Dzieci

„Wyjątkowe wyjście ze szpitala w polskim stylu – mąż prosto z pracy, bałagan w domu, brak wyprawki dla dziecka i zawód na bliskich. Czy to Renia powinna była wszystko przygotować, czy rodzina powinna bardziej pomóc? Opowieść trzydziestoletniej warszawianki o narodzinach, nieprzygotowaniu i rodzinnych oczekiwaniach”
Daj mi, proszę, powód – Miłego dnia – Denis pochylił się i musnął jej policzek ustami. Anastazja przytaknęła odruchowo. Policzek pozostał suchy i chłodny – bez ciepła, bez irytacji. Po prostu skóra, po prostu dotyk. Drzwi się zamknęły, a mieszkanie wypełniła cisza. Stała jeszcze przez chwilę w przedpokoju, wsłuchując się w siebie. Kiedy to się adekwatnie stało? Kiedy coś w niej pękło i zgasło? Pamiętała, jak dwa lata temu płakała w łazience, bo Denis zapomniał o ich rocznicy. Jak rok temu cała drżała ze złości, gdy znowu nie odebrał Wasilisy z przedszkola. Jak pół roku temu jeszcze próbowała rozmawiać, tłumaczyć, prosić. A teraz – pusto. Czysto, gładko, jak wypalone pole. Anastazja poszła do kuchni, nalała sobie kawy i usiadła przy stole. Dwadzieścia dziewięć lat. Siedem z nich w małżeństwie. A jednak siedzi sama w pustym mieszkaniu z chłodniejącą kawą i myśli o tym, iż przestała kochać męża tak cicho i zwyczajnie, iż choćby nie zauważyła, kiedy to się stało. Denis żył według własnego schematu. Obiecywał odebrać córkę – nie odbierał. Mówił, iż naprawi kran w łazience – cieknął już trzeci miesiąc. Przysięgał, iż w weekend nareszcie pojadą do zoo – ale w sobotę zawsze miał „pilne sprawy” z kolegami, a w niedzielę tylko leżał na kanapie. Wasilisa przestała pytać, kiedy tata się z nią pobawi. W swoich pięciu latach już wiedziała: mama – to pewność. Tata – to ktoś, kto czasem pojawia się wieczorem i ogląda telewizję. Anastazja już nie robiła awantur. Nie płakała w poduszkę. Nie układała planów naprawczych. Po prostu wykreśliła Denisa z równania swojego życia. Trzeba oddać auto na przegląd? Załatwiała sama. Zepsuł się zamek na balkonie? Wzywała fachowca. Wasilisie potrzebny był kostium śnieżynki na występ? Szyła go nocami, kiedy jej mąż chrapał w pokoju obok. Rodzina zamieniła się w dziwną konstrukcję dwóch dorosłych żyjących obok siebie pod jednym dachem. Którejś nocy Denis wyciągnął do niej rękę w łóżku. Delikatnie odsunęła się pod pretekstem bólu głowy. Potem zmęczenia. Potem innych wymówek. Krok po kroku budowała mur, a z każdym kolejnym odmówieniem ten mur rósł. „Niech sobie znajdzie kogoś na boku,” myślała chłodno. „Niech da mi powód. Normalny, zrozumiały powód, który zaakceptują mama i teściowa. Którego nie trzeba tłumaczyć.” Bo jak powiedzieć mamie, iż odchodzi tylko dlatego, iż mąż jest… nijaki? Nie bije, nie pije, pieniądze przynosi. Nie pomaga w domu? – przecież u wszystkich tak jest. Nie bawi się z dzieckiem? – faceci tak mają. Założyła osobne konto w banku i zaczęła odkładać część pensji. Zaczęła chodzić na siłownię – nie dla męża, dla siebie. Dla tego nowego życia, które czekało gdzieś za horyzontem nieuchronnego rozwodu. Wieczorami, kiedy Wasilisa spała, Anastazja nakładała słuchawki i słuchała podcastów po angielsku. Zwroty, biznesowa korespondencja. Jej firma miała zagranicznych klientów – swobodny angielski mógł wiele zmienić. Szkolenia zabierały dwa wieczory w tygodniu. Denis burczał, iż musi zostawać z Wasilisą, choć w jego wydaniu „zostawać” oznaczało włączyć bajki i siedzieć z telefonem. Weekendami Anastazja spędzała czas z córką. Parki, place zabaw, kawiarnie z milkshake’ami, kino na bajki. Wasilisa przyzwyczaiła się, iż to ich czas – mamy i jej. Tata gdzieś istnieje na peryferiach, jak mebel. „Nawet nie zauważy,” powtarzała sobie Anastazja. „Po rozwodzie dla Wasilisy prawie nic się nie zmieni.” Myśl była wygodna. Trzymała się jej jak koła ratunkowego. A potem coś się zmieniło. Nie zauważyła od razu, co takiego. Po prostu któregoś wieczoru Denis zaproponował, iż położy Wasilisę spać. Potem – iż ją odbierze z przedszkola. Potem – zrobił kolację. Proste makaron z serem, ale sam, bez przypominania i próśb. Anastazja patrzyła na niego podejrzliwie. Co to? Wyrzuty sumienia? Chwilowy kaprys? Próba zagłuszenia winy? Ale dni mijały, a Denis nie wracał do starego trybu. Wstawał wcześniej, zanosił Wasilisę do przedszkola. Naprawił kran. Zapisał córkę na basen i sam woził ją na zajęcia w soboty. – Tato, patrz, już umiem nurkować! – Wasilisa biegała po mieszkaniu, udając pływaka. Denis łapał ją, podrzucał do góry, a dziewczynka śmiała się radośnie i głośno. Anastazja patrzyła na to z kuchni i nie poznawała własnego męża. – Mogę z nią posiedzieć w niedzielę – powiedział Denis wieczorem. – Masz się spotkać z koleżankami? Anastazja kiwnęła głową. Spotkania nie było; chciała posiedzieć samej z książką w kawiarni. Ale skąd on wie o koleżankach? Podsłuchuje jej rozmowy przez telefon? Tygodnie mijały, przeradzając się w miesiąc. Potem dwa. Denis się nie poddawał, nie wracał do obojętności. – Zamówiłem nam stolik w tej włoskiej restauracji – zakomunikował kiedyś. – Na piątek. Mama zgodziła się zostać z Wasilisą. Anastazja podniosła wzrok znad laptopa. – Z jakiej to okazji? – Ot tak. Chcę z tobą zjeść kolację. Zgodziła się. Z ciekawości, tłumaczyła sobie. Chciała zobaczyć, co wymyślił. Restauracja była przytulna, z nastrojowym światłem i muzyką na żywo. Denis zamówił jej ulubione wino – ku jej zdziwieniu pamiętał, jakie. – Zmieniłeś się – powiedziała wprost. Denis zakręcił kieliszkiem. – Byłem ślepy. Klasyczny, kompletny głupiec. – To żadna nowość. – Wiem. – Uśmiechnął się krzywo, bez radości. – Myślałem, iż pracuję dla rodziny. Że potrzebujecie pieniędzy, większego mieszkania, lepszego samochodu. A tak naprawdę po prostu… uciekałem. Od odpowiedzialności, od codzienności, od wszystkiego. Anastazja milczała, czekając aż skończy. – Widziałem, iż się zmieniłaś. Że stało ci się wszystko jedno. I to… to było gorsze niż jakakolwiek awantura, rozumiesz? Krzyczałaś, płakałaś, żądałaś – to było normalne. A potem po prostu przestałaś. Jakby mnie nie było. Odstawił kieliszek. – Byłem blisko straty was. Ciebie i Wasilisy. Dopiero wtedy zrozumiałem, iż wszystko robię źle. Długo patrzyła na tego mężczyznę, który mówił jej to, czego latami oczekiwała. Za późno? Czy jeszcze nie? – Miałam się z tobą rozwieść – powiedziała cicho. – Czekałam, aż dasz mi powód. Denis zbladł. – Boże, Nastusia… – Odkładałam pieniądze. Szukałam mieszkania. – Nie wiedziałem, iż wszystko zaszło aż tak daleko… – Powinieneś był wiedzieć – przerwała mu. – To twoja rodzina. Powinieneś widzieć, co się dzieje. Między nimi nastała ciężka cisza. Kelner wyczuł atmosferę i ominął ich stolik. – Mogę nad tym pracować – powiedział w końcu Denis. – Nad nami. jeżeli dasz mi szansę. – Jedną szansę. – To i tak więcej, niż zasługuję. Siedzieli w tej restauracji do jej zamknięcia. Rozmawiali o wszystkim – o Wasilisie, o pieniądzach, o podziale obowiązków, o tym, czego każde z nich oczekuje. Po raz pierwszy od lat była to prawdziwa rozmowa, nie wymiana pretensji czy grzecznościowych zdań. Odbudowa szła powoli. Anastazja nie rzuciła się mężowi w ramiona następnego ranka. Patrzyła, sprawdzała, czekała na podstęp. Ale Denis wytrzymywał. Zajął się gotowaniem w weekendy. Ogarnił rodzicielskie czaty w przedszkolu. Nauczył się zaplatać warkocze Wasilisie – krzywo, koślawo, ale samodzielnie. – Mamo, patrz, tata zrobił mi smoka! – Wasilisa wbiegła do kuchni, pokazując konstrukcję z pudełek i kolorowego papieru. Anastazja spojrzała na tego „smoka” – pokracznego, z krzywym skrzydłem – i uśmiechnęła się… …Pół roku minęło niepostrzeżenie. Był grudzień. Całą rodziną pojechali na działkę do rodziców Anastazji. Stary dom pachnący drewnem i ciastem, zaśnieżony ogród, skrzypiące schody. Anastazja siedziała przy oknie z kubkiem herbaty, patrząc, jak Denis z Wasilisą lepią bałwana. Córka rozkazywała – nos tu, oczy wyżej, szalik krzywo! – a Denis posłusznie wykonywał polecenia, raz po raz łapiąc ją i podrzucając do góry. Śmiech Wasilisy słychać było w całej okolicy. – Mamo! Mamo, chodź do nas! – dziewczynka machała rękami. Anastazja zarzuciła kurtkę i wyszła na ganek. Śnieg skrzył się w niskim słońcu, mróz szczypał policzki, a tu nagle od boku poleciała śnieżka. – To tata! – natychmiast wydała sprawcę Wasilisa. – Zdrajczyni – prychnął Denis. Anastazja złapała grudę śniegu i rzuciła w męża. Spudłowała. On się roześmiał, ona też – po chwili już cała trójka turlała się po zaspach, zapominając o bałwanie, o mrozie, o wszystkim. Wieczorem, kiedy Wasilisa zasnęła na kanapie, nie doczekawszy końca bajki, Denis ostrożnie zaniósł ją do łóżka. Anastazja patrzyła, jak przykrywa córkę kołdrą, poprawia poduszkę, odgarnia jej włosy z czoła. Usiadła przy kominku, ogrzewając dłonie o kubek. Za oknem padał śnieg, miękki i puszysty, otulając świat bielą. Denis przysiadł obok. – O czym myślisz? – O tym, jak dobrze, iż nie zdążyłam. Nie spytał, co takiego. Zrozumiał bez słów. Wiedziała, iż związek wymaga codziennego wysiłku. Nie wielkich czynów, ale drobiazgów: wysłuchania, pomocy, zauważenia, wsparcia. Wiedziała, iż będą jeszcze ciężkie dni, nieporozumienia, kłótnie o byle co. Ale teraz, w tej chwili, jej mąż i córka byli blisko. Żywi, prawdziwi, kochani. Wasilisa obudziła się, podbiegła do nich i wskoczyła między rodziców na kanapę. Denis objął je obie, a Anastazja pomyślała, iż za niektóre rzeczy warto walczyć…
Gwiazdy w dubbingu nowego filmu animowanego "Delfinek i ja 2"
Chyba miłość już minęła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet polnych stokrotek kupionych na bazarku koło metra. Anna zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Stokrotki pachniały latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Darek stał przed nią z tym spojrzeniem człowieka, który dokładnie wie, czego chce. A chciał jej. Na pierwszą randkę zabrał ją do Parku Skaryszewskiego. Przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki, które zrobiła jego mama. Siedzieli na trawie do zmierzchu. Anna zapamiętała, jak śmiał się, odchylając głowę do tyłu. Jak dotykał jej dłoni niby przypadkiem, jak patrzył – jakby była jedyną osobą w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której wprawdzie nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku – przedstawił rodzicom. Po roku – zaproponował, żeby zamieszkali razem. – I tak śpimy ze sobą każdej nocy – mówił Darek, bawiąc się jej włosami. – Po co płacić za dwa mieszkania? Anna się zgodziła. Nie chodziło o pieniądze. Po prostu świat przy nim nabierał sensu. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym barszczem i świeżo uprasowaną pościelą. Anna nauczyła się robić jego ulubione kotlety – z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak jak jego mama. Wieczorami Darek czytał jej na głos artykuły z gazet o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Anna słuchała z łokciem opartym o podbródek i wierzyła w każde jego słowo. Snuli plany. Najpierw – odłożyć na wkład własny. Potem – własne mieszkanie. Potem samochód. Oczywiście dzieci. Dwójka, chłopiec i dziewczynka. – Wszystko zdążymy – mówił Darek, całując ją w czoło. Anna kiwała głową. Przy nim czuła się nie do zranienia. …Piętnaście lat wspólnego życia zarosło rzeczami, przyzwyczajeniami, codziennymi rytuałami. Mieszkanie na zielonym osiedlu z widokiem na skwer. Kredyt na dwadzieścia lat, który spłacali wcześniej, rezygnując z wakacji i restauracji. Srebrna Toyota pod blokiem – Darek sam wybrał, sam wynegocjował cenę, sam co sobotę polerował maskę na błysk. Dumna fala ciepła rozlewała się po piersi. Wszystko osiągnęli sami. Bez wsparcia rodziców, bez znajomości, bez łutu szczęścia. Pracowali, oszczędzali, zaciskali zęby. Nigdy nie narzekała. choćby gdy była tak zmęczona, iż przysypiała w metrze i budziła się na ostatniej stacji. choćby gdy chciała wszystko rzucić i polecieć gdzieś nad morze. Byli drużyną. Tak mówił Darek i Anna wierzyła. Jego spokój zawsze był na pierwszym miejscu. Anna nauczyła się tej zasady na pamięć, wplotła ją w swoje DNA. Zły dzień w pracy? Przygotowywała kolację, nalewała herbatę, słuchała. Kłótnia z szefem? Głaskała go po głowie i szeptała, iż wszystko się ułoży. Wątpliwości? Zawsze znajdowała adekwatne słowa. – Jesteś moim kotwicą, zapleczem i oparciem – mówił Darek w takich chwilach. Anna się uśmiechała. Być dla kogoś kotwicą – czy to nie jest szczęście? Trudne czasy się zdarzały. Pierwszy raz – po pięciu latach małżeństwa. Firma, w której pracował Darek, zbankrutowała. Przez trzy miesiące siedział w domu, przeglądając ogłoszenia i coraz bardziej posępniejąc. Drugi raz – jeszcze gorzej. Koledzy podłożyli mu dokumenty pod nos, nie tylko stracił pracę – ale jeszcze musiał spłacić duże pieniądze. Musieli sprzedać samochód, żeby uregulować długi. Anna ani razu nie wypomniała mu ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe projekty, pracowała po nocach, oszczędzała na sobie. Martwiła się tylko o jedno – jak on się trzyma. Czy się nie załamie. Czy nie straci wiary w siebie. …Darek się podniósł. Znalazł nową pracę, choćby lepszą niż wcześniej. Kupili sobie znów srebrną Toyotę. Życie wróciło do normy. Rok temu siedzieli w kuchni, gdy Anna w końcu powiedziała na głos to, o czym myślała od dawna: – Może już czas? Już nie mam dwudziestu lat. jeżeli jeszcze poczekamy… Darek przytaknął poważnie, po namyśle. – Zacznijmy się przygotowywać. Anna wstrzymała oddech. Tyle lat marzyła, odwlekała, czekała na odpowiedni moment. I oto jest. Wyobrażała sobie to tysiąc razy. Małe rączki, które chwytają jej dłoń, zapach zasypki dla dzieci. Pierwsze kroki po ich salonie. Darek czytający bajki przed snem. Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie. Natychmiast zaczęła zmieniać życie. Dieta, tryb dnia, ćwiczenia. Zapisała się do lekarza, zrobiła badania, zaczęła brać witaminy. Kariera zeszła na dalszy plan, choć właśnie wtedy zaproponowano jej awans. – Na pewno jesteś pewna? – spytała szefowa, zaglądając jej znad okularów. – Taka szansa trafia się raz w życiu. Anna była pewna. Awans oznaczał delegacje, nienormowany czas, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Wolę przejść do oddziału blisko domu – powiedziała. Szefowa tylko wzruszyła ramionami. Oddział był kwadrans spacerem od bloku. Praca – nudna, bez rozwoju, ale za to wyjście punkt 18.00 i spokój w weekendy. Anna wdrożyła się błyskawicznie, nowi współpracownicy byli mili, choć niezbyt ambitni. Przygotowywała sobie obiady w domu, spacerowała w przerwach, spała przed północą. W imię przyszłego dziecka. W imię ich rodziny. Chłód podkradł się niepostrzeżenie. Najpierw Anna nie zwróciła uwagi. Darek dużo pracuje, bywa zmęczony. To minie. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać przed snem. Przestał patrzeć na nią jak dawniej, gdy poznali się na wydziale i nazywał ją najpiękniejszą dziewczyną. W domu zrobiło się cicho. Niewłaściwie cicho. Kiedyś rozmawiali godzinami – o pracy, o planach, o głupotach. Teraz Darek całe wieczory siedział w telefonie. Odpowiadał półsłówkami. Kładł się spać odwrócony do ściany. Anna leżała obok i patrzyła w sufit. Między nimi przepaść szeroka na pół metra materaca. Między nimi nie było już bliskości. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Anna przestała liczyć. A mąż zawsze miał wymówki: – Strasznie zmęczony jestem. Jutro, dobrze? Jutro nigdy nie nadchodziło. Zapytała wprost. Któregoś wieczoru, zebrała się na odwagę i zastąpiła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Tylko szczerze. Darek patrzył gdzieś obok niej, ponad ramieniem. Na framugę drzwi. – Wszystko w porządku. – Kłamiesz. – Wymyślasz. Po prostu taki etap. Przejdzie. Minął ją, zamknął się w łazience. Poleciała woda. Anna stała w przedpokoju z dłonią na piersi. Bolało. Tępo, nieznośnie, bezustannie. Zmusiła się jeszcze do miesiąca udawania. W końcu powiedziała otwarcie: – Kochasz mnie jeszcze? Cisza. Dłużąca się, przerażająca. – Nie wiem, co do ciebie czuję. Anna usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Darek spojrzał jej w oczy. W środku pustka. Zagubienie. Ani śladu tego ognia, co płonął piętnaście lat temu. – Wydaje mi się, iż miłość przeminęła. Już dawno. Milczałem, żeby cię nie skrzywdzić. Miesiące Anna żyła w tym piekle nie znając prawdy. Próbowała łapać jego spojrzenia, analizowała każde słowo, szukała wyjaśnień. Może ma problemy. Może kryzys wieku średniego. Może po prostu kiepski czas się przeciągnął. A on zwyczajnie przestał ją kochać. I milczał, kiedy ona planowała ich przyszłość, rezygnowała z kariery, przygotowywała się do roli matki. Decyzja przyszła nagle. Dość „może”, „może się ułoży”, „trzeba poczekać”. Starczy. – Składam pozew o rozwód. Darek zbladł. Anna widziała, jak zadrżało mu jabłko Adama. – Zaczekaj. Nie rób tego od razu. Możemy spróbować… – Spróbować? – Może dziecko coś zmieni. Podobno dzieci zbliżają… Anna roześmiała się gorzko, aż głos jej się załamał. – Dziecko zmieni tylko na gorsze. Nie kochasz mnie. Po co nam dziecko? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach? Darek zamilkł. Nie miał nic do powiedzenia. Anc od razu tego dnia się wyprowadziła. Spakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, jak już przestały jej się trząść ręce. Podział majątku zapowiadał się na długi i trudny. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat dorobku. Prawnik mówił coś o wycenie, o udziałach, negocjacjach. Anna kiwała głową, notowała, starała się nie myśleć, iż ich życie przeliczają na metry kwadratowe i konie mechaniczne. Niedługo potem znalazła sobie wynajmowaną kawalerkę. Uczyła się żyć sama. Gotować na jedną osobę. Oglądać seriale bez komentarzy zza pleców. Zasypiać na całym łóżku. Noce bywały ciężkie. Leżała, wtulona w poduszkę i wspominała. Stokrotki z bazarku. Koc w Skaryszaku. Jego śmiech, ręce, szeptane „jesteś moją kotwicą”. Bolało do granic wytrzymałości. Piętnastu wspólnych lat nie wyrzucisz z serca, jak starych rzeczy ze śmietnika. Ale pod bólem czaiło się coś jeszcze. Uczucie ulgi. Spokoju. Udało się na czas. Odeszła, zanim dzieci związałyby ją na zawsze z tym człowiekiem. Zanim utknęła na lata w pustym małżeństwie tylko dla „dobra rodziny”. Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed nią. Strach? Potworny. Ale sobie poradzi. Bo nie ma innego wyjścia.
Co robić, gdy maluch przeklina i używa wulgaryzmów: praktyczne wskazówki dla rodziców
Vitali siedział wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kończąc ważne sprawy. Niespodziewanie przerwał mu telefon z nieznanego numeru: „Czy pan Witalij Dmitriewicz? Dzwonimy z porodówki. Zna pan Annę Izotową?” – głos starszego mężczyzny. „Nie… o co chodzi?”. „Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Poinformowaliśmy jej mamę. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka.” Zszokowany Witalij zaczyna gorączkowo analizować swoją przeszłość – dziewięć miesięcy temu wrzesień, pobyt w Sopocie, blondynka Anna… Nigdy nie planował dzieci, nie chciał zmieniać życia przez czyjąś decyzję. Jednak wobec śmierci Anny i dramatu nowo narodzonej córki musi podjąć decyzję. W szpitalu spotyka mamę Anny, która błaga: „Nie odmawiaj córki. Ja jej nie dostanę – sama mam chore serce, ale błagam, przyznaj się do niej. Pomogę jak będę mogła”. Formalności, test DNA, w końcu bierze na ręce swoją córeczkę: kopia ojca. Gdy mała mu się uśmiecha, Witalij podejmuje przełomową decyzję – razem z babcią zabiera córkę do domu i zaczyna nowe życie jako ojciec.
Gratis na Chiński Nowy rok – Taniec Lwa. Jak go zdobyć?
Mój syn ma fenomenalną pamięć. W przedszkolu znał na pamięć wszystkie teksty przedstawień, więc do ostatniej chwili nie było wiadomo, w jakim będzie stroju – dzieci często chorowały, więc mógł wskoczyć w każdą rolę, bo znał na wylot wszystkie kwestie. Na przedszkolne jasełka dla pięciolatków przypadła mu rola ogórka. Gdy dowiedziałam się o tym dzień przed moim dyżurem, kupiłam zieloną koszulkę, kolorowy karton i przez całą noc z zapałem szyłam zielone spodenki do kompletu, a z kartonu kleiłam limonkową czapeczkę z fantazyjnym ogonkiem z drucika owiniętego zielonym materiałem. Na jasełka miał iść tata, co nie wzbudzało zbyt wielkiego zaufania, więc instrukcję jak ubrać dziecko i zamocować czapeczkę czytałam mu rano przed wyjściem do pracy. W trakcie dyżuru zadzwoniła Pani z przedszkola i drżącym głosem oznajmiła, iż rozchorował się główny aktor i nasz syn jutro zostaje… bohaterem Koloboka* (czytaj: polskim Reksiem na noworocznym przedstawieniu). Nerwowo zapytałam, czy Kolobok może wystąpić w stroju ogórka? – w słuchawce zabrzmiała wieloznaczna cisza. Zadzwoniłam do męża do pracy z informacją o sytuacji. Głos miał absolutnie szczęśliwy (już wtedy powinnam się była przerazić). Stwierdził, iż nie ma problemu – zabierze dwóch kolegów chirurgów i jako trio superfachowców poradzą sobie z każdym zadaniem! Ci chirurdzy to bardzo sprytni faceci, pojadą do nas i wszystko ogarną (intuicja chyba wtedy u mnie szwankowała!). Zabiegana na dyżurze zadzwoniłam o dziewiątej wieczorem do domu. Odebrał syn i oznajmił, iż kupili białą koszulkę, tata klei żółty karton, wujek Wojtek gotuje obiad, a wujek Władek się śmieje. Godzinę później synek powiedział, iż idzie spać, wujek Władek z żółtego kartonu wyciął już koło i maluje na nim oczka, wujek Wojtek otwiera ogórki, a tata aż się zanosi od śmiechu. O dwunastej w nocy zadzwoniłam znowu – mąż poinformował, iż wujek Wojtek i wujek Władek bardzo się zmęczyli przy Koloboku i już śpią. Są drobne „niuansiki”. Kolobok został przypadkiem przyklejony przez Wojtka super klejem na białą koszulkę, ale bardzo krzywo. Gdy Władek próbował odkleić to dzieło, koszulka się podarła. Więc przyszyli ją chirurgicznym jedwabiem do… zielonej koszulki ogórka. Ale wyszło przepięknie, aż nie mogłam tego sobie wyobrazić. A jeszcze… dorobili Kolobokowi trzydzieści zębów, więc uśmiechał się od ucha do ucha, choć zabrakło białego kartonu na dwa zęby. (Nic nie szkodzi – powiedziałam – przy trzydziestu nikt nie zauważy braku dwóch). Więc nie ma powodu się denerwować, spokojnie mogę pracować – mój synek będzie miał najpiękniejszy kostium w przedszkolu. A kto tam chrapie? To wujek Władek – tak się napracował z zębami, iż zasnął na fotelu. Całą noc coś przeczuwałam. Rano, po dyżurze, zrobiłam awanturę ordynatorowi, żeby mnie puścił choć na godzinę na przedszkolne jasełka. Przyszłam troszkę spóźniona… Z sali dochodził ryk śmiechu przerywany skowytami. Uchyliłam drzwi… Przy noworocznej choince próbował podskakiwać Kolobok. Wielka, żółta jak księżyc twarz, od brody po kolana, znajdowała się z przodu na piersi. Oczy tego potwora patrzyły w zupełnie różne strony. Trzy szerokie poziome szwy z jedwabiu nad oczami przypominały bruzdy czoła bardzo doświadczonego przez życie Koloboka. Największe wrażenie robił brak dwóch zębów w szeroko otwartych ustach… bo były to… dwa górne jedynki! Wyglądał więc na bardzo starego, poturbowanego przez życie Koloboka, który chyba wrócił niedawno z poprawczaka i walczy z nałogiem… A całe to dzieło sztuki dopełniała zielona kartonowa czapeczka ogórka, z ogonkiem z wygiętego drutu w zielonym materiale. W tym momencie synek zaczął recytować wierszyk: „Gdzie jeszcze takiego, jak ja, zobaczycie?…” (w dalszej części było, iż tylko w bajce i na noworocznym przedstawieniu – ale nikt już wtedy tego nie słyszał, bo opiekunka opadła na krzesło, a sala płakała ze śmiechu…) — *Kolobok – bajkowy bohater ze Wschodu, zbliżony charakterem do polskiego Reksia i Bolka i Lolka, często występujący w imprezach przedszkolnych.
Przebaczenia nie będzie – Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby odszukać swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wiktoria aż się wzdrygnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty, które przyniosła z pracy – sterta papierów groziła, iż zaraz się rozsypie, więc Wiktoria ostrożnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz jednak zastygła w bezruchu, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksandra. W jej oczach malowało się autentyczne zdziwienie – skąd w ogóle przyszedł mu do głowy taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która kiedyś jednym lekkomyślnym gestem przekreśliła niemal całe jej życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała Wiktoria, starając się, by głos brzmiał spokojnie. – Co to za absurdalna idea? Po co miałabym to robić? Aleksander lekko się speszył. Przeczesał dłonią włosy, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się – trochę niepewnie, jakby sam już pożałował swojego pytania. – Bo wiesz… – zaczął, dobierając słowa. – Często słyszę, iż dzieci z domów dziecka i rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli byś chciała, to chętnie Ci pomogę. Naprawdę. Wiktoria pokręciła głową. W piersi nagle zrobiło się duszno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować narastającą falę rozdrażnienia, i ponownie spojrzała na Aleksandra. – Dziękuję, ale nie trzeba – powiedziała stanowczo, podnosząc odrobinę głos. – Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta już dawno nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, to zabrzmiało ostro, ale inaczej nie potrafiła! Inaczej musiałaby wracać do całej masy nieprzyjemnych wspomnień i wywlekać duszę przed narzeczonym. Kochała go, bardzo, ale są sprawy, których nie chce się dzielić choćby z najbliższymi. Sięgnęła więc z powrotem po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta. Aleksander się skrzywił, ale nie nalegał. Było mu wyraźnie przykro słyszeć tak stanowczą odpowiedź Wiktorii. W głębi duszy nie mógł pojąć jej stanowiska! Matka zawsze była dla niego niemal świętością – bez względu na to, czy uczestniczyła w wychowaniu czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy, iż dała mu życie, stawiał ją według niego prawie na piedestale. Uważał, iż pomiędzy matką a dzieckiem jest szczególna, nierozerwalna więź, której nie złamie ani czas, ani okoliczności. Wiktoria jednak nie tylko nie podzielała tych przekonań – zdecydowanie je odrzucała, bez cienia wątpliwości. Dla niej wszystko było jasne: jak można chcieć spotkać się z kimś, kto postąpił z tobą tak okrutnie? Jej „mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – było o wiele gorzej, o wiele boleśniej… […]
Mój mąż ma syna, który zagraża naszej rodzinie: jak się go pozbyć?
„To nie jest moje dziecko,” powiedział milioner, a następnie rozkazał żonie, aby wzięła niemowlę i wyszła. Gdyby tylko wiedział, co go czeka.
Gdy wsiadłem do samolotu, odkryłem, iż nasze miejsca są już zajęte – kobieta z dzieckiem odmówiła zamiany, bo jej syn chciał siedzieć przy oknie
Tradwives to coś więcej niż "kury domowe". "Kolejny trend, który niekoniecznie jest powrotem do tradycji"
Iwona Bielska doczekała się jednego syna. O macierzyństwie mówi z wielką radością
Dyktando dla mistrzów języka polskiego. Na każde pytanie masz 10 sekund
Mamy jeszcze swoje sprawy w domu… Babcia Walentyna z trudem otworzyła skrzypiącą furtkę, z wysiłkiem dotarła do drzwi, długo mocowała się z wiekowym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojej starej, nieogrzewanej chałupy i usiadła na stołku przy zimnym piecu kaflowym. W izbie pachniało niezamieszkałym domem. Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już sufity obrosły pajęczyną, stary taboret żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją z wyrzutem: gdzie się podziewałaś, gospodyni, komu mnie zostawiłaś?! Jak tu przezimujemy?! – Zaraz, zaraz, mój kochany, daj chwilkę… Odpocznę, rozpalę w piecu, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna śmigała po swoim starym domu: odmalować, coś podreperować, przynieść wody. Jej drobna, żwawa sylwetka raz przyklękała przy ikonach, raz krzątała się przy piecu, latała po ogrodzie – sadziła, plewiła, podlewała. A dom cieszył się razem z gospodynią: podłoga skrzypiała wesoło pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się posłusznie od pierwszego dotknięcia spracowanych dłoni, piec piekł pyszne drożdżówki. Dobrze im razem było: Walentynie i jej starej chacie. Męża pochowała wcześnie. Troje dzieci wychowała, wykształciła, na ludzi wyprowadziła. Jeden syn – kapitan marynarki, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko, rzadko w rodzinne strony zaglądają. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi – jest główną agronomką, od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie w niedzielę, nakarmi pysznymi wypiekami – i znów tydzień się nie widzą. Pociechą jest wnuczka, Świetusia. Ta to prawie u babci wyrosła. A jaka z niej panna! Piękność jak się patrzy! Oczy szare, ogromne, włosy po pas złote jak dojrzałe zboże, kręcone, ciężkie, błyszczące – jakby słońce świeciło z tych włosów. Kucyk zrobi, pasma opadają na ramiona – miejscowych chłopaków zatka, szczęki im opadają. Figura nienaganna. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postawa, taka uroda? Babcia Walentyna za młodu też była ładna, ale gdyby stare zdjęcie wziąć i porównać ze Świetą – pasterka i królowa… Do tego mądra. Skończyła w mieście Akademię Rolniczą, wróciła na wieś pracować jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, a w ramach programu dla młodych rodzin dostali nowy dom. A co to był za dom! Porządny, solidny, murowany. Jak na te czasy – willa, nie dom. Jedno tylko: u babci wokół izby – sad, wszystko rośnie, wszystko kwitnie. A u wnuczki póki co ani drzewa, ani kwiatka – trzy badyle rosną. No i do ogrodnictwa Świetlana, nie czarujmy się, nie miała głowy. Choć dziewczyna wiejska, była delikatna, babcia jej nie wypuszczała do ciężkich prac, chroniła przed przeciągami. A potem urodził się synek, Wasiu. Nie było już czasu w ogród. I zaczęła Świeta namawiać babcię do siebie: chodź do mnie, zamieszkaj! Dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba. Babcia Valentina zaczęła chorować, stuknęła jej osiemdziesiątka, i jakby choroba czekała na tę okrągłą rocznicę – nogi, kiedyś leciutkie, zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Babcia dała się przekonać. Pomieszkała kilka miesięcy u wnuczki. A potem usłyszała: – Babciu, kocham cię, wiesz o tym! Ale co ty tak wciąż siedzisz?! Całe życie się krzątasz, a tu u mnie, patrz, przysiadłaś… Gospodarstwa chcę się podjąć, liczę na twoją pomoc… – Nie mogę, córuś, nogi już mi nie chodzą… Stara jestem… – He… Ledwo do mnie przyjechałaś – od razu stara… Krótko potem babcia, która nie sprostała oczekiwaniom, wróciła do swojego domu. Z żalu, iż nie podołała, nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia Walentyna zupełnie opadła z sił. Nogi powłóczyły się powoli, nie chciały służyć – przez długie lata się nabiegały, zmęczyły. Przejść z łóżka do stołu było ciężko, a dotrzeć do ukochanego kościoła – niemożliwe. Proboszcz, ksiądz Borys, sam przyszedł do swojej stałej parafianki, niegdyś czynnej pomocnicy w sprawach starego kościoła. Uważnie się rozejrzał. Babcia Walentyna siedziała przy stole i pisała swoje comiesięczne listy do synów. W izbie chłodno: piec ledwo co dogrzany. Podłoga lodowata. Na niej najcieplejszy, choć znoszony sweter, przybrudzona chusta – i to na niej, pierwszej gospodyni i czyścioszce – a na nogach zdeptane walonki. Ksiądz Borys westchnął: trzeba babci pomocy. Do kogo by się zwrócić? Może do Anny? Mieszka niedaleko, jeszcze silna, młodsza ze dwadzieścia lat od Walentyny. Wyjął chleb, pierniki, pół dużego, jeszcze ciepłego pieroga z rybą (ukłon od pani Aleksandry). Zakasał rękawy sutanny, wybrał popiół z pieca, doniósł drewna na kilka rozpaleń, złożył w kącie. Rozpalił. Przyniósł wody, nastawił na piecu duży czajnik. – Kochany synku! Oj! To jest, księże drogi! Pomóż mi adresy na kopertach wypisać. Jak swoją bazgrołą napiszę – nie dojdzie! Ksiądz Borys usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na kartki z koślawymi zdaniami. W oczy rzuciło się jedno napisane wielkimi, drżącymi literami: „A ja tu, mój synku, żyję bardzo dobrze. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Tylko te kartki o dobrym życiu babci Walentyny były całe w rozmazanych kleksach, prawdopodobnie słonych. Anna otoczyła staruszkę opieką, ksiądz Borys starał się ją regularnie spowiadać i przyjmować do Komunii, na większe święta mąż Anny, wujek Piotr, stary marynarz, przywoził ją motorem na mszę. Powoli życie zaczęło się układać. Wnuczka się nie pokazywała, a później, po dwóch latach, ciężko zachorowała. Od dawna miała kłopoty z żołądkiem i swoje dolegliwości tym tłumaczyła. Okazał się rak płuc. Skąd się wziął – któż to wie, ale Świetlana spaliła się w pół roku. Mąż dosłownie zamieszkał przy jej grobie: kupował butelkę, pił, spał na cmentarzu, budził się i szedł po następną. Czteroletni synek, Wasiu, nikomu nie był potrzebny – brudny, zapłakany, głodny. Zabrała go Tamara, ale przez swoją absorbującą pracę agronoma nie miała dla niego czasu i zaczęto przygotowywać Wasię do powiatowego domu dziecka. Dom dziecka był niezły: energiczny dyrektor, dobre wyżywienie, na weekendy można było zabierać dzieci do domu. To nie to samo, co domowa opieka, ale Tamara nie miała wyboru: w pracy musiała zostawać do późna, a do emerytury jeszcze daleko. I wtedy w koszu starego „Urała” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą siedział tęgi sąsiad, wujek Piotr, w pasiaku, z kotwicami i syrenami na rękach. Oboje wyglądali wojowniczo. Babcia Walentyna powiedziała krótko: – Wasię do siebie zabieram. – Mamo, ty ledwo chodzisz! Jak sobie poradzisz z dzieckiem? Trzeba mu ugotować, uprać! – Dopóki żyję, do domu dziecka go nie oddam – przycięła babcia. Zaskoczona stanowczością zawsze łagodnej Walentyny Tamara już się nie odzywała, tylko zaczęła pakować wnuczka. Wujek Piotr zawiózł starą i małego pod chałupę, wysadził, potem prawie na rękach zaniósł do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: – Dobra ta staruszka, ale chyba na stare lata rozum straciła: sama wymaga opieki, a jeszcze dziecko sprowadziła… Przecież to nie szczeniak… On troski potrzebuje… I gdzie Tamarka patrzy! Po niedzielnej mszy ksiądz Borys poszedł do Walentyny z niepokojem – czy nie będzie musiał odebrać głodnego i brudnego Wasia biednej, schorowanej staruszce? W izbie było ciepło, piec porządnie napalony. Czysty, zadowolony Wasiu słuchał bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu na kanapie. A biedna, zniedołężniała babcia lekko śmigała po izbie: smarowała pędzelkiem blachę, zagniatała ciasto, rozbijała jajka do twarogu. A jej stare, chore nogi chodziły żwawie i bez śladu choroby – zupełnie jak przed laty. – Księże drogi! A ja tu… drożdżówki z serem zaraz wyjmę… Zaczekajcie chwilkę – dla pani Aleksandry i Kuby ciepłe przysmaki będą… Ksiądz Borys wrócił do domu jeszcze w szoku, opowiedział żonie, co zobaczył. Pani Aleksandra zamyśliła się, podeszła do półki, znalazła grubą niebieską teczkę, przewertowała i odnalazła stronę: „Stara Eufrozyna Egorowa przeżyła długie życie. Wszystko już minęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod białym, cichym śniegiem. Czas już tam, gdzie nie ma bólu, smutku, westchnień… Zimą, pewnego lutowego wieczoru, długo modliła się przed ikoną, potem położyła się i powiedziała domownikom: ‘Zawołajcie księdza – będę umierać’. Twarz jej była biała jak śnieg za oknami. Sprowadzili księdza, Eufrozyna się wyspowiadała, przyjęła Komunię, leżała już dobę bez jedzenia i picia. Tylko lekkie oddechy świadczyły, iż dusza jeszcze nie uleciała z ciała staruszki. Nagle drzwi się rozwarły: powiew mroźnego powietrza, płacz niemowlęcia. – Cicho, cicho, babcia umiera. – Niemowlęcia nie uciszę, właśnie się urodziło, nie wie, iż płakać nie wolno… Wnuczka Eufrozyny, Nastka, wróciła ze szpitala z noworodkiem. Wszyscy wyszli do pracy, zostawiając umierającą babcię i młodą mamę. Nastce mleko się jeszcze nie pojawiło, sama była niedoświadczona, córkę przyłożyć nie umiała, dziecko płakało, przeszkadzając babci w umieraniu. Umierająca Eufrozyna podniosła głowę, zamglony wzrok nabrał jasności. Usiadła z trudem, opuściła bose stopy na podłogę, zaczęła szukać pantofli. Gdy domownicy wrócili z pracy, spodziewając się zastać nieżyjącą już babcię, zobaczyli takie oto: Eufrozyna nie tylko nie zamierzała umierać, ale wyglądała lepiej niż zazwyczaj. Zdecydowanie przełożyła śmierć i żwawo chodziła po pokoju, kołysząc zadowolone niemowlę, a wyczerpana wnuczka odpoczywała na kanapie”. Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i powiedziała: — Moja prababcia, Wera Eufrozyna, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Powtarzała słowa piosenki: „A nam jeszcze nie czas umierać – mamy jeszcze swoje sprawy w domu!” Potem przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, Anastazji, wychowywać mnie, swoją ukochaną prawnuczkę. I ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
A umierać nam jeszcze za wcześnie – w domu jest tyle do zrobienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, przestąpiła próg swojej starej, zimnej chaty i usiadła przy nieopalonym piecu. W izbie pachniało niezamieszkałością. Choć nie było jej ledwie trzy miesiące, to już pajęczyny pokryły sufit, a dom przywitał ją z wyrzutem: gdzieś ty była, gospodyni, komu nas zostawiła? Jak tu przezimujemy?! Jeszcze rok temu babcia Walentyna pełna werwy krzątała się po swoim domu: bieliła, malowała, nosiła wodę, śmigała po sadzie. Dom cieszył się jej obecnością, a piec rumienił pachnące drożdżówki. Było im razem dobrze – Walentynie i jej starej chacie. Pochowała męża wcześnie, troje dzieci wychowała na ludzi. Syn kapitan żeglugi wielkiej, drugi wojskowy, pułkownik – obaj daleko, rzadko w domu. Tylko najmłodsza córka Tamara, główny agronom w miejscowym PGR-ze, została na miejscu, zapracowana od rana do wieczora, niedzielami wpada do matki na placek i rozmowę – więcej nie ma czasu. Pocieszeniem była wnuczka Świetłana, która wyrosła dosłownie przy babci. A jaka piękna wyrosła! Włosy jak zboże, oczy jak chabry, chłopcom w wiosce szczęki opadały. Skończyła ekonomię na uniwersytecie rolniczym, wróciła do rodzinnej wsi, wyszła za weterynarza, dostali nowe mieszkanie przez program dla młodych rodzin – piękny, murowany dom, marzenie! Ale ogród jeszcze goły, a i Świetlana, choć wiejska dziewczyna, delikatna była, przez babcię chroniona od cięższej pracy. I jeszcze urodził się synuś Wacek – nie było jej kiedy sadzić i pielić. W końcu Świetlana zaczęła babcię zapraszać do siebie: „Chodź, babciu, zamieszkaj ze mną – ciepło, wygodnie, nie trzeba palić pieca!” Babcia Walentyna, mając już osiemdziesiątkę i kłopoty z nogami, dała się namówić. Mieszkała u wnuczki kilka miesięcy, ale i tam nie odnalazła swojego miejsca. – Babciu, ty zawsze byłaś pracowita, a tu siedzisz bezczynnie! Z gospodarstwem liczyłam na twoją pomoc… – wyrzuciła jej wnuczka. Babcia nie wytrzymała napięcia i wróciła do siebie z poczuciem klęski – nie pomogła ukochanej wnuczce. Nogi coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa. Na szczęście ks. Borys – jej proboszcz – rozejrzał się po izbie i wiedząc, jakiej pomocy potrzeba, prosił sąsiadkę Annę o wsparcie, sam napalił w piecu, przyniósł jedzenie, zaadresował listy do synów… Wnuczka coraz rzadziej się pojawiała, aż ciężko zachorowała – nowotwór płuc zabrał ją w pół roku. Jej mąż topił smutek w alkoholu, a czteroletni Wacek stał się niechciany przez nikogo. Córka Tamara przygarnęła wnuka, ale przez natłok pracy przygotowywała się oddać go do domu dziecka. Wtedy babcia Walentyna twardo zawiozła siebie i wnuka do swojej chaty: – Póki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam. Sąsiedzi pękali z krytyki, ale ku zaskoczeniu wszystkich w domku znów zagościło ciepło – babcia krzątała się przy kuchni jak dawniej, a chłopczyk słuchał bajek z gramofonu. Proboszcz Borys podczas niedzielnej wizyty zobaczył, jak siła miłości odmienia rzeczywistość – i przypomniał sobie balladę o starej Egorowej, która też – mając odchodzić, nie mogła umrzeć, bo jeszcze w domu czekały ważne sprawy. Bo póki są w domu bliscy, póki ktoś potrzebuje naszego serca i rąk, umierać nam jeszcze za wcześnie – w domu jest tyle do zrobienia!
Nie ich to matka, tym pięciorgu… Cóż, kto by się spodziewał…
„NIE ZDĄŻYŁAŚ, MARINO! SAMOLOT ODLATUJE! A RAZEM Z NIM TWOJE STANOWISKO I PREMIA! JESTEŚ ZWOLNIONA!” — WRZESZCZAŁ SZEF DO TELEFONU. MARINA STAŁA W ŚRODKU KORKU, PATRZĄC NA PRZEWRÓCONY SAMOCHÓD, Z KTÓREGO WŁAŚNIE WYCIĄGNĘŁA CUDZE DZIECKO. STRACIŁA KARIERĘ, ALE ODZYSKAŁA SIEBIE.
Chyba nasza miłość się skończyła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając Ani bukiet świeżych polnych rumianków kupionych na bazarku przy metrze. Ania roześmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i czymś nieuchwytnie prawdziwym. Darek patrzył na nią z pewnością człowieka, który wie, czego chce. A chciał jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Darek przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki zrobione przez jego mamę. Siedzieli na trawie prawie do zmroku. Ania zapamiętała, jak śmiał się, odchylając głowę do tyłu, jak dotykał jej ręki, niby od niechcenia, jak patrzył – jakby była jedyną osobą w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której nie do końca zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku – przedstawił rodzicom. Po roku – zaproponował, by się do niego wprowadziła. – I tak codziennie śpisz u mnie – stwierdził Darek, głaszcząc jej włosy. – Po co płacić za dwa mieszkania? Ania się zgodziła. Nie dla pieniędzy, oczywiście. Po prostu przy nim świat nabierał sensu. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym rosołem i świeżo wypranym praniem. Ania nauczyła się robić jego ulubione kotlety z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak, jak gotowała jego mama. Darek wieczorami czytał jej na głos artykuły z Newsweeka o biznesie i finansach, marzył o własnej firmie. Ania słuchała, podpierając policzek dłonią, wierząc w każde jego słowo. Plany były jasne – najpierw odłożyć na wkład własny, potem własne mieszkanie, potem samochód. Dzieci – oczywiście: syn i córka. – Ze wszystkim zdążymy – mówił Darek, całując ją w czoło. Ania przytakiwała. Przy nim czuła się niezniszczalna. …Piętnaście lat wspólnego życia narosło rzeczami, przyzwyczajeniami, codziennymi rytuałami. Mieszkanie na Ursynowie, z widokiem na skwerek. Kredyt na dwadzieścia lat, który spłacali szybciej, rezygnując z wakacji i restauracji. Srebrna Toyota pod blokiem – Darek sam wybrał, sam wynegocjował, co sobotę polerował maskę na połysk. Fala dumy grzała w piersi. Samodzielnie wszystko zdobyli. Bez pieniędzy od rodziców, bez znajomości, bez szczęścia – tylko ciężką pracą, oszczędnością, wytrwałością. Ania nigdy nie narzekała – choćby kiedy tak się zmęczyła, iż przysypiała w metrze i budziła się na Kabatach. choćby gdy chciała wszystko rzucić i polecieć gdzieś nad morze. Byli drużyną. Tak powtarzał Darek, a ona wierzyła. Najważniejsze było jego samopoczucie – Ania nauczyła się tego na pamięć, wpisała w DNA. Zły dzień w pracy? Ona robiła kolację, parzyła herbatę, słuchała. Awantura z szefem? Głaskała go po głowie, szeptała, iż wszystko się ułoży. Wątpliwości? Ania znajdowała adekwatne słowa, podnosiła go na duchu. – Jesteś moją ostoją i kotwicą – mówił w takich chwilach Darek. Ania uśmiechała się. Być dla kogoś oparciem – czyż to nie szczęście? Było też ciężko. Po pięciu latach stracił pracę – firma zbankrutowała. Przez trzy miesiące Darek siedział w domu, przeglądał oferty i z każdym dniem markotniał. Drugi raz było jeszcze gorzej – współpracownicy go wrobili, nie tylko został bez pracy, ale też z długiem. Musieli sprzedać samochód, by spłacić zobowiązania. Ania nie wypomniała mu ani razu – ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe zlecenia, pracowała po nocach, oszczędzała na sobie. Liczyło się jedno – jak on się czuje. Czy się nie złamię. Czy nie straci wiary w siebie. …Darek się podniósł. Znalazł lepszą pracę. Znów kupili Toyotę, niemal identyczną. Życie wróciło na swój tor. Rok temu, w kuchni, Ania w końcu powiedziała głośno to, o czym myślała od dawna: – Może już czas? Ja już nie mam dwudziestu lat. jeżeli będziemy odkładać dalej… Darek pokiwał głową. Poważnie, z namysłem. – Zacznijmy się przygotowywać. Ania wstrzymała oddech. Tyle lat odkładania, życia na potem. Aż w końcu: teraz. Wyobrażała to sobie setki razy. Maleńkie paluszki, przytulone do jej dłoni. Zapach pudru dla niemowląt. Pierwsze kroki w ich salonie. Darek czytający bajkę na dobranoc. Dziecko. Ich dziecko. W końcu. Zmieniło się wszystko. Ania zmieniła dietę, rytm dnia, zapisała się do lekarzy, zaczęła łykać witaminy. Kariera zeszła na drugi plan, choć właśnie teraz miała dostać awans. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa, zerkając znad okularów. – Taka szansa raz w życiu. Ania była pewna. Awans oznaczał delegacje, nienormowany czas pracy, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Wolę przejść do oddziału – odparła. Szefowa tylko wzruszyła ramionami. Oddział był kwadrans drogi od mieszkania. Praca – nudna, spokojna, bez perspektyw. Ale można było kończyć o 16 i nie myśleć o pracy do poniedziałku. Ania gwałtownie się wdrożyła. Nowi współpracownicy byli mili, choć bez ambicji. Przygotowywała obiady w domu, spacerowała na przerwie, chodziła spać wcześniej. Wszystko dla przyszłego dziecka. Dla ich rodziny. Chłód zakradł się niezauważenie. Na początku Ania nie zwracała uwagi: Darek dużo pracuje, jest zmęczony. Zdarza się. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać przed snem. Przestał patrzeć jak kiedyś, jakby była najpiękniejszą dziewczyną na wydziale. W domu zrobiło się cicho. Nienaturalnie cicho. Kiedyś rozmawiali godzinami: o pracy, o planach, o głupotach. Teraz Darek do nocy przewijał telefon. Odpowiadał półsłówkami. Kładł się spać, odwracając się do ściany. Ania leżała obok, patrząc w sufit. Między nimi wyrósł mur szeroki na pół metra materaca. Bliskość zniknęła całkiem. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc… Przestała liczyć. A Darek zawsze znajdował wymówkę: – Zmęczony jestem. Jutro, dobrze? Jutro nigdy nie nadchodziło. Zapytała wprost. Pewnego wieczoru, zebrała się w sobie i zagrodziła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Powiedz tylko szczerze. Darek patrzył gdzieś obok niej, w stronę framugi. – Nic się nie dzieje. – Nieprawda. – Wydaje ci się. To taki okres. Minie. Wyminął ją i zamknął się w łazience. Zaszemrała woda. Ania stała na korytarzu, ściskając dłoń przy sercu. Bolało. Tępo, przewlekle, nieustannie. Wytrzymała jeszcze miesiąc. W końcu zapytała wprost: – Kochasz mnie jeszcze? Pauza. Długa, straszna pauza. – Ja… już nie wiem, co do ciebie czuję. Ania usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Darek w końcu spojrzał w jej oczy. W nich była pustka. Zagubienie. Ani śladu tamtego ognia sprzed piętnastu lat. – Chyba… chyba miłość się skończyła. Od dawna już. Milczałem, żeby cię nie ranić. Przez miesiące Ania żyła w tym piekle niepewności. Łapała jego spojrzenia, analizowała każde słowo, szukała wyjaśnień: może kłopoty w pracy, może kryzys wieku średniego, może po prostu gorszy nastrój? A on po prostu przestał kochać. I milczał, kiedy ona snuła plany, rezygnowała z awansu, szykowała się do macierzyństwa. Decyzja przyszła niespodziewanie. Dość „może”, „a może się zmieni”, „poczekajmy”. Dość. – Składam pozew o rozwód. Darek zbladł. Ania widziała, jak przełknął ślinę. – Poczekaj. Nie tak od razu. Możemy spróbować jeszcze… – Spróbować? – Urodźmy dziecko, może dziecko coś zmieni. Podobno dzieci zbliżają. Ania zaśmiała się gorzko, bez radości. – Dziecko tylko wszystko pogorszy. Ty mnie nie kochasz. Po co nam dziecko? Żeby potem się rozwodzić z niemowlakiem na rękach? Darek milczał. Nie miał nic do powiedzenia. Ania wyszła tego samego dnia. Spakowała torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, wynajęła pokój u koleżanki. Pozew o rozwód złożyła tydzień później, gdy ręce przestały drżeć. Podział majątku zapowiadał się na długi. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych zakupów i decyzji. Prawnik mówił coś o wycenie, o udziałach, o negocjacjach. Ania kiwała głową, notowała, starała się nie myśleć, iż ich życie teraz mierzy się metrami kwadratowymi i końmi mechanicznymi. niedługo znalazła sobie kawalerkę do wynajęcia. Uczyła się żyć sama. Gotować dla jednej osoby. Oglądać seriale bez komentarzy obok. Spać na całym łóżku. W nocy przychodził żal. Leżała z twarzą w poduszce, wspominała… Rumianek z bazarku. Koc w Łazienkach. Jego śmiech, jego dłonie, jego głos szepczący: „jesteś moją kotwicą”. Ból był potworny. Piętnastu lat nie wyrzuci się z serca jak starych rzeczy na śmietnik. Ale przez ten ból przebijało się coś jeszcze. Ulga. Poczucie słuszności. Zdążyła na czas. Odeszła, zanim związał ich na zawsze wspólny dzieciak. Zanim utknęła w pustym małżeństwie na lata tylko dla „dobra rodziny”. Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed sobą. Czy się boi? Strasznie. Ale sobie poradzi. Nie ma innego wyjścia.
Moja teściowa postanowiła urządzić swoje urodziny w naszym mieszkaniu — z niemowlakiem na rękach, spiętymi relacjami i brakiem wsparcia, muszę udawać dobrą gospodynię dla kogoś, kto mnie nie akceptuje
Jesteś pomyłką młodości – historia chłopca wychowanego przez dziadków, który w dorosłym życiu odmawia pomocy biologicznej matce po jej odrzuceniu
Ile pamiętasz z czasów PRL-u? Rozwiąż szybki quiz wiedzy ogólnej!
NIEMOWLĘ NA PERONIE: PO 25 LATACH PRZESZŁOŚĆ PUKA DO DRZWI
„Nie wyobrażam sobie żyć bez niej”
Subtelna magia dziecięcych marzeń
Mężczyzna odpoczywał w wolny dzień, gdy nagle dzwonek do drzwi przerwał jego sen – za progiem stała nieznana starsza kobieta, która okazała się być matką, od lat nieobecną w jego życiu. Jej powrót boleśnie przywołuje traumatyczne wspomnienia z domu dziecka, skomplikowane rodzinne relacje i dramatyczne próby wykorzystania go przez matkę, której celem okazuje się ratowanie młodszego syna przed więzieniem – choćby za cenę zdrady starszego.
"Rozumiem mamy, które żałują macierzyństwa. Większość kobiet musiała odstawić siebie na bok"
Nadzieja Leonidowna nagle zachorowała. Żadna z jej córek nie odwiedziła matki, gdy leżała chora – opiekowała się nią tylko wnuczka Natalia. Córki pojawiły się dopiero przed Wielkanocą, jak zwykle po wiejskie smakołyki przygotowane przez mamę! Nadzieja Leonidowna wyszła do bramki, by je przywitać. – Po co przyjechałyście? – powiedziała chłodno. Starsza córka, Swietłana, zaniemówiła ze zdziwienia. – Mamo, co ty?! – wykrzyknęła. – Nic się nie dzieje! To koniec, moje kochane! Całe gospodarstwo sprzedałam… – Jak to? A my? – córki nie rozumiały, co się dzieje.
Moja teściowa postanowiła świętować swoje urodziny w naszym mieszkaniu – mam małe dziecko, trudne relacje z nią i poczucie bycia ocenianą jako gospodyni
Chcę rozwodu”, szepnęła i odwróciła wzrok.
Czy każde dziecko potrzebuje własnego pokoju? Między prywatnością, bliskością a realiami życia rodzinnego
Syn męża zagraża naszej rodzinie: jak się od niego uwolnić?
5 mieszkań w rodzinie, a my dalej wynajmujemy: jak to możliwe, iż majątek rodziców i teściów nie ułatwia nam życia w Polsce
Witalij zasiedział się wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kończąc pilne sprawy, gdy nagle przerwał mu niespodziewany telefon z nieznanego numeru. – Dzień dobry, Witalij Dmitrijewicz? Dzwonimy ze szpitala położniczego. Zna pan Annę Izotową? – usłyszał głos starszego mężczyzny. Okazało się, iż Anna zmarła podczas porodu, a jej matka wskazała właśnie Witalija jako ojca dziewczynki. Zaskoczony, Witalij wyrusza następnego dnia do warszawskiego szpitala na ul. Słowackiego, by zmierzyć się z nowiną, która wywraca jego uporządkowane, kawalerskie życie do góry nogami. Przytłoczony emocjami i wspomnieniami z wrześniowego wyjazdu do Sopotu, gdzie poznał Annę – zabawną, niefrasobliwą dziewczynę – próbuje zrozumieć, co powinien zrobić. Spotkanie z matką Anny, Werą, uświadamia mu, jak bardzo obu kobietom zależy na dziecku. Formalności, testy DNA, rozmowy z lekarzem i odmowa zostawienia dziewczynki w domu dziecka prowadzą do przełomowej chwili, gdy trzymając w ramionach maleńką córkę, Witalij nagle odnajduje w sobie uczucia, o których istnieniu nie miał pojęcia. – Jedziemy razem do domu, Wero – postanawia w końcu, a szczęście niespodziewanie wkrada się do jego życia.
– Nie muszę mówić, iż to wszystko moja wina! – Siostra mojego chłopaka zalewa się łzami. – choćby nie wyobrażałam sobie, iż coś takiego się wydarzy! Teraz nie mam pojęcia, co dalej. Nie wiem nawet, jak sobie z tym wszystkim poradzić, by nie stracić twarzy. Siostra mojego chłopaka wyszła za mąż kilka lat temu. Po ślubie ustalono, iż młodzi zamieszkają z mamą męża. Jego rodzice mają duże, trzypokojowe mieszkanie i tylko jednego syna. – Jedno pokoje zostawię sobie, reszta jest dla was! – powiedziała teściowa. – Wszyscy jesteśmy wychowanymi ludźmi, więc na pewno się dogadamy. – W każdej chwili możemy się wyprowadzić! – mówił wtedy mąż do żony. – Nie widzę nic złego w tym, iż spróbujemy zamieszkać z moją mamą pod jednym dachem. jeżeli się nie uda – wynajmiemy mieszkanie… I rzeczywiście, życie pod jednym dachem zaczęło się komplikować. Zarówno synowa, jak i teściowa się starały, ale było coraz gorzej. Napięcie narastało, a kłótnie pojawiały się coraz częściej. – Mówiłeś, iż jak nie damy rady razem mieszkać, to się wyprowadzimy! – żona wybuchnęła płaczem. – Przecież tak się nie dzieje – odpowiadała lekceważąco teściowa. – To tylko drobiazgi, nie warto dla nich od razu się wyprowadzać. Równo rok po ślubie żona zaszła w ciążę i urodziła zdrowego synka. Narodziny wnuka przypadły na czas, gdy teściowa właśnie skończyła pracę i bezskutecznie szukała nowej – nikt nie chciał zatrudnić kobiety tuż przed emeryturą. Synowa i teściowa przez całą dobę były na siebie skazane i atmosfera w domu pogarszała się z dnia na dzień. Mąż tylko wzruszał ramionami i wysłuchiwał żalów – był jedynym żywicielem rodziny. – Nie możemy teraz zostawić mamy samej, bo nie ma środków do życia. Nie stać mnie na wynajem mieszkania i pomoc mamie. Jak mama znajdzie pracę, wyprowadzimy się! Ale młoda kobieta traciła już cierpliwość. Spakowała swoje rzeczy i synka i wyprowadziła się do swojej mamy. Odchodząc powiedziała mężowi, iż nie postawi już nogi w domu jego matki. jeżeli zależy mu na rodzinie, niech coś wymyśli. Była pewna, iż mąż zawalczy o rodzinę. Bardzo się myliła. Minęły ponad trzy miesiące, odkąd przeprowadziła się do mamy, a mąż choćby nie próbował jej odzyskać. przez cały czas mieszka z matką, z żoną i synem kontaktuje się przez internet, a widuje ich tylko w weekendy w domu teściowej. Ma uwagę i pomoc dwóch kobiet naraz, do syna – który został z matką po kłótni – czuje wyłącznie współczucie, ale adekwatnie nie musi się nim zajmować. Mąż – wygrał! A teściowa żyje jak pączek w maśle, bo tak naprawdę nic nie straciła! A młoda kobieta nie jest szczęśliwa z tej sytuacji. Bardzo kocha męża, choć wie, iż zachowuje się niewłaściwie. – Czego się spodziewałaś, gdy wyszłaś? – pyta mąż. – Możesz wrócić, jeżeli chcesz. Najwyraźniej żona nie zamierza opuścić mamy ani wynajmować mieszkania. Będąc na urlopie macierzyńskim, nie stać jej na taki ruch. Czy to naprawdę koniec tej rodziny? Jak sądzicie, czy ma choć cień szansy wrócić do domu teściowej i wyjść z tej sytuacji z twarzą?
— Idź już stąd!!! Mówię ci – idź! Dlaczego się tu pałętasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek gorących pierogów i odepchnęła chłopaka z sąsiedztwa. — No już, zmykaj! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie na ciebie patrzeć?! Nierobie! Chudy jak szczapa Szymek, przez wszystkich zwany Konikiem, rzucił surowe spojrzenie na sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku. Ogromna, podzielona na kilka mieszkań kamienica była zamieszkana tylko częściowo. Mieszkały tu adekwatnie dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie — Kasia z Szymkiem. Ostatnich traktowano właśnie jak tę “połówkę”, z którą się nie liczyło i którą raczej ignorowano, chyba iż pojawiła się pilna potrzeba. Kasia nie uchodziła za istotną osobę, więc nie warto było poświęcać jej czasu. Katarzyna oprócz syna nie miała nikogo — ani męża, ani rodziców. Radziła sobie jak mogła, niepomna na krzywe spojrzenia sąsiadów, ignorując złośliwe komentarze, jakie czasem kierowano pod adresem jej syna, zwanego Konikiem, przez swoje chude, długie ręce i nogi oraz wielką głowę, która ledwie trzymała się na cienkiej szyjce. Konik był straszliwie niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, zawsze starał się pocieszyć, za co nieraz obrywał od zaciętych matek, które nie chciały widzieć przy swoich pociechach tego “Straszydła”. Kim był Straszydło, Szymek długo nie wiedział. Aż w końcu mama podarowała mu książkę o Dorotce, dzięki której zrozumiał przezwisko… …Ale choćby się na nie nie obraził. Szymek pomyślał, iż skoro wszyscy czytali tę książkę, muszą wiedzieć, iż Straszydło było mądre, dobre, wszystkim pomagało, a na końcu zostało władcą pięknego miasta. Kasia nie wyprowadzała go z błędu, uznawszy, iż nic złego się nie stanie, gdy chłopiec będzie myślał o ludziach lepiej, niż są naprawdę. Bo na zło w życiu i tak się jeszcze napatrzy. Na razie niech cieszy się dzieciństwem… Swojego syna Kasia kochała bezgranicznie. Wybaczyła ojcu Szymka jego błędy i zdradę, pogodzona z losem już w szpitalu, gdy zdecydowanie przerwała uwagę położnej, iż chłopak “nie taki jak trzeba”. — Nie gadaj głupstw! Mój syn — najpiękniejszy na świecie! — No kto się będzie spierał… Tylko mądry to on nie będzie! — To jeszcze zobaczymy! — Kasia głaskała policzek malca i płakała. Przez pierwsze dwa lata bez przerwy wiozła Szymka do lekarzy, aż w końcu zaczęto traktować go poważnie. Trzęsła się w starych autobusach, tuliąc szczelnie zawiniętego synka. Na pełne współczucia spojrzenia nie zważała, a gdy ktoś próbował, by się uspokoiła czy udzielał rad, zamieniała się w wilczycę: — Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To i mi twoje rady niepotrzebne! Sama wiem, co robię! Do dwóch lat Szymek wyrównał się, nabrał ciałka i nie odbiegał rozwojowo od rówieśników. Ale pięknisiem nie był. Wielka, lekko spłaszczona głowa, chudziutkie ręce i nogi, a mamusia robiła wszystko, by choć trochę go utuczyć. Oszczędzając na sobie, synowi dawała wszystko, co najlepsze — co nie mogło nie odbić się na zdrowiu. Mimo wyglądu, do lekarzy Szymek zaglądał coraz rzadziej, a oni tylko kręcili głowami, patrząc, jak delikatna jak elf Kasia tuli swojego Konika. — Takich matek można na palcach policzyć! Dziecko groziło inwalidztwo, a teraz proszę – bohater! Mądry chłopak! — Tak! Mój chłopiec taki jest! — Ale to nie o nim! To o tobie, Kasiu! Ty jesteś prawdziwą bohaterką! Kasia tylko wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co te pochwały. Czy matka nie powinna kochać i dbać o swoje dziecko? Jaka w tym zasługa? Tak po prostu powinno być! Po prostu robi, co trzeba. Gdy Szymek miał pójść do szkoły, czytał już całkiem nieźle, umiał pisać, liczyć, ale lekko się jąkał. Często przekreślało to wszystkie jego talenty. — Szymek, dość, dziękuję! — ucinała nauczycielka, przekazując czytanie innemu. W pokoju nauczycielskim narzekała, iż chłopiec jest mądry, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na szczęście wytrzymała w szkole dwa lata i poszła na urlop macierzyński. Klasę przejęła Maria Iljinowna, już starsza, ale przez cały czas z pazurem i sercem do dzieci. gwałtownie rozgryzła, kim jest Konik. Pogadała z Kasią, skierowała Szymka do logopedy, a zadania kazała robić na piśmie. — Jak ty pięknie piszesz! Przesyłam ci pochwały! Szymek kwitł dzięki tym słowom, a Maria Iljinowna czytała na głos jego odpowiedzi przed klasą: — Zobaczcie, jaki mam zdolnego ucznia! Kasia płakała ze wzruszenia i była gotowa całować ręce, które z taką troską podchodziły do jej syna, ale Maria Iljinowna od razu ucinała wszelką wdzięczność: — Czyście powariowali! To moja praca! Chłopak jest świetny i wszystko mu się ułoży. Do szkoły Konik biegał podskakując, czym bawił sąsiadów. — O! Znowu nasz Konik się rozskakał! To i my musimy się zbierać. Matko jedyna, jak natura mogła tak skrzywdzić dziecko?! Po co je zostawili?! Kasia wiedziała, co sądzą o niej i o synie sąsiedzi. Ale nie lubiła się kłócić — uznawała, iż człowiek i tak nie zmieni się, jeżeli nie ma w sercu dobra. Więc lepiej poświęcić czas na coś pożyteczniejszego. Jak choćby posadzenie kolejnej róży koło swojego ganku. Podwórze było pełne rabat i każdy miał swój “skrawek” pod własnym gankiem. Skrawek Kasi był najpiękniejszy: kwitły tu róże i lilak, a schodki Kasia wykleiła kawałkami odzyskanych kafelków, które załatwiła od dyrektora domu kultury. Tego, jak wyglądał gankowy mozaikowy “dywan”, nie powstydziłby się niejeden artysta, a cała wieś przychodziła popatrzeć. — Ty zobacz, co ona stworzyła! Prawdziwe arcydzieło… Kasia nie reagowała na zachwyty. Liczył się tylko komplement syna: — Mamo, jakie to piękne… Szymek śledził palcem kolorowe kawałki ceramiki, szczęśliwy, a Kasia znów płakała. Bo jej chłopczyk nareszcie się cieszył… Ale takich powodów do euforii miał niewiele. W szkole — rzadkie pochwały, w domu — smakołyki i matczyne głaskanie. Na tym kończyły się jego szczęścia. Konik nie miał prawie żadnych przyjaciół, bo za chłopakami nie nadążał, a czytać lubił bardziej niż piłkę. Dziewczynki trzymały się z daleka, a najbardziej pilnowała swoich Klaudia, mająca trzy wnuczki — pięcio-, siedmio- i dwunastoletnią. — choćby się do nich nie zbliżaj! — groziła pięścią. — To nie twoje jagódki! Co się działo w jej zakręconej trwałą głowie, nikt nie wiedział, ale Kasia nakazała Szymkowi trzymać się od niej i jej wnuczek z dala. — Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje… Konik zgodził się i choćby na dziesięć metrów nie zbliżał się do sąsiadki. choćby tego dnia, gdy Klaudia szykowała się do święta, tylko przechodził obok. — O rany, wyjdzie na to, iż jestem skąpa! Zaczekaj! — rzuciła mu parę pierogów. — I żebym cię dziś nie widziała na podwórku! Mamy święto! Usiądź cicho, aż mama wróci! Zrozumiałeś? Szymek kiwnął głową, podziękował za pierogi, ale Klaudia już nie zwracała na niego uwagi. Zaraz miały przyjechać dzieci i wnuczki, a czas było siadać do stołu. Urodziny miała najmłodsza i ukochana wnuczka, Świetusia, i biedny, niezdarny Szymek-Konik był Klaudii “nie na rękę”. Po co straszyć dzieciaki tym “wyłupiastym”. Jeszcze spać nie będą mogły! Klaudia westchnęła, wspominając, jak odradzała sąsiadce zostawienie chłopca: — Po co ci dziecko, Kaśka? Po co? Przepadnie i zginie! — Widziałaś mnie choć raz z butelką? — Kasia nie pozostawała dłużna. — To nic nie znaczy! Z biedy to tylko jedna droga! Sama życia nie miałaś, dziecko też nie będzie miało! Nie znasz się na byciu matką! Po co twemu dziecku się tułać? Oddaj, póki nie za późno! — A jeszcze czego?! Jak ci nie wstyd! Sama matka! — Ja swoje dzieci sama wychowałam! A ty co? Co mu dasz? Nic! Zastanów się! Od tej pory Kasia nie witała się z Klaudią. Przechodziła obok dumna, niosąc swój duży, niezdarny brzuch. — Na co się obrażasz? Chciałam ci dobrze! — Twoje dobro źle pachnie! Mam mdłości! — odburkiwała Kasia, głaszcząc ciążowy brzuch: — Nie bój się, maleńki! Czego Szymek-Konik przez niespełna osiem lat życia nie opowiadał mamie — szkoda mu było jej. Gdy bardzo go skrzywdzili, płakał w kącie, ale nie mówił. Wiedział, iż mama by się zamartwiała bardziej niż on. Żadnej żółci, żadnej goryczy w nim nie było — dorośli byli mu po prostu żal. Bo nie rozumieli, iż bez urazy żyje się łatwiej… Klaudii przestał się już dawno bać, ale nie lubił jej szczególnie. Kiedy rzucała obraźliwą uwagę, Szymek uciekał, by nie widzieć jej zimnych oczu ani nie słyszeć ostrych słów. Gdyby Klaudia tylko zapytała, co on o niej myśli — bardzo by się zdziwiła. Szymkowi jej było zwyczajnie szkoda. Bo swoje minutki marnowała na złość… A Szymek cenił je ponad wszystko — już rozumiał, iż czas jest najcenniejszy… wszystkiego można doświadczyć raz jeszcze, ale nie czasu. — Tik-tak! — powie zegar. I już… nie ma minutki! Przegapiłeś — nie wróci. Nie kupisz jej za żadne pieniądze, nie wymienisz choćby na najpiękniejszy papierek po cukierku. Dorośli tego nie pojmują… Siedząc na parapecie, Szymek jadł pieróg i patrzył, jak Klaudiowe wnuczki i reszta dzieci biegają po polanie za domem, świętując urodziny Świety — jaśniejącą w różowej sukience jak wróżka. Szymek zaczarowany patrzył na nią, wyobrażając sobie, iż jest księżniczką lub wróżką z baśni. Dorośli ucztowali przy wielkim stole pod gankiem Klaudii, a dzieci pobiegły grać w piłkę w stronę starej studni, gdzie była większa łąka. Szymek wiedział, iż przy studni niebezpiecznie. Mama uprzedzała, by się tam nie zbliżał. — Zrąb spróchniały. Wody niby nikt nie używa, ale wpadniesz — przepadniesz. Nie idź tam, synku! — Nie pójdę! Momenty, gdy Świeta zniknęła z oczu, Szymek przegapił. Gdy szukał jej wzrokiem i nie znalazł, aż zamarł ze strachu. gwałtownie wybiegł na ganek — i zrozumiał, iż Świety nie ma ani na podwórku, ani przy stole… Dlaczego nie wpadł na to, by wezwać dorosłych — nigdy nie potrafił sobie odpowiedzieć. Rzucił się biegiem na tyły podwórka, choćby nie słysząc, jak Klaudia wrzasnęła za nim: — Powiedziałam, żebyś w domu siedział! Dzieci zupełnie nie zauważyły jej zniknięcia. Nikt nie dostrzegł, jak Szymek dopadł skraju studni i dostrzegł w dole coś jasnego. Zawołał: — Przyciśnij się do ścianki! Bojąc się, by nie zranić dziewczynki, Szymek położył się na brzegu studni i zsunął się w ciemność. Wiedział, iż Świeta nie umie pływać — sam jej nie raz próbował pomagać na plaży, a Klaudia głośno go odganiała. Świeta, nałykana wody, wczepiła się kurczowo w chude ramiona Szymka. — Już nic się nie bój! Jestem tu! — objął ją zgodnie z tym, jak uczyła mama. — Trzymaj się, a ja będę wołał o pomoc! Wyciągnął głębokim oddechem siły i zawołał: — Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci zaraz uciekły, a dorośli go nie słyszą. Nie wiedział, czy starczy mu sił… Ale wiedział jedno — ta mała śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo piękna i minutek nie ma w świecie zbyt wiele. Jego krzyki usłyszano nie od razu. Klaudia, wynosząc pieczoną gęś, rozejrzała się — Świety nie było… Gdy w końcu ją odnaleziono… (…) W szpitalu Szymek spędził dwa tygodnie, wrócił jako bohater, a Świeta przeżyła… Złamał rękę, długo kasłał, ale odzyskał euforia życia i pewność siebie. Klaudia przytulała go w szpitalu i szeptała: — Chłopiec kochany! Boże, gdyby nie ty… wszystko, czego chcesz, dostaniesz! — Po co? — Szymek wzruszył wątłym ramieniem. — Zrobiłem, co trzeba. Przecież to takie oczywiste… Klaudia nie potrafiła odpowiedzieć, tylko znów go uściskała. Nie wiedziała, iż ten chudy, niepozorny chłopak — Konik — za kilka lat wyprowadzi wojskową karetkę pełną rannych spod ostrzału… I nie pytając, czy dany człowiek jest “swój” czy “obcy”, ulży ich cierpieniu, tak jak kiedyś w studni ratował Świetę. A na pytanie, dlaczego pomaga, skoro świat z nim nie był dobry — odpowie prosto: — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze! *** Kochani Czytelnicy! Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo trudności i uprzedzeń, bezgranicznie kochała syna — jej wiara pozwoliła mu wyrosnąć na dobrego, mądrego człowieka i prawdziwego bohatera. To opowieść o sile rodzicielskiej miłości i zwycięstwie dobroci. Bo prawdziwy bohater nie jest na pokaz — on po prostu ma dobre serce. A uprzedzenia można przezwyciężyć. Bo liczy się nie wygląd, ale to, jakim ktoś jest człowiekiem. Czy wierzycie, iż dobroć mimo wszystko zmienia świat? Jakie historie z waszego życia to potwierdzają?
Styczeń jak poniedziałek, ale bez wyrzutów sumienia. Ten plan odciąża matki
Trump sugerował związek między zażywaniem paracetamolu a autyzmem u dzieci. Naukowcy odpowiadają
— W naszej rodzinie od czterech pokoleń mężczyźni pracowali na kolei! A ty co przyniosłaś? — Gosię — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Gosią.
Na wakacje niech jedzie Igor, a ty wracaj do pracy” – powiedziała teściowa
Mamo, on chce, żebym to dla niego zrobiła… Mówi, iż wszystkie dobre kobiety to potrafią… A ja nie jestem dobrą? Naucz mnie… Skoro wszystkie umieją, to ja też powinnam…
Jak matka wychodzi z domu? "Muszę mieć zgodę wszechświata. Mąż po prostu wstaje i wychodzi"
Antoni­na Pietrowna szła w deszczu i płakała – łzy mieszały się z kroplami deszczu. Myślała: „Dobrze, iż pada! Nikt nie widzi łez”. Roztrząsała w duchu: „Sama sobie winna, przyszłam nie w porę – nieproszony gość!”. A gdy już szła i płakała, przypomniała sobie dowcip, w którym zięć mówi teściowej: „I co, mamo, choćby herbaty nie wypijesz?” Teraz i ona była w sytuacji tej „mamy”. Płakała i śmiała się jednocześnie. W domu rzuciła mokre ubrania i pod kocem płakała jeszcze bardziej – nikt nie słyszał jej łez, tylko złota rybka w okrągłym akwarium! Antoni­na była interesującą kobietą, lubianą przez mężczyzn. Ale z ojcem Nikity, jej syna, nie wyszło. Pił, najpierw znośnie, potem zaczął ją chorobliwie zazdrośnie kontrolować, choćby o sąsiada czy sprzedawcę. Pewnego dnia pobił ją ciężko na oczach dziecka. Nikita szczegółowo opisał wszystko babci i dziadkowi. Matka Antoniny zapłakała, a ojciec po prostu wziął zięcia i wyrzucił z czwartego piętra, grożąc: „Jeszcze raz ruszysz córkę – zabiję!”. I rzeczywiście – mąż zniknął, a Tonia już nie wyszła za mąż. Musiała wychować syna – tyle niewiadomych z mężami. Było wielu adoratorów, ale nie była w stanie się zaangażować. Miała stabilny zawód – technolożka gastronomii w niewielkiej restauracji, oszczędzała na mieszkanie, ale gdy uzbierała na własne lokum, Nikita planował ślub z Anastasją i oddała mu wszystko: mieszkanie, wesele. Teraz zbierała na samochód dla dzieci. A wtedy, podczas ulewy, przypadkiem była blisko ich domu – weszła, by przeczekać, pogadać z Anastasją przy herbacie. Synowa zdziwiona, choćby nie zaprosiła do środka, chłodno rzuciła: „Czego pani chce, Antonino Pietrowno?” Antoni­na była załamana. Wróciła do domu, łzy leciały, a potem we śnie odwiedziła ją złota rybka z akwarium: „Płaczesz? Głupia! choćby herbaty ci nie dali w deszczu. Po co odkładasz pieniądze na ich samochód? Żyj wreszcie dla siebie! Jedź nad morze!”. Antoni­na się obudziła i poszła za głosem rybki – za zgromadzone pieniądze kupiła sobie wyjazd nad morze. Wróciła piękna i opalona, dzieci choćby nie zauważyły. Przestała unikać mężczyzn, a jej adoratorem został dyrektor restauracji. Życie zmieniło się – wszystko przyszło w swoim czasie. Gdy synowa zapytała: „Czemu pani nie przychodzi? Nikita znalazł samochód!” Antoni­na, z rękami na piersi, uśmiechnęła się: „Czy pani czegoś chciała?” Wtedy w drzwiach pojawił się elegancki mężczyzna: „Tonia, pijemy herbatę?” „Jasne!” – odpowiedziała. „I gościa zaproś!” „Nie, Anastasja już wychodzi. Herbaty nie pije. Prawda?” Antoni­na zamknęła za synową drzwi i z uśmiechem porozumiała się ze złotą rybką – „Ot, tak właśnie!”.
Mama nie taka, jak trzeba? – Historia Anny, teściowej i syna, których rozdzieliła zimna manipulacja babci
Nie mój syn, tylko syn sąsiadki. Mój mąż często do niej zaglądał – teraz rudowłosy chłopiec, cały w piegach, został bez matki i miał trafić do domu dziecka. Przyszli do mnie, wdowy z dwoma córkami, i zaproponowali przyjąć go pod mój dach. Czy powinnam się zgodzić wychować dziecko zdrady mojego męża? Poruszająca opowieść o wybaczeniu, sile matczynego serca i rodzinie, którą niespodziewanie przynosi los.
Matka sprzeciwiła się klapsom. "Jak dorosły mnie irytuje, to nie daję mu od razu po twarzy"
– Nie musiałam tego mówić, ale to wszystko naprawdę moja wina! – Siostra mojego chłopaka zalewa się łzami. – choćby nie przeszło mi przez myśl, iż coś takiego może się wydarzyć! Teraz nie mam pojęcia, co dalej i jak to ogarnąć, żeby nie stracić twarzy. Siostra mojego chłopaka kilka lat temu wyszła za mąż. Po ślubie ustalono, iż młode małżeństwo zamieszka u matki męża. Jego rodzice mają duże trzypokojowe mieszkanie i jedynego syna. – Ja zostawiam sobie jeden pokój, a reszta jest wasza! – zadeklarowała teściowa. – Jesteśmy kulturalnymi ludźmi, więc dogadamy się bez problemu. – W każdej chwili możemy się wyprowadzić! – powiedział mąż swojej żonie. – Nie widzę nic złego w próbie wspólnego życia z moją mamą pod jednym dachem. jeżeli się nie dogadamy, zawsze można wynająć mieszkanie… Tak też zrobili. W rzeczywistości wspólne życie okazało się jednak nie lada wyzwaniem – zarówno synowa, jak i teściowa się starały, ale z każdym dniem było coraz gorzej. Nawarstwione żale wybuchały co jakiś czas, a kłótni było coraz więcej. – Obiecałeś, iż jak nie damy rady mieszkać razem, to się wyprowadzimy! – żaliła się żona, która wybuchła płaczem. – Przecież to drobnostki – bagatelizowała sprawę jego matka. – Przez takie rzeczy nie warto się wyprowadzać. Równo rok po ślubie żona zaszła w ciążę i urodziła zdrowego syna. Narodziny pierwszego wnuka zbiegły się z czasem, gdy teściowa odeszła z pracy i nie mogła znaleźć nowej, bo nikt nie chciał zatrudnić kobiety tuż przed emeryturą. Synowa i teściowa były więc na siebie skazane 24 godziny na dobę, a to pogarszało domową atmosferę każdego dnia. Mąż tylko wzruszał ramionami i słuchał narzekań, bo był jedynym zarabiającym. – Nie możemy teraz zostawić mamy samej, bo nie ma za co żyć. Nie dam rady opłacić mieszkania i jednocześnie jej pomagać. Gdy znajdzie pracę – wyprowadzimy się! Tyle iż cierpliwość młodej żony powoli się kończyła. Spakowała swoje rzeczy i synka, po czym zamieszkała u swojej mamy. Mężowi powiedziała, iż nigdy więcej nie postawi nogi w domu jego matki. jeżeli jest mu zależy na rodzinie, niech coś wymyśli. Była pewna, iż ukochany zaraz zacznie walczyć o ich rodzinę. I tu się bardzo pomyliła. Minęły już ponad trzy miesiące, odkąd żona wyprowadziła się do swojej matki, a mąż ani razu nie próbował jej odzyskać. Mieszka u matki, z żoną i dzieckiem widuje się na wideorozmowach po pracy i odwiedza ich w weekendy. Ma opiekę i wsparcie dwóch kobiet naraz, a do tego matka szczerze współczuje synkowi, którego zostawiła rozżalona matka – ojciec sam nie musi się już dzieckiem zajmować. Wygląda na to, iż to mąż jest wygranym! A teściowa żyje tak, jak chciała – wcale nic nie straciła! A żona wcale nie jest zadowolona z tej sytuacji. Bardzo kocha swojego męża, choć wie, iż zachowuje się nie fair. – Na co liczyłaś, gdy odeszłaś? – pyta mąż. – Możesz wrócić, jeżeli chcesz. Prawdopodobnie żona nie zamierza opuszczać mamy ani wynajmować mieszkania – jako młoda matka na urlopie macierzyńskim zwyczajnie nie ma na to środków. Czy to już naprawdę koniec tej rodziny? Jak sądzicie – czy ma choć cień szansy, by wrócić do domu swojej teściowej i wyjść z tej sytuacji z podniesioną głową?
Ostatnio odwiedziłam synową, a w jej domu za sprzątanie odpowiadała obca kobieta – byłam w szoku, bo to przecież my z mężem kupiliśmy ten dom dzieciom i cały czas ich wspieramy, a mimo to synowa bez pracy wynajęła gosposię! Jak to możliwe, iż młodzi pozwalają sobie na takie luksusy, skoro żyją na naszym utrzymaniu?
Polscy narciarze wracają tu co sezon. Stoki robią ogromne wrażenie