Dzieci

Edukacyjne Skarby Pragi-Południe: Miejsca, które Inspirują i Rozwijają Talenty
Nastolatka podsumowała, ile wydała na hobby horsing. Suma robi wrażenie
Anna Pietrowna siedziała na ławce w szpitalnym parku i płakała. Skończyła dziś 70 lat, ale ani syn, ani córka nie przyjechali, nie złożyli życzeń. Za to współlokatorka z sali, Eugenia Sergiejewna, pamiętała i wręczyła drobny upominek, a jeszcze salowa Marysia poczęstowała jabłkiem na urodziny. Dom opieki był porządny, ale personel chłodny i obojętny. Wszyscy wiedzieli, iż staruszków zawożą tu dzieci, dla których rodzice stali się ciężarem. Syn też przywiózł Annę, niby żeby odpoczęła i podreperowała zdrowie, a naprawdę po prostu przeszkadzała synowej. Mieszkanie należało do niej – dopiero później syn uprosił, by przepisała je na niego, obiecując, iż nic się nie zmieni i przez cały czas będzie żyła u siebie. Rzeczywistość jednak okazała się inna – cała rodzina od razu przeprowadziła się do niej i zaczęła się ciągła wojna z synową. Z czasem syn przestał stawać w obronie matki, sam zaczął krzyczeć i coraz częściej szepcili coś z żoną za jej plecami. W końcu któregoś ranka zasugerował, iż Annę trzeba wysłać do sanatorium na „wypoczynek i leczenie”. Matka spojrzała mu w oczy i zapytała gorzko: – Oddajesz mnie do domu starców, synku? Zmieszał się, zaczerwienił i zaczął tłumaczyć: – Co ty, mamo, to przecież tylko sanatorium. Poleżysz miesiąc i wrócisz do domu. Zawiózł ją, pospiesznie podpisał papiery i uciekł, obiecując rychły powrót. Odwiedził ją tylko raz, przyniósł dwa jabłka i dwie pomarańcze, zapytał, co u niej, i nie czekając na odpowiedź, zniknął. I tak od dwóch lat Anna mieszkała już w tym miejscu. Po miesiącu, kiedy syn się nie pojawił, zadzwoniła do siebie do domu, a w słuchawce odezwały się obce głosy – syn sprzedał mieszkanie i ślad po nim zaginął. Anna parę nocy jeszcze przepłakała, wiedząc, iż nie wróci już do domu. Najbardziej bolało ją to, iż kiedyś skrzywdziła córkę dla szczęścia syna… Anna pochodziła ze wsi, tam wyszła za mąż za kolegę z klasy, Piotra. Mieli duży dom i gospodarstwo, żyli skromnie, ale nie biednie. Pewnego razu sąsiad z miasta zaczął Piotrowi opowiadać o „lepszym życiu” w mieście – dobra pensja, mieszkanie od razu przydzielają. Piotr dał się namówić, sprzedali wszystko i ruszyli do miasta. Rzeczywiście – mieszkanie dali od ręki, kupili meble i stary samochód. To właśnie tym autem Piotr trafił do wypadku i po dwóch dniach zmarł w szpitalu. Anna została sama z dwójką dzieci. By je wykarmić, sprzątała wieczorami klatki. Myślała, iż dzieci wyrosną, będą jej pomagać, ale los chciał inaczej. Syn wpadł w poważne tarapaty, Anna musiała zadłużyć się, by go uchronić przed więzieniem, długo potem spłacała długi. Córka, Daria, wyszła za mąż, urodziła dziecko i po roku zaczął chorować jej syn. Daria zrezygnowała z pracy, by chodzić z nim po szpitalach – mąż ją wtedy zostawił. W szpitalu poznała wdowca z córką, która miała identyczne schorzenie. Polubili się, zamieszkali razem. Po pięciu latach nowy mąż poważnie zachorował, potrzebował operacji. Anna miała pieniądze, pierwotnie chciała dać je synowi na wkład do mieszkania, ale kiedy córka poprosiła ją o pomoc, żal jej było wydawać pieniądze na „obcego” człowieka – w końcu to synowi były bardziej potrzebne. Darii odmówiła. Córka bardzo się obraziła i na do widzenia powiedziała: „Nie jesteś już moją matką, nie licz na mnie w trudnych chwilach”. I od dwudziestu lat nie mają ze sobą kontaktu. Daria wyleczyła męża i razem z dziećmi wyjechali gdzieś nad morze, nie wiadomo gdzie. Anna, gdyby mogła, wszystko by odkręciła… ale czasu nie da się cofnąć. Podeszła wolno do budynku domu opieki, gdy nagle usłyszała: – Mamo! Serce jej zabiło mocniej. Odwróciła się – to była Daria. Ugięły się pod nią nogi, ale córka zdążyła ją złapać. – Wreszcie cię znalazłam… Brat nie chciał dać adresu, zagroziłam mu sądem za nielegalną sprzedaż mieszkania, to zamilkł… Poszły razem do środka i usiadły w poczekalni. – Przepraszam, mamo, iż tyle lat się nie odzywałam. Najpierw miałam żal, potem odkładałam, wstydziłam się. Tydzień temu mi się przyśniłaś – błąkasz się po lesie i płaczesz. Wstałam, serce mi się ścisnęło. Opowiedziałam mężowi, a on mówi: „Jedź, pogódź się”. Pojechałam do twojego mieszkania, a tam obcy ludzie. Długo szukałam adresu brata, aż znalazłam. I jestem. Pakuj się, jedziesz ze mną. Wiesz jaki mamy dom? Duży, nad samym morzem. Mąż kazał: „Jak twojej mamie będzie źle – zabierz ją do nas”. Anna przytuliła się do córki i zapłakała – tym razem ze szczęścia. Czcij ojca swego i matkę swoją, aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi, którą daje ci Pan, twój Bóg.
POLOmarket rozdaje kupony. Jak Biedronka i Lidl, ale jest pewien haczyk
Nauczycielka przedszkola ostro o rodzicach. "W ogóle nie śpieszą się, nie jest im żal dziecka"
Zapowiedzi serii LEGO® ART na 2026 rok.
5 filmów, które działają jak terapia par. "Po nich zaczęły się mocne rozmowy"
Mamy dla Was prezent na walentynki! Rozdajemy kody na darmowy zestaw LEGO.
Porwanie stulecia — Chcę, żeby faceci biegali za mną i płakali, iż nie mogą mnie dogonić! — zawołała głośno Marzena, czytając swoje noworoczne życzenie z karteczki i podpaliła je zapalniczką. Popiół strzepała do kieliszka i dopiła resztkę szampana wśród śmiechu przyjaciółek. Choinka zamrugała światełkami, jakby się zamyśliła, po czym zabłysła jeszcze jaśniej. Muzyka rozbrzmiała głośniej, kieliszki zabrzęczały, twarze zawirowały w jednym wielkim sylwestrowym fajerwerku. Z gałązek posypał się złoty pył — albo tak to zapamiętała… — Ma-a-mo… Mamo, wstawaj! Marzena z trudem rozkleiła jedno oko. Nad nią stała niemal cała drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Znam was, dzieci? Dzieci z uśmiechem przedstawiały się, przechylając głowy: — Mama, przypomnij sobie: Mateusz — 9 lat, Olek — 7, Szymon — 5, Dawid — 3 lata! Pełny skład, bez rezerw, jeden przez drugiego z chytrymi minami i pełni determinacji. Nie o takich facetach marzyła w sylwestrową noc… — A gdzie wasz trener… tzn. tata gdzie? — zachrypiała, czując suchość w ustach. — Przynieście mamie trochę wody… Ledwo na chwilę zamknęła oczy — i znów: — Mamo! Natychmiast w jej dłoniach wylądowały dwie szklanki z wodą, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No proszę… Najstarszy już wie, jak ratować mamę po imprezie. Rośnie kadra. — Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś… — lamentowali młodsi. Marzena próbowała sobie przypomnieć, jak tu trafiła i co adekwatnie obiecała. — Kino? — Nie… — McDonald’s? — Nie! — Do sklepu z zabawkami? — No mamo! Nie udawaj! Prawie już gotowi, a ty wciąż nie wstajesz! — Gdzie wy się wybieracie, powiecie chociaż matce? — poddała się. — Kochanie, wstawaj — usłyszała męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna o orzechowych oczach, w których migały złote iskierki. Wow, niezły przystojniak! — Wszyscy gotowi, auto spakowane. Po drodze jeszcze supermarket — i w drogę! Marzena naprawdę próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i dlaczego dzieci wołają do niej „mama”. W głowie miała absolutną pustkę. Zero wspomnień. — Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! I dla siebie też! — krzyknął ktoś z dziecięcego pokoju. „Oho… jeszcze basen? Co to za życie i czemu nic z tego nie pamiętam?” Otworzyła oczy i rozejrzała się po pokoju. Z każdą chwilą było coraz jaśniej: nie poznaje tu absolutnie nic. Ani zdjęć, ani mebli, ani wzoru na ciężkiej zasłonie przy oknie. Pokój był obcy. Jedynym rodzajem rozpoznania był kwiat w doniczce — czerwona gwiazda betlejemska z lekko aksamitnymi płatkami. Biała doniczka ozdobiona perełkami też wydawała się dziwnie znajoma. Zamknęła oczy i ostrożnie spróbowała rozwikłać nić wczorajszego dnia. Z dziewczynami były umówione w restauracji, by świętować Sylwestra i pobawić się w Tajemniczego Mikołaja. Jak dawniej — tylko teraz z markowymi torebkami, wymyślnymi fryzurami i wiecznym brakiem czasu. Zaprzyjaźnione, wystrojone, roześmiane, trochę podniecone rzadką wolnością. Udało im się wyrwać, choćby na chwilę, z codziennej orbity: mąż, dzieci, lekcje, przedszkola, garnki… Promieniały tą wolnością jak uczennice zrywające się z ostatniego lekcyjnego dzwonka. Tylko Marzena była spokojna i piękna jak zawsze. Przecież wciąż samotna, sama sobie panią. Nie trzeba nikogo informować, na nikogo czekać, przed nikim się tłumaczyć. Ostatnia z panien młodych — żartowały przyjaciółki, mrugając i dolewając jej prosecco. Ona podarowała koleżance zestaw kosmetyków „z czarnym kawiorem i złotymi nićmi”. Wspólnie się śmiały, iż taki krem to grzech na kanapkę położyć i podać do szampana na śniadanie. Żarciki, przerywanie, wspólne zdjęcia pudełka ze wszystkich stron — jak nie flakony, a arcydzieło sztuki. Marzena za rewanż otrzymała gwiazdę betlejemską, tę samą z białą doniczką i perełkami. I butelkę rzadkiego prosecco, które koleżanka przywiozła z zamku nad Loarą. Wino, o którym mówi się szeptem i otwiera „tylko na wyjątkową okazję”. Przeczytała karteczkę, czy to toast, czy życzenie — i… wszystko! Dalej już nie pamięta. Szedł — padł — obudził się — gips! Spojrzała w lustro. Cały czas ta sama młoda kobieta, makijaż sylwestrowy jeszcze nie starty. Ale skąd dzieci, mąż? Nie pamięta ciąży, opieki, ślubu z przystojniakiem. I choć znała imiona dzieci, imienia męża już nie pamięta. Coś tu nie gra… Wyszła z pokoju, w korytarzu stały walizki na kółkach — dwie duże, klasyczne, czarna i kremowa ze znanym logotypem. Obok trzy dziecięce plecaki. Więc nie jadą do lasu na piknik — więc co? Wycieczka? W tym momencie do mieszkania wszedł „mąż”. Szybko, pewnie złapał walizki, jakby robił to setki razy, i delikatnie popchnął ją w stronę drzwi. — Spóźnimy się — powiedział spokojnie, bez zniecierpliwienia. Marzena odruchowo spojrzała na dłoń — i zamarła. Obrączki nie było! Ani na jej palcu, ani jego. Dziwne. Coś tu się nie zgadza. Dzieci po kolei wsiadły do dużego, wygodnego rodzinnego vana. Plecaki gwałtownie znalazły swoje miejsce, pasy z charakterystycznym kliknięciem. Mąż pewnie zasiadł za kierownicą. Marzena wzięła głęboki oddech i wcisnęła się na fotel obok. Podsunął jej kubek z kawą. Ciepła, z mlekiem, choć kawy z mlekiem nie znosi! To zabolało ją najbardziej. — No to jazda! — powiedział z uśmiechem i porozumiewawczo puścił oczko do dzieci. A samochód ruszył. Im dalej oddalały się od domu, tym większy niepokój czuła. Dzieci z tyłu szeptały, śmiały się, kłóciły półgłosem. Mąż prowadził pewnie, skoncentrowany, czasem spoglądał na nią z łobuzerską iskrą w oczach, jakby wiedział coś, o czym ona zapomniała. Marzena patrzyła na drogę, czując się jak Jeżyk we mgle. Niby wszystko jasne: rodzina, samochód, wyjazd. Ale jednak kompletnie nic nie rozumiała. Wyjechali za miasto i gwałtownie oddalali się od Warszawy. W głębi duszy była już pewna: to nie jej rodzina, tylko jakiś obcy facet i dzieci — ON ICH PORWAŁ! Nie, to oni ją porwali! Ale skąd więc zna imiona dzieci? Całkowicie się pogubiła, ale wyciągnęła jeden logiczny wniosek — obcy facet, porwanie, trzeba działać! Wyprostowała się, ścisnęła kubek kawy i udawała, iż patrzy na drogę. Wewnątrz przełączał się tryb „kobiety walczącej o przetrwanie”. Po pół godzinie dzieci podniosły alarm. — Tato, siku! — Piję! — Można coś przegryźć? Zjechali do stacji benzynowej. Wszyscy wysypali się z auta i ruszyli do budynku. Teraz jej szansa! Serce waliło jak młot. Cicho wymknęła się z kawiarni, schyliła i przebiegła do samochodu. Rzuciła się do fotela kierowcy… Kluczy nie było. — A tu jesteś, a my cię szukamy — z uśmiechem powiedział przez uchylone okno „mąż”. — No to skoro wszyscy są, ruszamy! — dodał spokojnie. — Kochanie, ja prowadzę, ty odpocznij — i ruszyli dalej. Po godzinie wyrosło przed nimi lotnisko — szkło, beton, tłok ludzi. Odstawili auto na zatłoczony parking i weszli wspólnie do środka. Marzena była w najwyższym stanie gotowości. Dość tego! Nie pozwoli się uprowadzić nie wiadomo gdzie! Nie będzie ofiarą porwania! Będzie walczyć! Delikatnie zaczęła zostawać z tyłu. Jeszcze krok, jeszcze… i nagle zerwała się do biegu. — Pomocy! Porwanie! — wrzasnęła, rzucając się do ochroniarza. Ochroniarz zareagował natychmiast. Marzena była natychmiast powalona na ziemię, zakuta w kajdanki. Wokół pojawiło się kilka osób z bronią, krótkofalówkami, poważnymi minami. — Proszę poczekać! Ja wszystko wytłumaczę! — krzyczał mężczyzna, którego uznała za porywacza. — To tylko noworoczny żart! Prank! Nie mamy broni! Nikt nie jest porywany! Marzena słyszała go jak przez mgłę. Wtem, jak w filmie, zobaczyła swoje przyjaciółki — za reklamową ścianką, uśmiechnięte, zmieszane i szczęśliwe. — Mamo! — krzyknęły dzieci i rzuciły się do jednej z kobiet stojących pośród koleżanek. Pozostałe już biegły do ochroniarzy — śmiech, przeprosiny, tłumaczenia na wyścigi, błagania o wypuszczenie „porywaczki”. Podnieśli ją, zdjęli kajdanki. Świat przestał wirować. Stała na środku lotniska, roztrzęsiona, rozczochrana, z szaleńczo bijącym sercem — i nagle zrozumiała: nikt jej nie ukradł. To ona została wkręcona! Gdy adrenalina opadła, zaczęła słyszeć głosy — i rozumieć. To był żart. Wielka, kosztowna komedia, zbiorowa konspiracja, z dreszczem kryminalnej intrygi. Przyjaciółki mówiły jedna przez drugą, tłumacząc się i przepraszając śmiejąc się na przemian. Chciały ją poznać z „fajnym facetem”. Tym samym, który od dawna do niej wzdychał, ale wiedział, iż Marzena jest nieprzejednana. Bo ona zawsze odpowiadała: — Dzięki, nie trzeba. Dobrze mi samej. A one doskonale wiedziały, iż na tradycyjne przedstawianie nie ma szans. Więc wymyśliły: nie przedstawić, tylko wrzucić ją wprost do „rodzinnej atmosfery”. Pokazać, jak to działa w praktyce: spokojny facet, zorganizowane dzieci, wspólna kawa, wymiana uśmiechów. I oczy ma, ech, jakie piękne… — Nie chciałyśmy, żebyś analizowała — powiedziały szczerze. — Chciałyśmy, żebyś po prostu poczuła — sercem. Marzena słuchała i zorientowała się, iż już nie potrafi się złościć. Kobieca logika nie znosi brutalnych rozwiązań, ale efekty… docenia. Tak, sposób był… dyskusyjny. Tak, niemal miała zawał. Ale eksperyment — czysty! Bywa, iż aby poczuć, czy to ten facet, wystarczy jedno wspólne śniadanie, troje dzieci i kawa podana przez „porywacza”. I wtedy go dostrzegła. „Bohater romansu” stał z rozbrajającym uśmiechem, łobuzersko niczym kot ze Shreka, w orzechowych oczach tańczyły złote diabełki. „Dzieci” przylepiły się do niego — jak się okazało, to jego siostrzeńcy, zachwyceni rolą w żarcie wujka. — No szybciej, spóźnicie się! — koleżanki nagle się ożywiły. — Samolot zaraz odleci! — Co, znowu porwanie? — przemknęło przez głowę Marzeny. — I gdzie mnie niby mieli wywieźć? Nad morze? Na Mazury? Jeść lody na pomoście? Wyciągnął do niej dłoń. — Zacznijmy od początku: jestem Władek. Pozwól się porwać — powiedział z miękkim uśmiechem. Spojrzała na przyjaciółki — czekały w napięciu. Potem zerknęła na walizki, w końcu znowu na jego orzechowe oczy. Pomyślała: czemu by nie…? — Jedźmy! — rzuciła z uśmiechem, sama do siebie, wiedząc, iż to porwanie jest najfajniejszą przygodą w jej życiu. A potem, prawie szeptem dodała: — Byle dzieci zostały w domu… Przyjaciółki wybuchły śmiechem, on uśmiechnął się jeszcze szerzej, a lotnisko, tłum i wrzawa zamieniły się nagle w początek czegoś zupełnie nowego — śmiesznego, ciepłego, zaskakująco swojskiego. Czasem życie nas nie kradnie. Ono po prostu nagle przenosi nas tam, gdzie od dawna mieliśmy się znaleźć.
Jeśli chcesz, to działaj – nie czekaj na innych
Zakaz ekranów w przedszkolach wywołał burzę. Tym razem oberwało się rodzicom
Co dzieje się w głowie śpiącego noworodka, gdy w pokoju rozbrzmiewa muzyka?
Kiedy dorosłe dzieci odcinają się od rodziców: prawdziwe powody
Robi komunię w domu. "Wszyscy mi odradzają, łącznie z panią z cateringu"
Facet "dojrzewa jak wino", kobieta "traci termin ważności". Mam dość podwójnych standardów
Przez dziesięć lat pracowałam jako kucharka i opiekunka w domu syna – bez żadnego słowa wdzięczności Nauczycielka przeszła na emeryturę w wieku 55 lat. Przez dekadę mieszkała z rodziną syna, pomagając w prowadzeniu domu. Niedawno spotkałyśmy się i podzieliła się radością, iż po raz drugi została emerytką. Pamiętam, jak zaraz po odejściu z pracy zamieszkała u syna, własne mieszkanie zostawiając zamknięte na klucz – nie wynajmowała go, może z obawy. Relacje z synową były dobre – zero kłótni, pełna zgoda w codzienności. Uważam, iż dokonała prawdziwego poświęcenia. Ich wspólne życie zaczęło się, gdy wnuczek miał rok, a trwało całe dziesięć lat. Synowa wróciła do pracy, a cała domowa odpowiedzialność spadła na babcię – gotowanie, sprzątanie, opieka nad dzieckiem. Od rana do wieczora była nianią, kucharką i pokojową. Kiedy wnuk poszedł do szkoły, woziła go tramwajem na lekcje i odbierała – tak aż do piątej klasy. przez cały czas wykonywała wszystkie prace domowe. Opowiadała, iż wieczorami nie miała siły choćby oglądać telewizji – zasypiała ze zmęczenia. Nie miała kontaktu z koleżankami, żadnych rozrywek. W święta młodzi wychodzili do znajomych, a ona siedziała z dzieckiem. I gdy chłopiec skończył prawie dziesięć lat, przypadek pomógł jej odzyskać wolność. Usłyszała, jak synowa mówi do syna: „Twoja mama chyba za dużo wsypuje proszku do prania, bo ubrania pachną chemią. Powiedz jej, ale delikatnie.” Przez dziesięć lat prała – i zero uznania! Przełknęła tę uwagę, starała się nie rozpamiętywać urazy. Drugie zdarzenie – synowa zasugerowała, iż babcia powinna oddać swój pokój wnukowi, a sama przenieść się do przechodniego. Wtedy dotarło do niej, iż czas się wyprowadzić. Spakowała rzeczy, odświeżyła swoje mieszkanie i wróciła do siebie. Syn z żoną się obrazili, przestali się odzywać – chyba byli przekonani, iż do końca życia będzie im służyć. Smutne, iż nikt jej nie podziękował – jakby to było oczywiste: sprzątać, gotować, opiekować się dzieckiem, nie mieć własnego życia. Ale ona jest optymistką – wierzy, iż wszystko się jeszcze ułoży. Dziś cieszy się prawdziwą radością: może żyć tylko dla siebie, nie spieszyć się, nie mieć żadnych obowiązków. W wieku 65 lat poczuła drugi raz młodość. Pamiętacie piosenkę: „Druga młodość przychodzi do tych, którzy pierwszą zachowali”? Ona doświadczyła magii wolności. Prawo do życia dla siebie, pełne uwolnienie od obowiązków. Może to tylko piękne słowa, ale prawdziwe poświęcenie. kilka osób to doceni – choćby własne dzieci. Przecież łatwo się przyzwyczaić, iż ktoś sprząta, gotuje, czuwa nad dzieckiem, pomaga z lekcjami. I wszystko to wydaje się oczywiste…
Tajemnicza korespondencja męża Poranek Olgi i Sergiusza rozpoczął się od pośpiechu. Zaspali na budzik, więc wszyscy w domu – Olga, Sergiusz i ich syn Wituś – biegali w popłochu, żeby jednocześnie zdążyć do pracy i przedszkola. — Kochanie! Odbierzesz dziś Witusia, dobrze? — zawołała Olga z sypialni, próbując jednocześnie wciągnąć spodnie i zapakować synowi rzeczy do plecaka. — Jasne! — odparł Sergiusz — Gdzie są moje klucze? — Nie widziałam! — rzuciła poirytowana Olga, przeszukując pokój w poszukiwaniu telefonu. Wreszcie udało jej się go znaleźć i zabrała się za ubieranie Witusia, który zupełnie nie przejmował się porannym chaosem i spokojnie bawił się samochodzikami. Do przedszkola Olga i Wituś dotarli w pięć minut. Olga próbowała rozpiąć synowi kurtkę, ale zamek się zaciął. Nagle spojrzała na Witusia i zobaczyła, iż zaczyna płakać. — Mamo, nie chcę do przedszkola… — Wituś zaczął marudzić, marszcząc czoło i zaciskając piąstki. — Synku, nie zaczynaj… Spieszymy się! — Olga starała się zachować spokój, choć jej głos lekko drżał. Pogłaskała chłopca po głowie, przykucnęła przy nim i próbowała uspokoić: — W przedszkolu będzie fajnie. Spotkasz kolegów, pobawisz się… Ale syn nie dawał się przekonać. Stawał się coraz bardziej marudny. Z szatni wyszła nauczycielka, uśmiechnęła się łagodnie do Olgi i wzięła Witusia za rękę. — Proszę się nie martwić, pani Olgo — powiedziała. — Zaraz sobie poradzimy. Wituś, chodź, dzieci już czekają. Olga westchnęła z ulgą, ale niemal od razu poczuła kolejną falę stresu. — Jezu, znowu jestem spóźniona… — wymamrotała pod nosem, zerkając na zegarek. Wychodząc, postanowiła zadzwonić do klientki, żeby uprzedzić o spóźnieniu. Wyjęła z torebki telefon, szukając w kontaktach odpowiedniego numeru, ale nic znajomego nie mogła znaleźć. Olga przyjrzała się dokładniej – to nie był jej telefon. W porannym zamieszaniu ze Sergiuszem zamienili się pokrowcami. Przeklęte pasujące etui, przeklęte te same hasła. — No świetnie… — mruknęła zirytowana, próbując wymyślić, jak skontaktować się z klientką. Musiała zadzwonić do męża, by przesłał jej adekwatny numer. Gdy o tym myślała, telefon w jej dłoniach zawibrował i pojawiło się powiadomienie o SMS-ie. Olga zerknęła pobieżnie: Dymek: „No i jak z tą laską z siłowni? Dała ci numer?” Olga zamarła. Przeczytała powiadomienie raz, potem jeszcze raz. Otworzyła rozmowę i zaczęła czytać. Dymek: „No to co, zdobyłeś jej zaufanie?” Sergiusz: „Tak, dała numer. Umówiliśmy się na ten weekend. U mnie.” Olga z przerażeniem czytała te słowa w kółko. W ten weekend? Przecież miała wywieźć Witusia do mamy i zostać tam na noc… — Boże… — wyszeptała, czując jak ściska jej się serce. — Lepiej bym tego nie wiedziała. Te przeklęte pary pokrowców… Ogromnym wysiłkiem udawało jej się zachowywać jak zwykle. Każdy dzień, każde spojrzenie na Sergiusza było teraz próbą nerwów. Do soboty zostały trzy dni, ale Olga już zapętlała w głowie rozważania, co powinna zrobić. Próbowała sobie tłumaczyć, iż to może jakieś nieporozumienie, iż może źle zrozumiała. Ale ilekroć patrzyła na męża, słyszała w głowie jego słowa z rozmowy: „w ten weekend. U mnie.” Sergiusz zdawał się niczego nie zauważać. Był jak zwykle troskliwy, miły, pomocny. Wieczorem pytał, jak jej minął dzień, pomagał przy kolacji, usypiał Witusia. Olga wpatrywała mu się w oczy, szukając odpowiedzi na pytania, których nie potrafiła zadać. Ani śladu winy – to przerażało ją jeszcze bardziej. W środę wieczorem oglądali razem film. Sergiusz objął ją ramieniem, jak dawniej, a Olgę musiała przygryźć wargi, by nie rozpłakać się na jego ramieniu. W jego uścisku czuła się bezbronna, jakby cały jej świat zaraz miał runąć. Każdy jego gest wydawał się fałszywy, jakby coś przed nią ukrywał. W piątek wieczorem położyli Witusia spać. Olga stała przy zlewie, zamyślona, bawiła się wodą. Sergiusz podszedł i objął ją w talii, szepcząc: — Jesteś dziś jakaś smutna. Wszystko w porządku? Olga zamarła, poczuła lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa. — Tak, wszystko okej — odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu. — Po prostu zmęczona. — Rozumiem — odparł czule, całując ją w czubek głowy. W nocy z piątku na sobotę, gdy Sergiusz spał, Olga po cichu wymknęła się do łazienki. Zamknęła się na klucz, puściła wodę i przysiadła na brzegu wanny. Wtedy wszystkie uczucia wylały się z niej. — Dlaczego? — szeptała przez łzy. — Dlaczego mi to robisz? Opętana pytaniami, znów i znów wracała do tego samego. Żadnej odpowiedzi. Co on zrobił? Co ja mam teraz zrobić? Powiedzieć mu czy odejść? W środku wszystko ją bolało, rozum szalał między strachem, żalem i próbą pogodzenia się z rzeczywistością. Jedno wiedziała — do rana musi znów założyć maskę. Jutro dzień, gdy prawda wyjdzie na jaw. W sobotę rano Olga zawiozła Witusia do swojej mamy. Działała niemal automatycznie – każdy ruch kosztował ją wysiłek. Mama od razu zauważyła, iż coś jest nie tak. — Olu, wszystko w porządku? — zapytała, witając córkę. Olga nerwowo się uśmiechnęła, starając się ukryć zdenerwowanie. Jej głos zabrzmiał nienaturalnie: — Tak, mamo, wszystko dobrze. Spieszę się… Chcę zrobić Sergiuszowi niespodziankę. — Całowała syna w czoło i poszła do auta, choćby nie oglądając się za siebie. Przez całą drogę do domu trzęsły jej się ręce. Naprzemiennie myślała: „A może on naprawdę idzie tylko do kolegi? A jeżeli ona nie przyjdzie? Może źle zrozumiałam?” Chciała przyłapać męża na kłamstwie i jednocześnie mieć nadzieję, iż wszystko okaże się pomyłką. Chciała zamknąć oczy, zapomnieć o wszystkim i znów być rodziną jak dawniej. Gdy dotarła na parking pod domem, długo nie mogła wysiąść z auta. Przed oczami stanęły obrazy szczęśliwych chwil: Sergiusz śmiejący się z nią w kuchni, wspólne spacery z Witusiem, wieczory przed telewizorem. Rodzina wydawała się tak silna, a teraz, siedząc w aucie, Olga miała wrażenie, iż każda minuta odwlekania przed domem przedłuża trochę jej szczęście. Chwila spokoju, zanim rzeczywistość zawali się jak domek z kart. W końcu odważyła się wejść na klatkę, zatrzymała się przy drzwiach, ściskając w drżącej dłoni klucz. Przekręciła go powoli, jakby nie chciała wchodzić do tej rzeczywistości za progiem. W mieszkaniu panował mrok, tylko na kuchni świeciła się lampka. Od razu usłyszała śmiechy, przyciszone głosy. W środku wszystko jej ścisnęło. „To on”, pomyślała. „Wszystko się spełniło.” Przez chwilę zakręciło jej się w głowie. Każdy kolejny krok w stronę kuchni był jak chodzenie we śnie. Czuła, jakby wszystko działo się poza nią, była zbyt przerażona, by się zatrzymać. W końcu weszła na kuchnię. — Sergiusz? — wyszeptała, a jej głos brzmiał, jakby należał do kogoś innego. Powtórzyła głośniej: — Sergiusz?!? Nie doczekawszy się odpowiedzi, weszła. Zobaczyła dwie osoby – mężczyznę i kobietę. Mężczyzna to nie był jej mąż. To był Dymek, najlepszy przyjaciel Sergiusza. Olga zamarła. Dymek odwrócił się gwałtownie, wyraźnie zaskoczony. — Olga! To nie tak, jak myślisz… Ja tylko… Olga! No wiesz przecież, co u nas w domu? Olu! Przecież nie pójdę z nią do swojej mamy… — zaczął się tłumaczyć. Olga nie słuchała, tylko stała oszołomiona, nie rozumiejąc, co się dzieje. W głowie dudniło jej okropnie. Rozum i serce rwały się na strzępy. Łzy zaczęły cicho spływać po policzkach, ale uświadomiła sobie, że… uśmiecha się. — Rozumiem, Dymek… — szepnęła w końcu. — Idę już. Wyszła za próg. Chłodne powietrze szczypało ją w twarz. Wyjęła telefon, drżącymi rękami wykręciła numer męża. — Halo… — jego głos zabrzmiał w słuchawce, ale ona nie potrafiła złożyć zdania. Wyrwało się z niej tylko nerwowe wyznanie: — Kocham cię… Bardzo cię kocham… Łkała i jednocześnie śmiała się trochę nerwowo, próbując zebrać myśli i cokolwiek jeszcze powiedzieć. Wszystkie podejrzenia, strach i napięcie nagle pękły. W głowie był chaos. — Byłam w domu… Tam był Dymek… — wyszeptała. — Wiem… Przepraszam, nie gniewaj się. Błagam. Ja jestem w biurze. Przyjedziesz? Nie gniewaj się, kochanie… Przecież znasz Dymka. Przyjedziesz? — Już jadę… Olga wybiegła do auta, pragnęła tylko jak najszybciej przytulić męża. Olga i Sergiusz siedzieli na podłodze w salce konferencyjnej, przed nimi stała butelka wina. Olga opierała głowę na ramieniu męża i ściskała w dłoni kieliszek. — Przepraszam, nie chciałam zaglądać w wasze wiadomości. Nigdy tego nie robiłam…©Stella Kiarri — To ja przepraszam, iż dałem się wciągnąć w tę historię. Powinienem ci od razu wszystko powiedzieć. — Dlaczego on cię prosił? — Bo jestem jego kumplem. Dzień wcześniej skompromitował się przed tą dziewczyną… — Jak? — Wpadł na nią z pełnym pędem i oblał energetykiem… Zepsuł jej biały garnitur, cała była niebieska… Potem, jak zwykle, zdziecinniał. „Nie dam rady! Boję się! Sergiusz, pomóż!”. Mówiłem do niego jak do czternastolatka. Sergiusz zaczął naśladować głos kolegi. Olga roześmiała się. — To mój najlepszy przyjaciel… Żal mi go czasem. Wziąłem od niej numer, przedstawiłem Dymka w najlepszym świetle, dodałem trochę humoru i… gotowe. — A czemu do nas ją zaprosił? Przecież mógł iść do hotelu… — A nie pamiętasz, dlaczego przez cały czas mieszka z mamą? — Żeby nie wydawać na wynajem… I żeby mama mu kotleciki smażyła… I prała oraz prasowała skarpetki. — No właśnie — Sergiusz spojrzał na żonę wymownie. — Skąpiec z niego! — Olga wybuchnęła śmiechem. — Kumpel od podstawówki, to pewnie jedyny przed kim mu nie wstyd pokazać tej swojej strony… — Serio… Jesteś idealnym przyjacielem, Sergiusz! Szanuję! Olga pokręciła głową. — Stop. A jeżeli oni dalej tam są? Nie możemy nocować w twoim biurze… Do domu na razie nie chcę… Niech tam posprzątają. Sergiusz pocałował żonę. — Ja nie jestem skąpy jak on. Zasłużyliśmy na romantyczny wieczór. — Naprawdę?! Jedziemy do hotelu?! Sergiusz przytaknął, błyskawicznie podniósł żonę na ręce i zarzucił ją sobie na ramię. Olga śmiała się, próbując się wyrywać, ale mąż trzymał ją mocno. — Dostarczę cię tam całą i zdrową! Olga śmiała się na całe gardło, nie mogąc uwierzyć, iż jeszcze parę godzin wcześniej w duszy żegnała się ze swoim małżeństwem.
Adam, nie chcę cię skrzywdzić ani zranić, kochanie Adam usiadł na parapecie okna i wyglądał na podwórze. Czekał na swojego tatę i zamyślił się. Minęły już dwa lata, odkąd jego mama go opuściła. „Zaczęła wszystko od nowa z kimś innym” – powiedział kiedyś tata z żalem. Dlaczego zostawiła syna? Kto to wie. Adam nie mógł tego zrozumieć. Powoli zaczął o niej zapominać. Rodzinne rozgrywki Tata starał się ze wszystkich sił dla syna. Chłopiec miał już dziesięć lat, wiele rozumiał, niczego nie dało się przed nim ukryć. Tylko sens tego wszystkiego mu umykał. Nauczył się zmywać naczynia, odkładać rzeczy na miejsce. Już nie bawił się zabawkami. Teraz to już prawie mężczyzna. Poza tym Adam był bardzo samotny. Marzył o psie. Ale tata nie zgodził się na jego prośbę. – A kto się nim zajmie? Ja ciągle pracuję, a ty przecież chodzisz do szkoły i jesteś jeszcze za młody. Tata zamiast psa przyprowadził kiedyś do domu kobietę. Miała na imię Anna. Zamieszkała z nimi. Chłopiec starał się jej w ogóle nie odzywać. Była dla niego kimś obcym. Ale tata nazywał ją swoją żoną i chciał, żeby syn miał mamę. – Nie potrzebuję jej! – odpowiedział jednoznacznie Adam. Tak właśnie żyli. Chłopiec widział jednak, jak tata jest szczęśliwy z Anną. Byli dla siebie dobrzy, śmiali się razem, przytulali. Adam jednak wciąż czuł się zły, bolało go serce. – Tato, chcę, żeby ona się wyprowadziła. – Adamie, ja chcę, żeby została. Trudno nam żyć bez kobiety – żony i matki. Nadeszły ciepłe dni. Adam biegał po podwórku z kolegami. Nowi przyjaciele powiedzieli mu, iż tata i „nowa mama” na pewno oddadzą go do domu dziecka. Przeraził się. Przecież mama go zostawiła – może oni też się go pozbędą? Może chcą mieć swoje dziecko, a on im tylko przeszkadza. Postanowił więc na wszelki wypadek przygotować się na najgorsze. Przez przypadek usłyszał urywek rozmowy: „Tam mu będzie dobrze, powinniśmy go tam wysłać”. To go załamało. Nie zmrużył oka całą noc, rankiem postanowił pozbyć się Anny. Utrudniał jej życie – przesolił herbatę, zostawił gaz pod pustą patelnią. Był nieuprzejmy. Ona gwałtownie się domyśliła, kto za tym stoi i zawołała go na rozmowę. – Chodź, musimy porozmawiać. Jesteś zły. – Nie jestem zły – próbował się wykręcić. – Adamie, nie chcę cię skrzywdzić ani zranić, kochanie… Wynajęliśmy domek na lato. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę, ale chyba lepiej być szczerym. Tata znalazł dla nas psa i dzisiaj pojedziemy go odebrać. Możesz jechać z nami. – Naprawdę? – Adam był zaskoczony i gotów uwierzyć. Przytulił Annę najmocniej, jak potrafił. Anna o mało się nie rozpłakała: – Powinieneś się cieszyć, wszystko będzie dobrze, nie musisz płakać – pogłaskała go po głowie. Kiedy tata wrócił z pracy, pojechali razem po szczeniaka. Adam zamienił złość w przyjaźń i już nie widział w Annie wroga. Pogodzili się. Szczeniak zasnął w ramionach chłopca. Wszyscy byli szczęśliwi.
PRZYPOMNĘ CI – Pani Maria, tutaj ten zawijas mi nie wychodzi… – szepnął smutno drugoklasista Tomek, wskazując pędzelkiem na niesforny, zielony listek swojego namalowanego kwiatka. – Kochany, pędzelkiem delikatniej… no właśnie, lekko, jakbyś muśnięciem po dłoni. O, widzisz? Nie zawijas, a dzieło sztuki! – uśmiechnęła się starsza nauczycielka. – A dla kogo to namalowałeś takie cudo? – Dla mamy! – rozpromienił się chłopiec, dumny z pokonania trudnego listka. – Dziś ma urodziny, to mój prezent! – Szczęściara z Twojej mamy, Tomeczku! Tylko poczekaj, nie zamykaj jeszcze zeszytu – niech wyschną farby, żeby się nie rozmazały. A w domu ostrożnie wyrwij ten arkusz. Zobaczysz, twojej mamie bardzo się spodoba! Pani Maria posłała ostatnie spojrzenie na głowę pochyloną nad kartką i, uśmiechając się do własnych myśli, wróciła do swojego biurka. Prezent dla mamy! Dawno takich pięknych nie widziała. Tomek ma zdecydowanie talent do malowania! Trzeba by zadzwonić do jego mamy i zapisać go do szkoły plastycznej. Szkoda by taki dar zmarnować. A przy okazji zapytać swoją byłą uczennicę, czy podobał się prezent… Pani Maria sama nie może oderwać oczu od tych kwiatów na kartce – wydaje się, iż za chwilę poruszą się listki i zawijasy. Po mamie Tomek – cały po mamie! Larysa w jego wieku też tak pięknie malowała… ***** – Pani Mario, tu Larysa, mama Tomka Kotowskiego – wieczorem zadzwonił telefon w mieszkaniu nauczycielki. – Dzwonię uprzedzić, iż Tomek jutro nie przyjdzie do szkoły – powiedział surowo młody kobiecy głos. – Dzień dobry, Laryso! Co się stało? – zainteresowała się Pani Maria. – Stało się! Cały dzień urodzin mi ten łobuziak zepsuł! – wybuchła Larysa. – A teraz leży z gorączką, pogotowie właśnie pojechało. – Jak to z gorączką? Zdrowy wychodził ze szkoły, prezent ci niósł… – Mówisz o tych bohomazach? – Jakich bohomazach, Laryso! Takie kwiaty ci namalował! Sama właśnie miałam dzwonić, żeby zapisać go do szkoły plastycznej… – Nie wiem, jakie tam były kwiaty, ale na kłakatego kłębek to na pewno nie liczyłam! – Jaki kłębek? O czym ty mówisz? – zaniepokoiła się Pani Maria coraz bardziej słuchając chaotycznych tłumaczeń roztrzęsionej kobiety. – Laryso, nie masz nic przeciwko, żebym teraz do was przyszła? Mieszkam obok… Po uzyskaniu zgody dawnej uczennicy, a dziś mamy swojego ucznia, Pani Maria sięgnęła do szuflady po stary album ze zdjęciami i dziecięcymi rysunkami jej pierwszej klasy i wyszła z mieszkania. Na jasnej kuchni, do której zaprowadziła ją Larysa, panował bałagan. Mama Tomka opowiadała: Jak przyszedł późno ze szkoły, cały ubłocony, jak z tornistra i kurtki woda kapała… Jak wyjął spod kurtki mokrego szczeniaka, cuchnącego na całą klatkę! Wpadł po niego do rowu z wodą, gdzie go wrzucili inni chłopcy! O książkach zniszczonych, o bohomazach w zeszycie, o gorączce, która w godzinę wzrosła do prawie czterdziestu… O tym, iż goście wyszli, tortu nie zdążyli zjeść, a lekarz z pogotowia jeszcze ją skarcił za niedopilnowanie dziecka… – Odniosłam tego kundelka z powrotem na śmietnik, kiedy Tomek zasnął. A zeszyt, proszę, schnie na kaloryferze. Z kwiatków nie zostało nic, tylko plamy! – syknęła Larysa. Nie zauważyła nawet, jak z każdym jej słowem mina Pani Marii stawała się coraz surowsza. A gdy usłyszała o losie uratowanego przez ucznia szczeniaka – zmierzchła już zupełnie. Surowo spojrzała na Larysę, pogłaskała po zniszczonym zeszycie i zaczęła cicho mówić… O zielonych zawijasach, o ożywionych kwiatkach… O dziecięcym wysiłku i odwadze. O chłopięcym sercu, które nie mogło znieść krzywdy, i o łobuzach wrzucających zwierzaka do rowu. Potem podniosła się, wzięła Larysę za rękę i podprowadziła do okna: – Widzisz, tamten rów? Nie tylko szczeniak mógł utonąć, ale i Tomek. Ale czy wtedy o tym myślał? Może o kwiatkach na kartce, żeby nie zepsuć prezentu dla mamy… A może, Laryso, zapomniałaś, jak w latach 90., na ławce przy szkole płakałaś, ściskając wyrwanego chuliganom kociaka? Wszyscy ze szkoły go głaskali, czekali na twoją mamę. Nie chciałaś wracać do domu, oskarżałaś rodziców, kiedy „kłakate coś” za drzwi wyrzucili… Dobrze, iż się opamiętali! To ci przypomnę! I Tiszka twojego, z którym nie chciałaś się rozstać! I uszatego Muhtara, szczeniaka podwórzowej suki, który szedł z tobą aż do liceum, i gawrona ze złamanym skrzydłem, którego pielęgnowałaś w klasowej hodowli… Pani Maria wyjęła z pożółkłego albumu duże zdjęcie, na którym drobna dziewczynka w białym fartuszku tuliła kociaka, uśmiechając się do zgromadzonych dookoła kolegów i koleżanek, i cicho, ale stanowczo dodała: – Przypomnę ci dobroć, która w twoim sercu mimo wszystko rozkwitała kolorami… Za zdjęciem na stół spadł pożółkły dziecięcy rysunek – dziewczynka trzymająca puchatego kociaka, drugą rączką ściskająca dłoń mamy… – Gdybym mogła – poważniej dodała Maria – tego szczeniaka razem z Tomkiem wycałowałabym z całych sił! A te plamy oprawiła w ramkę! Bo nie ma dla matki lepszego prezentu, niż wychować człowieka! I nie zauważyła, jak z każdym słowem twarz Larysy się zmieniała. Jak niespokojnie zerkała w stronę zamkniętych drzwi Tomcia, jak kurczowo ściskała zeszyt… – Pani Mario! Proszę, choć na chwilę popilnuje pani Tomka? To tylko chwila! Wracam zaraz! Pod czujnym spojrzeniem nauczycielki Larysa narzuciła płaszcz i pobiegła do widocznego w oddali śmietnika. Mokrą trawą, wołając, zaglądała pod stare pudła, rozgarniała śmieci, nie mogąc oderwać wzroku od domu… Czy wybaczy? ***** – Tomek, kto tu wącha twoje kwiatki? Czyżby twój przyjaciel – Dikuś? – On sam, Pani Mario! Poznała pani? – Oczywiście! Jeszcze pamiętam, jak my z twoją mamą te łapy myłyśmy – roześmiała się nauczycielka. – Ja mu teraz codziennie myję łapy! Mama mówi: masz psa – dbaj! choćby specjalną wanienkę nam kupiła! – Masz cudowną mamę, a znowu coś dla niej rysujesz? – Tak, do ramki chcę dać. Bo tam w ramce ma plamy i się do nich uśmiecha. Czy można śmiać się do plam, Pani Mario? – Do plam? – zamyśliła się nauczycielka. – Chyba można, jeżeli te plamy są z czystego serca. A powiedz, jak ci idzie w szkole plastycznej? Radzisz sobie? – Jasne! Niedługo narysuję portret mamy! Ucieszy się. A tymczasem – to dla pani od mamy, ona też maluje. Tomek wyciągnął z plecaka kartkę. Pani Maria rozłożyła ją i objęła lekko siedzącego chłopca. Tam, na białej kartce, wśród kolorowych plam uśmiechał się szczęśliwy Tomek z ręką na czarnej głowie zakochanej w nim psiny. Obok nich stała drobna, jasnowłosa dziewczynka w wyblakłym szkolnym fartuszku, tuląca kociaka… A po lewej, zza zasypanego podręcznikami nauczycielskiego stołu, z uśmiechem i nieskończoną mądrością w oczach spoglądała ona – Pani Maria. I w każdej kresce tego obrazka, w każdym pociągnięciu pędzla czuła ukrytą, bezkresną matczyną dumę. Pani Maria otarła łzę i nagle uśmiechnęła się jasno – w samym rogu kartki, kolorami kwiatów i cienkimi zielonymi zawijasami, kryło się jedno jedyne słowo: „Pamiętam”.
Wszystko mi się sypie, a na dodatek jeszcze ty!
"Staram się nie nadużywać pomocy dziadków. Nigdy nie podrzucałam im dzieci na siłę"
Przewidywane wycofania na koniec 2026. Sprawdźcie co wypadnie z serii Ideas.
Zagadka matematyczna oddzieli słabeuszy od geniuszy. Większość się myli
6 edycja badania Diversity in Check
Zgodziłam się opiekować dzieckiem mojej najlepszej przyjaciółki, nie wiedząc, iż to syn mojego męża – historia zdrady, która złamała mi serce i odebrała wszystko, co kochałam
Klasyczni Kosmonauci z LEGO. Sprawdźcie czy macie wszystkich!
Chce wrócić do pracy po wychowawczym. "Boję się, iż nasza więź osłabnie"
LEGO MONOPOLY zdobywa 10 000 głosów w programie LEGO Ideas
Okazja Cenowa (Ninjago) – 71858 Kuźnia Cztery Bronie – 15-lecie
Rano stan Michała Sergiusza się pogorszył. Dusił się. — Nikita, nie potrzebuję niczego. Żadnych twoich leków, nic. Proszę cię tylko o jedno, pozwól mi pożegnać się z Przyjacielem. Proszę. Odłącz to wszystko ode mnie… Mężczyzna wskazał na kroplówki. — Nie mogę tak odejść. Rozumiesz, nie mogę… Po jego policzku spłynęła łza. Nikita wiedział, iż jeżeli wszystko odłączy, może nie zdążyć go doprowadzić na zewnątrz. Do nich zeszli się mężczyźni z całej sali. — Nikita, naprawdę nic nie da się zrobić? Nie godzi się tak… — Wiem… Ale to przecież szpital, wszystko sterylne. — Co z tego… Spójrz, człowiek odejść nie może. Wszystko rozumiał. Ale co mógł? Nikita wstał. Wszystko może. Do diabła z tą dyskusją, do diabła z firmą ojca. Niech mnie wyrzucą. gwałtownie się odwrócił, napotkał spojrzenie Ani. Było w nim podziw. Nikita wybiegł na dwór. — Przyjacielu, tylko cicho. Może nikt nie zauważy. Chodźmy, chodźmy do pana. Już otwierał drzwi, gdy drogę zagrodziła mu dr Emma Edwardowna. — Co to ma znaczyć? — Pani doktor… Proszę, pięć minut. Pozwólcie im się pożegnać. Rozumiem wszystko. Zwolnicie mnie potem. Przez moment milczała. Kto wie, co się działo w jej głowie, ale nagle zrobiła krok w bok. — Dobrze. Niech i mnie wtedy wyrzucą. — Przyjacielu, chodź za mną! Nikita biegł korytarzem szpitala, Przyjaciel obok. Przed nimi Ania otworzyła drzwi. Pies jakby coś wyczuł, w dwóch susach był pod salą… jeszcze jeden skok i już stoi na tylnych łapach przy łóżku Michała Sergiusza, przednimi opiera się o krawędź łóżka. W sali absolutna cisza. Mężczyzna otworzył oczy. Próbował podnieść rękę, ale mu się nie udało. Przeszkadzały kroplówki. Wyrwał je więc drugą ręką. — Przyjacielu! Przyszedłeś… Pies położył głowę na piersi Michała Sergiusza. Pogłaskał go. Raz, drugi. Uśmiechnął się… Uśmiech zastygł na jego ustach. Dłoń opadła. Ktoś powiedział: — Pies płacze… Nikita podszedł do łóżka. Przyjaciel naprawdę płakał. — Już. Chodź… Chodź… *** Nikita usiadł na płotku, a Przyjaciel poszedł w krzaki i się położył. Do Nikity podszedł jeden z mężczyzn z sali, ten, co kiedyś pierwszy oddał swoje kotlety. Podał paczkę papierosów. Nikita popatrzył na niego, chciał odmówić, ale machnął ręką. Zapalił. Obok usiadła Ania. Oczy czerwone, nos opuchnięty. — Aniu… To mój ostatni dzień. — Dlaczego? — Wiesz, najpierw byłem tu za karę, potem żeby udowodnić ojcu, iż dam radę… Miał mi oddać firmę. Ale to nie o firmę chodzi. Nie dam rady. Jadę do domu. Powiem mu wprost – twój syn to nieudacznik. Przepraszam, Aniu… Nikita odszedł. Złożył wymówienie, spakował rzeczy. Ania patrzyła przez okno, jak podjechał swoim „mercedesem”, wysiadł. Otworzył drzwi pasażera i poszedł w stronę krzaków. Coś mówił Przyjacielowi, potem wrócił do auta, oparł się i czekał. Pies podszedł kilka minut później. Długo patrzył Nikicie prosto w oczy, a potem wskoczył do samochodu. Ania znowu płakała. — Nie jesteś nieudacznikiem! Jesteś najlepszy! *** Kilka dni później Ania zobaczyła, jak z ordynatorem idzie mężczyzna bardzo podobny do Nikity. Runęła po schodach i wybiegła na zewnątrz. — Jest pan ojcem Nikity? Ordynator spojrzał na nią zaskoczony. — Aniu, co się dzieje? — Zaczekajcie, panie ordynatorze, najwyżej potem mnie zwolnicie! To pan? Wadim Olegowicz też patrzył zaskoczony na drobną dziewczynę z uroczymi piegami. — Ja. — Nie wolno! Słyszy pan? Nie wolno panu myśleć, iż Nikita jest nieudacznikiem! On jest najlepszy! Jako jedyny się nie bał i pozwolił człowiekowi pożegnać się przed śmiercią z najbliższym przyjacielem! Nikita ma serce i duszę! Ania odwróciła się i weszła do budynku. Wadim Olegowicz się uśmiechnął. — Ale się wystroiła. Sergiusz odpowiedział: — No i co z nią zrobić? Dziewczyna dobra, ale zawsze jej trzeba prawdę! — To źle? — Nie zawsze dobrze… *** Minęły trzy lata. Z bramy pięknego domu wyszła cała rodzina. Nikita prowadził wózek, a Ania miała na smyczy wielkiego, zadbanego psa. Doszli nad Wisłę, Ania spuściła psa ze smyczy. — Przyjacielu, nie odchodź za daleko! Pies wielkimi susami popędził nad rzekę. Po dwóch minutach dziecko w wózku zapiszczało. Przyjaciel już był przy wózku. Ania zaśmiała się. — Nikita, chyba nie będziemy potrzebować niani. No i czego się przybiegłeś? Sonia tylko zgubiła smoczek. Dziecko znowu zasnęło, Przyjaciel zajrzał do wózka i upewniwszy się, iż wszystko w porządku, pognał za motylem… Ostatnie pożegnanie z Przyjacielem – poruszająca historia o odwadze, lojalności i szpitalnej codzienności na polskim oddziale
Okazja Cenowa (Icons) – 10313 Bukiet z polnych kwiatów
Okazja Cenowa (Botanicals) – 10369 Kwiat śliwy
Okazja Cenowa (Marvel) – 76269 Wieża Avengersów
Pokazała, jak dzieli ojców odbierających dzieci ze szkoły. "Tych typów chcesz unikać"
Mam 70 lat i zostałam matką, zanim nauczyłam się myśleć o sobie. Wyszłam za mąż młodo, a od pierwszej ciąży moje życie kręciło się wokół innych. Nie pracowałam poza domem – nie dlatego, iż nie chciałam, ale dlatego, iż nie miałam wyboru – ktoś musiał być na miejscu. Mąż wychodził wcześnie i wracał późno. Dom był mój. Dzieci były moje. Zmęczenie także. Pamiętam nieprzespane noce – jedno dziecko z gorączką, drugie wymiotuje, trzecie płacze. Ja – sama. Nikt nie pytał, czy daję radę. Następnego dnia znów wstawałam, robiłam śniadanie i działałam dalej. Nigdy nie powiedziałam „nie mogę”. Nigdy nie prosiłam o pomoc. Wydawało mi się, iż tak powinna postępować dobra matka. Gdy dzieci dorosły, chciałam się czegoś nauczyć – choćby krótkiego kursu. Mąż powiedział: „A po co ci to? Swoje już zrobiłaś.” Uwierzyłam mu. Zostałam tą, która wspiera w tle. Gdy jedno dziecko zawaliło semestr, ja rozmawiałam z mężem, by go uspokoić. Gdy drugie zaszło młodo w ciążę, chodziłam z nią po lekarzach i opiekowałam się wnukiem, zanim się zorganizowała. Zawsze byłam tą, która przejmuje stery, gdy coś się sypie. Potem pojawiły się wnuki i dom ponownie się zaludnił – plecaki, zabawki, płacz, śmiech. Przez lata byłam przedszkolem, stołówką, opiekunką. Nigdy nie oczekiwałam wdzięczności. Nigdy się nie żaliłam. Gdy byłam wykończona, słyszałam: „Mamo, tylko ty umiesz się nimi dobrze zająć.” To mnie trzymało. Potem mąż zachorował – opiekowałam się nim do końca. Po jego śmierci zaczęły się wymówki: „W tym tygodniu nie mogę”, „wpadnę w przyszłym”, „zadzwonię później”. Dzisiaj mijają tygodnie, zanim kogoś zobaczę. Nie przesadzam – tygodnie. Bywały moje urodziny, kiedy dostałam tylko sms-a. Czasem kładę dwa talerze na stole, nieświadomie. Orientuję się, gdy jedzenie jest gotowe, a nie ma do kogo zawołać. Raz upadłam w łazience. Nie było poważnie, ale się przestraszyłam. Siedziałam na podłodze i czekałam, aż ktoś odbierze telefon. Nikt nie odpowiedział. Wstałam sama. Nie powiedziałam nikomu, by ich nie martwić. Nauczyłam się milczeć. Dzieci mówią, iż mnie kochają i wiem, iż to prawda. Ale miłość bez obecności też boli. Rozmawiają ze mną szybko, zawsze w biegu. Gdy zaczynam opowiadać, słyszę: „Daj spokój, mamo, pogadamy później”. To „później” nigdy nie nadchodzi. Najtrudniejsza nie jest samotność. Najtrudniejsze jest poczucie, iż z potrzebnej stałam się zbędna. Byłam fundamentem wszystkiego, a teraz jestem niewygodnym zobowiązaniem w kalendarzu. Nikt nie jest dla mnie zły. Po prostu już nie jestem im potrzebna. Co byście mi poradzili?
Twoje dziecko gra w Roblox, Minecraft lub Fortnite? Uważaj, rodzice oskarżyli twórców
Wkrótce otwarcie nowej wystawy w Muzeum Armii Krajowej [ZDJĘCIA]
— Tato, nie przychodź już do nas, bo jak tylko wychodzisz, mama zawsze zaczyna płakać i płacze aż do rana. — Zasypiam, budzę się, znowu zasypiam, znowu się budzę, a ona cały czas płacze. Pytam: „Mamo, czemu płaczesz? Przez tatę?” — A mama mówi, iż nie płacze, tylko katar ma. Ale ja już jestem duża i wiem, iż taki katar nie powoduje łez w głosie. Tata Oli siedział z córką przy stoliku w kawiarni, mieszał kawę w malutkiej filiżance, która już ostygła. A Olinka choćby nie dotknęła swojego lodowego deseru — choć przed nią w pucharku prawdziwe dzieło sztuki: kolorowe kulki, przykryte listkiem mięty, wiśnią i polane czekoladą. Każda sześciolatka byłaby zachwycona takim deserem, ale nie Olinka, bo ona już w zeszły piątek postanowiła porozmawiać z tatą poważnie. Tata siedział długo w milczeniu, aż w końcu zapytał: — No i co my z tym zrobimy, córciu? Mamy się w ogóle nie widywać? Jak ja wtedy będę żył? Ola zmarszczyła nosek, taki jak mamusi — lekko kartofelkowaty, pomyślała, i odparła: — Nie, tatusiu, ja też nie dam rady bez ciebie. Zróbmy tak. Zadzwoń do mamy i powiedz jej, iż co piątek będziesz mnie odbierał z przedszkola. — Pójdziemy na spacer, może do kawiarni, na kawę albo lody, a ja będę opowiadać ci wszystko o tym, jak z mamą żyjemy. Potem znowu się zamyśliła i po chwili dodała: — A jeżeli będziesz chciał zobaczyć mamę, to będę ją co tydzień fotografować telefonem i pokazywać ci zdjęcia. Chcesz? Tata spojrzał na swoją mądrą córkę, uśmiechnął się lekko i przytaknął: — Dobrze, córeczko, tak właśnie będziemy teraz żyć. Ola westchnęła z ulgą i zabrała się za lody. Ale rozmowa się jeszcze nie skończyła, musiała powiedzieć coś najważniejszego. Więc, gdy pod jej nosem z kolorowych kulek zrobiły się lśniące „wąsy”, oblizała je, stała się znowu poważna — niemal dorosła. Prawie jak kobieta, która musi zadbać o swojego mężczyznę, choćby jeżeli jest już „stary”, bo tata miał urodziny w zeszłym tygodniu, a Ola zrobiła mu na tę okazję laurkę w przedszkolu z wielką cyfrą „28”. Jej twarz znów spoważniała, marszczyła brwi i powiedziała: — Wydaje mi się, iż powinieneś się ożenić… I wielkodusznie skłamała, dodając: — Przecież nie jesteś taki stary… Tata docenił „gest dobrej woli” córki i się uśmiechnął: — No jasne, „nie bardzo”… Ola z entuzjazmem kontynuowała: — Nie bardzo, nie bardzo! Pan Sławek, który dwa razy już przychodził do mamy, jest choćby trochę łysy, tutaj… Pokazała dłonią czubek głowy i przeczesała locki. Po tym, jak tata nagle się spięty i spojrzał jej w oczy, Ola zrozumiała, iż zdradziła tajemnicę mamy. Przycisnęła obie dłonie do ust i szeroko otworzyła oczy — znak zaskoczenia i niepokoju. — Pan Sławek? Kto to taki pan Sławek, co do was wpada? Ten od mamy z pracy? — tata prawie powiedział głośno, na całą kawiarnię. — Tatuś, nie wiem… Może z pracy. Przychodzi, przynosi mi cukierki i nam tort. — I jeszcze — Ola się waha, czy zdradzić taki sekret tacie, tym bardziej „nieprzewidywalnemu” — przynosi mamie kwiaty. Tata splecionymi palcami długo patrzył na ręce leżące na stole. Ola wiedziała, iż właśnie teraz, w tej chwili, tata podejmuje bardzo istotną w życiu decyzję. Dlatego czekała, nie poganiała. Już się domyślała, iż wszyscy mężczyźni są trochę uparci, a do adekwatnych decyzji kobieta musi ich czasem pchnąć. A kto, jak nie najważniejsza w życiu córka? Tata milczał, aż w końcu westchnął, podniósł głowę i powiedział… Gdyby Ola była starsza, wiedziałaby, iż wypowiedział te słowa jak Otello swoje tragiczne pytanie do Desdemony. Ale Ola jeszcze nie znała historii Otella, Desdemony, wielkich kochanków. Po prostu zbierała życiowe doświadczenia, patrząc, jak ludzie cieszą się i cierpią przez drobiazgi. Tata powiedział: — No chodźmy, córeńko. Już późno. Odprowadzę cię do domu. I porozmawiam z mamą. Ola nie pytała, o czym tata chce rozmawiać z mamą, ale zrozumiała, iż to ważne — i gwałtownie dokończyła lody. Zrozumiała też, iż to, co zamierzał tata, było o wiele ważniejsze niż najsmaczniejsze lody, więc niemal zgrabnie rzuciła łyżeczkę na stół, zsunęła się z krzesła, wytarła usta dłonią, pociągnęła nosem i, patrząc prosto na tatę, powiedziała: — Jestem gotowa. Chodźmy… Do domu nie szli, tylko prawie biegli. adekwatnie to biegł tata, ale Oli nie wypuścił z ręki, więc „powiewała” trochę jak chorągiewka. Wbiegli do klatki, gdy drzwi windy właśnie się zamykały, odwożąc sąsiada na górę. Tata spojrzał niepewnie na Olę. Ta spojrzała z dołu i spytała: — No co? Na co czekamy? To tylko siódme piętro… Tata wziął córkę na ręce i pobiegł schodami. Gdy mama po długich nerwowych dzwonkach wreszcie otworzyła drzwi, tata od razu zaczął od najważniejszego: — Nie możesz tak! Jaki jeszcze Sławek? Przecież kocham cię. I mamy Olę… Potem, nie puszczając córki z objęć, objął też mamę. Ola objęła ich oboje za szyję i zamknęła oczy. Bo dorośli się całowali… Tak to już jest w życiu, iż dwóch zagubionych dorosłych pocieszyła mała dziewczynka, która ich kochała, oni ją i siebie nawzajem — tylko pielęgnowali w sobie dumę i urazy… Dajcie znać w komentarzach, co o tym myślicie! Klikajcie łapki w górę.
Jak chcesz, to sobie zrób!
Chrypka u dziecka – potencjalne przyczyny i sposoby leczenia
Gdy pociąg już odjechał
Tajemnicza korespondencja męża: Poranek pełen chaosu, zgubione telefony i wiadomość, która zmieniła wszystko w polskim małżeństwie Olgi i Sergiusza
„Tata, a Marcin powiedział…” – czyli jak dorośli w garniturach grają w głuchy telefon, a stawką jest nasza rzeczywistość
Jeszcze mamy w domu swoje sprawy… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego nieogrzewanego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało pustką. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a sufity zdążyły pokryć się pajęczynami, wiekowy stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją niemal z wyrzutem: gdzieś ty, gospodyni, zniknęła? Na kogo mnie zostawiłaś?! Jak tu zimować?! – Zaraz, zaraz, kochany mój, poczekaj chwilkę, odpocznę… Napalę, rozgrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Wala kręciła się po starej chacie: bieliła, malowała, przynosiła wodę. Jej drobna postać raz kłaniała się przed ikonami, raz rządziła przy piecu, raz latała po ogrodzie, sadząc, pieląc i podlewając. A dom cieszył się razem z gospodynią; deski skrzypiały radośnie pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się na pierwszy dotyk spracowanych dłoni, piec wypiekał pachnące drożdżówki. I było im razem dobrze – Wali i jej starej chacie. Pochowała męża wcześnie. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła i „w ludzi wypuściła”. Jeden syn kapitan żeglugi wielkiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko mieszkają, rzadko wpadają do matki. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi, główną agronomką, od rana do wieczora ślęczy w pracy, do matki wpada w niedzielę, duszę pierogami uraczy – i znowu widzą się dopiero za tydzień. Ukojenie – wnuczka Świetusia. Można powiedzieć, iż wychowała się u babci. A wyrosła jaka! Ślicznotka! Oczy szare, ogromne, włosy w kolorze zboża, do pasa, kędzierzawe, ciężkie i błyszczące – jakby promień ze słońca wplotła. Zrobi kucyka – a pasma rozsypią się po ramionach i chłopakom w okolicy mowę odcina. Usta otwierają – taki efekt. Figura jak malowana. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postura, taka uroda? Babcia Wala młoda też ładna była, ale jak stare zdjęcie postawić obok Świetusi – to jakby pasterka i królowa… I głowa nie od parady. Skończyła Akademię Rolniczą w Poznaniu, wróciła na rodzimą wieś pracować jako ekonomistka. Za mąż wyszła za weterynarza, dostali w ramach programu dla młodych rodzin nowy dom. A dom – prawdziwa willa! Solidny, murowany, na tamte czasy niemal pałac. Jedno tylko – u babci wokół chaty kwitnący sad, a przy nowym domu Świetusi jeszcze nic nie zdążyło urosnąć – trzy badyle. I do tego, powiedzmy wprost, do pracy w ogrodzie Świetlana niespecjalnie miała smykałkę. Bo chociaż dziewczyna ze wsi, była delikatna – babcia zawsze chroniła ją przed przeciągami i ciężką pracą. A na dodatek pojawił się syn – Wasilek. To już zupełnie nie było czasu w grządki. I zaczęła Świetusia wabić babcię do siebie: chodź do nas, chodź, dom duży, ogrzewany, pieca nie trzeba palić. A babcia Wala zaczęła podupadać na zdrowiu, stuknęła jej osiemdziesiątka, jakby choroba czekała na tę okrągłą datę – nogi, kiedyś lekkie, odmówiły posłuszeństwa. Dała się przekonać. Pobyła u wnuczki dwa miesiące. A potem usłyszała: – Babciu, kochana, wiesz, iż cię tak bardzo kocham! Ale tylko siedzisz… Ty przecież całe życie jesteś aktywna! Ja tu gospodarstwo chcę rozkręcać, na twoją pomoc liczę… – Ale nie mogę, córeczko, nogi już nie te… stara jestem… – Hm… Przyszłaś do mnie – od razu stara… No i babcia, która nie sprostała oczekiwaniom, wróciła na stare śmieci. Z żalu, iż nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia Wala zupełnie opadła z sił. Nogi wolno sunęły po podłodze – nacięły się już za całe życie, zmęczone. Przejście od łóżka do stołu stało się wyczynem, a do ukochanego kościoła – czymś zupełnie niemożliwym. Proboszcz – ksiądz Borys – sam przyszedł do swojej stałej parafianki, przed chorobą bardzo czynnej przy wszystkich pracach w zabytkowym kościele. Rozejrzał się czujnym okiem. Babcia Wala pisała ważne listy – swoje miesięczne listy do synów. W chacie chłodno, piec ledwo dogrzany, podłoga lodowata. Na sobie miała zniszczony sweter i przybrudzoną chustkę – a przecież zawsze była wzorem czystości i porządku; na nogach znoszone walonki. Ksiądz Borys westchnął: potrzeba jej pomocy. Może Ania? Mieszka blisko, jeszcze dość krzepka, dwadzieścia lat młodsza od babci Wali. Wyjął chleb, pierniki, pół wielkiej, jeszcze ciepłej drożdżówki z rybą (pozdrowienia od gospodyni Aleksandry). Zawijał rękawy sutanny, wybierał popiół z pieca, przynosił drewno, układał w kącie poważny zapas. Napalił. Przyniósł wody, postawił duży okopcony czajnik na piecu. – Synku kochany! Ojej, to znaczy, księże drogi! Pomóż mi z adresami na kopertach. Bo moją kurzą łapką napiszę i nie dojdzie! Ksiądz Borys usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na kartki z krzywymi linijkami. Od razu rzuciło się w oczy: dużymi, drżącymi literami – „A u mnie bardzo dobrze, synku mój kochany. Wszystko mam, chwała Bogu!” Ale te kartki o dobrym życiu babci Wali – całe w kleksach rozmazanych słów, i chyba solonych… Ania przejęła opiekę nad staruszką, ksiądz Borys regularnie ją spowiadał, na największe święta mąż Ani, wujek Piotrek, stary marynarz, przywoził ją motocyklem do kościoła. Powoli życie wracało na lepsze tory. Wnuczka przestała się pokazywać, a potem, po paru latach, ciężko zachorowała. Już dawno bolał ją żołądek, ale wszystko zrzucała na stare dolegliwości. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd taka choroba u niej – któż wie. Wypaliła się w pół roku. Mąż niemal zamieszkał przy grobie: kupował półlitra, pił na cmentarzu, spał tam, budził się i szedł po następną butelkę. Czteroletni syn, Wacek, nikomu nie był potrzebny – brudny, głodny i zapłakany. Przygarnęła go Tamara, ale przez pracę, nie miała czasu się nim zajmować – i zaczęto szykować Wacka do domu dziecka. Ośrodek był całkiem dobry: energiczny dyrektor, pełnowartościowe wyżywienie, na weekend można było brać dzieci do domu. Domowa opieka to nie była, ale Tamara nie miała wyboru; musiała pracować, do emerytury jeszcze daleko. Wtedy, w wózku starego „Uralu”, przyjechała do córki babcia Wala. Za kierownicą siedział gruby sąsiad, wujek Piotrek, w marynarskiej koszulce z kotwicami i syrenami na obydwu rękach. Oboje mieli bojowy wyraz twarzy. Babcia Wala powiedziała krótko: – Wacka biorę do siebie! – Mamo, ty ledwo chodzisz! Jak sobie z tym maluchem poradzisz? I ugotować, i wyprać trzeba! – Dopóki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam – odcięła babcia. Tamara, zaskoczona stanowczością zawsze łagodnej matki, zamilkła i zaczęła pakować wnuczkowi rzeczy. Wujek Piotrek odwiózł staruszkę i malca do chaty, niemal na rękach wniósł ich oboje do izby. Sąsiedzi kręcili głową: – Dobra kobieta, ale na stare lata chyba już jej nie po kolei – sama wymaga opieki, a tu jeszcze dziecko… Przecież to nie szczeniak – opieka mu potrzebna… I co ta Tamarka sobie myśli! Po niedzielnej mszy proboszcz Borys poszedł z niepokojem do babci Wali – czy nie trzeba będzie odbierać wygłodzonego i zaniedbanego Wacka? W chacie pachniało ciepłem, piec napalony porządnie. Czyściutki, zadowolony Wacek siedział na tapczanie i słuchał ze starego adaptera bajki o Czerwonym Kapturku. A biedna, schorowana babcia uwijała się po izbie: smarowała brytfankę pędzelkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do sera. I jej wymęczone nogi znów poruszały się sprytnie – jak dawniej. – Księże kochany! A ja tu takie… drożdżówki z serem przygotowuję… Pochwytaj jeszcze, będzie coś pysznego dla pani Aleksandry i Kuby… Ksiądz Borys wrócił do domu, przez cały czas powalony tym, co zobaczył, i opowiedział o wszystkim żonie. Pani Aleksandra chwilę pomyślała, potem z biblioteczki wyjęła grubą niebieską kronikę, przekartkowała i znalazła adekwatną stronę: „Stara Eufemia przeżyła długie życie. Wszystko minęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod śnieżnym, cichym kopcem. Czas już tam… gdzie nie ma choroby, ni smutku, ni westchnienia… Kiedyś, zimowego wieczoru, długo modliła się przed ikonami, potem położyła i powiedziała domownikom: Wezwijcie księdza – będę umierać. I twarz jej pobielała jak śnieg za oknem. Domownicy wezwali księdza, Eufemia wyspowiadała się, przyjęła komunię, a już całą dobę leżała nie przyjmując jedzenia, ani wody. Tylko ciche oddechy zdradzały, iż dusza jeszcze nie uleciała ze starczego ciała. Nagle drzwi w korytarzu otwarły się: powiew zimnego powietrza, płacz niemowlęcia. – Ciszej, ciszej, u nas babcia umiera. – Przecież dziecku nie zatkam ust, ono dopiero co się urodziło, nie rozumie jeszcze, iż płakać nie wolno… Wnuczka starej Eufemii, Ania, wróciła właśnie ze szpitala z malutką córeczką. Rano cała rodzina była w pracy – zostali umierająca staruszka i młoda mama. Mleko jeszcze słabo się pojawiało, mama, niedoświadczona, nie umiała się odnaleźć, a niemowlę płakało tak głośno, iż przeszkadzało Eufemii w… odchodzeniu. Umierająca uniosła głowę, zamglone spojrzenie się sklarowało. Z trudem usiadła na łóżku, spuściła gołe stopy na podłogę i szukała kapci. Gdy domownicy wrócili – wszyscy w pracy poprosili się wcześniej z powodu (babci śmierć w domu) – zastali obrazek następujący: Eufemia nie tylko nie wybierała się do nieba, ale wyglądała lepiej niż zwykle. Bez cienia wahania odwołała przeprowadzkę i dziarsko chodziła po domu, kołysząc spokojną, wreszcie najedzoną wnuczkę, podczas gdy zmęczona, młoda mama wypoczywała na kanapie”. Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i dodała: – Moja prababcia, Weronika Eufemiewna, pokochała mnie bardzo i po prostu nie mogła pozwolić sobie umrzeć. Powiedziała słowami piosenki: „A nam się jeszcze nie umiera, jeszcze mamy w domu swoje sprawy!” Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej Anastasii, wychowywać mnie, ukochaną prawnuczkę. A ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
Szkolny quiz wiedzy zdemaskuje leserów. Jesteś gotów zmierzyć się z nim?
Dziewczyna siedziała na łóżku z nogami podkurczonymi, zniecierpliwiona powtarzała:
Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się… Wari ledwie stuknęło szesnaście lat, gdy zabrakło mamy. Ojciec z siedem lat temu wyjechał za pracą do miasta i ślad po nim zaginął – ani wiadomości, ani pieniędzy. Cała wieś przyszła na pogrzeb, wszyscy pomagali jak mogli. Ciocia Maria, chrzestna Wari, często do niej zaglądała, przypominała co i jak zrobić. Gdy tylko skończyła szkołę, załatwili jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi. Waria – dziewczyna z krwi i kości, o takich mówią, iż zdrowa jak rydz. Twarz okrągła, rumiana, nos ziemniaczany, za to oczy szare, promienne. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był uznawany Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał spokoju od dziewczyn — choćby te z miasta, co na lato przyjeżdżały, nie zostawiały go w spokoju. Jemu to raczej kariera w filmach, niż kierowaniem w naszej wsi pisana. Jeszcze się nie wyszalał, nie spieszyło mu się do żeniaczki. Aż tu przyszła do niego ciocia Maria, prosić o pomoc przy naprawie płotu u Wari, bo się przechylał. Bez męskiej ręki na wsi ciężko. Z ogródkiem Waria dawała sobie radę, z domem już nie bardzo. Zgodził się bez słowa. Przyszedł, spojrzał i zaczął wydawać polecenia: to przynieś, tam podaj, daj, zanieś… Waria wszystko bez sprzeciwu spełniała. Tylko rumieńce na twarzy jeszcze bardziej się czerwieniły, a warkocz przesuwał się z boku na bok. Jak się Nikodem zmęczył, to nakarmiła go gęstym barszczem, napoiła mocną herbatą. A sama patrzyła, jak gryzie czarny chleb białymi, mocnymi zębami. Trzy dni z płotem Nikodem się męczył, a czwartego dnia przyszedł już w gości, ot tak. Waria nakarmiła go kolacją, słowo za słowo – został na noc. Potem już regularnie przychodził. Wychodził o świcie, żeby go nikt nie zauważył, ale na wsi nic się nie ukryje. – Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. A jak już, to będziesz się z nim mordować. Jak latem zjadą miastowe piękności, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki ci chłopak potrzebny – powtarzała ciocia Maria. Ale czy zakochana młodość słucha mądrej starości? Później zrozumiała, iż jest przy nadziei. Najpierw myślała, iż się przeziębiła czy zatruła. Czuła się słaba, mdliło ją. A potem uderzyło ją jak obuchem – dziecko w niej, od pięknego Nikodema. Chciała usunąć, za wcześnie na dziecko. A potem pomyślała – będzie lepiej, nie będzie żyć sama. Mama ją wychowała, to i ona da radę. Ojciec kilka był wart, wiecznie pijany. Ludzie pogadają, potem przestaną. Na wiosnę zdjęła kożuch i od razu wszyscy we wsi zobaczyli brzuch. Kręcili głowami, iż bieda się przyplątała. Nikodem oczywiście przyszedł dowiedzieć się, co zamierza. – A co mam zrobić? Urodzę. Nie przejmuj się, sama dziecko wychowam. Żyj jak dawniej – powiedziała, krzątając się przy kuchni. Tylko płomienie z ognia odbijały się rumieńcami na policzkach i w oczach. Nikodem popatrzył, urzeczony, ale wyszedł. Postanowiła sama. Przeszło bez śladu. Latem zjechały się miastowe dziewczyny – Nikodem o Wari już nie myślał. A ona pracowała w ogródku, a ciocia Maria pomagała jej plewić. Z ciężkim brzuchem trudno się schylać, wodę z studni ciągnęła pół wiadra na raz. Brzuch wielki, baby we wsi wróżyły jej mocnego chłopca. – Kogo Bóg da – żartowała Waria. We wrześniu obudził ją nagły ból, jakby rozrywało ją na pół. Ból gwałtownie minął, ale wrócił. Pobiegła do cioci Marii. Ta od razu zrozumiała, co się dzieje. – Już? Siadaj, zaraz będę – i wybiegła z domu. Pobiegła do Nikodema. Ten właśnie miał ciężarówkę pod domem. Letnicy już wyjechali ze swoimi autami. A Nikodem, jak na złość, dzień wcześniej wypił zdrowo. Ciocia roztrzęsła go. Patrzył nieprzytomnie, nie rozumiał, gdzie jechać, co robić. Ale jak zrozumiał, krzyknął: – Przecież do szpitala mamy z10 kilometrów! Zanim po lekarza, ona już urodzi. Od razu wiozę! Zbieraj ją! – Jak ciężarówką? Całą roztrzęsiesz, dziecko po drodze zgubisz – lamentowała pani Maria. – To jedź z nami, na wszelki wypadek – powiedział krótko. Dwa kilometry jechał ostrożnie po wyboistej drodze. Na każdą kałużę trafiał. Ciocia Maria w szoferce na worku siedziała. Jak dojechali do asfaltu, to ruszyli szybciej. Waria wiła się, trzymała się za brzuch, nie chciała jęczeć. Nikodem natychmiast wytrzeźwiał. Zerkał na nią, a sam zgrzytał zębami, pobielały mu knykcie na kierownicy. Myślał o swoim. Zdążyli. Zostawili Warię w szpitalu i wrócili. Ciocia Maria cały czas wytykała Nikodemowi: – Po co dziewczynie życie zmarnowałeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej tylko kłopotów narobiłeś. Jak ona z dzieckiem sobie poradzi? Jeszcze nie dojechali do wsi, a Waria już została mamą zdrowego chłopczyka. Następnego dnia przynieśli jej synka do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć, jak przystawić do piersi. Patrzy na niego z przerażeniem, nie wie, co robić. Ale serce jej drży z radości. Ogląda, dmucha na czoło, gdzie rosną cienkie włoski, cieszy się, mimo wszystko. – Przyjadą po ciebie? – zapytał srogi, starszy lekarz. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, tylko na drogę do domu. Nakazała oddać. – Felek cię dowiezie szpitalnym samochodem. Z niemowlakiem nie będziesz jechać zwykłym autobusem – powiedziała nieco obcesowo. Waria podziękowała. Szła korytarzem, ze spuszczoną głową, cała czerwona ze wstydu. Waria jedzie samochodem, tuli synka do piersi i martwi się, jak będą teraz żyć. Zasiłek marny, ledwie starczy, żal siebie i niewinnego synka. Patrzy na pomarszczone dziecięce oblicze i serce ją zalewa czułością – odpędza ciężkie myśli. Nagle samochód się zatrzymał. Waria spojrzała niespokojnie na Felka, pięćdziesięcioletniego kierowcę. – Co się stało? – Dwa dni padało. Zobacz, jakie kałuże, ani dojechać, ani ominąć. Utopię się. Tu tylko ciężarówką albo traktorem można. – Przepraszam. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę dojść? – wskazał na drogę, gdzie wielka kałuża rozlała się jak jezioro. Dziecko śpi na rękach. choćby siedząc jest trudno je trzymać. Co dopiero iść z nim taką drogą? Ostrożnie wysiadła, wygodniej złapała synka i ruszyła brzegiem ogromnej kałuży. Nogi ugrzęzły jej w błocie po kostki, a byle chwila i może się poślizgnąć. Stare, znoszone buciki chlupią, szkoda, iż w kaloszach do szpitala nie pojechała. Jeden but ugrzązł w błocie. Zastanowiła się chwilę – ale sama nie wyciągnie z dzieckiem na ręku. Poszła dalej w jednym. Gdy dotarła do wsi, już się ściemniało, nóg prawie nie czuła z zimna. Nie miała sił dziwić się, iż w oknach świeci się światło. Weszła na suche schody, nogi zmarznięte, cała spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Przy ścianie stoi łóżeczko dziecięce, wózek z pięknymi ubrankami dla malucha. Przy stole Nikodem śpi z głową opartą na dłoniach. Zauważył ją, czy wyczuł spojrzenie, podniósł głowę. Waria zarumieniona, rozczochrana, ledwo stoi w drzwiach z dzieckiem na rękach. Suknia cała mokra, nogi po kolana w błocie. Zobaczył, iż bez jednego buta — podbiegł, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą. Posadził ją, pomógł rozebrać się, nogi umyć. Zanim zdążyła się przebrać za piecem, na stole już ziemniaki i dzbanek mleka. Dziecko zapłakało. Waria rzuciła się do niego, wzięła na ręce, usiadła do stołu, bez zażenowania zaczęła karmić. – Jak go nazwałaś? – zapytał ochrypłym głosem Nikodem. – Sergiusz. Nie przeszkadza ci? – podniosła na niego swoje jasne oczy. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, iż serce Nikodema zadrżało. – Ładne imię. Jutro pójdziemy zarejestrować małego i od razu się pobierzemy. – Nie trzeba… – zaczęła cicho Waria, patrząc na dziecko ssące pierś. – Syn musi mieć ojca. Dość się wyszalałem. Mężem może dobrym nie będę, ale syna nie zostawię. Waria kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach urodziła się jeszcze dziewczynka – dali jej imię Nadzieja, po babci Wari. Nie ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, zawsze można je naprawić… Taka to już życiowa historia. Piszcie w komentarzach, co sądzicie? Zostawcie lajka.
Anita Sokołowska o stawianiu granic, macierzyństwie, sławie i miłości. "Nie uzależniam swojego życia od tego, co o mnie napiszą" [WYWIAD]
Muzeum w Bochni. We wtorek wędrówka „Szlakiem bocheńskich legend”
Wystawa Prac Koła Plastycznego „Lazurowy Kot”