Dzieci

Szczęśliwy Przypadek… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Troszczyły się o mnie mama i babcia. Potrzebę obecności ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu, a później szczególnie w początkowych klasach szkoły. Z zazdrością patrzyłem na rówieśników, którzy dumnie maszerowali z tatą za rękę, bawili się, jeździli na rowerach i w samochodach. Najbardziej bolało mnie, gdy któryś z ojców całował swoją córkę czy synka, brał ich na ręce i razem się śmiali… Patrząc na to z boku, myślałem: „Jakie to musi być szczęście!” Swojego ojca widziałem tylko raz – na jedynym zdjęciu, gdzie również się uśmiechał… Ale nie do mnie. Mama tłumaczyła, iż tata jest polarnikiem i mieszka daleko na północy, tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie przysyła prezent na urodziny. W trzeciej klasie, ku swojemu rozczarowaniu, odkryłem, iż nie mam żadnego ojca-polarnika… I nigdy nie miałem! Przypadkiem podsłuchałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły udawać przed dzieckiem — udawać, iż daje prezenty od ojca, który ich tak naprawdę porzucił. Choć żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do mnie, nie złożył życzeń ani na urodziny, ani na Nowy Rok. „A Artur tak kocha te święta! To jedyne dni, gdy czuje jakąś więź z kimś bliskim, choćby odległym i tajemniczym.” Przed kolejnymi urodzinami powiedziałem więc mamie i babci, żeby na moje ulubione święta nie dawali już prezentów „od ojca, którego nie ma”. „Po prostu upieczcie mój ukochany tort ‘Ptasie Mleczko’ i tyle.” Żyliśmy bardzo skromnie z dwóch pensji – mamy i babci. Dlatego, gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego razu sąsiad Sławek zaproponował mi, bym go zastąpił jako Mikołaj przed świętami w przedszkolach i domach. Od razu zrezygnowałem z przedszkoli – tam trzeba grać całe przedstawienia, współpracować z Śnieżynką. Ale na pojedyncze wizyty do rodzin się zgodziłem. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami i zagadkami, a także adresy zleceniodawców. Repertuar był prosty i gwałtownie się go nauczyłem – to nie egzamin z matematyki czy mechaniki! Bałem się popełnić gafę, ale pierwsze występy poszły zaskakująco dobrze. Kiedy odwiedziłem wszystkie wskazane dzieci, wróciłem do domu zmęczony, ale szczęśliwy i po przeliczeniu zarobków prawie zatańczyłem z radości. Po pół roku ciężkiej, weekendowej pracy nie zarobiłem tyle, co teraz w kilka dni jako Mikołaj. Od tamtej pory co zimę „mikołajuję”, a w wakacje pracuję fizycznie w studenckich brygadach budowlanych. Podczas studiów nie miałem wiele czasu w życie prywatne – nauka, dorywcze prace. Dziewczyny się zdarzały, ale o rodzinie nie myślałem. „Skończę studia, znajdę dobrą pracę, urządzę się… Wtedy pomyślę o rodzinie” – marzyłem. Po ukończeniu politechniki, już jako młody inżynier na niższym stanowisku, postanowiłem kupić używaną zagraniczną furę. Rodzina miała przeciętny dochód, ale na samochód wciąż nie wystarczało, a ja bardzo chciałem mieć własne auto. Postanowiłem więc ponownie popracować jako Mikołaj. Mama wyciągnęła z szafy mój strój, odświeżyła go cekinami, dodała brodę – wyglądałem świetnie, a białe, puszyste brwi zakryły twarz. – Artur, czas już mieć własne dzieci, a ty wciąż rozbawiasz cudze – westchnęła mama. – Przyjdzie czas – mruknąłem, całując ją w policzek. – Trzymaj kciuki, mamusiu! Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety. Wpłynęło piętnaście zgłoszeń. Po kilku wizytach, wyczytałem kolejne z listy: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z tramwaju na niemalże peryferiach miasta, zrobiło się ciemno. Udało mi się jednak znaleźć odpowiedni dom. Na drugim piętrze zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mi chłopiec, pięcio-sześcioletni. – Mieszkam na polanie, w leśnej chatce… – zacząłem zgodnie ze scenariuszem. – My nie zamawialiśmy Mikołaja! – przerwał mi chłopiec. – Dobrym dzieciom sam przychodzę, nie trzeba zapraszać – odpowiedziałem, choć zmieszany. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do babci Tosi robić zastrzyk. Zaraz wróci. – Jak masz na imię? – Artur. „No proszę, mój imiennik” – pomyślałem zaskoczony. Nie zdradziłem, iż też tak mam na imię – przecież jestem Mikołajem! – Artur, gdzie macie choinkę? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoiku, urządzonego bardzo skromnie. Na stoliku zamiast choinki – gałązka sosny w trzylitrowym słoju, ozdobiona małymi ozdobami i kolorowymi lampkami. Obok stały dwie fotografie w takich samych ramkach – mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się uważnie… Zamroziło mnie z szoku… Na zdjęciu patrzył na mnie… ja sam! Niemożliwe! Na zdjęciu z lewej moja studencka fotografia w kurtce. Z prawej – dziewczyna, Lena Górnowa. Poznaliśmy się kiedyś latem na studenckiej budowie. Ale jej zdjęcie było już dorosłe. Uśmiech na twarzy, ale oczy smutne… Zupełnie jak młoda, radosna Lena z moich wspomnień. – Kto to? – spytałem nie poznając swojego głosu. – Mama. – Twoja? – Moja. – Nazywa się… Lena? – wyrwało mi się. – O, zgadł Pan! To znaczy, iż Pan jest prawdziwym Mikołajem! Ja nie wierzyłem, iż istnieją… – A to kto? – wskazałem na swoje zdjęcie, już domyślając się prawdy. – To mój tata! Jest prawdziwym polarnikiem! Mama mówiła, iż pracuje na wielkiej krze, wyjechał, gdy byłem malutki. Dlatego go nigdy nie widziałem… choćby nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezent na urodziny i na Nowy Rok. Mikołaj chowa je pod poduszkę. Byłem w szoku, przypominając sobie swoje dzieciństwo i „ojca-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają nieobecnych tatusiów na Biegun Północny? I ja trafiłem do tej samej grupy. Serce ścisnęło mi się z bólu. Przypomniałem sobie burzliwy, krótki romans z Leną… Po pożegnaniu oczywiście wymieniliśmy się numerami, ale od razu po powrocie nie zadzwoniłem, a potem ktoś ukradł mi telefon. Często o niej myślałem, jednak nauka i codzienność odsunęły ją w cień. A tu okazało się, iż Lena jest w tym samym mieście, nigdy mnie nie zapomniała i sama wychowuje naszego syna, trzymając moje zdjęcie obok własnego. Zamierzałem powiedzieć Arturowi prawdę, gdy nagle wróciła Lena: – Syneczku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babci Tosi musieli wezwać karetkę… Na mój widok zawołała zaskoczona: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia popłynęły mi po policzkach. Zrzuciłem czapkę i brodę, zerwałem sztuczne brwi… – Artur?! – zdumiała się Lena. Usiadła na pufie i rozpłakała się głośno. Arturek trochę się przestraszył, ale Lena gwałtownie się opanowała przy synku. Opowiedziałem mu, iż przyleciałem prosto z północy jako Mikołaj, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. Artur był zachwycony, śmiał się, recytował wierszyki, śpiewał, tulił się do nas, jakby bał się, iż znowu zniknę. O prezencie choćby nie wspomniał – wiedział, iż Mikołaj podłoży pod poduszkę upominek od taty. Artur zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozstania. Rano pobiegłem do sklepu po kolejny prezent – wtedy zrozumiałem, iż pomyliłem adres. Wszedłem do bloku 6A zamiast do 6. W ciemności nie zauważyłem literki „A”. Trafiłem pod niewłaściwy adres… A adekwatnie – pod TEN WŁAŚCIWY, najważniejszy dla mnie! „Jaka szczęśliwa, przeznaczona pomyłka”, myślałem uśmiechając się. Teraz jesteśmy razem we trójkę! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnuczkiem – Arturem Arturowiczem!
Myślisz, iż jesteś bystrzakiem? Znajdź niepasującą lalkę w dziewięć sekund
5 mieszkań w rodzinie, a my wciąż musimy wynajmować – jak to możliwe? Nasze rodziny mają własne lokum, kolejne dwa mieszkania w Warszawie, a babcia przepisała mi swoje mieszkanie – mimo to rodzice i teściowie wolą czerpać korzyści z wynajmu, niż pomóc dzieciom. W efekcie razem z mężem ledwo wiążemy koniec z końcem w wynajmowanej kawalerce, podczas gdy bliscy oczekują naszej finansowej samodzielności i z chęcią wydają pieniądze na podróże oraz nowe ubrania. Czy naprawdę w polskich rodzinach liczą się tylko pieniądze, a nie wsparcie dla swoich dzieci?
Nie mogą dojść do porozumienia w sprawie nazwiska dla córki. "Dwuczłonowe odpada"
Antoni­na Pietrow­na szła przez deszcz i płakała, łzy spływały po policzkach, mieszając się z kroplami deszczu. Myślała: „Jedyna pociecha – pada deszcz! Nikt nie widzi łez.” Zastanawiała się też: „Sama sobie winna! Wpadłam nie w porę, jak nieproszony gość.” Szła więc i płakała, potem wybuchnęła śmiechem – przypomniał jej się dowcip, w którym zięć mówi do teściowej: „Mamo, choćby herbaty wam nie zaparzą?” Teraz sama była tą „mamą”. Śmiała się i płakała na zmianę. Gdy wróciła do domu, zrzuciła mokre rzeczy, otuliła się kocem i już płakała bez skrępowania – nikt jej nie słyszał, oprócz złotej rybki w okrągłym akwarium! Antoni­na była kobietą interesującą, cieszyła się powodzeniem, ale z ojcem swojego syna Nikity jej się nie ułożyło – pił coraz więcej, zaczął ją chorobliwie zazdrośnie podejrzewać, choćby o sąsiada czy sprzedawcę. Pewnego razu, gdy Antoni­na uśmiechnęła się witając sąsiada, mąż oszalał z zazdrości – pobił ją na oczach dziecka. Nikita wszystko dokładnie opisał babci i dziadkowi; matka Antoni­ny rozpłakała się, a ojciec po prostu zszedł z zięciem z czwartego piętra, grożąc mu, by się nie zbliżał do córki. Mąż zniknął na zawsze, Antoni­na nie wyszła już za mąż – wystraszyła się, bo przecież ważniejsze było wychowanie syna. Miała dobrą pracę jako technolog żywienia, odkładała pieniądze na mieszkanie; gdy była już gotowa pomóc synowi – Nikita się żenił, a ona kupiła mu z żoną Anastasiją nowe lokum i zorganizowała wesele. Sama została w kawalerce, zbierała potem pieniądze dla nich na samochód. Nie narzucała się dzieciom, nie miała w zwyczaju nachodzić bez zapowiedzi, ale akurat szła w pobliżu w czasie ulewy. Padało tak mocno, iż z parasolem nie byłoby lepiej, więc wstąpiła do syna – chciała z Nastką porozmawiać jak kobieta z kobietą, napić się herbaty. Ale Nastka, otwierając drzwi, zdziwiona i chłodna, choćby nie wpuściła teściowej dalej – tylko spytała w przedpokoju: „Antoni­no Pietrowno, czego pani chciała?” Antoni­na zmieszana zaczęła się tłumaczyć: „Bo… deszcz…” „Deszcz już przestał, niedaleko pani ma, dojdzie pani.” I Antoni­na, cała we łzach, wróciła w ulewie. Płakała, potem zasnęła – a we śnie złota rybka z akwarium zaczęła mówić: „Płaczesz? Głupia! choćby herbaty ci w deszcz nie dali! Dla kogo zbierasz te pieniądze? Całe życie dajesz siebie innym! Spójrz na siebie – jesteś piękna, zaradna! To twoje pieniądze. Oni i tak tego nie docenią. Jedź nad morze. Zacznij żyć dla siebie!” Antoni­na obudziła się w nocy. Rybka dalej otwierała pyszczek, ale już jej nie rozumiała. Jednak zrozumiała najważniejsze: nie warto dla innych składać siebie w ofierze, zwłaszcza dla niewdzięcznych, którzy choćby herbaty nie zaproponują. Antoni­na wzięła pieniądze zbierane na samochód dla dzieci – i kupiła sobie wycieczkę nad morze. Odpoczęła, wróciła piękna i opalona. Syn z żoną nie zauważyli – odzywali się tylko, gdy czegoś potrzebowali. A Antoni­na przestała wystrzegać się mężczyzn; pojawił się adorator – ciekawy, elegancki dyrektor restauracji, w której pracowała. Od dawna jej się podobał, ale wcześniej nie było na to miejsca – najważniejszy był syn, synowa… Teraz w końcu wszystko się poukładało – razem do pracy, razem z pracy, życie stało się inne. Niedawno wpadła Nastka: „Czemu nie odwiedza pani nas, Antoni­no Pietrowno, nie dzwoni? Nikita oglądał samochód!” Na co Antoni­na, splatając ręce na piersiach, odpowiedziała: „Nastka, czego chcesz?” Nastka już otwierała usta, gdy z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna: „Tonka, pijemy herbatę?” „Pijemy!” – uśmiechnęła się Antoni­na. „To wołaj gościa!” „Nie, Nastka już wychodzi. Herbaty przecież nie pije, prawda, Nastko?” Antoni­na zamknęła za synową drzwi i, rozbawiona, puściła oczko do złotej rybki. „I tak właśnie trzeba!”
Moje dzieci w restauracji wiercą się i marudzą. Ale i tak je tam zabieram – powiem wam, czemu
Spory wybór retro minifigurek w sklepie znaneklocki.pl
Każdy myśli tylko o sobie – Mamo, nie wyobrażasz sobie, co się teraz dzieje na rynku – Maksym nerwowo przerzucał stos wydruków, raz układając je w równą stertę, raz rozkładając wachlarzem na kuchennym stole. – Ceny skaczą co tydzień. jeżeli nie wpłacimy teraz zaliczki, ktoś sprzątnie nam to mieszkanie sprzed nosa. Lidia podsunęła synowi filiżankę już wystudzonej herbaty i usiadła naprzeciw. Na wydrukach migały plany mieszkań, liczby, wykresy spłat. Trzypokojowe w nowym bloku, pokój dziecięcy dla Tymoteusza i Zosi, wreszcie każde z nich miałoby swój kąt. – Ile brakuje? – Osiemset dwadzieścia tysięcy – Maksym potarł grzbiet nosa. – Wiem, iż to dużo. Ale Ania już nie może wytrzymać, dzieci rosną, a my wciąż po wynajętych kątach… Lidia spojrzała na syna i zobaczyła w nim tego chłopca, który kiedyś przynosił jej bukiety mleczy. Trzydzieści dwa lata, dwójka dzieci, a ta sama zmarszczka między brwiami co dawniej, kiedy martwił się o nieodrobione lekcje. – Mam oszczędności. Leżą na koncie. – Mamo, oddam, obiecuję. Gdy tylko wszystko się ustabilizuje – zacznę odkładać. Położyła swoją spracowaną dłonią na jego ręce. – Maksym, to przecież dla wnuków. O zwrocie choćby nie rozmawiajmy. Rodzina jest ważniejsza niż pieniądze. W odziale banku Lidia wypełniała druki swoim starannym, wyćwiczonym przez trzydzieści lat pracy w księgowości pismem. Osiemset dwadzieścia tysięcy – prawie wszystko, co odkładała przez ostatnie lata. Na czarną godzinę, na wszelki wypadek, na „nigdy nie wiadomo”. Maksym objął ją mocno przy kasie, nie zważając na kolejkę. – Jesteś najlepsza. Naprawdę. Nigdy nie zapomnę. Lidia poklepała go po plecach. – Idź już. Ania pewnie się niecierpliwi. …Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlewały się w niekończącą się karuzelę wyjazdów przez całe miasto. Lidia przywoziła siatki z „Biedronki” – kurczak, kasza gryczana, olej, serek dla dzieci. Pomagała Ani wieszać firanki, składać meble, szorować kurz poremontowy z parapetów. – Tymoteuszu, ostrożnie z narzędziami! – krzyczała, jednocześnie wieszając zasłony i tłumacząc synowej, jak zrobić gołąbki. Ania kiwała, przeglądając coś w telefonie. Maksym wpadał wieczorami, zmęczony po pracy, zjadał gwałtownie obiad przygotowany przez mamę i znikał w sypialni. – Dzięki, mamo – rzucał w przelocie. – Co byśmy bez ciebie zrobili? …Po pół roku znajomy numer na ekranie. – Mamo, sprawa… Rata kredytu hipotecznego wypada w tym samym czasie co naprawa samochodu. Brakuje trzydziestu pięciu tysięcy. Lidia przelała pieniądze bez pytań. Młodym ciężko, wiadomo. Nowe wydatki, dzieci małe, praca stresująca. Nic, staną na nogi – oddadzą. A nie oddadzą – trudno. Liczy się rodzina. Lata mijały szybciej niż woda przez palce. Tymoteusz skończył siedem lat, Lidia podarowała mu wymarzonego „Lego”, o którym marzył pół roku. Zosia wirowała w nowej sukience – różowej, z cekinami, taką widziała u księżniczki z bajki. – Babciu, jesteś najlepsza! – Zosia zawisła jej na szyi, pachniała dziecięcym szamponem i krówkami. Co weekend Lidia zabierała wnuki do siebie albo wiozła do teatru, parku rozrywki, na lodowisko. Kupowała lody, zabawki, książeczki. Kieszenie starego płaszcza zawsze wypychały cukierki i chusteczki. Pięć lat minęło w tej dobrowolnej niewoli. Pieniądze na mieszkanie – „mamo, w tym miesiącu jest ciężko”. Choroby wnuków – „mamo, nie możemy się zwolnić z pracy”. Zakupy – „i tak jedziesz do sklepu”. Podziękowania coraz rzadsze… …Tamtego ranka patrzyła na zacieki na suficie. Rdzawe ślady rozłaziły się po tynku. Zalało ją, a mieszkania nie sposób użytkować. Wykręciła numer syna. – Maksym, potrzebuję pomocy z remontem. Zalało mnie, kiedy dostanę odszkodowanie – nie wiadomo… – Mamo – wciął się syn. – Wiesz, teraz mam zupełnie inne priorytety. Zajęcia u dzieci, sekcje, Ania zapisała się na kursy… – Nie proszę o wiele. Chciałam tylko, żebyś pomógł znaleźć fachowców. Albo chociaż… – Teraz zupełnie nie mam czasu, mamo, zwłaszcza na takie drobiazgi – powtórzył Maksym jakby nie słyszał. – Pogadamy o tym innym razem, dobrze? Sygnał… Lidia odłożyła telefon. Na ekranie mignęła tapeta – zdjęcie z ostatniego Sylwestra. Ona, Tymoteusz, Zosia. Wszyscy się uśmiechają. Te pieniądze, które brał bez zastanowienia. Te weekendy, które oddała jej wnukom. Ten czas, wysiłek, ta miłość – to wszystko było „kiedyś”. Teraz – „inne priorytety”. Kropla spadła na dłoń. Zimna… Następnego dnia zadzwoniła Ania. Rzadkość, która już na wstępie zrobiła Lidię czujną. – Pani Lidio, Maksym mówił o waszej rozmowie – Ania brzmiała zniecierpliwiona. – Wie pani, każdy powinien sam sobie radzić. My sami ogarniamy mieszkanie, spłacamy kredyt… Lidia ledwie się nie roześmiała. Kredyt. Ten, który spłacała co trzeci miesiąc. Zaliczka, prawie cała z jej oszczędności. – Oczywiście, Aniu – odpowiedziała spokojnie. – Każdy za siebie. – I dobrze. Bo Maksym się przejmuje, iż pani jest obrażona. Nie jest pani? – Ależ skąd, nie – zapewniła. Sygnał… Odstawiła telefon na stół i długo się w niego wpatrywała. Potem podeszła do okna, ale zaraz odwróciła wzrok – za brudną szybą nie było nic, co dodałoby jej otuchy. Noce zamieniły się w bezsenne godziny, gdy sufit przygniatał, a myśli nie dawały spokoju. Lidia, leżąc w ciemności, przewijała w głowie ostatnie pięć lat, jak paciorki różańca. Sama to stworzyła. Własnymi rękami wpoiła synowi przekonanie, iż matka to niewyczerpany zasób. Rano Lidia zadzwoniła do agencji nieruchomości. – Chciałabym sprzedać działkę pod Warszawą, z domkiem. Sześć arów, prąd podciągnięty. Dacza, którą z mężem budowali dwadzieścia lat. Jabłonie, które sadziła będąc w ciąży z Maksymem. Weranda, gdzie mijały letnie wieczory. Kupiec znalazł się po miesiącu. Lidia podpisywała dokumenty, nie pozwalając sobie myśleć, co sprzedaje. Pieniądze wpłynęły na konto, rozdzieliła je dokładnie: remont mieszkania, nowa lokata, trochę w rezerwie. Ekipy remontowej wprowadziła się z początkiem tygodnia. Lidia sama wybierała płytki, tapety, baterie. Pierwszy raz od lat kupowała coś dla siebie – nie na czarną godzinę, nie dla rodziny. Maksym nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Lidia też milczała. Pierwszy telefon padł, gdy remont już się zakończył. Nowa kuchnia blaskała bielą, okna nie huczały od wiatru, a rury nie straszyły zaciekami. – Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Zosia pytała. – Byłam zajęta. – Czym? – Życiem, Maksym. Swoim życiem. Przyjechała tydzień później. Przywiozła wnukom książki – solidne prezenty, ale bez rozmachu. Posiedziała dwie godziny przy herbacie, porozmawiała o pogodzie i szkolnych sukcesach Tymoteusza. Na obiad nie została. – Mamo, może wpadniesz do dzieci w sobotę? – Maksym złapał ją już w drzwiach. – My z Anią… – Nie dam rady. Mam swoje plany. Lidia widziała, jak posmutniał. Nie rozumiał. Jeszcze nie. Mijały miesiące i rozumienia przybywało powoli, boleśnie. Bez maminego wsparcia rata kredytu zjadała dużą część budżetu. Bez darmowej opiekunki nie było komu zostawić dzieci. Lidia otworzyła sobie lokatę. Kupiła nowe, ciepłe, porządne palto. Pojechała dwa tygodnie do sanatorium. Zapisała się na kursy nordic walking. Coraz częściej przypominała sobie postawę rodziców Ani – oficjalne życzenia na święta, wizyta raz na parę miesięcy, żadnych pieniędzy, żadnych poświęceń i… żadnych pretensji ze strony córki. Może zawsze mieli rację? Małe spotkania z wnukami stały się formalnością. Przychodziła, przynosiła drobiazgi, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, nie zostawała na noc, nie zabierała wnuków na weekendy. Tymoteusz zapytał kiedyś: – Babciu, czemu już nas nie zabierasz do parku? – Babcia ma teraz swoje sprawy, Tymsiu. Chłopiec nie zrozumiał. Ale Maksym, stojąc w drzwiach, chyba zaczynał rozumieć. Lidia wracała do wyremontowanego mieszkania, w którym pachniało świeżą farbą i nowymi meblami. Zapalała sobie dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu kupionym za pieniądze z działki. Wyrzuty sumienia? Pojawiały się. Ale coraz rzadziej. Bo Lidia w końcu nauczyła się prostej prawdy: miłość to nie ofiara. Zwłaszcza gdy tej ofiary nikt nie widzi i nie docenia. Wybrała siebie. I to po raz pierwszy od trzydziestu dwóch lat bycia matką…
— Czyja ty jesteś, dziewczynko?.. — Chodź, zanieś cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce i przyniosłam do siebie, a sąsiedzi od razu się zjawili — bo wieś żyje wiadomościami. — Matko Boska, Hanno, skąd ty ją wzięłaś? — Co z nią zrobisz? — Hanno, rozum ci odjął? Po co ci dziecko, z czego je wykarmisz? Zaskrzypiała podłoga pod stopą — znów myślę, iż trzeba by ją naprawić, ale ciągle brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam swój stary pamiętnik. Kartki pożółkłe jak jesienne liście, ale atrament wciąż zachowuje moje myśli. Za oknem zamieć, a brzoza stuka gałęzią, jakby chciała wpaść w gości. — Czego się tak rozszumiałaś? — mówię do niej. — Poczekaj, wiosna niedługo nadejdzie. Śmiesznie czasem rozmawiać z drzewem, ale gdy żyjesz samotnie, wszystko wokół wydaje się żywe. Po tamtych strasznych latach zostałam wdową — mój Stach zginął. Ostatni jego list przez cały czas trzymam, pożółkły, wytarty na zgięciach — tyle razy go czytałam. Pisał, iż zaraz wróci, iż mnie kocha, iż będziemy szczęśliwi… A tydzień później się dowiedziałam. Dzieci Bóg nie dał, może to i dobrze — ciężko wtedy było z żywnością. Kierownik PGR-u, pan Mikołaj, zawsze mnie pocieszał: — Nie martw się, Hanno. Młoda jeszcze jesteś, jeszcze wyjdziesz za mąż. — Nie pójdę — zawsze odpowiadałam twardo. — Raz kochałam i wystarczy. W PGR-ze pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista Pietrek często wołał: — Hanno, idź już do domu, późno! — Zawsze zdążę, póki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo miałam małe — kozę Manię, z charakterem jak mój własny. Pięć kur — lepiej budziły niż kogut. Sąsiadka Klaudia nieraz żartowała: — Nie jesteś ty indyczka? Twoje kury najgłośniej krzyczą! Ogródek — ziemniaki, marchew, burak. Wszystko swoje. Jesienią robiłam przetwory — ogórki kiszone, pomidory, marynowane grzyby. Zimą otworzysz słoik — jakby lato wracało do domu. Dzień pamiętam dokładnie. Marzec był wilgotny, mokry. Od rana mżyło, wieczorem przymroziło. Poszłam do lasu po chrust na piec. Po zimowych wichrach mnóstwo gałęzi, tylko zbierać. Wracam, przechodzę koło starego mostu i słyszę — płacz. Najpierw myślałam: może wiatr. Ale nie, wyraźnie dziecięcy szloch. Zeszłam pod most, patrzę — siedzi dziewczynka, cała w błocie, sukienka podarta, oczy przestraszone. Jak mnie zobaczyła, zamilkła, tylko trzęsie się cała jak liść osiki. — Czyja ty jesteś, dziewczynko? — pytam cicho, by jej nie wystraszyć jeszcze bardziej. Milczy, tylko mruga oczkami. Usta sine, ręce czerwone, opuchnięte. — Zmarzłaś — bardziej do siebie mówię. — Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją — lekka jak piórko. Owinęłam w swoją chustę, tuląc do serca. Myślę sobie — co to za matka, iż dziecko zostawia pod mostem? Nie mieści się w głowie. Chrust musiałam zostawić. Przez całą drogę dziewczynka milczała, mocno trzymając się mojej szyi. Przyszłam do domu, a sąsiedzi już się zbiegają — wioska plotkami żyje. Klaudia pierwsza: — Matko Boska, skąd ją wzięłaś? — Pod mostem była, porzucona, jak widać. — O, jakie nieszczęście… — załamała ręce. — Co zrobisz? — Zostawię u siebie. — Hanno, nie masz rozumu! Chcesz dziecko wziąć? Z czego je wykarmisz? — Co Bóg da, to wystarczy — odcięłam. Najpierw rozpaliłam porządnie w piecu, zaczęłam grzać wodę. Dziewczynka cała w siniakach, chuda, żebra wystają. Umyłam ją w ciepłej wodzie, owinęłam w swój stary sweter — innego dziecięcego ubrania nie miałam. — Jesteś głodna? Kiwnęła nieśmiało głową. Dałam jej wczorajszy barszcz i kromkę chleba. Jadła łapczywie, ale grzecznie — widać, iż nie dzika, ale domowa dziewczynka. — Jak masz na imię? Milczy. Albo się boi, albo naprawdę nie potrafi mówić. Położyłam ją spać w swoim łóżku, sama spałam na ławce. W nocy budziłam się kilkukrotnie, żeby sprawdzić, jak się ma. Spała zwinięta w kłębek, czasem pochlipywała przez sen. Rano od razu poszłam do gminy zgłosić znalezisko. Wójt, pan Jan, tylko rozłożył ręce: — Nie było zgłoszeń o zaginionym dziecku. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz? — Przepisy mówią: do domu dziecka. Zadzwonię dziś do powiatu. Zabolało mnie serce: — Poczekaj, daj mi czas. Może rodzice się odezwą. Na razie zostaje ze mną. — Pani Hannu, niech się dobrze zastanowi… — Nie ma nad czym. Już zdecydowałam. Nazwałam ją Marysią — na cześć mojej mamy. Czekałam, czy rodzice się pojawią, ale nikt nie przyszedł. I dobrze — pokochałam ją najmocniej na świecie. Na początku trudno było — nie mówiła, tylko patrzyła po kątach jakby czegoś szukała. Noce budziła się z krzykiem, cała drżąc. Przytulałam ją, gładziłam po głowie: — Nic się nie bój, córeczko. Już wszystko będzie dobrze. Ze starych sukienek uszyłam jej ubrania. Pofarbowałam na różne kolory — niech się trochę rozweseli. Klaudia, jak zobaczyła, złapała się za głowę: — Hanno, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą potrafisz machać! — Życie uczy wszystkiego: i szyć, i niańczyć — cieszyłam się, iż mnie pochwaliła. Ale nie wszyscy w wiosce byli wyrozumiali. Zwłaszcza baba Marta — jak nas widziała, to zaraz się żegnała: — Niedobrze, Hanno. Przygarnąć podrzutka — będziesz miała biedę. Pewnie ta matka do niczego była, więc i dziecko nie lepsze. Jabłko od jabłoni… — Przestań, Marto! — ucinałam krótko. — Nie twoja sprawa sądzić cudze grzechy. Ta dziewczynka jest moja i koniec. Kierownik PGR-u początkowo też kręcił głową: — Hanno, może lepiej oddać ją do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą… — A kto ją pokocha? — pytałam. — W domu dziecka sierot aż za dużo. Machnął ręką, a potem zaczął pomagać — to mleka pośle, to kaszy. Marysia powoli odzyskiwała radość. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam, jak pierwszy raz się zaśmiała — spadłam z krzesła podczas wieszania firanek, a ona wybuchła śmiechem, dźwięcznym jak dzwoneczek. Od razu ból minął. Chciała pomagać przy ogródku. Dałam jej malutką motyczkę — ważnie chodziła obok mnie i próbowała naśladować. Więcej wprawdzie tratowała niż wyrywała chwasty, ale nie ganiłam — cieszyłam się, iż w niej życie się odradza. Potem przyszła choroba — gorączka, Marysia majaczyła. Pobiegłam do naszego felczera, pana Szymona: — Na miłość boską, pomóż! A on bezradnie: — Jakie leki, Hanno? Na całą wioskę mam trzy tabletki aspiryny. Może za tydzień coś dowiozą. — Za tydzień? — krzyknęłam. — Ona nie dożyje jutra! Pognałam do powiatu, dziewięć kilometrów błotem. Buty rozbite, nogi w pęcherzach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Aleksy, obejrzał mnie, całą mokrą, brudną: — Proszę chwilę poczekać. Przyniósł lekarstwa, wyjaśnił, jak dawać: — Nie trzeba płacić — mówi. — Tylko dziecko wyprowadź. Przez trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Mamrotałam modlitwy, zmieniałam okłady. Czwartego dnia Marysia otworzyła oczy i cichutko powiedziała: — Mamo, pić mi się chce. Mamo… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Popłakałam się — ze szczęścia, zmęczenia, wszystkiego. Ona wycierała mi łzy ręką: — Mamo, czemu płaczesz? Boli cię? — Nie, skarbie, nie boli. Ze szczęścia płaczę. Po chorobie stała się zupełnie inna — pogodna, gadatliwa. Potem poszła do szkoły, nauczycielka nie mogła się jej nachwalić: — Zdolna, jak mało kto! Wszystko łapie w lot! A wieś powoli się przyzwyczaiła, już nikt nie szeptał za plecami. choćby babka Marta się ociepliła — ciastami nas częstowała. Marysię szczególnie polubiła, gdy ta pomogła jej rozpalić piec w srogie mrozy. Stara leżała z kręgosłupem, a drzew nie miała. Marysia sama się zgłosiła: — Mamo, chodźmy do Marty, ona marznie. Tak się zaprzyjaźniły — stara zrzęda i moja dziewczynka. Marta opowiadała bajki, nauczyła ją robić na drutach i nigdy więcej nie wspominała o podrzutku. Czas mijał. Marysia miała już dziewięć lat, gdy pierwszy raz wspomniała most. Siedziałyśmy wieczorem, ja cerowałam skarpetkę, ona kołysała swoją lalkę — sama uszyła. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Serce mi stanęło, ale nie dałam poznać po sobie: — Pamiętam, córeczko. — Ja też trochę pamiętam. Było zimno, strasznie. Jakaś pani płakała, potem poszła. Druty mi wypadły z rąk, a ona dalej mówi: — Twarzy nie pamiętam, tylko niebieska chusta i wciąż powtarzała: „Przebacz mi, przebacz…” — Marysiu… — Nie martw się, mamo. Nie jestem smutna. Czasem tylko wspominam. Wiesz co? — uśmiechnęła się. — Cieszę się, iż to ty mnie wtedy znalazłaś. Przytuliłam ją mocno, a w gardle ściskało. Ile razy myślałam — kim była tamta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją zmusiło, żeby zostawiła dziecko pod mostem? Może sama głodowała, może mąż pił… W życiu wszystko się zdarza. Nie mnie sądzić. W ten wieczór długo nie mogłam zasnąć. Myślałam — jak to los się toczy. Żyłam sama, wydawało się, iż życie mnie ukarało samotnością. A okazało się, iż przygotowywało do najważniejszego — żeby być dla kogoś ratunkiem i domem. Od tej pory Marysia częściej pytała o przeszłość. Nigdy nie kłamałam, starałam się tłumaczyć tak, by jej nie zranić: — Wiesz, czasem ludzie trafiają w takie sytuacje, iż nie mają wyboru. Może twoja mama bardzo cierpiała, podejmując taką decyzję. — A ty byś tak nigdy nie zrobiła? — patrzyła mi w oczy. — Nigdy — odpowiadałam pewnie. — Jesteś moim szczęściem, moją radością. Lata leciały szybko. Marysia była pierwszą uczennicą w klasie. Przebiegała do domu: — Mamo, dziś mówiłam wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza polonistka, Maria, często rozmawiała ze mną: — Hanno, dziewczynka musi się dalej uczyć. Ma niezwykły dar do języków i literatury. Szkoda zaprzepaścić taką głowę! — Gdzie ją posłać? — wzdychałam. — Nie mamy pieniędzy… — Ja przygotuję ją za darmo. Taki talent to grzech zakopać. Maria pomagała jej po lekcjach. Wieczorami siedziały razem nad książkami. Ja robiłam im herbatę z konfiturą, słuchałam ich rozmów o Sienkiewiczu, Mickiewiczu, Żeromskim. Moje serce rosło — wszystko rozumiała, wszystko chłonęła. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz się zakochała — w nowym chłopaku, który przeprowadził się z rodzicami do wsi. Przeżywała bardzo, pisała wiersze w zeszycie chowanym pod poduszką. Udawałam, iż nie widzę, ale serce matczyne czuło — pierwsza miłość zawsze jest ciężka. Po maturze złożyła papiery na pedagogikę. Oddałam jej wszystkie oszczędności. choćby krowę sprzedałam — żal Zorki, ale co robić. — Mamo, nie trzeba. Jak sobie poradzisz bez krowy? — Dam radę, kochana. Ziemniaki są, kury jajka znoszą, a tobie trzeba się uczyć. Kiedy przyszło pismo o przyjęciu, cała wieś się cieszyła. choćby kierownik przychodził gratulować: — Brawo, Hanno! Wychowałaś i wykształciłaś. Teraz mamy własną studentkę. Pamiętam dzień wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Ona przytula się do mnie, płacze. — Będę pisać co tydzień, mamo. I przyjeżdżać na ferie. — Będziesz, córeczko — mówię, a serce rozdziera się na kawałki. Autobus zniknął za zakrętem, a ja jeszcze długo stałam. Klaudia podeszła, objęła mnie: — Chodź, Hanno, w domu robota czeka. — Wiesz, Klaudio — mówię — jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, a ja od Boga darowane. Marysia słowa dotrzymała — pisała często. Każdy jej list był dla mnie świętem. Opisywała naukę, koleżanki, miasto. A między wierszami czytać można było — tęskniła za domem. Na drugim roku poznała swojego Sebastiana — też student, z historii. Zaczęła o nim wspominać w listach niby mimochodem, a ja czułam — zakochała się. Na wakacje przyjechała z nim, żeby się przedstawić. Młody był pracowity, poważny. Pomógł mi dach naprawić, płot postawić, z sąsiadami gwałtownie się zaprzyjaźnił. Wieczorami siedzieliśmy na ganku, opowiadał o historii — słuchać można było godzinami. Widać — kochał moją Marysię, nie spuszczał jej z oczu. A jak przyjeżdżała na święta — całe sołectwo przychodziło popatrzeć, jaka piękna kobietka z niej wyrosła. Babka Marta, już bardzo stara, żegnała się: — Panie, a ja tak cię zniechęcałam do niej. Przebacz starej. Patrz, ile szczęścia wyrosło! Teraz Marysia sama jest nauczycielką, pracuje w miejskiej szkole. Uczy cudzych dzieci, jak kiedyś pani Maria ją uczyła. Wyszła za Sebastiana, żyją zgodnie. Urodziła wnuczkę — Hannę, na moją cześć. Hania — cała Marysia z dzieciństwa, tylko śmielsza. Jak przyjeżdżają w gości, wszędzie jej pełno — wszystko chce zobaczyć, wszędzie zajrzeć, wszystkiego dotknąć. A ja się raduję — niech biega, niech hałasuje. Dom bez śmiechu dziecięcego jest jak kościół bez dzwonów. Siedzę, piszę w pamiętniku, a za oknem znowu zamieć. Podłoga wciąż skrzypi, brzoza dalej stuka w okno. Ale cisza już nie ciąży. Jest w niej spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdą uśmiech mojej Marysi, za los, który kiedyś zaprowadził mnie pod stary most. Na stole stoi zdjęcie — Marysia z Sebastianem i Hanią. Obok podniszczona chusta, ta sama, w którą ją okryłam wtedy. Przechowuję ją na pamiątkę. Czasem gładzę – i wraca tamto ciepło. Wczoraj przyszło nowe — Marysia pisze, iż znowu jest w ciąży. Oczekują synka. Sebastian już wybrał imię — Stach, po moim mężu. To znaczy, ród się nie kończy, będzie komu pamięć przekazać. A stary most już dawno rozebrano, nowy zbudowano — betonowy, solidny. Rzadko tam teraz chodzę, ale gdy mijam, zatrzymuję się na chwilę. I myślę — jak wiele może zmienić jeden dzień, jeden przypadek, jeden dziecięcy płacz w mokry, marcowy wieczór… Mówią, iż los testuje nas samotnością, byśmy docenili bliskich. Ale ja myślę inaczej — przygotowuje nas do spotkania tych, dla których mamy być ratunkiem. I nie ważne, czy z naszej krwi — liczy się to, co podpowie serce. A moje serce tam, pod starym mostem, nie pomyliło się.
PREZENT ŚWIĄTECZNY – No, synku, opowiadaj, jak minął dzień, co u ciebie słychać? Tata, pan Wiktor, wracając z pracy, podrzucił i posadził koło siebie na kanapie swojego pięcioletniego synka Andrzejka, przeczesał palcami miękkie, jasne włosy na jego głowie. Podczas gdy mama, pani Polina, szykowała kolację, ojciec rozmawiał ze swoim ukochanym, jak dotąd jedynym potomkiem. W mieszkaniu panowało ciepło i przytulność, a na honorowym miejscu w salonie, pomiędzy cicho bąkającym telewizorem i szafą, tajemniczo migotała kolorowymi światełkami nieduża, ale bardzo strojna choinka. Do Sylwestra pozostała dokładnie doba. – U mnie wszystko dobrze! – ogłosił dziedzic. – Ale u mojego kolegi Kuby źle. – A co się stało, z tym twoim kolegą? – zaciekawił się Wiktor. – To ten Kuba, co mieszka w sąsiedniej klatce? – Tak, to on – kiwnął głową Andrzejek. – Dzisiaj na świątecznym występie w przedszkolu nie dali mu prezentu – powiedziała, wyglądając z kuchni, Polina, cała otoczona zapachem pieczonego kurczaka. – Biedny chłopiec… No, myjcie ręce, panowie, i do stołu – kolacja gotowa. – Jak to nie dali? – zdziwił się Wiktor, wstając z kanapy. – Wszystkim dali, a akurat Kubie nie? Coś tu nie tak. – Tak, wszystkim dali, tylko jemu nie – potwierdził Andrzejek, zsuwając się z kanapy zaraz za ojcem. – Śnieżynka i Święty Mikołaj każdemu wręczali prezenty, tylko jemu nie. A on czekał. – Co to za Śnieżynka i Mikołaj, iż dziecko pominęli? – zirytował się Wiktor. Przyciągnął sobie krzesło i usiadł przy stole. – Co oni winni? – wzruszyła ramionami Polina. – Może mama Kuby zapomniała wpłacić do składkowego prezentu, albo nie miała z czego. Zdarza się. Andrzejek, umyłeś ręce? – Tak, umyte, razem myliśmy – powiedział tata, rozdzielając rumianego kurczaka na kawałki i nakładając na talerze. – Ale choćby jeżeli nie wpłaciła, jak pani kierowniczka przedszkola… Jak ona tam się nazywa, pani Anna Pietrzak? Jak mogła pozwolić na to, żeby dziecko zostało bez prezentu, gdy wszyscy dostali właśnie przy wszystkich? – Anna Pietrzak była Śnieżynką – oznajmił Andrzejek. – A Mikołajem nasz woźny! – Tym bardziej! – nie mógł uspokoić się głowa rodziny. – Nie znaleźli choć jednego, skromnego prezentu dla samotnej matki i jej syna? Potem rodzic by się rozliczył. Jak można być tak nieczułym? – No więc nie znaleźli – westchnęła Polina. – Ja na ich miejscu na pewno bym coś wymyśliła dla chłopca. – A rodzice Kuby? Jak mogli dopuścić, żeby ich dziecko zostało bez upominku? – znów narzekał Wiktor. – Nie rozumiem… Swoją drogą, synu! Wiktor zwrócił się do Andrzejka, który zajadał kurczaka. – Podzieliłeś się później swoim prezentem z Kubą? – Jasne, tato, chciałem. I jeszcze Szymek, Kasia, Olek i inni też. Ale Kuba nie chciał nic od nikogo. – Dumny chłopak! – zdziwił się Wiktor. – Powiedz jeszcze, iż nie płakał. – Nie wiem… Nie widziałem – szczerze odpowiedział chłopiec. – Taki chłopak! – znów z podziwem powiedział Wiktor. – Nie zasłużył na takie traktowanie. – Naprawdę szkoda mi Kuby – zauważyła Polina. – Myślę, iż bardzo mu przykro. – Proponuję przywrócić sprawiedliwość! – nagle zadeklarował Wiktor. Zaczerwienił się, a jego oczy rozbłysły. – Jak? – zapytała Polina, wycierając usta serwetką. Andrzejek spojrzał pytająco. – Po prostu! – odpowiedział tajemniczo Wiktor. – Kto z was wie, gdzie mieszka Kuba? Andrzejek, ty wiesz? – Nie, nigdy u niego nie byłem. Tylko na podwórku i w przedszkolu – odpowiedział Andrzejek. – Pewnie dam radę się dowiedzieć – powiedziała po chwili Polina. – Mam koleżankę, zna prawie wszystkich w bloku. Zaraz zadzwonię… Ale po co? – Zadzwoń, proszę. I to teraz. – Dobrze – zgodziła się Polina. – Ale wy zmyjecie i posprzątacie! – Mieszkają pod trzydziestką piątką, nazwisko Szmitowie – po kilku minutach oznajmiła Polina. – Mama – Wanda. Ojca nie ma, a raczej był, ale odszedł. Podobno był powód. Mieszkają więc we dwójkę. – Skąd tyle szczegółów? – zaśmiał się Wiktor. – Moja koleżanka, Alicja – ona zna wszystko i wszystkich! – uśmiechnęła się Polina. – Siedzi w radzie bloku, wszystkie informacje do niej spływają. – No, to jasne – powiedział Wiktor. – Andrzejek, zjadłeś cały swój prezent? – Jeszcze nie, mama ostrzegała, iż za dużo słodyczy szkodzi. – Mądrze mówi – zauważył tata. – Czyli paczka po prezencie cała? – Tak, rozpakowałem ostrożnie. – To dobrze – tacie znów rozbłysły oczy. – Przełóż resztę słodyczy do innego worka, a ten prezentowy daj mi? – Po co? – zapytał nieufnie Andrzejek, ale po chwili wrócił z kolorową torbą. Wysypał zawartość na stół – cukierki, ciasteczka… Mama, która przez chwilę obserwowała zamieszanie, w końcu się odezwała: – Chcecie, moje drogie chłopaki, sprawić Kubie euforia i podarować mu prezent? Kiedy i kto dostarczy? – Najlepiej dziś! – odpowiedział Wiktor. – Andrzejku, co ty na to? – Jasne! Dziś! Zabiorę dla niego trochę swoich cukierków? – jeżeli nie żal ci, śmiało – aprobował tata. – Idziemy razem? – spytał syn, pakując wybrane słodycze do torby. – Już oferowałeś mu swoje, pamiętasz? Dumny chłopak, może od nas nie weźmie. Zrobimy inaczej… Wiktor zniknął w pokoju, a po chwili pojawił się Święty Mikołaj! W białych kozakach, czerwonym płaszczu z białym futrem, z długą brodą, czapką i workiem – choć pustym. Andrzejek patrzył z niedowierzaniem. Po chwili mówi: – Tato, to ty byłeś Mikołajem w zeszłym roku? I wcześniej? – Tak, to ja – przyznał Wiktor. – Przepraszam, iż dopiero teraz. Poproszono mnie raz w pracy, tak się spodobało, iż już trzeci rok jestem Mikołajem, także dla was. Podobał Ci się zeszłoroczny Mikołaj? – Bardzo! – pochwalił Andrzejek, przytulił się do taty. Mama dołożyła trochę słodyczy, zawiązała równo wstążkę na torbie, Wiktor włożył paczkę do worka. Poprawiając brodę, powiedział: – No, nie macie nic przeciwko, żebym odwiedził Kubę i rozdał mu prezent? – Nieeee! – odpowiedzieli chórem mama i syn. – Mogę iść z tobą, tato? – Zamiast Śnieżynki? – uśmiechnął się tata. – Zajączkiem! – krzyknął Andrzejek i pobiegł po swój kostium. Rodzice roześmiali się, gdy zobaczyli syna w białym kombinezonie z odstającymi uszami, pomponem na ogonie, kartonową maską z narysowanymi wąsami. – Dobrze, idziemy. Ale kurtka na grzbiet, choćby zającowi zimą chłodno! W tajemnicy wyszli – wielki Święty Mikołaj z workiem prowadzony przez małego zajączka w kurtce, ciągnącego paczkę. Po dziesięciu minutach wrócił sam Wiktor, z zakłopotanym wyrazem twarzy. – Gdzie Andrzejek? – zaniepokoiła się Polina. – Spokojnie, został u Kuby, bawią się. Za pół godziny go odbiorę – wyjaśnił Wiktor, ścierając spoconą twarz. Zrzucił strój Mikołaja i westchnął: – Ale się porobiło! I opowiedział żonie, co się wydarzyło. Okazało się, iż oni byli… już szóstymi, którzy tego wieczoru przynieśli prezenty Kubie! Przed nimi wyszła choćby sama kierowniczka przedszkola, Anna Pietrzak, już nie jako Śnieżynka. Przepraszała, wyjaśniała, iż winna leży po stronie splotu okoliczności… Ktoś nagrał film z występu i wrzucił na portal miasta – kilka tysięcy odsłon, burza komentarzy! – Ale to nie najważniejsze – podsumował Wiktor. – Okazało się, iż mama Kuby wpłaciła na prezent, tylko późno… – Matka w pewnym stopniu sama sobie winna – wtrąciła Polina. – Ale jedna wychowuje dzieciaka i nie zawsze ma. W przedszkolu mogli się przecież zachować lepiej. – Kierownictwo machnęło ręką – cały czas przeżywał Wiktor. – Dziecko zostało skrzywdzone. – Gdybym to ja była szefem nad tą Anną Pietrzak… – westchnęła Polina. – Tacy rządzący z dzieciakami nie powinni pracować. – Może ją zwolnią, może się opamięta… Ale w pracy z dziećmi tak nie wolno się zachowywać! Wiktor zamyślił się, a potem dodał: – Jeszcze jedno – przyszedł też tata Kuby. Z prezentami i skruszony, prawie płakał… – Serio? – ucieszyła się Polina. I wtedy do drzwi zadzwonił Andrzejek. – Czemu sam wróciłeś? – zdziwił się Wiktor. – Miałem po ciebie przyjść… – Co ja, mały jestem? – obruszył się Andrzejek. – Znudziło mi się tam. – Dlaczego? – Bo mama i tata Kuby najpierw się kłócili, potem płakali. My z Kubą wróciliśmy do kuchni, a oni się już przytulali. A gdy Kuba do nich dołączył, wszyscy się przytulali i płakali. Dziwni jacyś! choćby nie zauważyli, jak wyszedłem. Rodzina roześmiała się z ulgą. – No dobrze, kochani – powiedziała mama. – Chodźcie na herbatę. Potem, jeżeli ktoś nie zaśnie, pożegnamy stary i powitamy Nowy Rok. Niech będzie szczęśliwy dla wszystkich! – Niech będzie! – ze szczerością przytaknął Andrzejek.
Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka – weź je sobie!” – obca kobieta wrzuciła mi nagle nosidełko w ręce. Byłam w totalnym szoku!
Szczęśliwy Przypadek… Wychowywałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Opiekowały się mną mama i babcia. Potrzebę ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu, a w młodszych klasach szkoły podstawowej… Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy z dumą spacerowali za rękę ze swoimi wysokimi, męskimi ojcami, bawili się z nimi, jeździli na rowerach i samochodach. Szczególnie przykro było, gdy któryś z ojców całował córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co to za szczęście!…” Swojego taty też widziałem… Ale tylko na jednej jedynej fotografii, gdzie uśmiechał się jak inni ojcowie… Ale nie do mnie! Mama mówiła, iż jest polarnikiem. Mieszka na dalekiej północy, tak dalekiej, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie przysyła prezenty na urodziny. W trzeciej klasie, ku swojemu rozczarowaniu, zrozumiałem, iż żadnego ojca-polarnika nie mam… I nigdy nie miałem! Przypadkiem usłyszałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty w imieniu ojca, który adekwatnie ich zdradził. Choć wiedzie dostatnie życie, nigdy nie zadzwonił do syna, nie złożył życzeń choćby na urodziny czy Nowy Rok. „Arek tak uwielbia te święta!… To jedyne dni, kiedy czuje choć odrobinę wsparcia – choćby ze strony dalekiego, mistycznego, ale bliskiego człowieka”. I przed urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę już żadnych prezentów od „ojca”, którego nie ma. „Upieczcie po prostu mój ulubiony tort 'Ptasie Mleczko’ i tyle”. Żyliśmy skromnie, z pensji mamy i babci. Dlatego, gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego razu sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym pracował za niego jako Święty Mikołaj w przedszkolach i rodzinach przed Nowym Rokiem. Od razu zrezygnowałem z przedszkoli – uznałem iż to za trudne, trzeba tam odgrywać całe przedstawienia w parze z Śnieżynką. Ale na indywidualne wizyty po mieszkaniach w dniu Nowego Roku zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresami klientów. Program był prosty i łatwo go zapamiętałem – to nie egzamin z matematyki. Ale strach przed kompromitacją był spory. Jednak pierwszy raz zaskakująco się udał. Kiedy wróciłem do domu po odwiedzinach dzieci i policzyłem zarobek, o mało nie zatańczyłem z radości. Za pół roku noszenia skrzyń i worków nie zarobiłem tyle, co w jeden dzień. Od tej pory zimą regularnie przebierałem się za Mikołaja, a latem dorabiałem w studenckich brygadach budowlanych. Dopóki studiowałem, nie układało mi się w życiu osobistym – nie było na to czasu: nauka, dorywcze prace. Oczywiście były dziewczyny, ale do ślubu jakoś nie dochodziło. „Jak skończę studia, znajdę prestiżową pracę, sensowną pensję, urządzę się… Wtedy pomyślę o rodzinie”, marzyłem. Po studiach, jako inżynier na niskim stanowisku, zacząłem myśleć o kupnie używanego samochodu. W rodzinie mieliśmy już średni poziom życia, ale na auto nie wystarczało, a bardzo chciałem mieć własny samochód. Postanowiłem znów zostać Mikołajem. Mama wyjęła z szafy mój kostium, zdjęła folię, zaczęła go odświeżać. Doszyła dużo brokatu – cały się błyszczał. Rozczesana biała broda też mi się podobała, bo zasłaniała twarz. Przyczepiłem gęste brwi i w lustrze byłem z siebie zadowolony. Mama westchnęła: – Arek, pora już mieć własne dzieci, a ty ciągle bawisz cudze. – Jeszcze zdążę, – machnąłem ręką. – No to trzymaj za mnie kciuki, mamo! – pocałowałem ją w policzek i ruszyłem do pracy. Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety i dostałem piętnaście zamówień. Odpracowałem już sześć adresów, wyczytałem następny: „ul. Sadowa 6, mieszkanie 19”. Wysiadłem z tramwaju i ruszyłem na miejsce. Sadowa to niemal obrzeża miasta, było tam ciemno. Dom numer 6 znalazłem szybko. Wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Otworzył mi chłopiec, jakieś pięć-sześć lat. – Na polanie, pod lasem, mieszkam w leśnej chatce… – zacząłem rutynowo. Ale chłopiec przerwał: – My nie zapraszaliśmy Mikołaja! – Mnie nie trzeba zapraszać, sam przychodzę do grzecznych dzieci, – powiedziałem szybko, chociaż się trochę speszyłem. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do babci Toni na zastrzyk. Zaraz wróci. – A jak masz na imię? – Arek. „No proszę, imiennik”, – uśmiechnąłem się w myślach. Ale nie zdradziłem imienia – przecież jestem Mikołajem! – Arek, a gdzie jest wasza choinka? – W moim pokoju. Chłopiec wziął mnie za rękę i zaprowadził do niewielkiego, skromnie umeblowanego pokoiku. Na stoliku przy łóżku zamiast choinki stała gałązka świerku w słoiku, przystrojona małymi ozdobami i kolorową girlandą. Obok, w identycznych ramkach, stały dwa zdjęcia – mężczyzny i kobiety. Spojrzałem na nie i… Zamarłem… Na jednym z nich byłem… ja! „To niemożliwe!” Przyjrzałem się z bliska. Tak, to ja – na studenckiej fotografii w kurtce. A obok zdjęcie dziewczyny – Leny Górnowej. Poznaliśmy się latem na studenckiej budowie. Jej portret był już dorosły. Patrzyła łagodnymi, smutnymi oczami – bardzo podobna do tej wesołej, młodej Leny. – Kto to? – zapytałem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja? – Moja. – Lena? – wyrwało mi się. – O! Naprawdę! Zgadł pan! To znaczy, iż pan jest prawdziwym Mikołajem? Myślałem, iż naprawdę nie istnieje! – A to kto? – wskazałem na swoje zdjęcie, już się domyślając, iż Arek to mój syn. – To mój tata! Prawdziwy polarnik! Wyobraża pan sobie, mieszka i pracuje na wielkiej krze lodowej! Mama mówi, iż wyjechał, gdy byłem mały. Nigdy go nie widziałem… choćby nie pamiętam. Ale zawsze dostaję od niego prezenty na urodziny i Nowy Rok. I w ten Nowy Rok też rano znajdę pod poduszką prezent od taty. Mikołaj lubi tam chować prezenty. Zamarłem, przypomniawszy sobie dzieciństwo i własnego „tatę-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają ojców-łajdaków na biegun północny? Okazałem się jednym z nich. Zrobiło mi się okropnie, jakby los wbił mi nóż w serce. Przypomniałem sobie nasz burzliwy, krótki romans z Leną… Rozstając się, wymieniliśmy się numerami. Ale zaraz po powrocie do domu jej nie zadzwoniłem, a po kilku dniach ktoś ukradł mi telefon. Często o niej myślałem, ale życie, nauka, koledzy i koleżanki wyparli ją z pamięci… A ona mieszkała w tym samym mieście. Nie tylko mnie nie zapomniała – sama wychowywała naszego syna i postawiła moje zdjęcie obok swojego. Chciałem powiedzieć Arkowi, iż jestem jego ojcem, gdy otworzyły się drzwi i weszła Lena: – Synku, przepraszam za spóźnienie. Babci Tosi musiała przyjechać karetka i zabrać do szpitala. Zobaczyła mnie i zawołała: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia zalały mi twarz. Zdjąłem czapkę razem z brodą, zerwałem brwi… – Arek?! – Lena była w szoku. Usiadła jak rażona na pufie w przedpokoju i rozpłakała się tak głośno, iż synek Arek się przestraszył. Ale Lena gwałtownie się opanowała, widząc syna. A ja powiedziałem mu, iż przyleciałem z Bieguna Północnego, żeby zrobić niespodziankę jemu i mamie jako Święty Mikołaj. euforia Arka była nie do opisania. Śmiał się, śpiewał, recytował wiersze, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów na długo odlecę. O prezencie choćby nie pomyślał. Wiedział, iż Mikołaj schowa go pod poduszkę. Arek zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozłąki. Rano pobiegłem po jeszcze jeden prezent i dopiero wtedy odkryłem, iż pomyliłem adresy. Wszedłem do domu 6A, a powinienem do 6. W nocy nie zauważyłem tej literki „A” i trafiłem nie tam, gdzie trzeba. A tak naprawdę – do NAJWAŻNIEJSZEGO dla mnie domu! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek”, myślałem, uśmiechając się. Teraz jesteśmy we troje! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnukiem – Arkiem Arkadiuszowiczem!
Antoni­na Pietrow­na szła przez deszczowe ulice Warszawy i płakała. Łzy mieszały się z kroplami deszczu na jej twarzy. „Jedna euforia – pada deszcz, nikt nie widzi łez”, myślała. A potem: „Sama winna! Weszłam nie w porę, nieproszona gościni.” Szła i płakała. Ale zaraz wybuchnęła śmiechem, przypominając sobie polski dowcip, w którym zięć prosi teściową: „Mamo, choćby herbaty nie napijesz się?” Teraz sama była tą „mamą”. Płakała i śmiała się na przemian. W domu zrzuciła mokre ubranie, wtuliła się w koc i już płakała bez krępacji – tylko złota rybka w okrągłym akwarium mogła ją usłyszeć. Antoni­na była atrakcyjną kobietą i zawsze cieszyła się zainteresowaniem panów. Z ojcem Nikity nie udało się – popijał, na początku znośnie, potem zaczął chorobliwie zazdrościć o każdego: sąsiada, dziadka z laską, sprzedawcę w mięsnym. Gdy raz Antoni­na uśmiechnęła się sąsiadowi, mąż oszalał, pobił ją boleśnie na oczach syna. Nikita wszystko opowiedział dziadkom. Mama Antoniny zapłakała: „Nie po to córkę wychowywałam, żeby ją jakikolwiek pijak bił!” Ojciec bez słowa wyniósł zięcia z czwartego piętra – złamał mu rękę, zagroził, po czym ten zniknął na zawsze. Antoni­na więcej za mąż nie wyszła – musiała wychowywać syna. Miała dobrą pracę jako technolog żywności w kameralnej restauracji, pieniądze odkładała na mieszkanie. Kiedy uzbierała potrzebną sumę, Nikita się ożenił z uroczą Anastazją. Antoni­na podarowała młodym nowe dwupokojowe mieszkanie, ślub zorganizowała – bo przecież im bardziej potrzebne! Teraz odkładala dla dzieci na nowy samochód – ileż można jeździć starym fiatem? Tego dnia nie zamierzała odwiedzać syna – nie lubiła narzucać swojej obecności. Ale akurat była w pobliżu, kiedy lunął deszcz. Bez parasola, przemoczona do suchej nitki, postanowiła zajrzeć i poczekać, może z Anastazją pogadać, wypić razem herbatę. Anastazja otworzyła drzwi, zdziwiona patrzyła na Antoni­nę: „Antoni­na Pietrow­na, czegoś pani chciała?” Antoni­na zaczęła się tłumaczyć: „Tylko na chwilkę, deszcz…” „Deszcz już skończony. Niedaleko pani ma, da radę!” – odpowiedziała chłodno synowa, nie wpuszczając dalej. Antoni­na wyszła, cała we łzach. W domu zasnęła. Śniła jej się złota rybka – wyrosła nagle, mówiła: „Płaczesz? Ty głupia! choćby herbaty w deszcz ci nie nalali. Zbierasz dla nich na samochód, a oni choćby nie docenią! Żyj wreszcie dla siebie – pojedź nad polskie morze, odpocznij!” Antoni­na obudziła się już po zmroku. Rybka w akwarium poruszała pyszczkiem, ale Antoni­na już nie rozumiała jej języka – zrozumiała za to jedno: nie wolno poświęcać się niewdzięcznym ludziom, takim, którzy choćby herbaty nie naleją i nie pozwolą przeczekać deszczu. Antoni­na wzięła pieniądze zbierane na samochód dla dzieci i kupiła sobie wakacje nad Bałtykiem. Wróciła piękna, opalona i szczęśliwa. Nikita z Anastazją choćby nie wiedzieli – dzwonili tylko, gdy czegoś potrzebowali. Antoni­na przestała unikać mężczyzn – znalazła adoratora, dyrektora restauracji, gdzie pracowała. Od dawna jej się podobał, ale Antoni­na ciągle żyła synem i synową. Teraz wreszcie się poukładało – razem do pracy i z pracy, życie nabrało kolorów. Niedawno Anastazja zajrzała: „Dlaczego pani nie przychodzi, nie dzwoni? Nikita ogląda samochód!” „Anastazja, czegoś potrzebujesz?” – odpowiedziała już z dystansem Antoni­na. Z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pijemy!” – uśmiechnęła się Antoni­na. „Zapraszaj gościa!” „Nie, Anastazja już wychodzi. Herbaty nie pije, prawda?” Antoni­na zamknęła drzwi za synową i z uśmiechem puściła oczko rybce: „Tak to się robi!”
Nie potrafiłam pokochać – Dziewczyny, przyznajcie się, która z was jest Lila? – zagadnęła nas z figlarnym uśmiechem młoda kobieta. – Ja jestem Lila. A co się stało? – odparłam zaskoczona. – Masz tu list, Lila. Od Włodka – powiedziała nieznajoma, wyciągając z kieszeni fartucha pogniecioną kopertę. – Od Włodka? A gdzie on teraz? – zdziwiłam się. – Przenieśli go do internatu dla dorosłych. Czekał na ciebie, Lila, jak na zbawienie. Wypatrywał cię bez końca. Dał mi ten list do sprawdzenia błędów, żeby się przed tobą nie wygłupić. Muszę już lecieć, zaraz obiad. Pracuję tutaj jako wychowawczyni – spojrzała na mnie z wyrzutem, westchnęła i zniknęła. … Pewnego lata, mając po szesnaście lat i korzystając z wakacyjnych uroków, z przyjaciółką przypadkowo weszłyśmy na teren nieznanego ośrodka. Usiadłyśmy ze Swietą na wygodnej ławce. Rozmowy, śmiechy, pełna beztroska. Nagle podeszło do nas dwóch chłopaków. – Cześć dziewczyny! Nudzicie się? Poznamy się? – zagadnął ze śmiałością jeden, podając mi rękę. – Włodek. Odpowiedziałam: – Lila. A to moja koleżanka Swieta. A jak ma na imię twój cichy przyjaciel? – Leon – odezwał się nieśmiało drugi chłopak. Wydali nam się trochę staromodni, za bardzo poukładani. Włodek powiedział poważnie: – Dziewczyny, po co takie krótkie spódnice? A Swieto, masz bardzo odważny dekolt. – Oj chłopcy, nie zaglądajcie, gdzie nie trzeba. Bo jeszcze oczy wam się rozbiegną – roześmiałyśmy się. – Ciężko nie zerkać, jesteśmy chłopakami. Palicie papierosy? – dopytywał Włodek. – No jasne, tylko „na pokaz” – odpowiadamy żartem. Dopiero wtedy zauważyłyśmy ze Swietą, iż chłopcy mają problem z nogami. Włodek ledwo chodził, Leon mocno utykał. – Leczycie się tu? – zgadłam. – Tak, miałem wypadek na motocyklu, Leon skoczył niefortunnie do wody ze skały – wyrecytował Włodek. – Niedługo nas wypiszą. Uwierzyłyśmy w ich historię, nie wiedząc, iż Włodek i Leon są inwalidami od dzieciństwa i skazani na życie w internacie. Byłyśmy dla nich powiewem wolności. Zamknięci w świecie pozostałych, mieli zawsze jakąś wymyśloną wersję o wypadku. Okazali się mądrzy, ciekawi, oczytani. Od tego dnia co tydzień odwiedzałyśmy chłopaków. Żal nam ich było, chciałyśmy ich rozweselić, a także uczyć się od nich. Spotkania weszły w nawyk. Włodek przynosił mi kwiaty z rabaty, Leon dawał Swiecie zrobione własnoręcznie origami, wręczał nieśmiało. Potem siadaliśmy razem – Włodek tuż obok mnie, Leon zwracał się plecami, całą uwagę skupiając na Swiecie, która odczuwała miłe zażenowanie. Długie, ciepłe lato gwałtownie minęło. Przyszła deszczowa jesień, skończyły się wakacje, zaczęła się matura. Zapomniałyśmy o chłopakach. … Był koniec szkoły, egzaminy, ostatni dzwonek, bal maturalny. Potem znowu lato, czas nadziei. Z Swietą wróciłyśmy na teren internatu, żeby odwiedzić dawnych znajomych. Usiadłyśmy na tej samej ławce, czekając na Włodka z kwiatami i Leona z origami. Niestety, dwie godziny czekałyśmy na próżno. Nagle pojawiła się dziewczyna, wręczyła mi list od Włodka. Otworzyłam kopertę: „Najdroższa Lilio! Jesteś moim pachnącym kwiatem! Nieosiągalną gwiazdą! Może nie wiesz, iż zakochałem się w tobie od pierwszego spotkania. Nasze rozmowy były dla mnie życiem. Już pół roku patrzę na okno, czekam na ciebie. Zapomniałaś o mnie. Szkoda! Idziemy innymi drogami, ale dziękuję, iż dałaś mi poznać prawdziwą miłość. Pamiętam twój aksamitny głos, uśmiech, delikatne dłonie. Jak mi źle bez ciebie, Liliu! Chciałbym cię zobaczyć choć raz! Mi i Leonowi stuknęło osiemnaście lat. Na wiosnę przeniosą nas do innego internatu. Pewnie się już nie spotkamy. Moje serce w strzępach! Może uda mi się cię „odchorować” i wyzdrowieć. Żegnaj, jedyna!” Podpis: „na zawsze twój Włodek” Z listem był zasuszony kwiat. Zrobiło mi się bardzo wstyd i żal, iż nie da się już nic naprawić. Przypomniały mi się słowa: „Jesteśmy odpowiedzialni za tych, których oswoiliśmy.” Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielką miłość czuł do mnie Włodek – ja nie potrafiłam odpowiedzieć mu uczuciami. Była tylko przyjaźń, fascynacja jego wiedzą i rozmową. Tak, czasem kokietowałam, podsycałam ogień jego zainteresowania, nie przewidziałam, iż ta zabawa roznieci taką miłość. …Od tamtej pory minęło wiele, wiele lat. List od Włodka wyblakł, kwiatek rozsypał się w proch. Wciąż pamiętam nasze niewinne spotkania, swobodne rozmowy, śmiech przy jego żartach. …Ta historia ma dalszy ciąg. Swieta poruszona losami Leona, którego rodzice odrzucili przez „inność”, skończyła pedagogikę i pracuje w internacie dla dzieci z niepełnosprawnościami. Leon został jej mężem, mają dwóch dorosłych synów. Włodek, jak mówi Leon, mieszkał przez lata w samotności. Gdy Włodek miał czterdzieści lat, jego matka po latach odwiedziła go w internacie, zobaczyła schorowanego syna, zapłakała, odżył w niej zapomniany matczyny wzgląd i zabrała Włodka do wsi. Co dalej – tego nikt już nie wie…
Jutro rozpocznie się Festiwal Teatrów Dla Dzieci
Niezła sztuka! Mąż nocą z obecną żoną, a za dnia u byłej – codzienny dramat w polskim domu
Agnieszka ze "ŚOPW" zaskakująco o macierzyństwie. Jej syn właśnie skończył trzy miesiące
Szczęśliwy zbieg okoliczności… Wychowałem się w niepełnej rodzinie – bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Brak ojca odczuwałem już w przedszkolu, a w podstawówce… Okropnie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumnie spacerowali z wysokimi, męskimi ojcami, bawili się, jeździli na rowerach, samochodach. Szczególnie było mi przykro, gdy któraś z tatusiów całował swoją córkę lub syna, brał na ręce, a oni się śmiali… Boże, patrząc na to, myślałem: „Jakie to szczęście!”. Widzieć swojego ojca mogłem tylko na jednym zdjęciu, gdzie uśmiechał się… ale nie do mnie! Mama twierdziła, iż był polarnikiem, mieszkał na dalekiej północy i dlatego nie mógł przyjechać, ale na urodziny wysyłał prezenty. Jednak w trzeciej klasie, ku wielkiemu rozczarowaniu, przypadkiem podsłuchałem rozmowę mamy z babcią, która wyznała, iż nie ma już siły okłamywać dziecka – jestem oszukiwany, a ojca nigdy nie było. I nigdy mnie nie odwiedził, nie zadzwonił choćby na urodziny… Od tej pory nie chciałem już prezentów „od ojca”. Prosiłem tylko o mój ulubiony tort „Ptasie Mleczko”. Żyliśmy bardzo skromnie z dwoma niewielkimi pensjami. Dlatego na studiach dorabiałem jako pomocnik na dworcu czy w sklepie. Pewnego dnia sąsiad Sławek zaoferował mi pracę jako Święty Mikołaj w domach i przedszkolach w okresie przedświątecznym. Przedszkola od razu odpuściłem, to za trudne – scenki i duet z „Śnieżynką”, ale na wizyty po domach się zgodziłem. Sławek przekazał mi notes z wierszykami i adresami dzieci. Po pierwszym dniu wróciłem szczęśliwy i zachwycony zarobkiem – w pół roku dźwigania nie zarobiłem tyle! Od tej pory co zimę „mikołajkowałem”, a latem dorabiałem na budowach. Na życie osobiste nie było czasu. Dziewczyny się pojawiały, ale do poważnych relacji nie dochodziło. Plan był jasny: skończę studia, znajdę prestiżową pracę, poukładam życie… wtedy będę myśleć o rodzinie. Po ukończeniu politechniki podjąłem pracę jako inżynier, ale pensja początkowo była mała. Marzyłem o własnym samochodzie. Mama odświeżyła mój strój Mikołaja, dodała brokatów, zrobiła puszystą brodę – wyglądałem znakomicie. – Artek, czas mieć własne dzieci – westchnęła. – Spokojnie, przyjdzie na to czas – odpowiedziałem i wyruszyłem zarabiać. Po ogłoszeniu w miejskiej gazecie zdobyłem piętnaście zgłoszeń. Po kilku udanych wizytach, sprawdzając kolejne adresy, trafiłem na: ul. Sadowa 6, m. 19. Sadowa to trochę na obrzeżach miasta, słabo oświetlona. Wszedłem na drugie piętro, zapukałem. Otworzył mi chłopiec – pięć, sześć lat. – Na polanie przy leśnej dróżce mieszka Mikołaj w chatce… – zacząłem, ale chłopiec przerwał: – My nie zamawialiśmy Mikołaja! – Nie trzeba mnie zamawiać, sam przychodzę do grzecznych dzieci – odpowiedziałem, choć byłem zaskoczony. – Mama jest u babci Tosi, robi zastrzyk, zaraz wróci – wyjaśnił. – A ty jak masz na imię? – Artek. Zdziwiony, pomyślałem: „Mój imiennik!”. – Artek, gdzie macie choinkę? – W moim pokoju. Poprowadził mnie do skromnie urządzonego pokoiku. Na stoliku, zamiast choinki, stała gałązka w słoju, ozdobiona mini-zabawkami i kolorową girlandą. Obok dwa zdjęcia – mężczyzny i kobiety. Spojrzałem… i zamarłem ze zdziwienia. Ze zdjęcia spoglądałem… JA! Niemożliwe! Lewy portret – moja studencka fotka. Prawy – dziewczyna, LENA GORNOWSKA, poznana latem na budowie. Ale jej zdjęcie nie było studenckie – patrzyła smutnymi oczami dojrzałej kobiety. – Kto to? – zapytałem. – Mama. – Twoja? – Moja. – Lena? – Dokładnie! Zgadł pan! To prawdziwy Mikołaj? Mama mówiła, iż tata jest prawdziwym polarnikiem i mieszka daleko na „wielkiej krze”. Nigdy go nie widziałem, mama mówi, iż wyjechał, gdy byłem malutki, ale zawsze dostaję od niego prezenty na urodziny i na Nowy Rok – pod poduszką ukrywa je Mikołaj. Zamurowało mnie. Przypomniałem sobie własną historię z „tatusiem polarnikiem”. Czy wszystkie matki wysyłają ojców na Biegun Północny? Zrozumiałem, iż właśnie patrzę na swego syna… Chciałem mu wyznać prawdę, gdy nagle weszła Lena: – Synku, przepraszam, długo mnie nie było, babcia Tosia miała atak i zawołała karetkę. Zobaczyła mnie: – Ależ my nie zamawialiśmy Mikołaja! Z oczu popłynęły mi łzy szczęścia. Zdjąłem czapkę, brodę i sztuczne brwi… – Artek?! – Lena osłupiała i osunęła się na puf. Rozpłakała się, a synek przestraszył się jej łez, ale Lena gwałtownie się pozbierała dla syna. Wyjaśniłem Artkowi, iż przyleciałem z dalekiej Północy, zostałem Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. euforia Artka była ogromna: śmiał się, recytował wiersze, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów zniknę na długo. choćby o prezent nie pytał – dobrze wiedział, iż Mikołaj zawsze schowa prezent taty pod poduszką. Artek zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby te wszystkie lata się nie wydarzyły. Rano, robiąc zakupy dla syna, odkryłem, iż przez pomyłkę przyszedłem do bloku 6A, a powinienem do 6. Nocą nie zauważyłem tej literki „A” i wszedłem nie do tego mieszkania… a jednak do najwłaściwszego! „Jak to los potrafi szczęśliwie się pomylić” – pomyślałem, uśmiechając się. Teraz jesteśmy razem – szczęśliwi we troje! A mama z babcią nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem – Artkiem Artkiewiczem!…
Dzieci płacą za ból rodziców. Po przecięciu pępowiny zaczyna się piekło
Misterne Oblicze
– Nie muszę chyba mówić, iż to wszystko moja wina! – Siostra mojego chłopaka zalewa się łzami. – choćby nie wyobrażałam sobie, iż coś takiego może się wydarzyć! A teraz nie wiem, co dalej. Nie mam pojęcia, jak to wszystko opanować, żeby nie stracić godności. Siostra mojego chłopaka kilka lat temu wyszła za mąż. Po ślubie zapadła decyzja, iż młode małżeństwo zamieszka u matki męża. Rodzice jego mają duże trzypokojowe mieszkanie i tylko jednego syna. – Jedno pokoje zostawiam dla siebie, a reszta należy do was! – deklarowała teściowa. – Wszyscy jesteśmy kulturalnymi ludźmi, więc jestem pewna, iż się dogadamy. – Zawsze możemy się wyprowadzić! – mówił mąż swojej żonie. – Nie widzę nic złego w tym, by spróbować życia pod jednym dachem z mamą. jeżeli się nie dogadamy, zawsze możemy wynająć mieszkanie… Tak też zrobili. Jak się okazało, wspólne życie pod jednym dachem było ogromnym wyzwaniem. Zarówno synowa, jak i teściowa starały się, ale z każdym dniem było coraz trudniej. Nagromadzone pretensje co jakiś czas wybuchały, kłótnie stawały się coraz częstsze. – Obiecałeś, iż jeżeli nie będziemy mogli razem mieszkać, to się wyprowadzimy! – żona płakała. – No przecież nic się nie dzieje! – bagatelizowała to teściowa. – To tylko drobiazgi, nie warto przez to pakować walizek i odchodzić. Dokładnie rok po ślubie żona zaszła w ciążę i urodziła zdrowego synka. Narodziny wnuka zbiegły się z momentem, w którym teściowa straciła pracę i nie mogła znaleźć nowej ze względu na wiek przedemerytalny. W efekcie synowa i teściowa musiały przebywać razem przez całą dobę, bo żadna nie miała możliwości wyjścia z domu. Atmosfera w mieszkaniu pogarszała się z dnia na dzień. Mąż tylko bezradnie rozkładał ręce i wysłuchiwał żalów, bo był jedynym żywicielem rodziny. – Nas nie stać na to, abym wynajął mieszkanie i jeszcze utrzymywał mamę, która została bez środków do życia. jeżeli mama znajdzie pracę, wyprowadzimy się! Jednak cierpliwość młodej kobiety się kończyła. Spakowała swoje rzeczy i rzeczy dziecka, i przeniosła się do swojej mamy. Powiedziała mężowi, iż nie wróci już więcej do domu jego matki. jeżeli rodzina jest dla niego ważna, niech coś wymyśli. Była pewna, iż ukochany ją doceni i natychmiast będzie próbował ją odzyskać. Bardzo się myliła. Minęły już ponad trzy miesiące od jej wyprowadzki, a mąż choćby nie próbował jej sprowadzić z powrotem. Mieszka z matką, z żoną i dzieckiem kontaktuje się przez wideorozmowy, a w weekendy odwiedza je w domu teściowej. Mąż korzysta z opieki i troski dwóch kobiet naraz, poza tym matka współczuje mu, iż żona zostawiła dom, a on sam nie musi przejmować się dzieckiem. Mąż – wygrany! A teściowa prawdopodobnie jest zadowolona, bo praktycznie nic nie straciła! Młoda kobieta jest głęboko nieszczęśliwa. Bardzo kocha męża, choć wie, iż nie zachowuje się wobec niej adekwatnie. – A czego się spodziewałaś, gdy odeszłaś? – pyta mąż. – Możesz wrócić, jeżeli chcesz. Wygląda na to, iż żona nie zamierza zostawić matki i wynajmować mieszkania. Dziewczyna na urlopie macierzyńskim, rzecz jasna, nie ma na to pieniędzy. Czy to naprawdę koniec tej rodziny? Jak sądzicie, czy ma choć cień szansy wrócić do domu teściowej i zachować twarz w tej sytuacji?
Test z "Lalki": ile pamiętasz z losów bohaterów? Sprawdź się przed kartkówką
Nie patrz na mnie w ten sposób! Nie chcę tego dziecka. Masz je!” – obca kobieta nagle wcisnęła mi nosidełko w ręce. Byłam kompletnie zaskoczona.
– To nie jest twoja córka, czy ty naprawdę jesteś ślepy? Po roku związku z moim przyszłym mężem nie przypuszczałam, iż jego mama będzie miała tak negatywne nastawienie do mnie i naszej córki, która urodziła się po ślubie. A wszystko przez to, iż nasza maleńka córeczka była śliczną blondynką o chabrowych oczach, podczas gdy mój mąż i jego brat mieli wyraźnie ciemniejsze rysy, trochę jak Romowie. Gdy leżałam jeszcze na oddziale położniczym, teściowa zadzwoniła, pogratulowała i chciała zobaczyć wnuczkę. Przyszła, spojrzała i ledwie powściągnęła emocje, ale w szpitalnym korytarzu spytała mnie wprost: – Co, podmienili dziecko? Wszyscy dookoła zaniemówili, a teściowa czekała na odpowiedź. Ze wstydem zapewniłam, iż nie, bo przecież byłam cały czas z dzieckiem. Ale w domu, kiedy siedzieliśmy we trójkę, padły już mocniejsze słowa: – To nie twoja córka, czy ty jesteś ślepy? Mąż w szoku, ale teściowa nie odpuszczała: – Ona nie ma nic po tobie, nie jest podobna do matki, pomyśl, kto jest ojcem? To na pewno sprawka innego faceta! Mąż stanął po mojej stronie i kazał mamie wyjść. Było mi przykro, zwłaszcza po trudnej ciąży, ale najważniejsze, iż córka była zdrowa i radosna. choćby lekarz zażartował: – Co za piosenkarka! Jakie płuca! Teściowa wszczęła wojnę – dzwoniła, sugerowała testy DNA, podczas wizyt rzucała docinki. Nie chciała choćby wziąć wnuczki na ręce, starała się rozmawiać z synem na osobności, szukając spisków. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam: – Może zamówmy ramkę na wynik DNA, powiesimy nad łóżkiem – będzie pani mogła podziwiać, iż to na pewno pan jest ojcem! Teściowa się zagotowała, ale zrobiliśmy test. Wynik oczywisty, ale wciąż nie dała za wygraną – uznała, iż mamy znajomości albo coś pokombinowaliśmy. Konflikt trwał latami. Pięć lat później zabawny zbieg okoliczności – bratowa rodzi córkę, a ta wygląda zupełnie jak nasza! Zażartowałam: – No to przyznaj się, też masz coś z moim „kochankiem”? Rodzina parsknęła śmiechem, tylko teściowa pobladła. Od tamtej pory unikała przykrych komentarzy, a kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz bawiącą się z moją córką, poczułam, iż w końcu zostałyśmy zaakceptowane. Dziś moja córeczka to ukochana „nasza wnusia”, „jagódka”, obsypywana prezentami i czułością. Ale żal i wspomnienie tamtych wydarzeń pozostały. – To nie twoja córka, czy naprawdę jesteś ślepy?– Gorzka historia o teściowej, blond wnuczce i długiej drodze do rodzinnej zgody
Moja matka była przyjaciółką żonatego mężczyzny, od którego się urodziłem.
Bezpłatne lekcje biblioteczne dla przedszkolaków i uczniów w Multimedialnej Bibliotece
Jak ustawić kontrolę rodzicielską – praktyczny przewodnik dla rodziców i nauczycieli (DBI)
Matki wybierają żłobek dla dziecka. "Planuję ten Montessori prowadzony wyłącznie po angielsku"
Ostatnio byłam u synowej, a w ich domu sprzątała obca kobieta! Od zawsze powtarzałam synowi, iż status materialny przyszłej żony nie ma dla nas znaczenia, więc ożenił się z Marią, która nigdy nie miała pieniędzy i była przez życie rozpieszczona. Po ślubie zamieszkali w domu, który dla nich kupiliśmy i wyremontowaliśmy, a teraz ciągle wspieramy ich finansowo i przywozimy jedzenie. Synowa nie pracuje, bo opiekuje się wnuczkiem, a syn nie ma dobrej pracy ani wysokich zarobków. Jak się poczułam, gdy wchodzę do mojego domu i widzę obcą kobietę sprzątającą za nasze pieniądze? Wyprosiłam ją i postanowiłam poczekać na synową. Maria tłumaczyła, iż podczas urlopu macierzyńskiego została blogerką i dobrze zarabia, dlatego zatrudniła pomoc do sprzątania. Syn wszystko wiedział i nie miał nic przeciwko, ale ja nie rozumiem, jak młodych na to stać! Gdy poskarżyłam się mężowi, stwierdził, iż młodym nie wolno się wtrącać. A ja jestem wściekła – przecież mam rację, prawda? Co wy o tym sądzicie?
Zamiast szczęścia – rola służącej: Kiedy Alina postanowiła wyjść za mąż, jej syn i synowa byli zszokowani. – Czy naprawdę chcesz tak zmienić swoje życie w tym wieku? – pytała Kasia. – Mamo, po co takie radykalne kroki? – martwił się Rafał. Jednak Alina była pewna swojej decyzji. niedługo zamieszkała z Jurkiem, poznanym przypadkiem na ulicy, w jego dużym mieszkaniu razem z jego córką, zięciem i wnuczką. Na początku wszystko układało się dobrze, ale gwałtownie okazało się, iż od nowej żony oczekuje się gotowania, sprzątania, zakupów, opieki nad dzieckiem i pracy na działce. Nie była już kochaną żoną, ale „gospodynią” do wszystkich prac domowych. Dopiero konflikt o urodziny wnuczki uświadomił jej, iż nie takiej roli oczekiwała. Spakowała rzeczy i wróciła do syna oraz Kasi – gdzie znowu była po prostu mamą, babcią i częścią rodziny, a nie służącą.
Matki wciskają dzieciom w skarpetki cebulę "dla zdrowia". Ekspert powiedział prawdę
SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Potrzebę ojca odczuwałem już od czasów przedszkola. A w podstawówce!… Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumni maszerowali za rękę z wysokimi, męskimi ojcami, jeździli z nimi na rowerach, samochodami, bawili się. Najbardziej bolało, gdy któryś z ojców przytulał swoją córkę lub synka, brał na ręce, a oni się śmiali, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co za szczęście!..” Swojego ojca też widziałem… Ale tylko na jednym, jedynym zdjęciu, gdzie uśmiechał się – jak inni ojcowie… Tyle iż nie do mnie!.. Mama mówiła, iż jest polarnikiem, mieszka daleko na północy. Tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale prezenty na urodziny wysyła regularnie. W trzeciej klasie gorzko się rozczarowałem, gdy zrozumiałem, iż żadnego ojca-polarnika nie mam… Nigdy nie miałem! Przypadkiem podsłuchałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły oszukiwać dziecka i wręczać prezenty od ojca, który tak naprawdę ich zdradził. Choć dobrze mu się powodzi, nigdy nie zadzwonił do synka, nie złożył życzeń na urodziny, ani na Nowy Rok. „Alek tak uwielbia te święta!.. Bo to jedyne dni, gdy czuje jakiekolwiek wsparcie, choćby dalekiego, mistycznego, ale bliskiego człowieka.” I wtedy, przed urodzinami, powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów „od ojca”, którego nie ma. „Upieczcie tylko mój ulubiony tort – Ptasie Mleczko – i już.” Żyliśmy bardzo skromnie – z dwóch małych pensji: mamy i babci. Gdy zostałem studentem, dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Kiedyś sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym popracował za niego jako Mikołaj w przedszkolach i na zamówienie w mieszkaniach. Przedszkola od razu odrzuciłem – wydawało mi się to zbyt trudne, trzeba tam grać spektakle i występować z Śnieżynką. Ale wizyty po domach w roli św. Mikołaja – przyjąłem. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresami zamawiających. Repertuar był prosty, zapamiętałem gwałtownie – to nie egzamin z logiki. Ale strach przed kompromitacją bardzo mi przeszkadzał. Tymczasem pierwszy występ wypadł znakomicie. Kiedy odwiedziłem dzieci we wszystkich mieszkaniach i wróciłem do domu zmęczony, ale zadowolony, policzyłem zarobek – aż podskoczyłem z radości. Za pół roku dźwigania skrzyń i worków nie zarobiłem tyle, co jednego dnia jako Mikołaj! Od tej pory w zimie byłem Mikołajem co roku, a latem próbowałem sił w brygadach studenckich budowlanych. Póki studiowałem, życie uczuciowe było na drugim planie – nauka, prace dorywcze… Dziewczyny były, ale do ślubu nie dochodziło. „Skończę uczelnię, znajdę prestiżową pracę, normalne zarobki, ułożę sobie życie… Wtedy pomyślę o rodzinie” – marzyłem. Po studiach, już jako inżynier, ale na razie na niskim stanowisku, chciałem kupić używane auto. W rodzinie było średnio, finansowo na samochód ciągle brakowało, a bardzo chciałem mieć własny transport. Postanowiłem jeszcze raz zostać Mikołajem. Mama wyjęła z szafy mój kostium świąteczny, zdjęła folię i postanowiła go odświeżyć. Dodała dużo brokatu – błyszczał pięknie, biała broda wyczesana – aż mi się spodobała, bo dobrze ukrywała twarz. Przykleiłem gęste brwi, popatrzyłem w lustro – i byłem zadowolony. Mama westchnęła: – Alku, czas już na własne dzieci, a ty ciągle bawisz cudze. – Jeszcze zdążę – machnąłem ręką. – No, mamusiu, życz mi szczęścia, pa! – pocałowałem ją w policzek i poszedłem zarabiać. Tydzień przed Nowym Rokiem zamieściłem ogłoszenie w lokalnej gazecie i miałem piętnaście zgłoszeń. Odpracowałem sześć wizyt, wykreśliłem adresy i przeczytałem kolejny: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z tramwaju, poszedłem pod wskazany dom. Sadowa – prawie na obrzeżach miasta, słabo oświetlona. Ale numer 6 znalazłem szybko. Wszedłem na drugie piętro, zadzwoniłem. Otworzył mi chłopiec, jakieś pięć-sześć lat. – Na leśnej polanie w chatce sam mieszkam… – zacząłem z przyzwyczajenia, ale przerwał mi: – Nie zapraszaliśmy Mikołaja! – Ale do grzecznych dzieci Mikołaj sam przychodzi – odpowiedziałem, choć trochę się zmieszałem. – Mama, tata są w domu? – Nie. Mama poszła do sąsiedniego domu do babci Toni robić zastrzyk. Zaraz wróci. – A ty jak masz na imię? – Alek. „Też Alek, przypadek!” – pomyślałem. Ale nie zdradziłem mu, iż ja też jestem Alek – w końcu jestem Mikołajem! – Alek, gdzie macie choinkę? – U mnie w pokoju. Złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoju – bardzo skromnie urządzonego. Zamiast choinki gałązka sosny w trzylitrowym słoju, udekorowana małymi ozdobami i światełkami. Na stoliku obok łóżka – dwa zdjęcia w jednakowych ramkach: mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się… Serce mi zamarło z wrażenia – ze zdjęcia patrzyłem… ja sam! „To niemożliwe…” W ramce po lewej moje zdjęcie z czasów studenckich, w wietrówce. Obok – kobiety, Elżbiety Górnowej. Poznaliśmy się kiedyś na wakacyjnej budowie. Jej zdjęcie – już nie studenckie, patrzyła na mnie piękna, smutna kobieta – bardzo podobna do tamtej wesołej Eli. – Kto to? – zapytałem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja?.. – Tak, moja. – Ma na imię… Ela? – wyrwało mi się. – Ojej, dobrze pan zgadł! To prawdziwy Mikołaj! Ja myślałem, iż nie istnieją. – A ten na zdjęciu? – wskazałem siebie… już zaczynałem przeczuwać, iż Ala jest moim synem. – To mój tata! Prawdziwy polarnik! Wyobraźcie sobie, żyje na wielkiej krze! Mama powiedziała, iż wyjechał dawno temu, gdy byłem malutki. Dlatego nigdy go nie widziałem… i nie pamiętam. Ale zawsze wysyła mi prezenty na urodziny i na Nowy Rok. I w ten Nowy Rok rano znajdę pod poduszką jego prezent. Mikołaj lubi tam je chować. Zatkało mnie… Przypomniałem sobie dzieciństwo i „ojca-polarnika”. Czy wszystkie mamy wysyłają „tych ojców” na biegun polarny? A ja właśnie stałem się jednym z nich… Poczułem się fatalnie, jakby los ugodził mnie w samo serce. Przypomniałem sobie ten krótki, burzliwy romans z Elą… Rozstając się, wymieniliśmy się telefonami. Ale nie zadzwoniłem od razu – a kilka dni później skradziono mi telefon. Często ją wspominałem, ale życie, nauka, przypadkowe spotkania i dziewczyny – wszystko to sprawiło, iż Ela zniknęła z pamięci… A ona okazała się mieszkać w tym samym mieście. Nie tylko mnie nie zapomniała – wychowuje sama naszego syna i trzyma moje zdjęcie obok swojego. Chciałem już powiedzieć Alkowi, iż jestem jego ojcem, gdy weszła Ela: – Synku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babcię Tonią musieliśmy zabrać do szpitala. Zobaczyła mnie i zawołała ze zdumieniem: – Ale my nie zamawialiśmy Mikołaja! Z oczu popłynęły mi łzy szczęścia. Zdjąłem czapkę i brodę, oderwałem brwi… – Alek?! – Ela zaniemówiła. Usiadła na krześle i rozpłakała się tak głośno, iż mały Alek trochę się przestraszył. Ela przy synku gwałtownie się uspokoiła. Powiedziałem chłopcu, iż przyleciałem z Bieguna Północnego i zostałem św. Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. euforia Alka nie znała granic – śmiał się, recytował wiersze, ściskał nas za ręce, jakby bał się, iż znowu odejdę na długo. O prezencie choćby nie pomyślał – przecież wiedział, iż Mikołaj schowa go pod poduszkę. Alek usnął, a my z Elą rozmawialiśmy do rana, jakby nie było między nami lat rozłąki. Rankiem poszedłem do sklepu po kolejny prezent i zrozumiałem, iż przez pomyłkę wszedłem do bloku 6A, a miałem iść do 6. W nocy nie zauważyłem literki „A” – wszedłem nie do tego mieszkania… A jednak – do tego, którego najbardziej potrzebowałem!!! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek” – myślałem z uśmiechem. Teraz jesteśmy razem – we trójkę. Jesteśmy bardzo szczęśliwi! Mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem – Alkiem Alkowiczem!
Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając uprane ubrania na sznurku w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała cichy płacz, zajrzała za płot. Tam, tuż przy jej ogrodzeniu, na ziemi siedziała ośmioletnia Sonia – dziewczynka z sąsiedztwa. Choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała drobniutko, raczej jak sześciolatka, niż starsza koleżanka. — Sonia, znów cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie – Tatiana odsunęła luźną deskę w płocie, dziewczynka często w ten sposób przebiegała do nich. — Mama mnie wygoniła, powiedziała „wynoś się” i wypchnęła za drzwi. Bawią się z „wujkiem” Kolą, – tłumaczyła łkając Sonia, wycierając łzy. — Nie martw się, chodź do domu, Liza z Michałem właśnie jedzą, nakarmię cię, – mówiła spokojnie pani Tatiana. Nie raz zdarzało się, iż pani Tatiana chroniła Sonię przed surową matką, która często wpadała w złość; na szczęście mieszkali przez płot. Zabierała Sonię do siebie, nie oddawała, dopóki matka nie ochłonęła i nie uspokoiła się. Sonia zazdrościła sąsiedzkim Lizie i Michałowi – ciocia Tatiana i jej mąż naprawdę kochali swoje dzieci, nigdy na nie nie krzyczeli. W ich domu panował spokój, relacje były serdeczne i pełne troski. Sonia to widziała, zazdrościła aż do bólu w piersi, czasem łapał ją ścisk w gardle. Uwielbiała być u nich, w cieple rodzinnej atmosfery. W domu Soni zakazywano jej wszystkiego. Mama kazała jej nosić wodę, sprzątać w szopie, plewić grządki, zmywać podłogi. Anna, matka, była samotną kobietą i od początku nie darzyła córki miłością. Gdy żyła babcia, matka Anny, też mieszkająca z nimi, Sonia czuła się lepiej – babcia chroniła wnuczkę, doglądała jej. Po śmierci babci, gdy Sonia skończyła sześć lat, zaczęło się trudne dzieciństwo. Anna żyła w gniewie, bez męża, wciąż go szukała. Pracowała jako sprzątaczka, głównie pośród mężczyzn, pewnego dnia pojawił się nowy kierowca Kuba, gwałtownie zawiązali znajomość. Kuba był po rozwodzie, miał syna, na którego płacił alimenty. Anna gwałtownie zaprosiła go do siebie, cieszył się, iż ma dach nad głową. Anna kręciła się wokół Kuby, obsypywała go uwagą, a córkę traktowała coraz gorzej – do pracy, krzyczała, biła, czasem groziła domem dziecka. — Nie będziesz słuchać, oddam cię do domu dziecka! – powtarzała. Sonia nie miała siły do pracy w szopie, więc znów siadała pod krzewem porzeczki, przy płocie, płakała. jeżeli pani Tatiana ją zauważyła, natychmiast zapraszała do siebie. Sonia była coraz bardziej zamknięta, nieśmiała. Mieszkańcy osiedla potępiali Annę – w małym miasteczku wszyscy się znali, również pani Tatiana reagowała, ale Anna rozpuszczała plotki: — Co wy słuchacie tej Tatiany, ona chce mojego Kubę, dlatego wymyśla, iż krzywdzimy Sonię. Anna i Kuba często imprezowali, Sonia w takich chwilach uciekała na noc do sąsiadów. Pani Tatiana doskonale rozumiała dziewczynkę i żałowała jej jak nikt. Szkoła mijała, Sonia dobrze się uczyła, dorastała. Gdy skończyła 9 klas, zapragnęła uczyć się dalej w mieście, w medycznym liceum. Matka krótko: — Idziesz do pracy, dorosła jesteś, nie będziesz siedzieć na mojej głowie, – Sonia rozpłakała się, wybiegła z domu, w domu płakać nie wolno było. Uspokoiwszy się, poszła do sąsiadów, zwierzyła się pani Tatianie (jej dzieci już uczyły się w mieście). Tym razem Tatiana nie wytrzymała, poszła do Anny: — Aniu, nie jesteś matką, tylko złośnicą. Inne kobiety zrobią dla dzieci wszystko, a ty swoją dusi w życiu. Przestań ją dręczyć, przecież ona zdała szkołę prawie na samych piątkach. To twoja córka, jak ci się na starość odmieni, sama będziesz do niej lecieć. — A ty kim jesteś, żeby się wtrącać? Pilnuj własnych dzieci, nie mojej Soni! Wiecznie do ciebie biegnie z żalami. — Aniu, opamiętaj się! Kuba swojego syna posłał do miasta się kształcić, a ty pastwisz się nad własną córką. Ogarnij się! Anna krzyczała, wyzywała sąsiadkę, ale potem zgasła, padła na kanapę. — No tak, jestem surowa, krzywdzę Sonię, ale to przecież dla jej dobra, żeby nie była taka jak ja, żeby nie wróciła z dzieckiem bez ojca. Niech lepiej jedzie do miasta, niech się uczy, – machnęła ręką. Sonia bez problemu dostała się do medycznego liceum. euforia nie znała granic. Wstydziła się tylko – była skromnie ubrana, wyróżniała się w grupie, choć były też inne dziewczyny z wiosek, bez drogich ubrań. Do domu wracała rzadko. Nie chciała wracać do matki i ojczyma. Gdy były ferie, w pierwszej kolejności wpadała do pani Tatiany – ta siadała z nią do stołu, karmiła, dopytywała. Tatiana i jej mąż zawsze ją serdecznie witali. A u Anny coraz gorzej – Kuba związał się z młodszą kobietą, Anna była nerwowa, Sonia przyjechała na ferie. Matka niezadowolona: — Po co przyjechałaś? Nie będziesz wisieć na mojej szyi… Idź pracować. Pewnego wieczoru Kuba przyszedł z pracy i zaczął się pakować. — Gdzie się wybierasz, nie puszczę! – krzyczała Anna. On spojrzał sarkastycznie: — Rita czeka na dziecko, a ja nie zostawię własnego dziecka. Tobie twoja córka niepotrzebna, a mi mój syn jest wszystkim. Rita może sprowadzić innego faceta, kto będzie krzywdził moje dziecko, na to nie pozwolę… Twoja Sonia nie zna matczynej miłości, jakbyś ją znalazła pod płotem. A moje dziecko od początku musi mieć matkę i ojca, żyć w miłości, – spakował się i wyszedł. Te słowa całkiem złamały Annę. Nie była w stanie krzyczeć, prosić, ani płakać. Kuba powiedział prawdę – tę prawdę, która ścisnęła jej serce do bólu, zamknęła usta, oczy. Nie miała już siły choćby westchnąć. Sonia wszystko słyszała, nie pocieszała matki. Przed oczami miała sceny, gdy za najmniejszy hałas w czasie odpoczynku ojczyma, dostawała lanie i była wyganiana za drzwi. Ojczym nigdy nie wstawiał się za nią, choć sam nie podnosił ręki – patrzył z ironicznym uśmiechem, czuł się panem domu. Na ostatnim roku Sonia zatrudniła się w szpitalu, zarabiała na własne utrzymanie, do domu nie jeździła – matka piła, była zaniedbana, pieniędzy ledwo starczało. Z zastraszonej dziewczynki Sonia stała się piękną, odpowiedzialną i życzliwą młodą kobietą, z sercem dla chorych. Szefowie ją chwalili, powtarzali iż jest dobrze wychowana i gratulowali matce. Sonia milczała, uśmiechała się tylko. — Jakie wychowanie – myślała – to wszystko dzięki cioci Tatianie, to jej zawdzięczam opiekę, zrozumienie, troskę i moją ukochaną pracę. Anna coraz częściej sprowadzała do domu pijanych znajomych, Sonia, chociaż już rzadko przyjeżdżała, za każdym razem była w szoku. Matka była bez pracy, upadała coraz niżej. Sonia nie miała już słów, nie próbowała przekonywać ani pocieszać. Chciała wyrzucić „przyjaciół”, zrobić remont i zacząć od nowa, ale Anna spadała na dno. Powstrzymała się od płaczu ze złości Po ukończeniu szkoły medycznej, Sonia wróciła do domu. Anna była sama, spojrzała na córkę wrogo: — Po co przyszłaś? Na długo? Nie mam nic do jedzenia, lodówkę odcięłam. Daj pieniędzy, boli mnie głowa. Sonia poczuła ścisk w gardle, ale nie zapłakała, odpowiedziała: — Nie zostanę długo… Skończyłam liceum z wyróżnieniem, wyjeżdżam do miasta, będę pracować w szpitalu wojewódzkim. Nie będę często przyjeżdżać, trochę pieniędzy ci wyślę. Do zobaczenia, mamo. Anna chyba w ogóle nie słuchała, myślała tylko o następnym alkoholu – domagała się pieniędzy. — Daj pieniędzy, muszę się „naprawić”, choćby matki ci nie żal, córko… Co z ciebie za dziecko… Sonia wyjęła kilka złotych, położyła na stole, po cichu zamknęła drzwi za sobą, stała chwilę, licząc iż matka wybiegnie, przytuli. Ale nie doczekała się. Powoli ruszyła do sąsiadów. Tatiana była szczęśliwa, posadziła Sonię przy stole. — Chodź, Soniczko, właśnie jemy obiad! – mąż już siedział za stołem. — O, prawie bym zapomniała, – przyniosła torbę – to prezent z okazji wyróżnienia, i trochę pieniędzy, przydadzą się na start. Sonia dziękowała, rozpłakała się. — Ciociu Tatiano, czemu tak, za co mama mnie traktuje, jakbym była obca? — Nie płacz, Soniu – przytuliła ją Tatiana – nie płacz, nic już się nie zmieni. Anna już taka jest. Po prostu miałaś pecha, ale jesteś mądra, piękna, na pewno będziesz kochana i szczęśliwa! Sonia wyjechała do miasta wojewódzkiego, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Tam spotkała swoją miłość – młody lekarz Olek zakochał się od pierwszego wejrzenia. niedługo się pobrali, na weselu obok Soni siedziała pani Tatiana, dumna z niej. Anna otrzymywała od córki pieniądze, chwaliła się pijanym znajomym: — Wychowałam córkę, teraz mi przysyła, jest wdzięczna. Dzięki mnie została wykształcona. Tylko na ślub mnie nie zaprosiła, wnuków nie widuję, zięcia choćby nie poznałam. Po jakimś czasie Tatiana znalazła Annę martwą w domu, ile tam leżała – nie wiadomo. Sąsiadka zaniepokoiła się ciszą za płotem. Sonia z mężem pochowali Annę, dom niedługo sprzedali. Odwiedzali Tatiankę i jej męża tylko od czasu do czasu.
„Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka, zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi w ręce nosidełko. Byłam w totalnym szoku!
Zapomniane, ale piękne imiona dla dziewczynki. "Wcale nie staroświeckie, tylko retro"
Zapowiedzi serii BrickHeadz na 2026 rok.
Wytęsknione szczęście – historia Viktorii, która po dwunastu latach bezskutecznych prób zostania matką spotyka małego chłopca z domu dziecka, odnajduje w nim syna Kirilla, adoptuje go z mężem Michałem, a potem, niespodziewanie, zostaje biologiczną mamą upragnionej córeczki i odnosi pełnię rodzinnego szczęścia
Moja córka poprosiła mnie o przeniesienie jej do innej szkoły.
Ale bomba! Od 1 lutego w LEGO Storach nie kupicie już nic na fakturę z NIP-em.
Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając pranie w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała ciche łkanie i zajrzała za płot. Pod krzakiem porzeczki siedziała Sonia – ośmioletnia córka sąsiadki, choć ucząca się już w drugiej klasie, wyglądała drobno, jakby miała zaledwie sześć lat. – Sonia, znowu ci się dostało? Chodź do mnie – odezwała się pani Tatiana, odsuwając poluzowaną deskę w płocie; Sonia tak często do nich uciekała. – Mama wygoniła mnie z domu, powiedziała: „Wynocha!” i wypchnęła za drzwi. Oni tam z wujkiem Kaziem się bawią… – powiedziała dziewczynka, ocierając łzy. – No chodź, Liza i Michał właśnie jedzą, to i ciebie nakarmię. Pani Tatiana nie pierwszy raz chroniła Sonię przed surową ręką matki. Zabierała ją do siebie i nie odsyłała do domu, póki pani Anna, matka dziewczynki, nie ochłonęła. Sonia zawsze zazdrościła Lizie i Michałowi spokojnego domu, dobrych relacji między panią Tatianą a jej mężem, troskliwej miłości rodziców. Tak bardzo pragnęła tej ciepłej atmosfery, iż aż ściskało ją w środku na myśl, iż jej tego brakuje. W domu Sonia miała same zakazy – matka kazała jej nosić wodę, sprzątać w komórce, plewić grządki, myć podłogi. Anna urodziła córkę, będąc samotną kobietą, i od początku nie polubiła dziecka. Początkowo opiekowała się nią babcia – matka Anny – która mieszkała z nimi w domu. Babcia bardzo kochała wnuczkę, a Anna jej niemal nie zauważała. Gdy babcia zmarła, Sonia miała sześć lat. Od tego momentu nastał dla niej trudny czas – matka stała się zgorzkniała, wiecznie szukała partnera. Anna pracowała jako sprzątaczka w bazie autobusowej, gdzie było wielu mężczyzn. Niedługo potem poznała nowego kierowcę – Kazimierza. gwałtownie pozwoliła mu zamieszkać u siebie, szukała wsparcia, a on cieszył się z dachu nad głową. Kazimierz uznał, iż życie u Anny jest wygodne, a mała Sonia mu nie przeszkadzała. Mówił sobie: „Niech się kręci pod nogami, wyrośnie, będzie pomagać w domu”. Anna całą uwagę poświęcała Kazikowi, a córkę stale karciła, zmuszała do pracy, czasem biła. Straszyła: – Nie będziesz mnie słuchać, oddam cię do domu dziecka! Sonia płakała pod krzakiem przy sąsiednim płocie. jeżeli pani Tatiana ją zauważyła, od razu brała ją pod opiekę. Dziewczynka stawała się coraz bardziej zamknięta, nieśmiała. Zarówno znajomi, jak i sąsiedzi potępiali Annę za sposób, w jaki traktowała Sonię, szczególnie iż Tatiana się za dziewczynką ujęła. Anna rozpuściła plotki, iż sąsiadka zazdrości jej Kazika, dlatego zmyśla historie o tym, iż krzywdzi córkę. Kiedy Anna i Kazimierz świętowali, Sonia zwykle uciekała do sąsiadów, a Tatiana rozumiała jej ból lepiej niż ktokolwiek. Czas płynął, Sonia dobrze się uczyła, skończyła dziewięć klas i chciała iść do technikum medycznego w mieście. Matka nie zgodziła się: – Idziesz do pracy, dorosła jesteś – Sonia uciekła z domu, bo nie wolno jej było w nim płakać. Poszła do pani Tatiany, a ta w końcu postanowiła skonfrontować Annę: – Aniu, nie jesteś matką, tylko jędzą. Inne kobiety dbają o dzieci, a ty swoją córkę niszczysz! Powinnaś mieć elementarną ludzką godność! Anna odpysknęła, ale w końcu zgodziła się na wyjazd córki do miasta: „Niech jedzie, niech się uczy”. Sonia bez problemu dostała się do medycznej szkoły. euforia ją rozpierała, choć nie była najlepiej ubrana i wyglądała skromnie na tle innych dziewczyn, ale nie przeszkadzało jej to, gwałtownie się zaaklimatyzowała. Do domu wracała rzadko, bo nie chciała widywać matki i jej partnera. Zawsze pierwszą odwiedzała panią Tatianę – ta serdecznie ją podejmowała, rozmawiała, dbała o nią. Anna miała już swoje problemy – Kazimierz zostawił ją dla młodszej kobiety. Wtedy, gdy Sonia przyjechała na wakacje, matka nie była zadowolona: – Po co przyjechałaś? Tak tylko będziesz siedzieć na moim utrzymaniu… Jak masz wolne, to idź do pracy. Niedługo potem Kazik spakował rzeczy: – Róża czeka na dziecko – powiedział do Anny. – Ja swoje dziecko kocham, nie zostawię go – w przeciwieństwie do ciebie, która własnej córki nie potrzebuje. Moje dziecko od początku będzie miało matkę i ojca i będzie żyło w miłości – i wyszedł. Na Annę spadł cios, nie miała choćby siły krzyczeć, płakać – Kazik powiedział prawdę, która ścisnęła ją w środku, aż odebrało jej dech. Sonia wszystko słyszała, przywołała wspomnienie, jak płakała po kolejnych razach, gdy była bita i wyrzucana za płacz z domu. Ojczym nigdy jej nie bronił, tylko patrzył szyderczo. Na ostatnim roku Sonia pracowała już w szpitalu, sama się utrzymywała. Do domu już nie jeździła – Anna coraz bardziej się staczała, ledwo wiążąc koniec z końcem. A tymczasem z cichej, zastraszonej dziewczynki Sonia przeobraziła się w piękną, kompetentną młodą kobietę, pełną empatii wobec pacjentów. Wszyscy ją podziwiali, chwalili za wychowanie, ale Sonia milczała i tylko się uśmiechała. „Jakie wychowanie?” – myślała. „To wszystko zasługa pani Tatiany. To jej jestem wdzięczna, za wsparcie, za zrozumienie i za wybór zawodu”. Anna coraz częściej miała w domu nieznajomych kompanów, Sonia za każdym razem była wstrząśnięta jej widokiem. Matka pogrążała się coraz bardziej. Zachowała się silna, nie zapłakała z żalu Kiedy Sonia skończyła szkołę i wróciła do domu, Anna była sama, spojrzała na nią z złością: – Po co wróciłaś? Na długo? Nie mam nic do jedzenia, lodówka odłączona. Daj mi pieniądze, boli mnie głowa. Sonia poczuła gulę w gardle, ale powstrzymała łzy i powiedziała: – Nie zostanę tu długo. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, wyjeżdżam do pracy w szpitalu wojewódzkim. Rzadko będę przyjeżdżać, trochę pieniędzy będę co miesiąc przesyłać. Żegnaj, mamo. Anna myślała już tylko o alkoholu; kazała dać pieniądze – chciała „poprawić głowę”. Sonia zostawiła trochę gotówki na stole i cicho opuściła dom. Przez chwilę stała za drzwiami, marząc, iż matka wyjdzie, przytuli ją. Ale nie doczekała się. Poszła do pani Tatiany. – No chodź, Sonia, właśnie zasiadamy do obiadu – jej mąż siedział już przy stole. – Och, zapomniałam! – wyciągnęła torbę z pokoju – To dla ciebie, w nagrodę za czerwony dyplom. Jest też trochę pieniędzy na początek. Sonia podziękowała i się rozpłakała. – Pani Taniu, dlaczego? Za co mama tak mnie traktuje, jakby byłam dla niej obca? – Nie płacz, Sonia – przytuliła ją Tatiana – już teraz nic nie zrobimy… Tak już ma Anna. Ale ty jesteś mądra i piękna – na pewno będziesz kochana i szczęśliwa. Sonia wyjechała do dużego miasta, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Tam poznała miłość – młodego chirurga Olka. niedługo się pobrali. Na weselu przy Soni siedziała pani Tatiana, promieniała ze szczęścia. Anna dostawała pieniądze od córki i przechwalała się przed znajomymi: – Wychowałam taką córkę, teraz mi pomaga, dziękuje. Wykształciłam ją. Tylko na wesele mnie nie zaprosiła, wnuków nie widuję, zięcia choćby na oczy nie widziałam. Z czasem pani Tatiana znalazła Annę martwą w domu. Ile tam leżała, nikt nie wiedział. Sąsiadka niepokoiła się, bo długo było cicho. Sonia wraz z mężem pochowała matkę, a dom sprzedali. Z rzadka odwiedzali panią Tatianę i jej rodzinę.
W noc sylwestrową został wyrzucony na bruk; lata później otworzył im drzwi, ale nie tam, gdzie się spodziewali.
Leżaczek dla niemowlaka - jak wybrać najlepszy model?
No proszę, jaka wyniosła z naszej Nastki się zrobiła! Prawda, mówią, iż pieniądze psują ludzi! – Nie rozumiałam, o co chodzi i czym ich tak uraziłam Kiedyś miałam wspaniałe małżeństwo – mąż i dwójka dzieci. Ale wszystko rozpadło się w jeden dzień: mój ukochany wracając z pracy miał wypadek. Myślałam, iż nie przeżyję tej żałoby, ale mama przekonała mnie, żebym trzymała się dla dzieci. Wzięłam się w garść, zaczęłam ciężko pracować, a gdy dzieci podrosły – wyjechałam za granicę zarabiać. Musiałam postawić je na nogi, nie miałam żadnego wsparcia. Tak trafiłam najpierw do Polski, potem do Anglii. Zmieniłam wiele prac, zanim zaczęłam sensownie zarabiać. Wysyłałam dzieciom pieniądze co miesiąc, potem każdemu kupiłam mieszkanie, a u siebie zrobiłam porządny remont. Byłam z siebie dumna. Już myślałam o powrocie do Polski na stałe, ale rok temu wszystko się zmieniło – poznałam mężczyznę: Polak, ale od 20 lat żyjący w Anglii. Zaczęliśmy się spotykać i poczułam, iż coś z tego może być. Długo się wahałam: Artur nie mógł wrócić do Polski, a ja bardzo tęskniłam za domem. W końcu przyjechałam. Najpierw odwiedziłam dzieci, potem rodziców. Ale do teściów ciągle nie mogłam dotrzeć – po prostu nie miałam czasu, tyle spraw się nazbierało. Pewnego dnia przyszła do mnie koleżanka, która pracuje w sklepie, i powiedziała mi coś ważnego: – Twoja teściowa ma do ciebie żal! – Skąd wiesz? – Słyszałam, jak rozmawiała z inną znajomą. Mówiła, iż jesteś wyniosła i iż pieniądze cię zmieniły. I jeszcze, iż w ogóle im nie pomagasz finansowo. Było mi bardzo przykro to usłyszeć. Przecież sama wychowałam dwoje dzieci i wszystko robiłam dla nich. Nie mogłam jeszcze wspierać finansowo teściów, musiałam też zadbać o siebie – rozumiesz? Po tym jakoś nie miałam ochoty iść do teściów. W końcu się przemogłam, nakupiłam jedzenia i poszłam. Najpierw było dobrze, ale słowa koleżanki ciągle krążyły mi po głowie. W końcu powiedziałam: – Rozumiecie, iż przez te lata wcale nie było mi łatwo. Wszystko robiłam dla dzieci, nie miałam na kogo liczyć. – My też zostaliśmy bez wsparcia. Wszyscy mają dzieci, które im pomagają – a my sami. Też sieroty! Powinnaś wrócić i nam pomagać. Teściowa jakby mnie zawstydziła. Nie odważyłam się choćby powiedzieć, iż w Anglii mam partnera. Wyszłam stamtąd smutna. Teraz nie wiem, co robić. Czy naprawdę muszę pomagać rodzicom zmarłego męża? Już nie wytrzymuję!
Łzy wdzięczności
Konkurs plastyczny z okazji 180. rocznicy Bitwy pod Gdowem
Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcemy – zadzwoniła kochanka. Mąż spojrzał na Lenkę wzrokiem zbitego psa. — Tak, nie przesłyszałaś się. Lenuś, pół roku temu miałem inną kobietę. To były tylko parę spotkań, zwykła zachcianka. I ona urodziła mi syna. Niedawno… Lenka poczuła zawroty głowy. To są dopiero wiadomości! Jej wierny, kochający mąż, a tu dziecko na boku! Do Lenki docierało to wszystko z wielkim trudem… Kilka minut próbowała zrozumieć, co adekwatnie powiedział mąż. Siedział naprzeciwko niej, ramiona opuszczone, ręce zaciśnięte między kolanami. Wyglądał na mniejszego niż zwykle, jakby ktoś wypompował z niego całe powietrze. — Syn, tak? — powtórzyła Lenka. — Ty, żonaty facet, masz syna. I to nie ja ci go urodziłam – tylko TA kobieta… — Lenka, ja sam nie wiedziałem, przysięgam. — Nie wiedziałeś, jak robi się dzieci? Masz czterdzieści lat, Kamil. — Nie wiedziałem, iż ona… iż zdecyduje się go urodzić. Rozstaliśmy się dawno temu, wróciła do męża. Myślałem, iż tam wszystko w porządku. A wczoraj telefon: „Urodził ci się syn. Waży 3,2 kg. Zdrowy”. I się rozłączyła. Lenka wstała. Nogi miała jak z waty – jakby przebiegła maraton. Za oknem szalała jesień. Lenka niechcący zapatrzyła się na krajobraz za oknem – piękny… — I co teraz? — spytała, nie odwracając się. — Nie wiem. — Świetna odpowiedź prawdziwego mężczyzny. Głowy rodziny. „Nie wiem.” Odwróciła się gwałtownie. — Pojedziesz tam? Zobaczyć? Wystraszony Kamil podniósł zawstydzony wzrok na żonę. — Lenka, podała mi adres szpitala, napisała, iż wychodzi za dwa dni. Tak powiedziała: „Chcesz – przyjedź, nie chcesz – nie. Niczego od ciebie nie chcę”. Dumna… Nic od ciebie nie chce… — Nic nie chce — powtórzyła Lenka. — Święta prostota. W korytarzu trzasnęły drzwi wejściowe — wrócili najstarsi synowie. Lenka natychmiast przywdziała uśmiech. Opanowała tę sztukę do perfekcji — lata w biznesie nauczyły ją zachowywać twarz, choćby jak interes chyli się ku upadkowi. Do kuchni zajrzał najstarszy — wysoki, szerokoramienny dwudziestolatek. — O, rodzice, cześć. Dlaczego tacy smutni? Mamo, jest coś do jedzenia? Po treningu jesteśmy głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, odgrzejcie sobie — rzuciła Lenka. — Tato, miałeś sprawdzić, co z gaźnikiem w moim gracie — drugi syn, młodszy, klepnął ojca w ramię. Lenka patrzyła na tę scenę, a serce ściskało się tak mocno, iż aż trudno było oddychać. Mówią do niego „tato”. Ich prawdziwy ojciec dawno rozmył się gdzieś na horyzoncie, ograniczając się do alimentów i kartek na święta. Kamil ich wychował. Uczył jeździć, opatrywał obtarte kolana, chodził na wywiadówki, rozwiązywał szkolne sprawy. Był ich ojcem. Prawdziwym. Kamil wymusił uśmiech: — Sprawdzę, Szymon. Później. Muszę pogadać z mamą. Chłopaki poszli, grzechocząc talerzami. — Kochają cię — powiedziała cicho Lenka. — A ty… — Lenka, daj spokój. Ja też ich kocham. Są moimi chłopakami. Nigdzie nie odchodzę. Od razu ci powiedziałem — to było zaćmienie umysłu. Błąd. Między nami nic poważnego nie było. Po prostu… kaprys! — Kaprys, którego efektem są teraz pieluchy… Do kuchni wbiegła sześcioletnia Basia. Wtedy zbroja Lenki pękła. Córeczka wskoczyła tacie na kolana. — Tatusiu! Czemu jesteś smutny? Mama cię opieprzyła? Kamil przytulił ją, wtulił nos w jasną czuprynę. Żył tylko dla niej. Lenka wiedziała: za Basię byłby gotów rozszarpać każdego. To była szalona, absolutna ojcowska miłość. — Nie, księżniczko. Po prostu rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź włącz bajki, zaraz przyjdę. Kiedy Basia wybiegła, znów zapadła cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — spytała Lenka. Usiadła z powrotem przy stole. — Nie odejdę, Lenka. Kocham ciebie, dzieci… Bez was sobie nie poradzę… — To tylko słowa, Kamil. Fakty są takie: tam masz syna. Jemu potrzebny jest ojciec. Ta kobieta… dziś mówi „nic nie chcę”. To hormony, euforia albo przebiegły plan. Minie miesiąc, pół roku, zacznie chorować, rosnąć, będzie potrzebował pieniędzy. Zadzwoni, powie: „Kamil, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo: „Kamil, trzeba iść do lekarza”. I pojedziesz. Jesteś przecież dobry. I masz sumienie. Kamil milczał. — A pieniądze, Kamil? — Lenka ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Skrzywił się, jakby dostał cios — Lenka trafiła w czuły punkt. Jego biznes upadł dwa lata temu, długi spłacała pieniędzmi Lenki. Teraz coś zarabiał, kombinował, ale były to grosze w porównaniu z tym, co ona zapewniała rodzinie. Dom, auta, wakacje, edukacja dzieci — wszystko na jej barkach. On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komorników, korzystał z gotówki albo karty podpiętej pod jej konto. — Znajdę — mruknął. — Gdzie? Będziesz dorabiać jako taksówkarz nocami? Albo wyciągać z mojej szafki, żeby wspierać tamtą rodzinę? Wyobrażasz sobie ten absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy sponsorujesz kochankę z dzieckiem z nieprawego łoża? — Ona nie jest kochanką! — warknął Kamil. — Wszystko się skończyło pół roku temu! — Ale dziecko łączy ludzi mocniej niż papier ze ślubu. Pojedziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Kamil przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lenka. Szczerze. Po ludzku… powinienem. Przecież dziecko niczemu nie jest winne. — Po ludzku — uśmiechnęła się Lenka gorzko. — A po ludzku względem mnie? Basi? Chłopców? Pojedziesz tam, zobaczysz to zawiniątko, weźmiesz na ręce. I po wszystkim. Polegniesz. Znam cię, jesteś sentymentalny. Zaczniesz jeździć — raz na tydzień, potem dwa, potem w weekendy. Będziesz kłamał, iż w pracy masz zawalony grafik. A my będziemy tu siedzieć i czekać. Lenka podeszła do kranu. Włączyła, spojrzała na strumień wody i wyłączyła. — Jest osiem lat młodsza od nas, Kamil. Ma trzydzieści dwa lata. To ona urodziła ci syna. Swojego, z twojej krwi. Ja mam synów nie od ciebie, choć ty ich wychowałeś. A tam — twoja krew. Myślisz, iż to nie gra roli? — Opowiadasz głupoty. Chłopcy są moi, wychowałem ich. — Daj spokój… Chłopu zawsze trzeba dziedzica. Swojego. — Mamy Basię! — Basia jest dziewczynką… Kamil zerwał się. — Dość! Po co mnie skreślasz tak od razu? Powiedziałem, iż zostaję z rodziną. Ale nie będę potworem. Urodził się człowiek. Mój, tak. Jestem ci winny, wszystko jestem winny. Jak chcesz – wyrzuć mnie. Już się pakuję. Pojadę do mamy, do hostelu, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lenka zamarła — zrobiło się nagle strasznie. jeżeli powie teraz „odejdź”, on odejdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. Odejście w nic, bez pieniędzy, bez dachu, a wtedy na pewno przylgnie do tamtej kobiety. Tam go przyjmą, tam będzie wybawicielem, ojcem, choćby ubogim, ale własnym. I wtedy straci go na zawsze. A ona nie chciała tracić. Mimo bólu, mimo zranienia — kochała go. I dzieci go kochały. Zburzyć można wszystko w minutę, wyrzucić z domu, ale jak potem żyć w pustce? — Usiądź — powiedziała cicho. — Nikt cię nie wyrzuca. Kamil postał jeszcze chwilę, ciężko dysząc, potem usiadł. — Lenka, przepraszam. Jestem… debilem. — Debilem — zgodziła się. — Ale naszym debilem… Wieczór upłynął we mgle. Lenka robiła lekcje z Basią, sprawdzała raporty z pracy, ale myśli błądziły gdzieś daleko. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka ona jest? Ładna? Pewnie młoda. Pewnie teraz patrzy na niemowlę i myśli, iż wygrała. Nic nie chce! Oczywiście, to najpewniejsza zagrywka. Nie żądać, nie krzyczeć – po prostu pokazać: masz syna, jesteśmy dumni, poradzimy sobie. To uderza w męskie ego bez pudła. Facet natychmiast chce być bohaterem. Kamil przewracał się w łóżku, wzdychał, spał na raty, a Lenka leżała z otwartymi oczami, gapiąc się w ciemność. Ma 45 lat, jest zadbana, atrakcyjna, odnosi sukcesy, a starość czai się za rogiem. A tam – młodość… *** Rano było jeszcze gorzej – Lenka nie mogła dojść do siebie. Chłopcy gwałtownie zjedli i wybiegli, a Basia zaczęła marudzić. — Tato, zapleć mi warkoczyk! — zażądała. — Mama robi krzywo. Kamil wziął szczotkę. Jego wielkie dłonie, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, delikatnie splatały delikatne dziecięce włoski. Plotł starannie, skupiony, z końcem języka przygryzionym od wysiłku. Lenka piła kawę i patrzyła na to. To jej mąż. Bliski, domowy, ciepły. A gdzieś tam jest też inne dziecko, które ma do niego prawo! Jak to pogodzić? — Kamil — powiedziała, gdy Basia wybiegła się ubierać — musimy podjąć decyzję. Teraz. Odłożył szczotkę. — Myślałem całą noc. — I? — Nie pojadę na wypis. W Lenki środku coś ścisnęło się mocno, ale nie pokazała tego po sobie. — Dlaczego? — Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie, temu dziecku. Nie potrafię być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Lenka! Nie chcę kłamać tobie, nie chcę kraść czasu Basi, chłopakom. Wybrałem jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną, tu jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — Lenka zdziwiła się, iż zadaje takie pytanie. — Będę pomagał finansowo. Oficjalnie, przez alimenty albo założymy konto. Ale spotkania… Nie. Lepiej, żeby rósł, nie znając mnie, niż czekał na tatę co weekend. A tata patrzyłby tylko na zegarek, rwąc się do domu, do swojej prawdziwej rodziny. Tak jest uczciwiej. Lenka milczała. Kręciła na palcu obrączkę. — Jesteś pewny? Nie będziesz żałował? — Na pewno będę. Będę rozmyślał, co z nim, ale jak zacznę tam jeździć — stracę was. Czuję to, bo nie zniesiesz tego. Jesteś silna, Lenka, ale nie stalowa. Zaczniesz mnie nienawidzić, a ja tego nie chcę. Boże, jakie to chaotyczne… Mąż podszedł, położył jej ręce na ramionach. — Lenka, nie chcę innego życia. Mam ciebie, mam dzieci. A tamto… to cena za moją głupotę. Zapłacę pieniędzmi. I tylko nimi. Czasem, troską, uwagą tym dzieckiem dzielić się nie mogę… Lenka przykryła jego dłoń swoją. — Pieniędzmi, mówisz? — uśmiechnęła się krzywo. — Zarobię. Połamię się, ale zarobię. Już ani złotówki od ciebie nie wezmę na moje głupoty. To moja sprawa, Lenka. Lenka odetchnęła. Może zachował się wobec niej nie fair, ale właśnie takich słów potrzebowała. Nie zamierzała dzielić męża z nikim. Kompletnie nie obchodziły ją uczucia tej drugiej. Urodziła dziecko żonatemu? Jej problem. *** Na wypis Kamil nie pojechał. Kochanka potem wydzwaniała — krzyczała, pomstowała, pytała, czemu nie przyszedł. Kamil powiedział wprost: może liczyć tylko na finansową pomoc, spotkania nie będzie. Przestała dzwonić i przez pół roku nie odezwała się ani razu. Telefon miała wyłączony. Lenka była z tego więcej niż zadowolona.
– Chcę żyć dla siebie i się wyspać, – powiedział mąż, wychodząc z domu Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, gdy Maksymek wrzeszczał tak, iż sąsiedzi za ścianą pukali. Trzy miesiące, gdy Marzena chodziła jak zombie – z czerwonymi oczami i drżącymi rękami. A Igor krążył po mieszkaniu, ponury jak burzowa chmura. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? Jak bezdomny! – rzucił pewnego dnia, przeglądając się w lustrze. – Worki pod oczami do kolan. Marzena milczała. Karmiła syna, kołysała, znów karmiła. Zamknięte koło. A gdzieś obok chodził Igor – jej mąż, który zamiast pomóc, tylko narzekał. – Może twoja mama posiedzi? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po prysznicu. Świeży, wypoczęty. – Pomyślałem, może pojadę na tydzień do kumpla na działkę? Marzena zastygła z butelką w ręku. – Muszę odpocząć, Marzenko. Serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do sportowej torby. – Ostatnio w ogóle nie śpię normalnie. A ona – niby śpi?! Ledwo zamknie oczy, Maksym płacze. Już czwarty raz tej nocy. – Mi też ciężko, – szepnęła Marzena. – Wiem, iż ciężko, – rzucił, wciskając ulubioną koszulę do torby. – Ale ja mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie mogę przecież tak wyglądać przed klientami. I nagle stało się coś dziwnego. Marzena zobaczyła ich z boku: ona – w starym szlafroku, z potarganymi włosami i wrzeszczącym dzieckiem na rękach. On – pakuje walizkę, ucieka. – Chcę żyć dla siebie i się wyspać, – burknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marzena stanęła w środku mieszkania z płaczącym synem i poczuła, iż wszystko się wali. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor zadzwonił trzy razy – pytał, jak tam. Głos obojętny, jakby rozmawiał z daleką znajomą. – Wpadnę na weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znów się nie pojawił. Marzena kołysała wrzeszczącego syna, zmieniała pieluchy, przygotowywała mleko. Spała po pół godziny pomiędzy karmieniami. – Wszystko u ciebie dobrze? – zapytała przyjaciółka. – Świetnie, – skłamała. Dlaczego kłamie? Przecież to wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z niemowlakiem. Co może być gorszego? Ale najciekawsze zaczęło się w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój? – spytała Lena. – Dużo pracuje. – Jasne. Facet jak się dziecko urodzi, to nagle przesiaduje w pracy. – Lena nachyliła się: – Igor często wyjeżdża w delegacje? – Jakie delegacje? – No przecież ostatnio był w Trójmieście! Na szkoleniu. Pokazywał zdjęcia. W Trójmieście? Kiedy?! Marzena przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił przez trzy dni. Powiedział, iż był zajęty. Nie zajęty – bawił się w Trójmieście. Igor przyjechał w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż mnie tyle nie było. Dużo pracy. – Pojechałeś do Trójmiasta? Zastygł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieważne kto. Ważne, po co kłamiesz? – Nie kłamię, nie chciałem żebyś się stresowała, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież z niemowlakiem nigdzie by nie pojechała! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie spałam od tygodni. – Wynajmiemy nianię. – Za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Przecież mieszkanie opłacam, rachunki. – A jedzenie? Pieluchy? Leki? Zamilkł. Potem: – Może wrócisz do pracy? Chociaż na pół etatu? Po co siedzisz w domu. Wynajmiemy nianię. Siedzisz w domu. Jakby odpoczywała! Wtedy Marzena wzięła syna, spojrzała na Igora i zrozumiała: on jej nie kocha. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Co? – Wyjdź. I nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co jest ważniejsze – rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Po dwóch dniach napisał: „Zastanawiam się”. A Marzena nie spała. Też rozmyślała. Wyobraź sobie – pierwszy raz od miesięcy samotność i cisza w głowie. Zadzwoniła mama: – Marzenko, jak tam? Igora nie ma w domu? – W delegacji. Znowu skłamała. – Może wpadnę? Pomogę? – Poradzę sobie. Ale nie – mama przyjechała sama. – Jak tu u was? – rozejrzała się. – Boże, Marzenko, spójrz na siebie! Marzena spojrzała w lustro. Tak – obraz nędzy. – A Igor gdzie? – W pracy. – O ósmej wieczorem? Milczała. – Co się dzieje? Marzena rozpłakała się. Głośno, rozpaczliwie. – Odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama milczała, potem: – Skurczybyk. Rzadko spotykany skurczybyk. Marzena była zaskoczona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze uważałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak… – Mamo, może to ja przesadzam? Może powinnam zrozumieć? – Marzenko, to tobie jest ciężko? Od tej prostoty Marzena dotarło: całe życie myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. O sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyć. Bez niego. Lepiej sama niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Chyba „myślał” na działce. – Pogadamy? – Tak. Usiedli przy stole: – Wiem, ciężko ci. Ale mi też łatwo nie jest. Może dogadamy się? Pomogę finansowo, będę wpadał. A na razie zamieszkam oddzielnie. – Ile? – Co ile? – Pieniędzy. Ile? – No, może z dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź do diabła. – Słucham?! – Słyszałeś. Nie wracaj. – Marzena, proponuję układ! – Układ? Wolności ci się zachciało? A moja wolność gdzie? Wtedy Igor wykrztusił zdanie, które wszystko wyjaśniło: – A jaka ty możesz mieć wolność? Jesteś matką! Marzena spojrzała: i oto jest – prawdziwy Igor. Niedojrzały egoista, dla którego macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć wynagrodzenia. Zgodnie z prawem. – Nie odważysz się! – Odważę. Trzasnął drzwiami. Marzena poczuła – oddycha się lżej. Maksym zapłakał. Ale teraz wiedziała: poradzi sobie. Minął rok. Igor dwa razy próbował wrócić. – Marzenko, spróbujemy jeszcze raz? – Za późno. Igor narzekał, iż Marzena jest zołzą. Nieskutecznie. Marzena wynajęła nianię, dostała pracę jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Syna. – A ojciec gdzie? – Żyje dla siebie. Andrzeja przedstawiła Maksymkowi. Przywiózł mu autko. Bawili się i śmiali razem. Często chodzili całą trójką do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecku rok, a ty z facetem! – Czego chciałeś? Żebym czekała na ciebie? – Ale przecież jesteś matką! – Tak, jestem. I co z tego? Więcej nie dzwonił. Andrzej był inny. Kiedy Maksym zachorował – od razu przyjechał. Gdy Marzena była szczególnie zmęczona – zabierał ją na działkę. Dziś Maksym ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marzena nie jest zła. Ona też teraz żyje dla siebie. I to jest piękne.
LEGO Store Event – Kwitnące Serce
Śpię ze swoim synkiem, nie z mężem. Teściowa uważa, iż krzywdzę dziecko
Zmęczona, otarła mokre dłonie, jęknęła z bólu i ruszyła otworzyć drzwi.