Dzieci

Bezpłatne lekcje biblioteczne dla przedszkolaków i uczniów w Multimedialnej Bibliotece
Jak ustawić kontrolę rodzicielską – praktyczny przewodnik dla rodziców i nauczycieli (DBI)
Matki wybierają żłobek dla dziecka. "Planuję ten Montessori prowadzony wyłącznie po angielsku"
Ostatnio byłam u synowej, a w ich domu sprzątała obca kobieta! Od zawsze powtarzałam synowi, iż status materialny przyszłej żony nie ma dla nas znaczenia, więc ożenił się z Marią, która nigdy nie miała pieniędzy i była przez życie rozpieszczona. Po ślubie zamieszkali w domu, który dla nich kupiliśmy i wyremontowaliśmy, a teraz ciągle wspieramy ich finansowo i przywozimy jedzenie. Synowa nie pracuje, bo opiekuje się wnuczkiem, a syn nie ma dobrej pracy ani wysokich zarobków. Jak się poczułam, gdy wchodzę do mojego domu i widzę obcą kobietę sprzątającą za nasze pieniądze? Wyprosiłam ją i postanowiłam poczekać na synową. Maria tłumaczyła, iż podczas urlopu macierzyńskiego została blogerką i dobrze zarabia, dlatego zatrudniła pomoc do sprzątania. Syn wszystko wiedział i nie miał nic przeciwko, ale ja nie rozumiem, jak młodych na to stać! Gdy poskarżyłam się mężowi, stwierdził, iż młodym nie wolno się wtrącać. A ja jestem wściekła – przecież mam rację, prawda? Co wy o tym sądzicie?
Zamiast szczęścia – rola służącej: Kiedy Alina postanowiła wyjść za mąż, jej syn i synowa byli zszokowani. – Czy naprawdę chcesz tak zmienić swoje życie w tym wieku? – pytała Kasia. – Mamo, po co takie radykalne kroki? – martwił się Rafał. Jednak Alina była pewna swojej decyzji. niedługo zamieszkała z Jurkiem, poznanym przypadkiem na ulicy, w jego dużym mieszkaniu razem z jego córką, zięciem i wnuczką. Na początku wszystko układało się dobrze, ale gwałtownie okazało się, iż od nowej żony oczekuje się gotowania, sprzątania, zakupów, opieki nad dzieckiem i pracy na działce. Nie była już kochaną żoną, ale „gospodynią” do wszystkich prac domowych. Dopiero konflikt o urodziny wnuczki uświadomił jej, iż nie takiej roli oczekiwała. Spakowała rzeczy i wróciła do syna oraz Kasi – gdzie znowu była po prostu mamą, babcią i częścią rodziny, a nie służącą.
Matki wciskają dzieciom w skarpetki cebulę "dla zdrowia". Ekspert powiedział prawdę
SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Potrzebę ojca odczuwałem już od czasów przedszkola. A w podstawówce!… Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumni maszerowali za rękę z wysokimi, męskimi ojcami, jeździli z nimi na rowerach, samochodami, bawili się. Najbardziej bolało, gdy któryś z ojców przytulał swoją córkę lub synka, brał na ręce, a oni się śmiali, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co za szczęście!..” Swojego ojca też widziałem… Ale tylko na jednym, jedynym zdjęciu, gdzie uśmiechał się – jak inni ojcowie… Tyle iż nie do mnie!.. Mama mówiła, iż jest polarnikiem, mieszka daleko na północy. Tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale prezenty na urodziny wysyła regularnie. W trzeciej klasie gorzko się rozczarowałem, gdy zrozumiałem, iż żadnego ojca-polarnika nie mam… Nigdy nie miałem! Przypadkiem podsłuchałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły oszukiwać dziecka i wręczać prezenty od ojca, który tak naprawdę ich zdradził. Choć dobrze mu się powodzi, nigdy nie zadzwonił do synka, nie złożył życzeń na urodziny, ani na Nowy Rok. „Alek tak uwielbia te święta!.. Bo to jedyne dni, gdy czuje jakiekolwiek wsparcie, choćby dalekiego, mistycznego, ale bliskiego człowieka.” I wtedy, przed urodzinami, powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów „od ojca”, którego nie ma. „Upieczcie tylko mój ulubiony tort – Ptasie Mleczko – i już.” Żyliśmy bardzo skromnie – z dwóch małych pensji: mamy i babci. Gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Kiedyś sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym popracował za niego jako Mikołaj w przedszkolach i na zamówienie w mieszkaniach. Przedszkola od razu odrzuciłem – wydawało mi się to zbyt trudne, trzeba tam grać spektakle i występować z Śnieżynką. Ale wizyty po domach w roli św. Mikołaja – przyjąłem. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresami zamawiających. Repertuar był prosty, zapamiętałem gwałtownie – to nie egzamin z logiki. Ale strach przed kompromitacją bardzo mi przeszkadzał. Tymczasem pierwszy występ wypadł znakomicie. Kiedy odwiedziłem dzieci we wszystkich mieszkaniach i wróciłem do domu zmęczony, ale zadowolony, policzyłem zarobek – aż podskoczyłem z radości. Za pół roku dźwigania skrzyń i worków nie zarobiłem tyle, co jednego dnia jako Mikołaj! Od tej pory w zimie byłem Mikołajem co roku, a latem próbowałem sił w brygadach studenckich budowlanych. Póki studiowałem, życie uczuciowe było na drugim planie – nauka, prace dorywcze… Dziewczyny były, ale do ślubu nie dochodziło. „Skończę uczelnię, znajdę prestiżową pracę, normalne zarobki, ułożę sobie życie… Wtedy pomyślę o rodzinie” – marzyłem. Po studiach, już jako inżynier, ale na razie na niskim stanowisku, chciałem kupić używane auto. W rodzinie było średnio, finansowo na samochód ciągle brakowało, a bardzo chciałem mieć własny transport. Postanowiłem jeszcze raz zostać Mikołajem. Mama wyjęła z szafy mój kostium świąteczny, zdjęła folię i postanowiła go odświeżyć. Dodała dużo brokatu – błyszczał pięknie, biała broda wyczesana – aż mi się spodobała, bo dobrze ukrywała twarz. Przykleiłem gęste brwi, popatrzyłem w lustro – i byłem zadowolony. Mama westchnęła: – Alku, czas już na własne dzieci, a ty ciągle bawisz cudze. – Jeszcze zdążę – machnąłem ręką. – No, mamusiu, życz mi szczęścia, pa! – pocałowałem ją w policzek i poszedłem zarabiać. Tydzień przed Nowym Rokiem zamieściłem ogłoszenie w lokalnej gazecie i miałem piętnaście zgłoszeń. Odpracowałem sześć wizyt, wykreśliłem adresy i przeczytałem kolejny: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z tramwaju, poszedłem pod wskazany dom. Sadowa – prawie na obrzeżach miasta, słabo oświetlona. Ale numer 6 znalazłem szybko. Wszedłem na drugie piętro, zadzwoniłem. Otworzył mi chłopiec, jakieś pięć-sześć lat. – Na leśnej polanie w chatce sam mieszkam… – zacząłem z przyzwyczajenia, ale przerwał mi: – Nie zapraszaliśmy Mikołaja! – Ale do grzecznych dzieci Mikołaj sam przychodzi – odpowiedziałem, choć trochę się zmieszałem. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do sąsiedniego domu do babci Toni robić zastrzyk. Zaraz wróci. – A ty jak masz na imię? – Alek. „Też Alek, przypadek!” – pomyślałem. Ale nie zdradziłem mu, iż ja też jestem Alek – w końcu jestem Mikołajem! – Alek, gdzie macie choinkę? – U mnie w pokoju. Złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoju – bardzo skromnie urządzonego. Zamiast choinki gałązka sosny w trzylitrowym słoju, udekorowana małymi ozdobami i światełkami. Na stoliku obok łóżka – dwa zdjęcia w jednakowych ramkach: mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się… Serce mi zamarło z wrażenia – ze zdjęcia patrzyłem… ja sam! „To niemożliwe…” W ramce po lewej moje zdjęcie z czasów studenckich, w wietrówce. Obok – kobiety, Elżbiety Górnowej. Poznaliśmy się kiedyś na wakacyjnej budowie. Jej zdjęcie – już nie studenckie, patrzyła na mnie piękna, smutna kobieta – bardzo podobna do tamtej wesołej Eli. – Kto to? – zapytałem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja?.. – Tak, moja. – Ma na imię… Ela? – wyrwało mi się. – Ojej, dobrze pan zgadł! To prawdziwy Mikołaj! Ja myślałem, iż nie istnieją. – A ten na zdjęciu? – wskazałem siebie… już zaczynałem przeczuwać, iż Ala jest moim synem. – To mój tata! Prawdziwy polarnik! Wyobraźcie sobie, żyje na wielkiej krze! Mama powiedziała, iż wyjechał dawno temu, gdy byłem malutki. Dlatego nigdy go nie widziałem… i nie pamiętam. Ale zawsze wysyła mi prezenty na urodziny i na Nowy Rok. I w ten Nowy Rok rano znajdę pod poduszką jego prezent. Mikołaj lubi tam je chować. Zatkało mnie… Przypomniałem sobie dzieciństwo i „ojca-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają „tych ojców” na biegun polarny? A ja właśnie stałem się jednym z nich… Poczułem się fatalnie, jakby los ugodził mnie w samo serce. Przypomniałem sobie ten krótki, burzliwy romans z Elą… Rozstając się, wymieniliśmy się telefonami. Ale nie zadzwoniłem od razu – a kilka dni później skradziono mi telefon. Często ją wspominałem, ale życie, nauka, przypadkowe spotkania i dziewczyny – wszystko to sprawiło, iż Ela zniknęła z pamięci… A ona okazała się mieszkać w tym samym mieście. Nie tylko mnie nie zapomniała – wychowuje sama naszego syna i trzyma moje zdjęcie obok swojego. Chciałem już powiedzieć Alkowi, iż jestem jego ojcem, gdy weszła Ela: – Synku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babcię Tonią musieliśmy zabrać do szpitala. Zobaczyła mnie i zawołała ze zdumieniem: – Ale my nie zamawialiśmy Mikołaja! Z oczu popłynęły mi łzy szczęścia. Zdjąłem czapkę i brodę, oderwałem brwi… – Alek?! – Ela zaniemówiła. Usiadła na krześle i rozpłakała się tak głośno, iż mały Alek trochę się przestraszył. Ela przy synku gwałtownie się uspokoiła. Powiedziałem chłopcu, iż przyleciałem z Bieguna Północnego i zostałem św. Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. euforia Alka nie znała granic – śmiał się, recytował wiersze, ściskał nas za ręce, jakby bał się, iż znowu odejdę na długo. O prezencie choćby nie pomyślał – przecież wiedział, iż Mikołaj schowa go pod poduszkę. Alek usnął, a my z Elą rozmawialiśmy do rana, jakby nie było między nami lat rozłąki. Rankiem poszedłem do sklepu po kolejny prezent i zrozumiałem, iż przez pomyłkę wszedłem do bloku 6A, a miałem iść do 6. W nocy nie zauważyłem literki „A” – wszedłem nie do tego mieszkania… A jednak – do tego, którego najbardziej potrzebowałem!!! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek” – myślałem z uśmiechem. Teraz jesteśmy razem – we trójkę. Jesteśmy bardzo szczęśliwi! Mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem – Alkiem Alkowiczem!
Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając uprane ubrania na sznurku w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała cichy płacz, zajrzała za płot. Tam, tuż przy jej ogrodzeniu, na ziemi siedziała ośmioletnia Sonia – dziewczynka z sąsiedztwa. Choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała drobniutko, raczej jak sześciolatka, niż starsza koleżanka. — Sonia, znów cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie – Tatiana odsunęła luźną deskę w płocie, dziewczynka często w ten sposób przebiegała do nich. — Mama mnie wygoniła, powiedziała „wynoś się” i wypchnęła za drzwi. Bawią się z „wujkiem” Kolą, – tłumaczyła łkając Sonia, wycierając łzy. — Nie martw się, chodź do domu, Liza z Michałem właśnie jedzą, nakarmię cię, – mówiła spokojnie pani Tatiana. Nie raz zdarzało się, iż pani Tatiana chroniła Sonię przed surową matką, która często wpadała w złość; na szczęście mieszkali przez płot. Zabierała Sonię do siebie, nie oddawała, dopóki matka nie ochłonęła i nie uspokoiła się. Sonia zazdrościła sąsiedzkim Lizie i Michałowi – ciocia Tatiana i jej mąż naprawdę kochali swoje dzieci, nigdy na nie nie krzyczeli. W ich domu panował spokój, relacje były serdeczne i pełne troski. Sonia to widziała, zazdrościła aż do bólu w piersi, czasem łapał ją ścisk w gardle. Uwielbiała być u nich, w cieple rodzinnej atmosfery. W domu Soni zakazywano jej wszystkiego. Mama kazała jej nosić wodę, sprzątać w szopie, plewić grządki, zmywać podłogi. Anna, matka, była samotną kobietą i od początku nie darzyła córki miłością. Gdy żyła babcia, matka Anny, też mieszkająca z nimi, Sonia czuła się lepiej – babcia chroniła wnuczkę, doglądała jej. Po śmierci babci, gdy Sonia skończyła sześć lat, zaczęło się trudne dzieciństwo. Anna żyła w gniewie, bez męża, wciąż go szukała. Pracowała jako sprzątaczka, głównie pośród mężczyzn, pewnego dnia pojawił się nowy kierowca Kuba, gwałtownie zawiązali znajomość. Kuba był po rozwodzie, miał syna, na którego płacił alimenty. Anna gwałtownie zaprosiła go do siebie, cieszył się, iż ma dach nad głową. Anna kręciła się wokół Kuby, obsypywała go uwagą, a córkę traktowała coraz gorzej – do pracy, krzyczała, biła, czasem groziła domem dziecka. — Nie będziesz słuchać, oddam cię do domu dziecka! – powtarzała. Sonia nie miała siły do pracy w szopie, więc znów siadała pod krzewem porzeczki, przy płocie, płakała. jeżeli pani Tatiana ją zauważyła, natychmiast zapraszała do siebie. Sonia była coraz bardziej zamknięta, nieśmiała. Mieszkańcy osiedla potępiali Annę – w małym miasteczku wszyscy się znali, również pani Tatiana reagowała, ale Anna rozpuszczała plotki: — Co wy słuchacie tej Tatiany, ona chce mojego Kubę, dlatego wymyśla, iż krzywdzimy Sonię. Anna i Kuba często imprezowali, Sonia w takich chwilach uciekała na noc do sąsiadów. Pani Tatiana doskonale rozumiała dziewczynkę i żałowała jej jak nikt. Szkoła mijała, Sonia dobrze się uczyła, dorastała. Gdy skończyła 9 klas, zapragnęła uczyć się dalej w mieście, w medycznym liceum. Matka krótko: — Idziesz do pracy, dorosła jesteś, nie będziesz siedzieć na mojej głowie, – Sonia rozpłakała się, wybiegła z domu, w domu płakać nie wolno było. Uspokoiwszy się, poszła do sąsiadów, zwierzyła się pani Tatianie (jej dzieci już uczyły się w mieście). Tym razem Tatiana nie wytrzymała, poszła do Anny: — Aniu, nie jesteś matką, tylko złośnicą. Inne kobiety zrobią dla dzieci wszystko, a ty swoją dusi w życiu. Przestań ją dręczyć, przecież ona zdała szkołę prawie na samych piątkach. To twoja córka, jak ci się na starość odmieni, sama będziesz do niej lecieć. — A ty kim jesteś, żeby się wtrącać? Pilnuj własnych dzieci, nie mojej Soni! Wiecznie do ciebie biegnie z żalami. — Aniu, opamiętaj się! Kuba swojego syna posłał do miasta się kształcić, a ty pastwisz się nad własną córką. Ogarnij się! Anna krzyczała, wyzywała sąsiadkę, ale potem zgasła, padła na kanapę. — No tak, jestem surowa, krzywdzę Sonię, ale to przecież dla jej dobra, żeby nie była taka jak ja, żeby nie wróciła z dzieckiem bez ojca. Niech lepiej jedzie do miasta, niech się uczy, – machnęła ręką. Sonia bez problemu dostała się do medycznego liceum. euforia nie znała granic. Wstydziła się tylko – była skromnie ubrana, wyróżniała się w grupie, choć były też inne dziewczyny z wiosek, bez drogich ubrań. Do domu wracała rzadko. Nie chciała wracać do matki i ojczyma. Gdy były ferie, w pierwszej kolejności wpadała do pani Tatiany – ta siadała z nią do stołu, karmiła, dopytywała. Tatiana i jej mąż zawsze ją serdecznie witali. A u Anny coraz gorzej – Kuba związał się z młodszą kobietą, Anna była nerwowa, Sonia przyjechała na ferie. Matka niezadowolona: — Po co przyjechałaś? Nie będziesz wisieć na mojej szyi… Idź pracować. Pewnego wieczoru Kuba przyszedł z pracy i zaczął się pakować. — Gdzie się wybierasz, nie puszczę! – krzyczała Anna. On spojrzał sarkastycznie: — Rita czeka na dziecko, a ja nie zostawię własnego dziecka. Tobie twoja córka niepotrzebna, a mi mój syn jest wszystkim. Rita może sprowadzić innego faceta, kto będzie krzywdził moje dziecko, na to nie pozwolę… Twoja Sonia nie zna matczynej miłości, jakbyś ją znalazła pod płotem. A moje dziecko od początku musi mieć matkę i ojca, żyć w miłości, – spakował się i wyszedł. Te słowa całkiem złamały Annę. Nie była w stanie krzyczeć, prosić, ani płakać. Kuba powiedział prawdę – tę prawdę, która ścisnęła jej serce do bólu, zamknęła usta, oczy. Nie miała już siły choćby westchnąć. Sonia wszystko słyszała, nie pocieszała matki. Przed oczami miała sceny, gdy za najmniejszy hałas w czasie odpoczynku ojczyma, dostawała lanie i była wyganiana za drzwi. Ojczym nigdy nie wstawiał się za nią, choć sam nie podnosił ręki – patrzył z ironicznym uśmiechem, czuł się panem domu. Na ostatnim roku Sonia zatrudniła się w szpitalu, zarabiała na własne utrzymanie, do domu nie jeździła – matka piła, była zaniedbana, pieniędzy ledwo starczało. Z zastraszonej dziewczynki Sonia stała się piękną, odpowiedzialną i życzliwą młodą kobietą, z sercem dla chorych. Szefowie ją chwalili, powtarzali iż jest dobrze wychowana i gratulowali matce. Sonia milczała, uśmiechała się tylko. — Jakie wychowanie – myślała – to wszystko dzięki cioci Tatianie, to jej zawdzięczam opiekę, zrozumienie, troskę i moją ukochaną pracę. Anna coraz częściej sprowadzała do domu pijanych znajomych, Sonia, chociaż już rzadko przyjeżdżała, za każdym razem była w szoku. Matka była bez pracy, upadała coraz niżej. Sonia nie miała już słów, nie próbowała przekonywać ani pocieszać. Chciała wyrzucić „przyjaciół”, zrobić remont i zacząć od nowa, ale Anna spadała na dno. Powstrzymała się od płaczu ze złości Po ukończeniu szkoły medycznej, Sonia wróciła do domu. Anna była sama, spojrzała na córkę wrogo: — Po co przyszłaś? Na długo? Nie mam nic do jedzenia, lodówkę odcięłam. Daj pieniędzy, boli mnie głowa. Sonia poczuła ścisk w gardle, ale nie zapłakała, odpowiedziała: — Nie zostanę długo… Skończyłam liceum z wyróżnieniem, wyjeżdżam do miasta, będę pracować w szpitalu wojewódzkim. Nie będę często przyjeżdżać, trochę pieniędzy ci wyślę. Do zobaczenia, mamo. Anna chyba w ogóle nie słuchała, myślała tylko o następnym alkoholu – domagała się pieniędzy. — Daj pieniędzy, muszę się „naprawić”, choćby matki ci nie żal, córko… Co z ciebie za dziecko… Sonia wyjęła kilka złotych, położyła na stole, po cichu zamknęła drzwi za sobą, stała chwilę, licząc iż matka wybiegnie, przytuli. Ale nie doczekała się. Powoli ruszyła do sąsiadów. Tatiana była szczęśliwa, posadziła Sonię przy stole. — Chodź, Soniczko, właśnie jemy obiad! – mąż już siedział za stołem. — O, prawie bym zapomniała, – przyniosła torbę – to prezent z okazji wyróżnienia, i trochę pieniędzy, przydadzą się na start. Sonia dziękowała, rozpłakała się. — Ciociu Tatiano, czemu tak, za co mama mnie traktuje, jakbym była obca? — Nie płacz, Soniu – przytuliła ją Tatiana – nie płacz, nic już się nie zmieni. Anna już taka jest. Po prostu miałaś pecha, ale jesteś mądra, piękna, na pewno będziesz kochana i szczęśliwa! Sonia wyjechała do miasta wojewódzkiego, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Tam spotkała swoją miłość – młody lekarz Olek zakochał się od pierwszego wejrzenia. niedługo się pobrali, na weselu obok Soni siedziała pani Tatiana, dumna z niej. Anna otrzymywała od córki pieniądze, chwaliła się pijanym znajomym: — Wychowałam córkę, teraz mi przysyła, jest wdzięczna. Dzięki mnie została wykształcona. Tylko na ślub mnie nie zaprosiła, wnuków nie widuję, zięcia choćby nie poznałam. Po jakimś czasie Tatiana znalazła Annę martwą w domu, ile tam leżała – nie wiadomo. Sąsiadka zaniepokoiła się ciszą za płotem. Sonia z mężem pochowali Annę, dom niedługo sprzedali. Odwiedzali Tatiankę i jej męża tylko od czasu do czasu.
„Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka, zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi w ręce nosidełko. Byłam w totalnym szoku!
Zapomniane, ale piękne imiona dla dziewczynki. "Wcale nie staroświeckie, tylko retro"
Zapowiedzi serii BrickHeadz na 2026 rok.
Wytęsknione szczęście – historia Viktorii, która po dwunastu latach bezskutecznych prób zostania matką spotyka małego chłopca z domu dziecka, odnajduje w nim syna Kirilla, adoptuje go z mężem Michałem, a potem, niespodziewanie, zostaje biologiczną mamą upragnionej córeczki i odnosi pełnię rodzinnego szczęścia
Moja córka poprosiła mnie o przeniesienie jej do innej szkoły.
Ale bomba! Od 1 lutego w LEGO Storach nie kupicie już nic na fakturę z NIP-em.
Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając pranie w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała ciche łkanie i zajrzała za płot. Pod krzakiem porzeczki siedziała Sonia – ośmioletnia córka sąsiadki, choć ucząca się już w drugiej klasie, wyglądała drobno, jakby miała zaledwie sześć lat. – Sonia, znowu ci się dostało? Chodź do mnie – odezwała się pani Tatiana, odsuwając poluzowaną deskę w płocie; Sonia tak często do nich uciekała. – Mama wygoniła mnie z domu, powiedziała: „Wynocha!” i wypchnęła za drzwi. Oni tam z wujkiem Kaziem się bawią… – powiedziała dziewczynka, ocierając łzy. – No chodź, Liza i Michał właśnie jedzą, to i ciebie nakarmię. Pani Tatiana nie pierwszy raz chroniła Sonię przed surową ręką matki. Zabierała ją do siebie i nie odsyłała do domu, póki pani Anna, matka dziewczynki, nie ochłonęła. Sonia zawsze zazdrościła Lizie i Michałowi spokojnego domu, dobrych relacji między panią Tatianą a jej mężem, troskliwej miłości rodziców. Tak bardzo pragnęła tej ciepłej atmosfery, iż aż ściskało ją w środku na myśl, iż jej tego brakuje. W domu Sonia miała same zakazy – matka kazała jej nosić wodę, sprzątać w komórce, plewić grządki, myć podłogi. Anna urodziła córkę, będąc samotną kobietą, i od początku nie polubiła dziecka. Początkowo opiekowała się nią babcia – matka Anny – która mieszkała z nimi w domu. Babcia bardzo kochała wnuczkę, a Anna jej niemal nie zauważała. Gdy babcia zmarła, Sonia miała sześć lat. Od tego momentu nastał dla niej trudny czas – matka stała się zgorzkniała, wiecznie szukała partnera. Anna pracowała jako sprzątaczka w bazie autobusowej, gdzie było wielu mężczyzn. Niedługo potem poznała nowego kierowcę – Kazimierza. gwałtownie pozwoliła mu zamieszkać u siebie, szukała wsparcia, a on cieszył się z dachu nad głową. Kazimierz uznał, iż życie u Anny jest wygodne, a mała Sonia mu nie przeszkadzała. Mówił sobie: „Niech się kręci pod nogami, wyrośnie, będzie pomagać w domu”. Anna całą uwagę poświęcała Kazikowi, a córkę stale karciła, zmuszała do pracy, czasem biła. Straszyła: – Nie będziesz mnie słuchać, oddam cię do domu dziecka! Sonia płakała pod krzakiem przy sąsiednim płocie. jeżeli pani Tatiana ją zauważyła, od razu brała ją pod opiekę. Dziewczynka stawała się coraz bardziej zamknięta, nieśmiała. Zarówno znajomi, jak i sąsiedzi potępiali Annę za sposób, w jaki traktowała Sonię, szczególnie iż Tatiana się za dziewczynką ujęła. Anna rozpuściła plotki, iż sąsiadka zazdrości jej Kazika, dlatego zmyśla historie o tym, iż krzywdzi córkę. Kiedy Anna i Kazimierz świętowali, Sonia zwykle uciekała do sąsiadów, a Tatiana rozumiała jej ból lepiej niż ktokolwiek. Czas płynął, Sonia dobrze się uczyła, skończyła dziewięć klas i chciała iść do technikum medycznego w mieście. Matka nie zgodziła się: – Idziesz do pracy, dorosła jesteś – Sonia uciekła z domu, bo nie wolno jej było w nim płakać. Poszła do pani Tatiany, a ta w końcu postanowiła skonfrontować Annę: – Aniu, nie jesteś matką, tylko jędzą. Inne kobiety dbają o dzieci, a ty swoją córkę niszczysz! Powinnaś mieć elementarną ludzką godność! Anna odpysknęła, ale w końcu zgodziła się na wyjazd córki do miasta: „Niech jedzie, niech się uczy”. Sonia bez problemu dostała się do medycznej szkoły. euforia ją rozpierała, choć nie była najlepiej ubrana i wyglądała skromnie na tle innych dziewczyn, ale nie przeszkadzało jej to, gwałtownie się zaaklimatyzowała. Do domu wracała rzadko, bo nie chciała widywać matki i jej partnera. Zawsze pierwszą odwiedzała panią Tatianę – ta serdecznie ją podejmowała, rozmawiała, dbała o nią. Anna miała już swoje problemy – Kazimierz zostawił ją dla młodszej kobiety. Wtedy, gdy Sonia przyjechała na wakacje, matka nie była zadowolona: – Po co przyjechałaś? Tak tylko będziesz siedzieć na moim utrzymaniu… Jak masz wolne, to idź do pracy. Niedługo potem Kazik spakował rzeczy: – Róża czeka na dziecko – powiedział do Anny. – Ja swoje dziecko kocham, nie zostawię go – w przeciwieństwie do ciebie, która własnej córki nie potrzebuje. Moje dziecko od początku będzie miało matkę i ojca i będzie żyło w miłości – i wyszedł. Na Annę spadł cios, nie miała choćby siły krzyczeć, płakać – Kazik powiedział prawdę, która ścisnęła ją w środku, aż odebrało jej dech. Sonia wszystko słyszała, przywołała wspomnienie, jak płakała po kolejnych razach, gdy była bita i wyrzucana za płacz z domu. Ojczym nigdy jej nie bronił, tylko patrzył szyderczo. Na ostatnim roku Sonia pracowała już w szpitalu, sama się utrzymywała. Do domu już nie jeździła – Anna coraz bardziej się staczała, ledwo wiążąc koniec z końcem. A tymczasem z cichej, zastraszonej dziewczynki Sonia przeobraziła się w piękną, kompetentną młodą kobietę, pełną empatii wobec pacjentów. Wszyscy ją podziwiali, chwalili za wychowanie, ale Sonia milczała i tylko się uśmiechała. „Jakie wychowanie?” – myślała. „To wszystko zasługa pani Tatiany. To jej jestem wdzięczna, za wsparcie, za zrozumienie i za wybór zawodu”. Anna coraz częściej miała w domu nieznajomych kompanów, Sonia za każdym razem była wstrząśnięta jej widokiem. Matka pogrążała się coraz bardziej. Zachowała się silna, nie zapłakała z żalu Kiedy Sonia skończyła szkołę i wróciła do domu, Anna była sama, spojrzała na nią z złością: – Po co wróciłaś? Na długo? Nie mam nic do jedzenia, lodówka odłączona. Daj mi pieniądze, boli mnie głowa. Sonia poczuła gulę w gardle, ale powstrzymała łzy i powiedziała: – Nie zostanę tu długo. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, wyjeżdżam do pracy w szpitalu wojewódzkim. Rzadko będę przyjeżdżać, trochę pieniędzy będę co miesiąc przesyłać. Żegnaj, mamo. Anna myślała już tylko o alkoholu; kazała dać pieniądze – chciała „poprawić głowę”. Sonia zostawiła trochę gotówki na stole i cicho opuściła dom. Przez chwilę stała za drzwiami, marząc, iż matka wyjdzie, przytuli ją. Ale nie doczekała się. Poszła do pani Tatiany. – No chodź, Sonia, właśnie zasiadamy do obiadu – jej mąż siedział już przy stole. – Och, zapomniałam! – wyciągnęła torbę z pokoju – To dla ciebie, w nagrodę za czerwony dyplom. Jest też trochę pieniędzy na początek. Sonia podziękowała i się rozpłakała. – Pani Taniu, dlaczego? Za co mama tak mnie traktuje, jakby byłam dla niej obca? – Nie płacz, Sonia – przytuliła ją Tatiana – już teraz nic nie zrobimy… Tak już ma Anna. Ale ty jesteś mądra i piękna – na pewno będziesz kochana i szczęśliwa. Sonia wyjechała do dużego miasta, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Tam poznała miłość – młodego chirurga Olka. niedługo się pobrali. Na weselu przy Soni siedziała pani Tatiana, promieniała ze szczęścia. Anna dostawała pieniądze od córki i przechwalała się przed znajomymi: – Wychowałam taką córkę, teraz mi pomaga, dziękuje. Wykształciłam ją. Tylko na wesele mnie nie zaprosiła, wnuków nie widuję, zięcia choćby na oczy nie widziałam. Z czasem pani Tatiana znalazła Annę martwą w domu. Ile tam leżała, nikt nie wiedział. Sąsiadka niepokoiła się, bo długo było cicho. Sonia wraz z mężem pochowała matkę, a dom sprzedali. Z rzadka odwiedzali panią Tatianę i jej rodzinę.
W noc sylwestrową został wyrzucony na bruk; lata później otworzył im drzwi, ale nie tam, gdzie się spodziewali.
Leżaczek dla niemowlaka - jak wybrać najlepszy model?
No proszę, jaka wyniosła z naszej Nastki się zrobiła! Prawda, mówią, iż pieniądze psują ludzi! – Nie rozumiałam, o co chodzi i czym ich tak uraziłam Kiedyś miałam wspaniałe małżeństwo – mąż i dwójka dzieci. Ale wszystko rozpadło się w jeden dzień: mój ukochany wracając z pracy miał wypadek. Myślałam, iż nie przeżyję tej żałoby, ale mama przekonała mnie, żebym trzymała się dla dzieci. Wzięłam się w garść, zaczęłam ciężko pracować, a gdy dzieci podrosły – wyjechałam za granicę zarabiać. Musiałam postawić je na nogi, nie miałam żadnego wsparcia. Tak trafiłam najpierw do Polski, potem do Anglii. Zmieniłam wiele prac, zanim zaczęłam sensownie zarabiać. Wysyłałam dzieciom pieniądze co miesiąc, potem każdemu kupiłam mieszkanie, a u siebie zrobiłam porządny remont. Byłam z siebie dumna. Już myślałam o powrocie do Polski na stałe, ale rok temu wszystko się zmieniło – poznałam mężczyznę: Polak, ale od 20 lat żyjący w Anglii. Zaczęliśmy się spotykać i poczułam, iż coś z tego może być. Długo się wahałam: Artur nie mógł wrócić do Polski, a ja bardzo tęskniłam za domem. W końcu przyjechałam. Najpierw odwiedziłam dzieci, potem rodziców. Ale do teściów ciągle nie mogłam dotrzeć – po prostu nie miałam czasu, tyle spraw się nazbierało. Pewnego dnia przyszła do mnie koleżanka, która pracuje w sklepie, i powiedziała mi coś ważnego: – Twoja teściowa ma do ciebie żal! – Skąd wiesz? – Słyszałam, jak rozmawiała z inną znajomą. Mówiła, iż jesteś wyniosła i iż pieniądze cię zmieniły. I jeszcze, iż w ogóle im nie pomagasz finansowo. Było mi bardzo przykro to usłyszeć. Przecież sama wychowałam dwoje dzieci i wszystko robiłam dla nich. Nie mogłam jeszcze wspierać finansowo teściów, musiałam też zadbać o siebie – rozumiesz? Po tym jakoś nie miałam ochoty iść do teściów. W końcu się przemogłam, nakupiłam jedzenia i poszłam. Najpierw było dobrze, ale słowa koleżanki ciągle krążyły mi po głowie. W końcu powiedziałam: – Rozumiecie, iż przez te lata wcale nie było mi łatwo. Wszystko robiłam dla dzieci, nie miałam na kogo liczyć. – My też zostaliśmy bez wsparcia. Wszyscy mają dzieci, które im pomagają – a my sami. Też sieroty! Powinnaś wrócić i nam pomagać. Teściowa jakby mnie zawstydziła. Nie odważyłam się choćby powiedzieć, iż w Anglii mam partnera. Wyszłam stamtąd smutna. Teraz nie wiem, co robić. Czy naprawdę muszę pomagać rodzicom zmarłego męża? Już nie wytrzymuję!
Łzy wdzięczności
Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcemy – zadzwoniła kochanka. Mąż spojrzał na Lenkę wzrokiem zbitego psa. — Tak, nie przesłyszałaś się. Lenuś, pół roku temu miałem inną kobietę. To były tylko parę spotkań, zwykła zachcianka. I ona urodziła mi syna. Niedawno… Lenka poczuła zawroty głowy. To są dopiero wiadomości! Jej wierny, kochający mąż, a tu dziecko na boku! Do Lenki docierało to wszystko z wielkim trudem… Kilka minut próbowała zrozumieć, co adekwatnie powiedział mąż. Siedział naprzeciwko niej, ramiona opuszczone, ręce zaciśnięte między kolanami. Wyglądał na mniejszego niż zwykle, jakby ktoś wypompował z niego całe powietrze. — Syn, tak? — powtórzyła Lenka. — Ty, żonaty facet, masz syna. I to nie ja ci go urodziłam – tylko TA kobieta… — Lenka, ja sam nie wiedziałem, przysięgam. — Nie wiedziałeś, jak robi się dzieci? Masz czterdzieści lat, Kamil. — Nie wiedziałem, iż ona… iż zdecyduje się go urodzić. Rozstaliśmy się dawno temu, wróciła do męża. Myślałem, iż tam wszystko w porządku. A wczoraj telefon: „Urodził ci się syn. Waży 3,2 kg. Zdrowy”. I się rozłączyła. Lenka wstała. Nogi miała jak z waty – jakby przebiegła maraton. Za oknem szalała jesień. Lenka niechcący zapatrzyła się na krajobraz za oknem – piękny… — I co teraz? — spytała, nie odwracając się. — Nie wiem. — Świetna odpowiedź prawdziwego mężczyzny. Głowy rodziny. „Nie wiem.” Odwróciła się gwałtownie. — Pojedziesz tam? Zobaczyć? Wystraszony Kamil podniósł zawstydzony wzrok na żonę. — Lenka, podała mi adres szpitala, napisała, iż wychodzi za dwa dni. Tak powiedziała: „Chcesz – przyjedź, nie chcesz – nie. Niczego od ciebie nie chcę”. Dumna… Nic od ciebie nie chce… — Nic nie chce — powtórzyła Lenka. — Święta prostota. W korytarzu trzasnęły drzwi wejściowe — wrócili najstarsi synowie. Lenka natychmiast przywdziała uśmiech. Opanowała tę sztukę do perfekcji — lata w biznesie nauczyły ją zachowywać twarz, choćby jak interes chyli się ku upadkowi. Do kuchni zajrzał najstarszy — wysoki, szerokoramienny dwudziestolatek. — O, rodzice, cześć. Dlaczego tacy smutni? Mamo, jest coś do jedzenia? Po treningu jesteśmy głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, odgrzejcie sobie — rzuciła Lenka. — Tato, miałeś sprawdzić, co z gaźnikiem w moim gracie — drugi syn, młodszy, klepnął ojca w ramię. Lenka patrzyła na tę scenę, a serce ściskało się tak mocno, iż aż trudno było oddychać. Mówią do niego „tato”. Ich prawdziwy ojciec dawno rozmył się gdzieś na horyzoncie, ograniczając się do alimentów i kartek na święta. Kamil ich wychował. Uczył jeździć, opatrywał obtarte kolana, chodził na wywiadówki, rozwiązywał szkolne sprawy. Był ich ojcem. Prawdziwym. Kamil wymusił uśmiech: — Sprawdzę, Szymon. Później. Muszę pogadać z mamą. Chłopaki poszli, grzechocząc talerzami. — Kochają cię — powiedziała cicho Lenka. — A ty… — Lenka, daj spokój. Ja też ich kocham. Są moimi chłopakami. Nigdzie nie odchodzę. Od razu ci powiedziałem — to było zaćmienie umysłu. Błąd. Między nami nic poważnego nie było. Po prostu… kaprys! — Kaprys, którego efektem są teraz pieluchy… Do kuchni wbiegła sześcioletnia Basia. Wtedy zbroja Lenki pękła. Córeczka wskoczyła tacie na kolana. — Tatusiu! Czemu jesteś smutny? Mama cię opieprzyła? Kamil przytulił ją, wtulił nos w jasną czuprynę. Żył tylko dla niej. Lenka wiedziała: za Basię byłby gotów rozszarpać każdego. To była szalona, absolutna ojcowska miłość. — Nie, księżniczko. Po prostu rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź włącz bajki, zaraz przyjdę. Kiedy Basia wybiegła, znów zapadła cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — spytała Lenka. Usiadła z powrotem przy stole. — Nie odejdę, Lenka. Kocham ciebie, dzieci… Bez was sobie nie poradzę… — To tylko słowa, Kamil. Fakty są takie: tam masz syna. Jemu potrzebny jest ojciec. Ta kobieta… dziś mówi „nic nie chcę”. To hormony, euforia albo przebiegły plan. Minie miesiąc, pół roku, zacznie chorować, rosnąć, będzie potrzebował pieniędzy. Zadzwoni, powie: „Kamil, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo: „Kamil, trzeba iść do lekarza”. I pojedziesz. Jesteś przecież dobry. I masz sumienie. Kamil milczał. — A pieniądze, Kamil? — Lenka ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Skrzywił się, jakby dostał cios — Lenka trafiła w czuły punkt. Jego biznes upadł dwa lata temu, długi spłacała pieniędzmi Lenki. Teraz coś zarabiał, kombinował, ale były to grosze w porównaniu z tym, co ona zapewniała rodzinie. Dom, auta, wakacje, edukacja dzieci — wszystko na jej barkach. On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komorników, korzystał z gotówki albo karty podpiętej pod jej konto. — Znajdę — mruknął. — Gdzie? Będziesz dorabiać jako taksówkarz nocami? Albo wyciągać z mojej szafki, żeby wspierać tamtą rodzinę? Wyobrażasz sobie ten absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy sponsorujesz kochankę z dzieckiem z nieprawego łoża? — Ona nie jest kochanką! — warknął Kamil. — Wszystko się skończyło pół roku temu! — Ale dziecko łączy ludzi mocniej niż papier ze ślubu. Pojedziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Kamil przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lenka. Szczerze. Po ludzku… powinienem. Przecież dziecko niczemu nie jest winne. — Po ludzku — uśmiechnęła się Lenka gorzko. — A po ludzku względem mnie? Basi? Chłopców? Pojedziesz tam, zobaczysz to zawiniątko, weźmiesz na ręce. I po wszystkim. Polegniesz. Znam cię, jesteś sentymentalny. Zaczniesz jeździć — raz na tydzień, potem dwa, potem w weekendy. Będziesz kłamał, iż w pracy masz zawalony grafik. A my będziemy tu siedzieć i czekać. Lenka podeszła do kranu. Włączyła, spojrzała na strumień wody i wyłączyła. — Jest osiem lat młodsza od nas, Kamil. Ma trzydzieści dwa lata. To ona urodziła ci syna. Swojego, z twojej krwi. Ja mam synów nie od ciebie, choć ty ich wychowałeś. A tam — twoja krew. Myślisz, iż to nie gra roli? — Opowiadasz głupoty. Chłopcy są moi, wychowałem ich. — Daj spokój… Chłopu zawsze trzeba dziedzica. Swojego. — Mamy Basię! — Basia jest dziewczynką… Kamil zerwał się. — Dość! Po co mnie skreślasz tak od razu? Powiedziałem, iż zostaję z rodziną. Ale nie będę potworem. Urodził się człowiek. Mój, tak. Jestem ci winny, wszystko jestem winny. Jak chcesz – wyrzuć mnie. Już się pakuję. Pojadę do mamy, do hostelu, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lenka zamarła — zrobiło się nagle strasznie. jeżeli powie teraz „odejdź”, on odejdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. Odejście w nic, bez pieniędzy, bez dachu, a wtedy na pewno przylgnie do tamtej kobiety. Tam go przyjmą, tam będzie wybawicielem, ojcem, choćby ubogim, ale własnym. I wtedy straci go na zawsze. A ona nie chciała tracić. Mimo bólu, mimo zranienia — kochała go. I dzieci go kochały. Zburzyć można wszystko w minutę, wyrzucić z domu, ale jak potem żyć w pustce? — Usiądź — powiedziała cicho. — Nikt cię nie wyrzuca. Kamil postał jeszcze chwilę, ciężko dysząc, potem usiadł. — Lenka, przepraszam. Jestem… debilem. — Debilem — zgodziła się. — Ale naszym debilem… Wieczór upłynął we mgle. Lenka robiła lekcje z Basią, sprawdzała raporty z pracy, ale myśli błądziły gdzieś daleko. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka ona jest? Ładna? Pewnie młoda. Pewnie teraz patrzy na niemowlę i myśli, iż wygrała. Nic nie chce! Oczywiście, to najpewniejsza zagrywka. Nie żądać, nie krzyczeć – po prostu pokazać: masz syna, jesteśmy dumni, poradzimy sobie. To uderza w męskie ego bez pudła. Facet natychmiast chce być bohaterem. Kamil przewracał się w łóżku, wzdychał, spał na raty, a Lenka leżała z otwartymi oczami, gapiąc się w ciemność. Ma 45 lat, jest zadbana, atrakcyjna, odnosi sukcesy, a starość czai się za rogiem. A tam – młodość… *** Rano było jeszcze gorzej – Lenka nie mogła dojść do siebie. Chłopcy gwałtownie zjedli i wybiegli, a Basia zaczęła marudzić. — Tato, zapleć mi warkoczyk! — zażądała. — Mama robi krzywo. Kamil wziął szczotkę. Jego wielkie dłonie, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, delikatnie splatały delikatne dziecięce włoski. Plotł starannie, skupiony, z końcem języka przygryzionym od wysiłku. Lenka piła kawę i patrzyła na to. To jej mąż. Bliski, domowy, ciepły. A gdzieś tam jest też inne dziecko, które ma do niego prawo! Jak to pogodzić? — Kamil — powiedziała, gdy Basia wybiegła się ubierać — musimy podjąć decyzję. Teraz. Odłożył szczotkę. — Myślałem całą noc. — I? — Nie pojadę na wypis. W Lenki środku coś ścisnęło się mocno, ale nie pokazała tego po sobie. — Dlaczego? — Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie, temu dziecku. Nie potrafię być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Lenka! Nie chcę kłamać tobie, nie chcę kraść czasu Basi, chłopakom. Wybrałem jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną, tu jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — Lenka zdziwiła się, iż zadaje takie pytanie. — Będę pomagał finansowo. Oficjalnie, przez alimenty albo założymy konto. Ale spotkania… Nie. Lepiej, żeby rósł, nie znając mnie, niż czekał na tatę co weekend. A tata patrzyłby tylko na zegarek, rwąc się do domu, do swojej prawdziwej rodziny. Tak jest uczciwiej. Lenka milczała. Kręciła na palcu obrączkę. — Jesteś pewny? Nie będziesz żałował? — Na pewno będę. Będę rozmyślał, co z nim, ale jak zacznę tam jeździć — stracę was. Czuję to, bo nie zniesiesz tego. Jesteś silna, Lenka, ale nie stalowa. Zaczniesz mnie nienawidzić, a ja tego nie chcę. Boże, jakie to chaotyczne… Mąż podszedł, położył jej ręce na ramionach. — Lenka, nie chcę innego życia. Mam ciebie, mam dzieci. A tamto… to cena za moją głupotę. Zapłacę pieniędzmi. I tylko nimi. Czasem, troską, uwagą tym dzieckiem dzielić się nie mogę… Lenka przykryła jego dłoń swoją. — Pieniędzmi, mówisz? — uśmiechnęła się krzywo. — Zarobię. Połamię się, ale zarobię. Już ani złotówki od ciebie nie wezmę na moje głupoty. To moja sprawa, Lenka. Lenka odetchnęła. Może zachował się wobec niej nie fair, ale właśnie takich słów potrzebowała. Nie zamierzała dzielić męża z nikim. Kompletnie nie obchodziły ją uczucia tej drugiej. Urodziła dziecko żonatemu? Jej problem. *** Na wypis Kamil nie pojechał. Kochanka potem wydzwaniała — krzyczała, pomstowała, pytała, czemu nie przyszedł. Kamil powiedział wprost: może liczyć tylko na finansową pomoc, spotkania nie będzie. Przestała dzwonić i przez pół roku nie odezwała się ani razu. Telefon miała wyłączony. Lenka była z tego więcej niż zadowolona.
– Chcę żyć dla siebie i się wyspać, – powiedział mąż, wychodząc z domu Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, gdy Maksymek wrzeszczał tak, iż sąsiedzi za ścianą pukali. Trzy miesiące, gdy Marzena chodziła jak zombie – z czerwonymi oczami i drżącymi rękami. A Igor krążył po mieszkaniu, ponury jak burzowa chmura. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? Jak bezdomny! – rzucił pewnego dnia, przeglądając się w lustrze. – Worki pod oczami do kolan. Marzena milczała. Karmiła syna, kołysała, znów karmiła. Zamknięte koło. A gdzieś obok chodził Igor – jej mąż, który zamiast pomóc, tylko narzekał. – Może twoja mama posiedzi? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po prysznicu. Świeży, wypoczęty. – Pomyślałem, może pojadę na tydzień do kumpla na działkę? Marzena zastygła z butelką w ręku. – Muszę odpocząć, Marzenko. Serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do sportowej torby. – Ostatnio w ogóle nie śpię normalnie. A ona – niby śpi?! Ledwo zamknie oczy, Maksym płacze. Już czwarty raz tej nocy. – Mi też ciężko, – szepnęła Marzena. – Wiem, iż ciężko, – rzucił, wciskając ulubioną koszulę do torby. – Ale ja mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie mogę przecież tak wyglądać przed klientami. I nagle stało się coś dziwnego. Marzena zobaczyła ich z boku: ona – w starym szlafroku, z potarganymi włosami i wrzeszczącym dzieckiem na rękach. On – pakuje walizkę, ucieka. – Chcę żyć dla siebie i się wyspać, – burknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marzena stanęła w środku mieszkania z płaczącym synem i poczuła, iż wszystko się wali. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor zadzwonił trzy razy – pytał, jak tam. Głos obojętny, jakby rozmawiał z daleką znajomą. – Wpadnę na weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znów się nie pojawił. Marzena kołysała wrzeszczącego syna, zmieniała pieluchy, przygotowywała mleko. Spała po pół godziny pomiędzy karmieniami. – Wszystko u ciebie dobrze? – zapytała przyjaciółka. – Świetnie, – skłamała. Dlaczego kłamie? Przecież to wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z niemowlakiem. Co może być gorszego? Ale najciekawsze zaczęło się w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój? – spytała Lena. – Dużo pracuje. – Jasne. Facet jak się dziecko urodzi, to nagle przesiaduje w pracy. – Lena nachyliła się: – Igor często wyjeżdża w delegacje? – Jakie delegacje? – No przecież ostatnio był w Trójmieście! Na szkoleniu. Pokazywał zdjęcia. W Trójmieście? Kiedy?! Marzena przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił przez trzy dni. Powiedział, iż był zajęty. Nie zajęty – bawił się w Trójmieście. Igor przyjechał w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż mnie tyle nie było. Dużo pracy. – Pojechałeś do Trójmiasta? Zastygł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieważne kto. Ważne, po co kłamiesz? – Nie kłamię, nie chciałem żebyś się stresowała, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież z niemowlakiem nigdzie by nie pojechała! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie spałam od tygodni. – Wynajmiemy nianię. – Za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Przecież mieszkanie opłacam, rachunki. – A jedzenie? Pieluchy? Leki? Zamilkł. Potem: – Może wrócisz do pracy? Chociaż na pół etatu? Po co siedzisz w domu. Wynajmiemy nianię. Siedzisz w domu. Jakby odpoczywała! Wtedy Marzena wzięła syna, spojrzała na Igora i zrozumiała: on jej nie kocha. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Co? – Wyjdź. I nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co jest ważniejsze – rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Po dwóch dniach napisał: „Zastanawiam się”. A Marzena nie spała. Też rozmyślała. Wyobraź sobie – pierwszy raz od miesięcy samotność i cisza w głowie. Zadzwoniła mama: – Marzenko, jak tam? Igora nie ma w domu? – W delegacji. Znowu skłamała. – Może wpadnę? Pomogę? – Poradzę sobie. Ale nie – mama przyjechała sama. – Jak tu u was? – rozejrzała się. – Boże, Marzenko, spójrz na siebie! Marzena spojrzała w lustro. Tak – obraz nędzy. – A Igor gdzie? – W pracy. – O ósmej wieczorem? Milczała. – Co się dzieje? Marzena rozpłakała się. Głośno, rozpaczliwie. – Odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama milczała, potem: – Skurczybyk. Rzadko spotykany skurczybyk. Marzena była zaskoczona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze uważałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak… – Mamo, może to ja przesadzam? Może powinnam zrozumieć? – Marzenko, to tobie jest ciężko? Od tej prostoty Marzena dotarło: całe życie myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. O sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyć. Bez niego. Lepiej sama niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Chyba „myślał” na działce. – Pogadamy? – Tak. Usiedli przy stole: – Wiem, ciężko ci. Ale mi też łatwo nie jest. Może dogadamy się? Pomogę finansowo, będę wpadał. A na razie zamieszkam oddzielnie. – Ile? – Co ile? – Pieniędzy. Ile? – No, może z dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź do diabła. – Słucham?! – Słyszałeś. Nie wracaj. – Marzena, proponuję układ! – Układ? Wolności ci się zachciało? A moja wolność gdzie? Wtedy Igor wykrztusił zdanie, które wszystko wyjaśniło: – A jaka ty możesz mieć wolność? Jesteś matką! Marzena spojrzała: i oto jest – prawdziwy Igor. Niedojrzały egoista, dla którego macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć wynagrodzenia. Zgodnie z prawem. – Nie odważysz się! – Odważę. Trzasnął drzwiami. Marzena poczuła – oddycha się lżej. Maksym zapłakał. Ale teraz wiedziała: poradzi sobie. Minął rok. Igor dwa razy próbował wrócić. – Marzenko, spróbujemy jeszcze raz? – Za późno. Igor narzekał, iż Marzena jest zołzą. Nieskutecznie. Marzena wynajęła nianię, dostała pracę jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Syna. – A ojciec gdzie? – Żyje dla siebie. Andrzeja przedstawiła Maksymkowi. Przywiózł mu autko. Bawili się i śmiali razem. Często chodzili całą trójką do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecku rok, a ty z facetem! – Czego chciałeś? Żebym czekała na ciebie? – Ale przecież jesteś matką! – Tak, jestem. I co z tego? Więcej nie dzwonił. Andrzej był inny. Kiedy Maksym zachorował – od razu przyjechał. Gdy Marzena była szczególnie zmęczona – zabierał ją na działkę. Dziś Maksym ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marzena nie jest zła. Ona też teraz żyje dla siebie. I to jest piękne.
LEGO Store Event – Kwitnące Serce
Śpię ze swoim synkiem, nie z mężem. Teściowa uważa, iż krzywdzę dziecko
Zmęczona, otarła mokre dłonie, jęknęła z bólu i ruszyła otworzyć drzwi.
Dobranocki sprzed lat. Pamiętasz te bajki? Zdobądź choć połowę punktów!
FERIE W BIBLIOTECE? Oczywiście!
Mój mąż myśli tylko o sobie – zjada wszystko, nie zostawiając choćby kawałka dla naszego synka. Ciągłe kłótnie o jedzenie, chowanie smakołyków przed głodnym tatą, oskarżenia o egoizm i wsparcie teściowej: życie z Adamem, który uważa, iż skoro zarabia, wszystko mu się należy – choćby tort na urodziny zostawił tylko w kawałkach. Kredyt hipoteczny, ograniczony budżet, a ja muszę walczyć o każdy posiłek dla dziecka. Grożę rozwodem, a on skarży się mamie. Czy naprawdę przesadzam?
Nie dzwoń więcej! Po co tracić czas na coś, czego nie chcesz? Już dawno zrozumiałam, iż ani ty, ani twoje dzieci nie dbacie o to, czy babcia jeszcze żyje i jak się czuje!
1/48 AV-8B Harrier II PLUS – UMA Model
Porzucił mnie i nasze nowo narodzone bliźniaki, bo jego bogata matka mu to nakazała. Po latach zobaczył mnie i dzieci w telewizji, kiedy jako samotna matka zbudowałam ogólnopolską sieć opieki nad dziećmi – wtedy on i jego matka pożałowali swojej decyzji.
Zapowiedzi serii LEGO® Creator na 2026 rok.
Zapowiedzi serii LEGO® Disney na 2026 rok.
Zapowiedzi zestawów okazjonalnych/specjalnych na 2026 rok.
"Dożywocie" dla 5-letniego dziecka. Jak urzędnicy wydali wyrok na Kubę
Dalszy ciąg tej fascynującej historii
Tym rodzicom przysługuje 1000 zł na dziecko. Świadczenie wypłacane jest przez rok, a choćby dłużej
Otarła spocone dłonie, jęcząc z bólu, i podążyła, by otworzyć drzwi.
A jednak musisz zająć się wnukiem, jesteś przecież babcią!
Planowałam miłą niespodziankę dla męża – zaniosłam mu obiad do pracy. Gdy podeszłam do drzwi, usłyszałam rozmowę, która zburzyła mój spokój.
Nie dzwoń więcej! Po co tracić czas na rzeczy, które was nie obchodzą? Od dawna wiem, iż ani ty, ani twoje dzieci nie macie ochoty wiedzieć, czy babcia jeszcze żyje i jak się czuje!
Mój syn przez długie lata szukał adekwatnej kobiety na żonę, a ja nigdy nie kwestionowałam jego wyborów. Gdy skończył 30 lat, poznał Agatę, która wydawała się być jego ideałem. Słyszałam niemal codziennie o jej urodzie i serdeczności. W końcu mój syn naprawdę zakochał się po uszy. Polubiłam Agatę od pierwszego spotkania. Z pasją opowiadał o niej zarówno mnie, jak i swoim przyjaciołom, przekonując, iż wreszcie spotkał kobietę, z którą chce się ożenić. Jako kochająca matka w pełni go wspierałam. Organizacja ślubu była wyzwaniem, ale moi znajomi świetnie się spisali. Rodzice Agaty okazali się cudowni, gwałtownie złapaliśmy wspólny język. Początki małżeństwa syna i Agaty były naprawdę piękne, ale z czasem zaczęły pojawiać się problemy i nieporozumienia. Mijał dopiero pierwszy rok ich małżeństwa; sądziłam, iż kryzys minie, ale wciąż się o nich martwiłam i chciałam, by ich związek był szczęśliwy. Pamiętam ten wieczór, który wytrącił mnie z równowagi. Późno w nocy syn pojawił się u mnie z walizkami. Stwierdził, iż nie ma dokąd iść, bo synowa kazała mu się wyprowadzić. Został u mnie kilka dni, a Agata ani razu nie próbowała się z nim pogodzić. Taka sytuacja powtarzała się wielokrotnie. Kiedy synowa oznajmiła mi, iż spodziewa się dziecka, postanowiłam z nimi porozmawiać – miałam nadzieję, iż moje rady pomogą im uniknąć kolejnych kłótni. Niestety, stało się odwrotnie: napięcia jedynie się nasiliły, a syn coraz częściej nocował u mnie. Widziałam, jak cierpi. Stracił swój dawny blask i zapał do życia, a w jego oczach gościło tylko rozczarowanie. Nie mogłam patrzeć, jak mój syn trwa w toksycznym związku, więc poradziłam mu, by rozważył, czy warto się dalej męczyć. Przekonywałam, iż choćby mieszkając osobno, może być dobrym ojcem. niedługo potem złożył pozew rozwodowy. niedługo Agata przyszła do mnie i błagała o pomoc. Prosiła, bym przekonała syna, by wycofał pozew, bo nie chce niszczyć rodziny. Próbowałam jej tłumaczyć, jak ważne jest, by ratować własne małżeństwo. Czułam jednak, iż winą za ich rozwód obarcza mnie, a ja – choć chciałam ich pogodzić – zostałam oskarżona o mieszanie się w ich życie. Nie wiem już, czy powinno mi było tak zależeć na rozwodzie syna. Jego żona mnie nie toleruje, a sam syn coraz bardziej się ode mnie oddala. Może oni jednak wciąż się kochają? Życie osobno boli, ale wspólne życie w konflikcie nie jest szczęściem.
Dziesięć lat pracowałam jako kucharka i niania w rodzinie syna – żadnej wdzięczności nie dostałam Nauczycielka przeszła na emeryturę w wieku 55 lat. Dziesięć lat mieszkała z rodziną syna, pomagając wnukowi i prowadząc dom. Niedawno spotkałyśmy się, a ona podzieliła się ze mną radością, iż znów jest emerytką. Gdy zamieszkała u syna, własne mieszkanie „zamroziła” – dla bezpieczeństwa go nie wynajmowała. Wcześniej babcia z synową żyły zgodnie, bez kłótni i awantur. Codziennie opiekowała się rocznym wnukiem, gotowała, sprzątała, była nianią i gospodynią. Synowa poszła do pracy – cały dom był na głowie babci. Rano, wieczorem, każdego dnia. Lekcje, szkoła, do piątej klasy wozili wnuka, nie zaniedbując obowiązków domowych. Nikt nie doceniał jej pracy, choćby gdy zasypiała z wyczerpania, nie miała czasu w relaks czy spotkania z przyjaciółkami. W święta młodzi wychodzili ze znajomymi, ona siedziała z dzieckiem. Gdy wnuk miał dziesięć lat, przypadek sprawił, iż odzyskała wolność – synowa zwróciła uwagę na sposób prania, potem zażądała jej pokoju dla dziecka. Babcia spakowała się i wróciła do siebie. Młodzi byli obrażeni, iż opuściła dom, przyzwyczajeni do wygód. Nie potrafili docenić jej poświęcenia, gwałtownie zapomnieli o jej pracy. Ona jednak jest optymistką – dziś cieszy się wolnością i spokojem. W wieku 65 lat rozpoczęła drugą młodość – to prawdziwe szczęście móc żyć tylko dla siebie.
Mój drugi mąż Filip okazał się cudownie troskliwym człowiekiem, który z serca wydaje pieniądze na zakupy dla mnie i mojego syna, dając nam poczucie bezpieczeństwa i szczęścia
Mąż wrócił z niemowlęciem
Przesądy o gotowaniu – w co wierzymy w kuchni i skąd to się wzięło?
Szok w rodzinie Beaty z Wrocławia po jej ciąży z ukochanym z Gwinei: nie akceptowali ich związku, bali się samotności córki i odmienności wnuka—kiedy po urodzeniu dziecka wrogość rodziny zmusiła Beatę do wyjazdu do Afryki, klimat okazał się zbyt trudny i małżeństwo wróciło do Polski, a marząc o lepszym życiu i tolerancji, z dwiema córkami planują wyjazd do Kanady
Znajomi odkryli, iż wynajmujemy mieszkanie i teraz chcą się wprowadzić. Jak odmówić, nie psując relacji? Trudne rozmowy z przyjaciółmi o granicach
Dziadek Było lato. Wracałam wieczorem do domu po treningu. Widzę dziadka, już bardzo starego, który upadł na chodnik i nie może się podnieść. Wszyscy przechodnie omijają go szerokim łukiem, myśląc pewnie, iż jest pijany, a on tylko coś mruczy pod nosem i wyciąga ręce do ludzi. Mama od dziecka uczyła mnie, żeby pomagać każdemu, na ile tylko mogę, więc podchodzę i pytam: „Pomóc panu?” Ale on nie potrafił odpowiedzieć nic zrozumiałego, tylko mruczał i wyciągał do mnie ręce. Przechodząca kobieta zwróciła mi uwagę: „Odejdź od niego! Nie widzisz, iż pijany? Jeszcze się czymś zarazisz. Jaki brudny, jeszcze się ubrudzisz!”. Przyjrzałam się i zobaczyłam, iż dziadek ma całe ręce we krwi. Ogarnął mnie dziecięcy strach. Na pytanie, co się stało, znów nie odpowiedział, tylko wskazał na leżącą obok siatkę. W niej były potłuczone butelki po piwie. Zebrał jeszcze kilka kawałków szkła i włożył je do torby. To dlatego miał zakrwawione ręce. Zaczęłam wycierać mu dłonie mokrymi chusteczkami, żeby potem móc mu pomóc wstać i odprowadzić go do domu (może to źle, ale nie chciałam pobrudzić sobie ubrania krwią…). Kiedy ręce były czyste, podniosłam dziadka. Na pytanie o adres, nie zareagował, znów tylko mamrotał. Nie rozumiałam, ile bym nie próbowała. W końcu, widząc moją bezradność, zaczął wskazywać mi drogę ręką. Tak doprowadziłam go do bloku stojącego na tym samym podwórku. Pokazał na domofon i dwoma palcami pokazał numery – domyśliłam się, iż to numer mieszkania. Zadzwoniłam, a w słuchawce odezwał się zaniepokojony kobiecy głos. Dziadek znowu coś zamamrotał. Po chwili na zewnątrz wybiegła kobieta z mężczyzną. Najpierw rzucili się do dziadka, oglądając, czy nic mu się nie stało. Potem mężczyzna podziękował mi i wziął dziadka w ramiona, niosąc do mieszkania. Kobieta zaczęła pytać, jak mogą mi się odwdzięczyć. Odmówiłam i chciałam iść, ale kobieta nagle poprosiła, żebym poczekała, jakby sobie coś przypomniała. Po chwili wybiegła z klatki z wielkim koszem malin. „Swoje” – pochwaliła się. Podziękowałam, ale nie chciałam przyjąć. „Weź, proszę” – nalegała. „Mało co nie oszaleliśmy, jak po powrocie z działki zobaczyliśmy, iż dziadka nie ma w domu. A wszystko przez to, iż kiedyś Niemcy złapali go podczas wojny. On miał wysokie stanowisko i żeby w niewoli się nie zdradzić, sam zranił sobie język. O warunkach higienicznych nie było mowy, więc gdy wyszedł z niewoli, już zaczęła się gangrena i musieli mu uciąć pół języka. Teraz nie potrafi porządnie mówić. Na naszym podwórku wieczorami młodzież pije piwo i rzuca butelki, gdzie popadnie. Pisaliśmy już skargę na policję, żeby coś z tym zrobili. Dzieci biorą te śmieci do rąk, jeszcze się potną czy skaleczą. Kiedy nasza córeczka Soniaczka rozcięła nóżkę, dziadek zaczął chodzić po podwórku i zbierać szkło po tych ‘świntuchach’, żeby żadne dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. Jest już stary, ledwo chodzi. Prosiliśmy, przekonywaliśmy, chowaliśmy mu klucze, a on i tak wychodził. Raz upadł, ja byłam wtedy w pracy i pięć godzin przeleżał w zimnie – nikt nie pomógł. Właśnie mieliśmy zacząć go szukać, kiedy zadzwonił domofon. Bardzo ci dziękuję.” Po tej rozmowie zaniemówiłam. Kobieta wręczyła mi kosz malin, a ja ukłoniłam się jej (tak, ukłoniłam się. Nie znalazłam słów), i poszłam do domu. W połowie drogi się rozpłakałam. Dlaczego w naszym kraju tak jest? Dlaczego myślimy tylko o sobie? Zwracam się do wszystkich: jeżeli widzicie, iż ktoś upadł i nie może wstać, nie zakładajcie od razu, iż to pijak. Podejdźcie! Może naprawdę potrzebuje waszej pomocy! Dotyczy to zwłaszcza młodych – nie zapominajmy, iż jesteśmy LUDŹMI, a nie ŚWINIAMI!
Pięć kroków do zdrowego uśmiechu. Nowe rekomendacje Polskiego Towarzystwa Stomatologii Dziecięcej
Oblał niemowlę gorącą kawą. Szukają go dwa państwa