kłopotów. Jakby wiedziała, iż krzykiem nic nie wskóra… Walentina opiekowała się córką, ale trudno było dostrzec w niej prawdziwą matczyną miłość. Dawała jeść, ubierała, kupowała zabawki – ale przytulać, głaskać czy chodzić na spacery już niekoniecznie. Mała Marysia wyciągała ręce do matki, ale ta zawsze była zajęta lub zmęczona. Instynkt macierzyński się w niej nie obudził. Kiedy Marysia miała siedem lat wydarzyła się niesamowita rzecz – Walentina poznała mężczyznę, który niedługo zamieszkał z nimi! Całe miasteczko mówiło: „Jaka ta Walka lekkomyślna!”. Człowiek ten nie był miejscowy, nie miał stałej pracy, żył nie wiadomo gdzie. Może choćby oszust… Walka pracowała w miejscowym sklepie, a on zaciągał się do rozładunku towarów. Tak się poznali. Po niedługim czasie Walentina zaprosiła go do siebie na stałe. Ludzie plotkowali: „Przyprowadziła do domu nie wiadomo kogo! O córce pamiętała?!”. Ciągle milczący, więc coś ukrywa! Ale Walka nikogo nie słuchała, wiedziała, iż to jej ostatnia szansa na szczęście. niedługo opinia sąsiadów się zmieniła – Igor okazał się złotą rączką i powoli własnymi siłami odnawiał dom. Pomagał też innym, czasem za pieniądze, czasem za jedzenie. W lodówce zaczęły się pojawiać smakołyki od gospodarzy – śmietana, mleko. Walka coraz częściej się uśmiechała i łagodniała. choćby dla Marysi była milsza – wszyscy zauważyli, iż w końcu wystąpiły u niej dołeczki w policzkach… Marysia rosła i chodziła już do szkoły, a Igor uczył ją wielu domowych i życiowych rzeczy. To on zrobił jej pierwszą huśtawkę na podwórku, to on nauczył ją jeździć na rowerze i łowić ryby. Każdej zimy robił jej śniadania i przyprowadzał oraz odprowadzał ze szkoły. Kiedy dostała prawdziwe łyżwy na święta – to on uczył ją jeździć, cierpliwie podnosząc z każdej wywrotki. Marysia kiedyś rzuciła mu się na szyję: — Dziękuję ci za wszystko! Dziękuję, tato… Igor zapłakał wtedy z radości. Marysia dorosła, poszła na studia, wyszła za mąż, a Igor zawsze był obok. Był na maturze, przyprowadzał jej paczki, był przy porodzie wnuków, kochał je jak własne. Kiedy umarł, Marysia przy grobie wypowiedziała ze łzami: — Żegnaj, tato… Byłeś najlepszym ojcem na świecie. Będę cię kochać zawsze. Został w jej sercu na zawsze. Nie jako wujek Igor, nie jako ojczym, tylko jako TATA. Bo ojcem jest nie tylko ten, kto daje życie, ale ten, kto je razem z nami przechodzi… Oto taka wzruszająca, prawdziwie polska opowieść o tym, iż prawdziwy ojciec to nie zawsze ten biologiczny. Dziękujemy za wasze komentarze i polubienia! Zapiszcie się na stronę i czytajcie nasze historie!
– Wynoś się stąd! – wrzasnął Bartek. – Co ty, synku… – teściowa wstała, chwytając się brzegu stołu. – Nie jestem twoim synkiem! – Bartek chwycił jej torbę i rzucił ją do przedpokoju. – Żeby cię tu więcej nie było! – Wynoś się! – wrzasnął Bartek. Maria zadrżała. Przez sześć lat nigdy nie słyszała, żeby tak krzyczał. – Co ty, synku… – teściowa zerwała się ze stołu, chwytając się krawędzi. – Nie jestem twoim synkiem! – Bartek chwycił jej torbę i wyrzucił ją do korytarza. – Żeby cię tu więcej nie było! …Anulka spała rozrzucona jak mała rozgwiazda. Maria poprawiła kołderkę. Uwielbiała tak stać i patrzeć na córeczkę. Tyle lat o niej marzyła, tyle wysiłku włożyła, żeby zostać matką. Wrócił mąż z nocnej zmiany – poznała po szelestach w przedpokoju. Maria wyszła z pokoju dziecięcego, ostrożnie zamykając drzwi. Bartek zdejmował buty. Zmęczony, wyraźnie wychudzony. Pracował jak wół, żeby szybciej spłacić kredyty zaciągnięte na in vitro. – Śpi? – zapytał szeptem. – Śpi. Najadła się i zaraz zasnęła. Bartek przyciągnął Marię do siebie, wtulił twarz w jej szyję. Rzadko mówił o miłości, ale ona wiedziała, iż jest jej wdzięczny do szaleństwa. Za to, iż nie odeszła, nie zamieniła go na „zdrowego”, za to, iż go uszczęśliwiła. W wieku szesnastu lat Bartek przeszedł „na nogach” świnkę – wstydził się przyznać matce, iż tam wszystko spuchło i boli. A gdy powiedział – było już za późno. Powikłania oznaczały niemal stuprocentową bezpłodność. – Dzwoniła mama, – mruknął Bartek, nie puszczając Marii. Maria zesztywniała. – I czego chce pani Danuta? – Przyjedzie. W porze obiadowej będzie. Mówi, iż upiekła pierogi, już tęskni. Maria westchnęła, wyswobadzając się z objęć męża. – Bartku, może lepiej nie? Ostatnim razem doprowadziła mnie do histerii swoimi poradami z płukaniem sodą. – Mario, no wiesz… Matka… Chce zobaczyć wnuczkę. Rok minął, a Anulkę widziała tylko na zdjęciu. W końcu babcia. – Babcia, – Maria krzywo się uśmiechnęła. – Która nazywa naszą córkę „podrzutkiem”. Rok temu adoptowali Anię. Na zdrowe noworodki w regionie była taka kolejka, iż człowiek mógł osiwieć, czekając. Pomogły znajomości, koperta „na potrzeby oddziału” i spryt znajomej położnej. Dziewczynka urodzona przez szesnastoletnią, niedojrzałą, przerażoną uczennicę – dziecko zniszczyłoby jej życie. Maria do dziś pamięta ten dzień: maleńka paczuszka, trzy dwieście, niebieskie oczęta patrzące spod czapeczki. – Dobra, – Maria odwróciła się. – Niech przyjeżdża. Przetrwamy. Ale jeżeli znów zacznie… – Nie zacznie, – obiecał Bartek. – Słowo. Teściowa pojawiła się w porze obiadowej. Pani Danuta weszła do mieszkania, zajmując całą przestrzeń. Była wielką, głośną kobietą, z wiejską energią, która pozwala zatrzymać konia, ugasić dom i wyprowadzić z równowagi wszystkich wokół. – O jejku! – jęknęła z progu, stawiając w przedpokoju torbę w kratę. – Dojechać tutaj – masakra! W pociągu duchota, a w metrze tłok. – A wy to czemu tak wysoko mieszkacie? Winda buczy, trzęsie się, myślałam, iż na miejscu ducha wyzionę! – Dzień dobry, mamo, – Bartek pocałował ją w policzek, zabierając ciężką torbę. – Chodź, umyj ręce. Pani Danuta zdjęła płaszcz i ukazała światu kwiecistą sukienkę, która opinała jej potężną sylwetkę, po czym od razu wbiła wzrok w Marię. Obrzuciła ją wzrokiem od stóp do głów – jak konia na jarmarku. – Witajcie, pani Danuto, – uśmiechnęła się Maria grzecznie. – Cześć, cześć, – teściowa zacisnęła wargi. – Coś ty, Mario, taka przezroczysta się zrobiła. Same kości wystają. Za co mąż ma się łapać? Patrzę, Bartek mi schudł. Nie karmisz go porządnie? Sama żyjesz na trawie, a chłopa głodzisz? – Bartek je jak należy, – ucięła Maria, czując rumieńce na policzkach. – Proszę do stołu. W kuchni pani Danuta od razu zaczęła rozkładać torbę – wyciągnęła pojemniki z pierogami, słoik ogórków kiszonych, kawałek słoniny. – Jedzcie. A u was w mieście to tylko chemia. Plastik gryziecie. Ciężko usiadła za stołem, opierając się łokciami o blat. – No, opowiadajcie. Jak leci? Kredyty już spłaciliście za te wasze… eksperymenty? Maria ścisnęła widelec. Eksperymenty! Tak nazywała sześć lat bólu, nadziei i rozpaczy. – Prawie skończone, mamo, – burknął Bartek, nakładając sobie sałatkę. – Nie rozmawiajmy o pieniądzach. – A o czym rozmawiać? – zdziwiła się teściowa, odgryzając pieroga. – O pogodzie? U nas na wsi, u Kuby – brata twojego, trzecia się pojawiła. Dziewczynka zdrowa, piękna! Cztery kilo! A Tola, siostra, bliźniaki nosi. To dopiero rodzina! My, Bartku, mamy mocne geny. Jesteśmy płodni. Pani Danuta rzuciła znaczące spojrzenie Marii. – Ale to, jeżeli się genów nie popsuje, oczywiście… Maria powoli położyła widelec na stole. – Pani Danuto, rozmawialiśmy już o tym sto razy. To nie moja wina. Mamy wyniki lekarskie. – Oj daj spokój! – machnęła ręką teściowa. – Lekarz papiery pisze, żeby kasę wyciągnąć. Świnka… akurat! Na wsi połowa chłopaków ją miała, a wszyscy mają po siedmioro dzieci. – To ci twoja żona nawiesiła makaronu na uszy, żeby swoją chorobę ukryć. – Mamo! – Bartek uderzył dłonią w stół. – Dość! Pani Danuta teatralnie chwyciła się za serce. – Głosu na matkę nie podnoś! Pięcioro wychowałam, życie znam. Widzę – wąska jest cała, biodra dziecinne. Skąd tu dzieci? Pustak. – Jesteśmy szczęśliwi, mamo, – cicho powiedział Bartek. – Mamy córkę Anulkę. – Córka… – prychnęła teściowa. – Pokaż przynajmniej. Poszli do pokoju dziecięcego. Ania była już przebudzona i siedziała w łóżeczku, bawiąc się pluszowym misiem. Na widok obcej cioci zmarkotniała, ale nie płakała. Charakter miała wyjątkowo spokojny. Pani Danuta zbliżyła się do łóżeczka. Maria stanęła tuż obok, gotowa w każdej chwili zabrać dziecko – po teściowej wszystkiego można się spodziewać. Kobieta długo patrzyła na dziewczynkę, mrużąc oczy. W końcu wyciągnęła rękę, dotknęła pulchnego policzka. Ania odsunęła się. – No i po kim ona jest taka? – niezadowolona spytała teściowa. – Oczy jakieś czarne. U nas wszyscy jasnookie. – Oczy ma niebieskie, – poprawiła Maria. – Ciemnoniebieskie. – A nos? Jak kartofel. Ty, Mario, masz ostry, a Bartek prosty. A tu… Wyprostowała się, strzepnęła ręce, jakby ubrudziła się. – Obca krew, obca i już! Wrócili do kuchni. Bartek nalał sobie wody, ręce mu drżały. – Mamo, posłuchaj, – zaczął spokojnie. – Kochamy Anię! Jest nasza! Według papierów, według serca – pod każdym względem. – I jeszcze spróbujemy sami. Lekarze dają szansę, choć niewielką. Ale choćby jeżeli się nie uda – rodzinę już mamy. Pani Danuta siedziała z podkurczonymi ustami. Całą rozpierało ją od środka. Matce pięciorga, babci dwunastu wnuków, fizycznie bolało patrzeć, jak jej syn marnuje się na „obce”. – Nieudacznik z ciebie, Bartku, – westchnęła w końcu. – Oj nieudacznik! Trzydzieści pięć lat, facet w sile wieku. A ty niańczysz się z podrzutkiem! – Nie waż się tak jej nazywać! – warknęła Maria. – A jak mam ją nazwać? – pani Danuta zwróciła się do Marii. – Księżniczką? – Ty, kochana, lepiej siedź cicho! Sama rodzić nie możesz, chłopa w błąd wprowadziłaś. Łapówkę daliście… Kupiliście jak kociaka na targu! – To nasze dziecko! – Dziecko to wtedy, gdy własne! Gdy nie śpisz po nocach, gdy masz mdłości, gdy rodzisz w bólu! – A to… – machnęła ręką w stronę dziecięcego pokoju. – Zabawa w mamę i córkę. Wsadziliście gotowe. Od jakiejś nastoletniej ladacznicy. – Genów siekierą nie wyrąbiesz! Wychowa się – pokaże wam niebo w gwiazdach. W ręce pójdzie! Jak matka! Oddaj ją, póki czas! Maria zobaczyła, jak rozszerzają się źrenice Bartka. Powoli wstał. – Wynoś się, – powiedział cicho. Pani Danuta była zaskoczona. – Co? – Wynoś się stąd! – krzyknął Bartek. Maria zadrżała. Nigdy nie słyszała, żeby tak się uniósł. – Co ty, synku… – teściowa wspięła się z trudem, chwytając stół. – Nie jestem twoim syneczkiem! – Bartek chwycił jej torbę i rzucił ją do przedpokoju. – Żeby cię tu więcej nie było! Oddać? Dziecko oddać?! Z ludźmi się rzeczy pomyliło? To moja córka! Moja! A ty… ty… Dusił się z emocji. – Ty jesteś potworem, nie matką! Wracaj na wieś i licz swoje „rodowite”. Do nas się nie wtrącaj! Nigdy więcej! Z pokoju dziecięcego dobiegał płacz. Maria ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się widząc, jak zmienia się twarz teściowej. Z rumianej zmieniła się w ziemistoszarą. Pani Danuta otwarła usta, chwytając powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Ręką, którą trzymała serce, nerwowo ściskała sukienkę. – Bartuś… – wycharczała. – Pali… Jak pali… I zaczęła się osuwać. Ciężko, jak worek z ziarnem. Runęła na bok, przewracając krzesło. Huk upadku zmieszał się z płaczem dziecka. Maria wezwała pogotowie. Bartek klęczał przy matce, trzęsącymi rękami rozpinając jej kołnierzyk. – Mamuś, co się dzieje? Oddychaj! Pani Danuta charczała. Lekarze przyjechali szybko. Z progu ratownik zawołał: – Zawal! Rozległy! Nosze! Szybko! Gdy drzwi za ratownikami się zamknęły, Bartek usiadł na podłodze w przedpokoju, opierając się o ścianę. Patrzył na zapomnioną chustkę matki leżącą na komodzie. – To ja ją do tego doprowadziłem? – spytał. Maria usiadła obok, chwytając jego lodowatą dłoń. – Nie. Sama siebie skrzywdziła. Swoją złością. – Przecież to matka, Mario. – Zaproponowała wyrzucić naszą córkę jak wybrakowaną rzecz. Bartku, obudź się! Broniłeś swojej rodziny. Telefon Bartka zaczął wibrować po godzinie. Dzwoniła Tola, potem Kuba. Bartek nie odbierał. Przyszła wiadomość od ciotki: – Mama w reanimacji. Lekarze mówią, iż szanse są nikłe. Doprowadziłeś ją, łajdaku? Niech cię spotka pustka! Przeklinamy cię całą rodziną! choćby nie przyjeżdżaj! – No i koniec. Nie mam już żadnej rodziny. Maria objęła go za ramiona, czując jak drży całe ciało. – Masz, – powiedziała stanowczo. – Masz mnie. Masz Anulkę. My jesteśmy prawdziwą rodziną! Taką, która nie zdradzi. Podniosła się i pociągnęła go za rękę. – Chodź, czas nakarmić Anię. Przestraszyła się. Wieczorem siedzieli razem w kuchni. Córka, uspokojona, bawiła się klockami na dywanie przy ich stopach. Bartek patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz. – Wiesz, – odezwał się nagle, – matka miała rację w jednym. Maria zesztywniała. – W czym? – Genów palcem nie rozsmarujesz. Ale geny – to nie tylko kolor oczu czy kształt nosa. To umiejętność kochania. Matka ma pięcioro dzieci, a miłości w niej… jak w kamieniu. Może ja jestem przysposobiony? Bo ja kochać potrafię… Prawda, moja mała? Pochylił się i podniósł córkę na ręce. Dziewczynka złapała go za nos i zaśmiała się. – Tata, – wypowiedziała wyraźnie. Po raz pierwszy. Do tej pory było tylko niewyraźne „ba-ba” i „ma-ma”. Bartek zamarł. Łzy, które tłumił przez cały dzień, spłynęły mu po policzkach, kapnęły na różowy pajacyk. – Tata, – powtórzył. – Tak, malutka. Jestem tatą. I nikomu cię nie oddam. Matka doszła do siebie, ale Bartek już się z nią nie kontaktuje. Dla rodziny jest teraz wrogiem numer jeden. Maria wstydzi się o tym mówić, ale tak naprawdę cieszy się, iż tak się stało. Bez ciągłych urazów i drwin żyje się lżej. Po co takie więzi? Bez nich też dobrze żyć… Co sądzisz o monologu matki? Piszcie swoje opinie w komentarzach, zostawcie lajki!
Ferie w Tychach. Co zapanowały miejskie instytucje?
Zajęcia taneczne RESPECT & Pilates 💃🕺✨
Przedszkolna wycieczka to luksus. Płacę, żeby moje dziecko nie było wykluczone
Każda pani po 60. powinna go jeść. To najlepszy ser, bo wspiera kości i zęby
Porwanie stulecia — Chcę, żeby faceci za mną biegali i płakali, iż nie mogą dogonić! — Marzena głośno przeczytała swoje życzenie z karteczki, po czym podpaliła ją zapalniczką. Popiół strząsnęła do kieliszka i dopiła szampana wśród śmiechu przyjaciółek. Choinka zamrugała światełkami, jakby coś przemyślała, po czym rozbłysła jeszcze jaśniej. Muzyka ucichła, kieliszki zadzwoniły, twarze zaczęły się mieszać w jeden wielki sylwestrowy fajerwerk. Z gałązek obsypał się złoty pył — a może tylko tak to zapamiętała… — Mamo… Ma-a-mo, wstawaj! Marzena z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią stała prawie drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Znam was, dzieciaki? Dzieci, wygłupiając się, przedstawiały się, przechylając głowy: — Mama, przypomnij sobie, Mateusz — 9 lat, Leszek — 7, Szymon — 5, Dawidek — 3! Cała ekipa, bez zmian, wszyscy z chytrymi minami i pełni zapału. Nie o takich „goniących ją facetach” marzyła w noworoczną noc… — A gdzie wasz trener… tfu, znaczy… tata? — wychrypiała wyschniętym głosem. — Przynieście mamie wody… Tylko na chwilę przymknęła oczy i znów usłyszała: — Ma-a-mo! Do rąk natychmiast wcisnęły się dwa kubki wody, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No tak… Starszy już wie, jak reanimować mamę po świętach. Rośnie kadra! — Mama, wstawaj, przecież obiecałaś… — jęczały młodsze. Marzena próbowała sobie przypomnieć, jak tu się znalazła i co obiecała. — Kino? — Neeee… — McDonald’s? — Nie! — Sklep z zabawkami? — No ma-a-mo! Nie udawaj, wszyscy prawie gotowi, tylko ty się opierasz! — Dokąd się wybieracie, powiedzcie chociaż matce? — poddała się. — Kochanie, wstawaj — rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W jego orzechowych oczach rozbłyskiwały i gasły złote iskierki. Oho, niezłe ciacho! — Wszyscy gotowi, auto już spakowałem. Po drodze wstąpimy do supermarketu — i jedziemy! Marzena naprawdę próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i czemu te dzieciaki wołają ją „mamo”. W głowie — kompletna pustka. Ani jednej wersji wydarzeń. — Mamo, nie zapomnij kąpielówek! I dla siebie też! — wrzasnął ktoś z dziecięcego pokoju. „To co, jeszcze basen będzie? — przemknęło jej przez głowę. — Jaka to cud-życie, skoro nic nie pamiętam?..” Marzena otworzyła oczy i powoli rozejrzała się po pokoju. Z każdą sekundą było coraz bardziej jasne: Nic tu nie poznaje. Nic a nic. Ani zdjęć na komodzie, ani mebli, ani gęstych zasłon z dziwnym wzorem w oknie. Pokój był obcy. Jedynym znajomym punktem okazał się kwiat w doniczce. Czerwona bożonarodzeniowa gwiazda z delikatnie aksamitnymi płatkami. Biała doniczka, ozdobiona małymi perełkami, też wydawała się dziwnie swojska. Zamknęła oczy i zaczęła ostrożnie odplątywać nić wczorajszego dnia. Z dziewczynami spotkały się w restauracji świętować Sylwestra i pograć w Tajemniczego Mikołaja. Jak za dawnych studenckich czasów, tylko teraz z markowymi torebkami, wymyślnymi fryzurami i wiecznym brakiem czasu. Przyjaciółki były wystrojone, rozbawione, lekko podniecone rzadką dozą wolności. Udało im się na chwilę wyrwać z domowej orbity: mąż, dzieci, lekcje, przedszkola, garnki… Lśniły tą wolnością jak licealistki, które uciekły z ostatniej lekcji. Tylko Marzena była spokojna i zadowolona, jak zawsze. Przecież jest singielką, sama sobie panią. Nikogo nie musi uprzedzać, na nikogo czekać, nikomu się tłumaczyć. Ostatnia z panien młodych — żartowały przyjaciółki, mrugając i dolewając jej szampana. Podarowała koleżance zestaw kosmetyków „z czarnym kawiorem i złotymi nitkami”. Śmiały się, iż taki krem to grzech nie rozsmarować na bułce i nie podać z szampanem na śniadanie. Żartowały, przekrzykiwały się, fotografowały pudełko ze wszystkich stron, jakby to był eksponat a nie kosmetyk. W zamian Marzena dostała gwiazdę betlejemską — tę samą czerwoną, w białej doniczce z perełkami. I butelkę rzadkiego szampana, który przyjaciółka przywiozła z prawdziwego zamku we Francji. Z tego typu win, które otwiera się tylko „przy szczególnej okazji”. Przeczytała karteczkę z toastem czy życzeniem iii… koniec! Dalej nic nie pamiętała. Marzena zerknęła w lustro. Wciąż ta sama młoda kobieta, makijaż jeszcze sylwestrowy. Ale skąd te dzieci, mąż? Nie pamięta, żeby rodziła, niańczyła… Nie pamięta choćby ślubu z tym przystojniakiem! Choć zna imiona dzieci, nie pamięta imienia męża. Coś tu nie gra… Wyszła z pokoju. W korytarzu stały walizki na kółkach. Dwie duże, dorosłych — czarna i jasnobeżowa z logo znanej marki. Obok trzy sportowe dziecięce plecaczki. Do lasu na piknik więc nie jadą. To dokąd? W podróż!? W tym momencie do mieszkania wszedł „mąż”. Szybko, pewnym ruchem podniósł walizki, jakby robił to setki razy, i zaczął ją delikatnie prowadzić do wyjścia. — Spóźnimy się — powiedział spokojnie, bez cienia złości. Marzena odruchowo spojrzała na dłoń — i zamarła. Nie ma obrączki! Ani u niej, ani u niego. Jeszcze jedna zagadka. Dzieci jedno po drugim zajęły miejsca w aucie — dużym, wygodnym minivanie. Plecaczki poleciały na swoje miejsca, pasy kliknęły z wprawą drużyny. „Mąż” pewnie siadł za kierownicą. Marzena odetchnęła głęboko i usiadła z przodu. On od razu podał jej kubek z kawą. Ciepła, z mlekiem — przecież ona takiej nie znosi! To zabolało ją najbardziej. — Ruszamy — rzucił radośnie, puszczając oczko do dzieci. Samochód wyjechał. Im dalej od domu, tym bardziej Marzena czuła niepokój. Dzieci z tyłu szeptały, strofowały się, śmiały. Mąż prowadził skoncentrowany, pewny siebie. Czasem rzucał jej spojrzenie — łobuzerskie, jakby łączyła ich tajemnica. Jakby wiedział coś, czego ona nie pamięta. Marzena patrzyła na drogę, czując się jak Jeż w mgle. Wszystko niby jasne: rodzina, auto, podróż. A jednak nic z tego nie rozumie. Wyjechali na szosę, coraz dalej od miasta. Marzena przestała już w coś wierzyć, gdzieś w środku była pewna — to nie jej rodzina, obcy facet i obce dzieciaki! Porwał ich! A może to ją porwali?! Tylko skąd zna imiona dzieci? W końcu wszystko się plątało, ale wniosek był oczywisty: przy niej jest obcy facet, on ją uprowadził i trzeba coś z tym zrobić! Marzena wyprostowała się w fotelu, mocniej ścisnęła kubek z kawą i udawała, iż patrzy na drogę. Wewnątrz powoli, ale nieubłaganie włączał się inny tryb — nie zagubionej kobiety, ale tej, która musi przetrwać! Po pół godzinie dzieci zgodnie się zbuntowały. — Tato, siku! — Pić mi się chce! — A coś na ząb? Samochód zjechał na stację benzynową i się zatrzymał. Wszyscy wysypali się ze środka i pomaszerowali do budynku. To szansa na ucieczkę! Serce Marzeny biło tak głośno, iż zagłuszało autostradę. Kiedy wszyscy się rozproszyli, cichcem wymknęła się z kawiarni, przykucnęła i podkradła się do auta. Rzut, szybki krok przeszedł w bieg, już była za kierownicą… Nie ma kluczyków w stacyjce. — O, jesteś, a my cię szukaliśmy — spokojnie rozległo się za oknem. Marzena podskoczyła. — Skoro wszyscy tu, jedziemy dalej — łagodnie kontynuował. — Kochanie, ja poprowadzę, a ty odpocznij. I znów ruszyli. Po godzinie wyrosło przed nimi lotnisko — szkło, beton, tłum aut i ludzi. Auto zostawili na parkingu i całą gromadą weszli do środka. Marzena była na granicy paniki. Nie da się wywieźć „w nieznane”, nie zostanie ofiarą porwania! Będzie się bronić do końca! Zaczęła coraz bardziej odstawać od tej zgranej „rodziny”. Krok, jeszcze krok i w końcu — ruszyła biegiem. — To porwanie! Ratujcie mnie! — wrzasnęła, rzucając się na ochroniarza. Ochroniarz zadziałał błyskawicznie. Marzena została natychmiast obezwładniona, przewrócona na brzuch i skuta kajdankami. Wokół pojawili się ludzie z bronią, krótkofalówkami i poważnymi minami. — Stójcie! Zaczekajcie! Zaraz wszystko wyjaśnię! — krzyknął mężczyzna, którego uważała za porywacza. — To sylwestrowy żart! Prank! Nie jesteśmy uzbrojeni! To nie porwanie! Marzena słyszała jego głos jakby przez wodę. I nagle, jak w filmie, zobaczyła ich. Za stojakiem reklamowym — jej przyjaciółki. Uśmiechnięte, zmieszane, przestraszone i jednocześnie szczęśliwe. — Mamo! — wrzasnęły dzieci i rzuciły się do którejś z kobiet stojącej pośród przyjaciółek. Reszta już tłumaczyła ochroniarzom, śmiejąc się, przepraszając, prosząc o uwolnienie „porywaczki”. Marzenę podniesiono, zdjęto kajdanki. Świat przestał wirować. Stała pośrodku lotniska z potarganymi włosami, rozdygotanym sercem — aż w końcu zrozumiała: nie została porwana. Została… wkręcona?! Kiedy adrenaline opadła, zaczęła rozumieć słowa i sens. To był prank. Wielki. Drogocenny. Z zespołem aktorów i nutą kryminalnego suspensu. Przyjaciółki zaczęły mówić naraz, przekrzykując się, śmiejąc i przepraszając jednocześnie. Okazało się, iż od dawna chciały ją poznać z „fajnym facetem”. Tym, któremu podoba się od lat. Patrzył, wzdychał, ale do niczego nie przechodził — za dobrze znał jej charakter. Bo Marzena ze znajomościami miała prosto: — Dzięki, nie trzeba. Sama sobie radzę. Przyjaciółki były tego świadome, więc nie ryzykowały gry wprost. Po co tracić czas na przekonywanie, skoro można od razu zrobić jej pokaz na żywo? Tak powstał pomysł: nie poznawać, a wrzucić ją na głęboką wodę „rodzinnego życia”. Ot, proszę: rodzinny poranek, kawa, dzieci zorganizowane, facet spokojny, praktyczny, uśmiechnięty. A do tego, o, jakie oczy… — Chciałyśmy, żebyś nie myślała, tylko poczuła ciepło w sercu — przyznały szczerze. Marzena słuchała i zauważyła, iż już nie czuje złości. Kobieca logika nie lubi inwazji, ale docenia efekty. Tak, sposób był… wątpliwy. Tak, do zawału brakło niewiele. Ale eksperyment — pierwszy sort! Czasem, żeby wiedzieć, czy facet jest potrzebny, wystarczy jedno rodzinne rano, trójka dzieci i kawka od „porywacza”. Wtedy go zobaczyła. „Bohater jej romansu” stał z lekko łobuzerskim uśmiechem, przypominającym Kota ze „Shreka”. W orzechowych oczach igrały złote diabełki. „Dzieciaki” oblepiły go — jak się okazało, to byli jego siostrzeńcy, którzy uwielbiali żarty wujka. — Oj, zaraz uciekacie! — przyjaciółki ożywiły się nagle. — Samolot wam ucieknie! gwałtownie na odprawę! — Co, znów porwanie? — mignęło Marzenie w głowie. — I gdzie tak naprawdę chcieli mnie wywieźć? Nad morze? Na Mazury? Może na nurkowanie i mango?! On podał jej rękę. — Pozwól się porwać jeszcze raz. Jestem Wojtek. Marzena spojrzała na koleżanki — ciche, zmartwione, wyczekujące. Popatrzyła na walizki. Wróciła wzrokiem do jego orzechowych oczu, w których igrały złote iskierki. Przemknęło jej w głowie: a czemu adekwatnie nie spróbować? — Jedziemy! — szepnęła, uśmiechając się do siebie, bo to „porwanie” okazało się najfajniejszą przygodą w jej życiu. Po chwili dorzuciła prawie szeptem: — Ale dzieci zostają w domu… Przyjaciółki wybuchły śmiechem, on uśmiechnął się szerzej, a lotnisko, tłum i zgiełk zamieniły się w początek czegoś nowego — zabawnego, ciepłego i nieoczekiwanie przytulnego. Czasem życie nas nie porywa. Po prostu zbyt gwałtownie przenosi nas tam, gdzie od dawna powinniśmy być.
Moc przyciągania. Nowoczesna parownica idealna na prezent dla ukochanej osoby
Mój wymarzony mężczyzna zostawił dla mnie żonę, ale choćby nie przypuszczałam, jak wszystko obróci się przeciwko mnie.
„Mamo, to my – twoje dzieci… Mamo…” Popatrzyła na nich. Anna i Robert przez całe życie zmagali się z biedą. Kobieta straciła już nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. Kiedyś była młoda i zakochana, marzyła o jasnej przyszłości dla nich obojga. Życie jednak potoczyło się inaczej, niż to sobie wymarzyła. Robert ciężko pracował, ale zarabiał niewiele. Na domiar złego, zaszła w ciążę – na świat przyszło trzech synów, jeden po drugim. Anna od dawna już nie pracowała – tylko pensja męża to za mało, by przeżyć. Dzieci rosną, potrzebują nowych ubrań i butów. Cała pensja szła na jedzenie, opłaty i inne potrzeby. Dwanaście lat życia w taki sposób odcisnęło piętno na ich rodzinie. Robert zaczął pić. Przynosił jeszcze wszystkie pieniądze do domu, ale codziennie wracał pijany. Anna przez takie życie traciła do niego serce. Pewnego dnia mąż wrócił pijany do domu, w ręku trzymał niedopitą butelkę wódki. Anna nie wytrzymała i wyrwała mu ją z ręki, po czym sama wypiła resztę. Od tego czasu również zaczęła pić. Po pewnym czasie poczuła się lepiej – wydawało się, iż wszystkie problemy zniknęły, choćby zaczęła być weselsza. Od tej pory niemal codziennie czekała, aż mąż przyniesie „coś” do picia – tak zaczęli pić razem. Anna zapomniała o swoich dzieciach. Ludzie na wsi zastanawiali się, jak bardzo wódka zmienia człowieka. Później chłopcy chodzili po wsi, prosząc o jedzenie. Pewnego dnia sąsiadka nie wytrzymała i powiedziała: – Aniu, lepiej oddaj ich do domu dziecka, niż żeby umierali z głodu. Ile jeszcze będziesz pić i nie myśleć o swoich dzieciach? Te słowa zapadły Annie w pamięć i nie dawały jej spokoju. Może byłoby im lepiej, gdyby dzieci nie plątały się pod nogami? Po pewnym czasie Anna i Robert ostatecznie zrezygnowali z opieki nad dziećmi. W ten sposób chłopców oddano do domu dziecka. Płakali i czekali na mamę i tatę, ale nikt po nich nie przyszedł. Ania i Robert choćby nie pamiętali, iż mieli synów. Tak minęło kilka lat. Po kolei, chłopcy opuszczali dom dziecka. Dostali malutkie kawalerki – ale przynajmniej mieli gdzie mieszkać. Każdy znalazł pracę i zawsze trzymali się razem. O rodzicach nie rozmawiali, choć wciąż chcieli ich zobaczyć i zapytać – dlaczego to im zrobili? W końcu postanowili zebrać się w trójkę, wsiedli w samochód i pojechali do domu, w którym kiedyś mieszkali rodzice. Po drodze spotkali mamę, która z trudem szła przed siebie. Przeszła obok nich, choćby nie patrząc na synów. – Mamo, to my – twoje dzieci… Mamo… Spojrzała na nich pustym wzrokiem. W końcu ich rozpoznała. Zaczęła płakać i prosić o wybaczenie. Ale czy mogli wybaczyć? Synowie stali w milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. Potem zdecydowali, iż kimkolwiek by nie była – zawsze będzie ich matką. I jej wybaczyli.
Zbadali niemowlęta z wegańskich domów. Odkryli różnice w rozwoju
Zastanawia się, dlaczego dzieci mają więcej wolnego. "Podczas ferii mam je wziąć do pracy?"