Dzieci

„Wynocha z mojego domu!” – powiedziałem do teściowej, gdy po raz kolejny zaczęła mnie obrażać.
Mamo, on chce, żebym to dla niego zrobiła… Twierdzi, iż wszystkie dobre żony to potrafią… A ja nie jestem dobra? Naucz mnie tego… Skoro inne umieją, ja też powinnam… Wciąż nie mogę uwierzyć, iż moja siostrzenica znalazła męża — i to wszystko dzięki swojej mamie. Kiedy Alina była jeszcze dzieckiem, moja siostra nie pozwalała jej chodzić do przedszkola, jako nastolatka nie mogła wychodzić z domu, cały czas była zamknięta, aż stała się odludkiem. choćby gdy studiowała w naszym mieście, mama pilnowała, żeby zawsze wracała na czas przed 18:00. Mimo iż była już pełnoletnia, mama dzwoniła do niej o 19:30 z krzykiem, czemu jeszcze jej nie ma – to było zupełne szaleństwo. Alina poznała swojego przyszłego męża na drugim roku studiów — uczyli się razem w bibliotece, on był dwa lata starszy, pożyczał jej notatki, pomagał, a potem się zakochał i zaczął się z nią spotykać. Wtedy po raz pierwszy moja siostrzenica zaczęła łamać wszystkie matczyne zasady. W końcu siostrzenica wyszła za mąż i jej mama pogodziła się z tym, iż zaczyna nowe życie. Chcę teraz opowiedzieć historię, która wydarzyła się niedawno. Siedziałam u mojej siostry w domu, gdy zadzwoniła Alina. W jej głosie mieszał się śmiech i płacz, aż trudno było cokolwiek zrozumieć: – Mamo, on chce, żebym to dla niego zrobiła… Mówi, iż wszystkie dobre żony to potrafią… A ja nie jestem dobra? Naucz mnie tego… Skoro inne żony umieją, ja też powinnam… W tym momencie twarz mojej siostry zmieniła się w ułamku sekundy, poprosiła córkę, by się uspokoiła i spytała, co to za rzecz, którą „wszystkie dobre żony” robią. – Zupę, mamo – powiedziała Alina, a my wybuchłyśmy śmiechem. – Nie śmiejcie się! Nigdy mnie nie nauczyłaś gotować zupy, szukałam przepisów w internecie, ale żadna nie wychodzi dobra! gwałtownie wytłumaczyłyśmy jej krok po kroku, jak ugotować domową zupę, raz po raz wybuchając śmiechem. Wieczorem Alina zadzwoniła, by podziękować za pomoc — mąż ją pochwalił, była pyszna, i w końcu, jak sama mówi, czuje się prawdziwą żoną!
Język troski 14.02–14.03.2026 Warszawa
"Mamo, a czemu ta pani śmierdzi?". Ekspert: Maluchy spontanicznie zauważają odmienność
Bezdomny mężczyzna uratował tonącego chłopca z rzeki, ale zamiast podziękowań matka dziecka zaczęła na niego krzyczeć 😨😨
Poszła z synem na łyżwy. "Wytrzeszczył oczy, a potem powiedział coś, o czym nie mogę zapomnieć"
Siedmioletni chłopiec, cały w siniakach, wszedł na izbę przyjęć niosąc swoją malutką siostrzyczkę… To, co powiedział potem, złamało wszystkim serca
Ten wieczorny rytuał Finów zmienia podejście do lęku. Rodzice też na nim zyskują
Polka nie chce być babcią na pełen etat. "Przecież nie mogę brać urlopu co tydzień"
"Na ścianach był szron". Jest śledztwo ws. śmierci niemowlęcia w Radomiu
Naukowcy sprawdzili wpływ gier. Wyniki zaskoczą rodziców
Chore dzieci na balu zarażają wszystkich w przedszkolu. Tak rodzice szkodzą kilkulatkom
Gdy byłam w pracy, mój mąż poszedł odebrać dzieci, a gdy przyszłam do domu, nie otworzył mi drzwi.
Bogata Kobieta Odwiedza Grób Syna i Spotyka Płaczącą Kelnerkę z Niemowlęciem — To, Co Odkryła, Zmieniło Wszystko
Porwanie Stulecia, czyli jak Marzyłam, żeby Facetów Goniło za Mną Stado i Płakało z Niemocy – a Obudziłam się z Czterema Synami, Przystojnym Mężem, Kacałem po Sylwestrze i Całą Drużyną na Wyjazd, Tylko… Kim Oni Są i Dlaczego Nic Nie Pamiętam?
Zakaz dla osób poniżej 15 lat. Głosowanie we Francji
Bajki z Polski – kino na poduszkach
To trudny quiz ortograficzny, w którym pytamy o słowa z S/Z lub Ś/Ź!
Nie musisz być idealną matką każdego dnia. Jedno zdanie wystarczy, by zdjąć presję
Zapowiedzi serii LEGO® Icons na 2026 rok.
Czwartkowe Spotkania Muzealne wracają. Gawęda o Grzegorzu Kwaszence w Muzeum w Bochni
Okazja Cenowa (Hary Potter) – 76456 Kalendarz adwentowy na 2025 rok
Okazja Cenowa (City) – 60469 Centralny dworzec kolejowy
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75431 Zestaw bitewny – żołnierze-klony z 327. korpusu galaktycznego
Okazja Cenowa (Harry Potter) – 76442 Zamek Hogwart: Zajęcia z zaklęć i uroków
Okazja Cenowa (Speed Champions) – 77238 Lamborghini Revuelto i Huracán STO
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75432 Myśliwiec V-19 Torrent
Szczęśliwe małżeństwo nie wystarczy. Rodzice powinni ostrzegać dzieci przed złymi partnerami
Koniec ery „dzieci TikToka”? Francja i Wielka Brytania chcą zakazu social mediów
Oddałem swoje nazwisko jej dzieciom. Teraz muszę je utrzymywać, podczas gdy ona żyje szczęśliwie z ich biologicznym ojcem. Opowiem wam, jak z „fajnego gościa” stałem się oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które piszą do mnie tylko wtedy, gdy potrzebują kasy na kino, a w Wigilię mnie ignorują. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Martę – niesamowitą kobietę, rozwódkę z dwójką dzieci w wieku 8 i 10 lat. Zakochałem się po uszy. Całkowicie oślepłem. Ona ciągle powtarzała: „Dzieci cię uwielbiają!” A ja, jak prawdziwy frajer, jej wierzyłem. Oczywiście, iż mnie lubiły – co weekend zabierałem je do parku rozrywki. Pewnego dnia, w tych rozmowach, w których mówi się rzeczy, których nigdy się potem nie cofa, Marta mówi: — Tak mi przykro, iż dzieci nie mają nazwiska ojca. On nigdy ich oficjalnie nie uznał. I ja, w swoim „najmądrzejszym” życiowym momencie (tak, to sarkazm), odpowiadam: — Mogę je przysposobić. I tak traktuję je jak swoje. Znacie ten moment z filmów, kiedy czas się zatrzymuje i głos narratora zza kadru mówi: „Wtedy już wiedziałem, iż to się źle skończy”? U mnie nie było takiego głosu. Powinien być. Marta rozpłakała się ze szczęścia. Dzieci mnie przytuliły. Czułem się jak bohater. Głupi bohater, ale jednak. Przeszliśmy przez wszystko – adwokatów, sąd, urzędowe pisma. Dzieci oficjalnie stały się Sebastianem Kowalskim i Kamilą Kowalską – Z MOIM nazwiskiem. Byłem szczęśliwy. Marta była szczęśliwa. Zrobiliśmy choćby małą „rodzinną ceremonię” z tortem. Sześć miesięcy później. SZEŚĆ. Marta mówi: — Musimy porozmawiać… Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale… Tomek wrócił. — Jaki Tomek? — pytam, choć już wiem. — Ojciec dzieci. Zmienił się. Dojrzał. Chce wrócić do rodziny. Zatkało mnie. Dosłownie. — I co zrobisz? — Dam mu szansę. Dla dzieci, rozumiesz? Oczywiście, iż rozumiałem. Rozumiałem to tak wyraźnie, jakby ktoś pokazał mi wyjście z neonowym napisem. — Marta, ja JE ADOPTOWAŁEM. To są moje dzieci, zgodnie z prawem. — Tak, tak… potem się tym zajmiemy. Najważniejsze, żeby dzieci miały ojca. „Potem się tym zajmiemy.” Jakby chodziło o niezapłacony rachunek za prąd. Poszedłem do swojego adwokata. O mało co nie zakrztusił się kawą. — Podpisałeś pełną adopcję? — Tak. — Jesteś ich ojcem. Ze wszystkimi obowiązkami – alimentami, szkołą, opieką medyczną. Wszystko. — Ale już nie jestem z ich matką… — To nie ma znaczenia. Jesteś ojcem. Tak działa polskie prawo. No i jestem – płacę alimenty Marcie, która szczęśliwie mieszka z Tomkiem w MOIM mieszkaniu. Bo „dzieci potrzebują stabilizacji i nie można ich przeprowadzać”. MOJE mieszkanie. Kupione za moje pieniądze. Ja się wyprowadziłem, bo „dla dzieci to za duży stres”. Najgorsze? Tomek – ojciec widmo, który latami nie dawał choćby złotówki – teraz prowadza dzieci do parku, na piłkę i jest bohaterem rodziny. A ja dostaję co miesiąc maila od prawniczki: „Przypomnienie o alimentach: XXXX zł” Z jakąś smutną emotką. Jakby to coś pomagało. W zeszłym miesiącu Sebastian pisze: — Cześć, możesz przelać mi jeszcze trochę? Potrzebuję nowych butów. — A Tomek nie może ci kupić? — On powiedział, iż ty jesteś moim legalnym tatą. On tylko tatą z serca. Tata z serca. Jak wygodnie. Ja jestem tata od przelewów. Adopcji praktycznie nie da się cofnąć. Sąd uznałby mnie za tego złego, który chce „wyrzec się dzieci”. Znajomi już mnie nie pocieszają. — Stary, w którym momencie uznałeś, iż to był dobry pomysł? — Byłem zakochany. — Zakochanie nie powinno wyłączać mózgu. Ma rację. Dziś, gdy widzę faceta z dziećmi nie swoimi, mam ochotę krzyczeć: „NIE PODPISUJ! Bądź wujkiem, chłopakiem, kim chcesz – ALE NIE PODPISUJ!” Mama tylko powiedziała: „Miłość zrobiła z ciebie głupka” i przytuliła mnie tak, iż aż bardziej zabolało. Wczoraj znowu: „Dodatkowy wydatek: wyprawka szkolna – XXXX zł” Dodatkowy. Jakby szkoła nie była co roku. A Marta wrzuca zdjęcia „szczęśliwej rodzinki”. Dzieci – z MOIM nazwiskiem – obok faceta, który je kiedyś zostawił. Hit? Kamila (10 lat, tak, ma już Instagrama…) w swoim bio napisała: „Córka Marty i Tomka ❤️” Moje nazwisko? Ani śladu. Jestem anonimowym sponsorem ich życia. I jestem teraz – sam, z 2000 zł mniej co miesiąc, z dwojgiem „dzieci”, które piszą tylko gdy potrzebują przelew, i z pełną świadomością, iż przez miłość zrobiłem największą głupotę życia. Jedyne dobre? Gdy ktoś mnie pyta, czy mam dzieci, mogę powiedzieć „tak” i opowiedzieć tę historię przy kolacji. Wszyscy się śmieją. Ja tylko w środku płaczę. A wy? Podpisaliście kiedyś coś „z miłości”, co potem kosztowało was nerwy i pieniądze… czy tylko ja jestem geniuszem, który oddał nazwisko i konto bankowe w promocji dwa w jednym?
Czy można odmówić zostania rodzicem chrzestnym? Ksiądz mówi wprost
PRZYPOMNĘ CI – — Pani Marysiu, ten zawijas mi nie wychodzi… – szepnął smutno mały Tomek z drugiej klasy, stukając pędzelkiem w uparty, nie w tę stronę wygięty, zielony listek narysowanego przez siebie kwiatka. — Lżej, kochanie, dociśnij delikatniej… O, patrz, prowadź pędzel jak piórkiem po dłoni. Super! Prawdziwy zawijas, mistrzostwo świata! — uśmiechnęła się starsza nauczycielka. — A komu tę piękność namalowałeś? — Dla mamy! — rozpromienił się chłopiec, który uporał się z nieposłusznym listkiem. — Dziś ma urodziny! To mój prezent! — Masz szczęście, iż masz taką mamę, Tomku. Poczekaj, nie zamykaj zeszytu, pozwól, niech farby wyschną. Jak wrócisz do domu, delikatnie wyrwiesz stronę. Zobaczysz, mama będzie zachwycona! Pani Maria rzuciła ostatnie spojrzenie na pochyloną nad kartką główkę, uśmiechnęła się do swoich myśli i wróciła do biurka. No proszę, prezent dla mamy! Dawno nie widziałam tak pięknych upominków. Tomek ma prawdziwy talent do rysowania! Muszę zadzwonić do jego mamy i zaproponować zapis do szkoły plastycznej. Nie można marnować takiego daru. A przy okazji spytam swoją byłą uczennicę, czy podobał jej się prezent? Sama od kwiatów na tej kartce nie mogę oderwać oczu. Aż by się chciało, żeby zaraz zaszumiały i zatańczyły. O tak, Tomek cały w mamę! Larysa też w jego wieku pięknie rysowała… *** — Pani Mario, tu Larysa, mama Tomka Kotowskiego — zadzwonił wieczorem domofon. — Dzwonię, bo Tomek jutro nie pójdzie do szkoły — powiedział chłodno młody głos. — Dzień dobry, Larysa! Co się stało? — dopytała pani Maria. — Co się stało? Całe urodziny mi, łobuz, zepsuł! — wybuchnęła kobieta. — A teraz leży z gorączką, pogotowie ledwo odjechało. — Ale jak to, Laryso? Przecież wychodził ze szkoły zdrowy, niósł ci prezent… — Mówi pani o tych bohomazach? — Jakich bohomazach, Laryso! To były przecudne kwiaty! Sama chciałam dzwonić i zapisać go do plastycznej… — Nie wiem, co za kwiaty, ale na kudłatego kłębka pcheł na pewno nie liczyłam! — Kłębek? Laryso, o co chodzi? — zaskoczona nauczycielka słuchała pogmatwanych wyjaśnień roztrzęsionej kobiety i marszczyła brwi coraz bardziej. — Wiesz co, Laryso, może wpadnę na chwilę? Mieszkam obok… Kilka minut później, uzyskawszy zgodę swojej dawnej uczennicy (echo lat, jak gwałtownie mijają), a dziś mamy ucznia, pani Maria wzięła z szafki stary album z wyblakłymi zdjęciami i dziecięcymi rysunkami swego pierwszego powierzonego jej klasy – i wyszła. W jasnej kuchni, gdzie Larysa zaprosiła gościa, panował rozgardiasz. Sprzątnęła tort i talerze, zaczęła opowiadać: jak syn przyszedł ze szkoły cały ubłocony, jak spod kurtki wyciągnął mokrego szczeniaka, od którego na kilometr śmierdziało! Wpadł za nim do błotnej jamy, gdzie chłopaki go wrzucili! Zniszczone podręczniki i plamy w albumie, na które nie dało się patrzeć. I gorączka, która w godzinę skoczyła do prawie trzydziestu dziewięciu… Goście wyszli bez spróbowania tortu, lekarz skarcił matkę za brak nadzoru… — Więc oddałam go tam, na wysypisko, kiedy Tomek zasnął. A album, o tam, na kaloryferze schnie. Nic z tych kwiatów nie zostało! — westchnęła Larysa. Nie zauważyła, iż z każdym słowem pani Maria staje się coraz bardziej posępna. A kiedy usłyszała o losie szczeniaka – posmutniała na dobre. Spojrzała poważnie, przesunęła dłonią po albumie, cicho zaczęła mówić… O zielonych zawijasach i żywych kwiatach… O dziecięcej odwadze i wrażliwości. O sercu chłopca, które nie zniosło widoku cierpiącego zwierzęcia. Potem podprowadziła Larysę do okna: — Widzisz tę jamę? Tomek mógł tam utonąć, nie pies. Ale czy o sobie myślał wtedy? Może o kwiatach, by nie zniszczyć prezentu dla mamy? Zapomniałaś już, Laryso, jak na początku lat 90. płakałaś na ławce z uratowanym kociakiem? Jak cała klasa ci współczuła, a rodzicom miałaś za złe, gdy kota wyrzucono… To ci właśnie przypomnę! I Tishkę, którego nie chciałaś oddać! I Muchtara, i wronę ze złamanym skrzydłem, którą się opiekowałaś… Pani Maria wyciągnęła z albumu zdjęcie, gdzie dziewczynka w fartuszku obejmuje kotka, patrząc na uśmiechniętych kolegów, i cichym, ale stanowczym głosem mówiła dalej: — Przypomnę ci dobroć, która rozkwitała w twoim sercu kolorami… Za nią na stół spadł dziecięcy rysunek dziewczynki z włochatym kociakiem i trzymającej mocno matczyną dłoń. — Gdybym mogła, wyściskałabym szczeniaka i Tomka! A te twoje plamy włożyłabym w ramkę – bo nie ma dla matki większego szczęścia, niż wychować dziecko na dobrego człowieka! Nie zauważyła, jak z każdym słowem Larysa coraz częściej zerka na zamknięte drzwi pokoju Tomka i mocno ściska album. — Pani Mario! Proszę, popilnuje pani chwilę Tomka? Na kilka minut? Błagam! Młoda kobieta narzuciła płaszcz i wybiegła. Na przełaj ruszyła do wysypiska, szukała, wołała, zaglądała pod kartony. I tylko zerkała na dom… Czy jej wybaczą? *** — Tomku, kto tu wsadził nos w kwiaty? To chyba twój przyjaciel Dikuś? — Tak, pani Mario! Poznała pani? — A jakże! choćby biała gwiazdka na łapce jest! Pamiętasz, jak z mamą myłyśmy mu łapy? — zachichotała nauczycielka. — A teraz ja sam myję codziennie! — dumnie powiedział Tomek. — Mama mówi: Masz przyjaciela — dbaj! choćby wanienkę kupiła! — Masz super mamę! Chyba znowu dla niej coś rysujesz? — Tak, chcę dać w ramkę. Bo tam wiszą plamy, a mama patrzy na nie i się uśmiecha. Można się uśmiechać do plam, pani Mario? — Do plam? Może i można, jeżeli z serca. Powiedz mi, jak ci idzie w szkole plastycznej? — Super! Niedługo namaluję portret mamy! Ucieszy się! A teraz – to dla pani, od mamy, ona też maluje. Pani Maria rozwinęła rysunek, ścisnęła ramię chłopca. Na białej kartce szczęśliwy, rozpromieniony Tomek, obejmuje ukochanego, ufnego, czarnego kundelka. Obok stoi drobna, jasnowłosa dziewczynka w szkolnym mundurku i tuli kotka… A z boku zza biurka patrzy, uśmiechnięta i mądra – ona, pani Maria. I w każdym szczególe tego rysunku czuła ogromną, ukrytą matczyną dumę. Pani Maria starła łzę, uśmiechnęła się – w samym rogu rysunku, wśród zielonych zawijasów i kwiatów, drobnymi literkami stało jedno słowo: „Pamiętam”.
Zapowiedzi serii Star Wars na 2026 rok.
Każdy wtorek Liana spieszyła się do warszawskiego metra, ściskając w ręku pustą reklamówkę z Biedronki. Symbol dzisiejszej porażki – dwie godziny błądzenia po Złotych Tarasach bez pomysłu na prezent dla chrześnicy, córki przyjaciółki. Dziesięcioletnia Maja już nie kochała kucyków, a od niedawna pasjonowała się astronomią – a znaleźć dobry teleskop w rozsądnej cenie okazało się zadaniem niemal kosmicznym. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a pod ziemią dało się wyczuć zmęczenie końcówki dnia. Liana, omijając tłum wychodzący z wagonu, przeciskała się w stronę schodów ruchomych. Wtedy jej ucho wyłapało z gwaru wyraźny, pełen emocji fragment rozmowy. – …w życiu bym nie pomyślała, iż jeszcze go zobaczę, serio! – odzywał się za nią młody, nieco drżący głos. – A teraz on co wtorek odbiera ją z przedszkola. Sam. Przyjeżdża swoją skodą i jadą razem do parku na karuzele… Liana stanęła na stopniu ruchomych schodów. Odwróciła się na ułamek sekundy i dostrzegła mówiącą – jaskrawoczerwony płaszcz, przejętą twarz, lśniące oczy. I przyjaciółkę, która słuchała jej z uwagą. Co wtorek. Ona też kiedyś miała taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek pełen ciężkiego rozruchu, nie piątek ze swoją ulgą i nadzieją na weekend. Wtorek – dzień, wokół którego kręcił się świat. W każdy wtorek, punktualnie o siedemnastej, wychodziła ze szkoły, gdzie uczyła polskiego, i niemal biegła przez pół miasta. Do szkoły muzycznej im. Chopina, w starym pałacyku ze skrzypiącym parkietem na Mokotowie. Odbierała Marka. Siedmioletniego, poważnego jak na swój wiek chłopca z futerałem skrzypiec niemal dorównującym mu wzrostem. Nie własnego syna – siostrzeńca. Syna jej brata Andrzeja, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym trzy lata temu. Przez pierwsze miesiące po pogrzebie, te wtorki były rytuałem przetrwania. Dla Marka, który po śmierci ojca zamknął się w sobie i prawie nie mówił. Dla jego mamy Oli, której zupełnie zabrakło sił, by wstać z łóżka. I dla samej Liany, która próbowała posklejać ich wspólne życie, stając się na jakiś czas kotwicą, podporą, najstarszą w tej tragedii. Pamiętała każdą scenę. Jak Marek wychodził z klasy bez słowa, nie patrząc na boki, z głową spuszczoną. Jak odbierała od niego ciężki futerał, a on milcząco jej go oddawał. Spacer do metra, podczas którego opowiadała mu coś zabawnego – o śmiesznej klasowej wpadce, o kawce, która porwała bułkę pierwszoklasiście. Pewnego razu, jesienią, Marek niespodziewanie zapytał: – Ciociu Liano, a tata też nie lubił deszczu? I ona, ściskana przez ból i czułość, odpowiedziała: – Nie znosił. Zawsze biegał do najbliższej bramy. Wtedy Marek ujął jej dłoń. Mocno, dojrzale. Jakby nie chodziło o to, by ją prowadziła, tylko żeby coś zatrzymać. Nie jej rękę – a wspomnienie. Ściskał jej palce całą mocą dziecięcej tęsknoty, mieszając jej z czymś przejmująco dojrzałym: tak, tata był prawdziwy. Uciekał przed deszczem. Istniał nie tylko w pamięci babci i w jej cichych westchnieniach, ale tu, na tej mokrej, listopadowej ulicy. Trzy lata jej życie składało się z „przedtem” i „potem”. Najważniejszy był wtorek – dzień prawdziwego, choć czasem bolesnego, życia. Wszystkie inne dni były tłem, oczekiwaniem. Liana przygotowywała się: kupowała sok jabłkowy, który Marek uwielbiał, ładowała do telefonu śmieszne bajki na długą drogę metrem, wymyślała tematy do rozmów. Potem… potem Ola powoli wróciła do siebie. Znalazła pracę, potem nową miłość. Zdecydowała, iż trzeba zacząć wszystko od nowa, w innym mieście, z dala od wspomnień. Liana pomagała się spakować, włożyła Markowi jego skrzypce do miękkiego pokrowca, mocno go wtedy przytuliła na peronie. – Pisz, dzwoń, jestem zawsze, wystarczy sygnał – mówiła, powstrzymując łzy. Początkowo Marek dzwonił w każdy wtorek, o szóstej. Przez kilkanaście minut znów była ciocią Lianą, która musiała dopytać o wszystko: szkołę, skrzypce, kolegów. Jego głos był nicią, która łączyła ich przez setki kilometrów. Potem telefony pojawiały się co dwa tygodnie. Marek urósł, doszły mu inne zajęcia, zadania domowe, gry z kolegami. „Ciociu, przepraszam, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy sprawdzian”, – pisał na Messengerze, a ona odpisywała: „Nic się nie stało, kochanie. Jak poszedł sprawdzian?” Jej wtorki coraz częściej polegały już na czekaniu na wiadomość, która nierzadko nie przychodziła. Nigdy się nie obrażała. Po prostu zaczęła pisać pierwsza. Kiedyś – tylko na największe okazje. Urodziny, Boże Narodzenie. Jego głos stawał się coraz pewniejszy. Coraz rzadziej opowiadał o sobie, chowa się w krótkich zdaniach: „W porządku”, „Wszystko ok”, „Uczę się”. Ojczym, pan Sławek, okazał się dobrym, wyważonym człowiekiem – nie próbował zastąpić ojca, po prostu był. To najważniejsze. Ostatnio pojawiła się siostrzyczka – Alinka. Na zdjęciu z Facebooka Marek trzymał zawiniątko z niezdarną, ale czułą troskliwością. Życie, okrutne i hojne zarazem, toczyło się dalej. Budowało nową codzienność – z troską o niemowlę, szkolnym chaosem, planami na przyszłość. W tej nowej układance dla Liany pozostało malutkie, coraz ciaśniejsze miejsce – „cioci z przeszłości”. I właśnie teraz, w monotonnym huku metra, przypadkowe słowa – co wtorek – nie zabrzmiały jak wyrzut, tylko jak ciche echo. Jak ukłon w stronę tamtej Liany, która przez trzy lata dźwigała na sobie ogromną, palącą odpowiedzialność i miłość – jak otwartą ranę i jak największy dar. Tamta Liana wiedziała, kim jest: podporą, światłem na końcu dnia dla małego człowieka. Była potrzebna. Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją własną historię – kompromis między bólem a teraźniejszością. Ale ten rytm, ten żelazny porządek – co wtorek – był jak uniwersalny język bliskości. Język codziennej obecności, który mówi: jestem. Możesz na mnie liczyć. Jesteś dla mnie istotny właśnie dziś, o tej godzinie. To był język, który Liana kiedyś biegle znała, a dziś prawie zapomniała. Pociąg ruszył. Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w ciemnej szybie tunelu. Wysiadła na swojej stacji, już pewna, iż jutro zamówi dwa takie same teleskopy – niedrogie, ale solidne. Jeden dla Mai, drugi dla Marka, z wysyłką prosto do domu. Gdy tylko go dostanie, napisze: „Marku, ten teleskop jest po to, żebyśmy patrzyli na to samo niebo, choćbyśmy byli w różnych miastach. Może w następny wtorek, o osiemnastej, jeżeli będzie pogoda, spojrzymy oboje na Wielką Niedźwiedzicę? Ustalamy czas. Ściskam, ciocia Liana”. Wjechała po ruchomych schodach do wieczornej Warszawy. Powietrze było zimne i świeże. Najbliższy wtorek nie był już pusty. Znów został wyznaczony – nie z obowiązku, tylko jako serdeczna umowa pomiędzy dwiema osobami, związanymi wdzięcznością, wspomnieniem i cichą, nierozerwalną więzią pokrewieństwa. Życie trwało dalej. A w jej tygodniu wciąż zostawały dni, które można było nie tylko przeżyć, ale nadać im znaczenie. Wskazać na cichy cud wspólnego spojrzenia w niebo przez setki kilometrów. Dla pamięci, która już nie boli, ale koi. Dla miłości, która nauczyła się rozmawiać na odległość i przez to stała się cichsza, mądrzejsza i trwalsza. Każdy wtorek
Urodziłam ci syna, ale nie chcę od ciebie nic – zadzwoniła kochanka. Mąż spojrzał na Lidię wzrokiem zbitego psa: „Tak, Lidia, pół roku temu miałem inną… to było tylko kilka spotkań, zwykła przygoda. Teraz mam syna…”. Lidia nie mogła uwierzyć: jej wierny, kochający mąż ma dziecko z kimś innym! Próbowała zrozumieć, co się stało, gdy on wyznał, iż nie wiedział o ciąży. W oczach męża dostrzegła bezradność, a w jej sercu pojawił się ból i złość. „Ty, żonaty, masz syna z inną…”. Rozmowa z kochanką brzmiała w głowie Lidii: „Urodziłam ci syna. Nic od ciebie nie chcę”. Ale czy na pewno? Co będzie gdy syn zachoruje, czy wtedy też nie poprosi o pomoc? Lidia wie, iż jej mąż jest dobrym człowiekiem – wychował jej synów, nauczył ich życia, był prawdziwym ojcem. Ale teraz musi stanąć przed największym wyborem w życiu: czy pojechać na wypis syna ze szpitala i zostać ojcem na dwa domy, czy jednak wybrać rodzinę, którą już ma?
"Musimy się pożegnać z ideą, iż wszystkie kobiety mają instynkt macierzyński. U części mężczyzn wywołuje to lęk i bunt"
Cudu nie było Tania wyszła ze szpitala z synkiem na rękach. Nie było żadnego cudu — rodzice jej nie powitali. Świeciło wiosenne słońce, Tania opatuliła się w luźną już kurtkę, podniosła reklamówkę z rzeczami i dokumentami jedną ręką, drugą poprawiła maleństwo i ruszyła w nieznane. Nie miała dokąd iść. Rodzice stanowczo odmówili przyjęcia wnuka do domu, a matka żądała, by Tania zrzekła się dziecka. Ale Tania sama wychowała się w domu dziecka; jej matka także ją porzuciła i przysięgła sobie, iż nigdy nie zrobi tego własnemu dziecku — bez względu na cenę. Dorastała w rodzinie zastępczej, gdzie „mama” i „tata” traktowali ją dobrze, choćby rozpieszczali, ale nie nauczyli samodzielności. I biednie się żyło, a rodzice często chorowali. Teraz już rozumie, iż to ona zawiniła, iż jej synek nie ma ojca. Wydawało się, iż jego ojciec był porządnym człowiekiem — obiecywał przedstawić ją rodzicom, a gdy Tania powiedziała o ciąży, wycofał się: „To nie jest dobry czas na dziecko”. Wyszedł i już się nie odezwał. Tania westchnęła. – Nikt nie jest gotowy: ani ojciec dziecka, ani moi rodzice. To ja muszę być i będę gotowa, dla syna. Usiadła na ławce, wystawiając twarz do słońca. Gdzie miała się udać? Słyszała, iż są ośrodki dla matek w trudnej sytuacji, ale wstydziła się pytać o adres, wciąż mając nadzieję, iż rodzice jednak po nią przyjadą. Ale nie przyjechali. Postanowiła zrealizować plan — pojechać na wieś do babci. Tam znajdzie schronienie, pomoże w gospodarstwie, dopóki płacą zasiłek, a potem poszuka pracy. Jeszcze jej się w życiu poszczęści. Tak właśnie zrobi — tylko sprawdzi w telefonie, skąd odjeżdżają autobusy. Przecież babcie są zwykle dobre, los się do niej uśmiechnie. Przekładając synka na ręku, wyjęła z kieszeni stary telefon i omal nie wpadła pod samochód na przejściu. Za kierownicą siedział siwy, wysoki mężczyzna. Wyskoczył z auta, krzycząc na Tanię, iż przez swoją nieuwagę mogłaby zginąć razem z dzieckiem, a on poszedłby za to do więzienia. Tania przestraszyła się, w oczach stanęły łzy. Maluch to wyczuł i zaczął płakać. Mężczyzna spojrzał na nich i zapytał, dokąd idzie z dzieckiem. Tania, przez łzy, przyznała, iż sama nie wie. – Wsiadaj do auta! Uspokoisz się u mnie w domu, a potem coś wymyślimy. No już, dziecko zapłacze jeszcze mocniej. A ja nazywam się Konstanty Grzegorzewicz. A ty? – Tania. – No to wskakuj, Taniu, pomogę ci. Zabrał ją do swojego mieszkania. Przydzielił jej pokój, żeby mogła spokojnie nakarmić dziecko. Miał przestronne, trzypokojowe mieszkanie. Nie było w co przewinąć dziecka, więc Tania poprosiła, by Konstanty Grzegorzewicz kupił pieluchy, oddając mu ostatnie pieniądze z portfela. On jednak odmówił, twierdząc, iż i tak nie ma na co wydawać pieniędzy. Poprosił za to sąsiadkę — lekarkę — o pomoc. Lekarka właśnie miała dyżur wolny, więc spisała dużą listę niezbędnych rzeczy i wręczyła ją Konradowi Grzegorzewiczowi. Gdy wrócił z zakupami, zobaczył, iż Tania zasnęła na pół siedząco, z głową opartą o poduszkę, podczas gdy dziecko się rozbudziło. Umył ręce, wziął malucha, żeby mama mogła chwilę się przespać. Kiedy zamykał drzwi pokoju, Tania natychmiast się obudziła z krzykiem, nie widząc synka. Konstanty Grzegorzewicz wniósł dziecko z uśmiechem, pokazując wszystko, co kupił dla niej i chłopca, i zaproponował, iż jej pomoże. – Za chwilę przyjdzie dobra sąsiadka-lekarka i wszystko wyjaśni, a jutro zawoła rejonową pediatrę. Potem powiedział: – Nie musisz jechać na wieś ani szukać babci. Zostań u mnie, miejsca wystarczy. Jestem wdowcem, nie mam dzieci, ani wnuków. Mam emeryturę i trochę dorabiam, a samotność mi doskwiera. Będę wdzięczny za obecność. – Miał pan dzieci? – Tak, Taniu, miałem syna. Pracowałem na kontrakcie na Śląsku: pół roku tu, pół roku tam. Syn studiował, był zaręczony. Postanowili się pobrać, bo jego dziewczyna była w ciąży. Czekali, aż wrócę z delegacji, żeby urządzić wesele. Niestety, mój syn miał wypadek motocyklowy — zginął przed moim powrotem i wróciłem prosto na jego pogrzeb. Moja żona ciężko to przeżyła i gwałtownie zachorowała. Straciłem kontakt z synową, chociaż wiedziałem, iż spodziewała się dziecka. Szukałem jej i wnuka, ale nie udało się. Dlatego, Taniu, zostań. Może choć na starość poczuję, czym jest rodzina. Jak nazwałaś synka? – Nie wiem dlaczego, ale zapragnęłam, żeby miał na imię Sawa. Tak mi się zawsze podobało, choć rzadkie. – Sawa?! Taniu, tak miał na imię mój syn! Przecież nie mówiłem Ci tego. Dziękuję Ci, to szczęście dla starego człowieka. No i co, zostaniesz? – Z ogromną radością. A ja jestem dzieckiem z domu dziecka, przyjęła mnie rodzina zastępcza, ale mojego synka już nie zaakceptowali. Nie wiem, co by ze mną było, gdyby mnie nie przygarnęli, bo dzięki nim dostałam mieszkanie i skończyłam technikum. Moja biologiczna mama porzuciła mnie pod bramą domu dziecka, a na kocyku zostawiła tylko łańcuszek z medalikiem. – Przebierz się, bo kupiłem ci ubrania, i zajmiemy się domem i dzieckiem. Trzeba umyć wanienkę, moja sąsiadka pokaże, jak kąpać malucha. I musimy dobrze zjeść — żeby mamie nie brakowało mleka. Gdy Tania, przebrana, wyszła, Konstanty Grzegorzewicz zauważył łańcuszek na jej szyi i zapytał, czy to ten, który zostawiła matka. Potwierdziła. Pokazała mu medalik. Zanim zdążyła wyjaśnić, mężczyzna zbladł i aż osunął się na krzesło. Poprosił, by mu podała medalik. Spytał, czy go otwierała. Odpowiedziała, iż nie, bo nie ma zapięcia. Wtedy pokazał jej sposób na otwarcie – i w środku rzeczywiście była maleńka pukiel włosów. – To włosy mojego syna. Sam je tam schowałem. Taniu, wychodzi na to, iż jesteś moją wnuczką. Los nieprzypadkowo nas połączył. – Zróbmy jeszcze test DNA, żeby mieć pewność, iż jest pan moim dziadkiem. – Wcale nie trzeba. Jesteś moją wnuczką, to mój prawnuk, koniec dyskusji. Zresztą jesteś podobna do mojego syna, od razu to zauważyłem. Mam choćby zdjęcia twoich rodziców — chcesz zobaczyć? Autorka: Zofia Koralewska
Życie w porządku — Lada, zakazuję ci kontaktować się z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Natalii? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegałem cię. Nie miej mi za złe, jeżeli coś się stanie — Bogdan mocno ścisnął mnie za ramię. Tak jak zwykle w takich chwilach, milcząc szłam do kuchni. Łzy same napływały do oczu. Nigdy, przenigdy nie żaliłam się mojej siostrze na życie. Po prostu rozmawiałyśmy — mieliśmy starszych rodziców, było o czym pogadać, uzgodnić. Bogdan nie znosił mojej siostry Natalii. U niej w domu panował spokój i dostatek. Tego nie można było powiedzieć o mnie i Bogdanie. Wychodząc za Bogdana, byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod polskim niebem. Bogdan oczarował mnie ogromną namiętnością. Nie przeszkadzało mi, iż był ode mnie niższy. choćby nie zwróciłam uwagi na jego matkę, która na ślubie ledwo trzymała się na nogach. Później wyszło na jaw, iż moja teściowa jest zakręconą alkoholiczką. Zaślepiona miłością nie dostrzegałam nic złego. Po roku małżeństwa zaczęłam jednak wątpić w swoje szczęście. Bogdan pił coraz więcej, wracał do domu pijany. Potem zaczęły się zdrady. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu, a moja pensja ledwo starczała do pierwszego. Bogdan wolał całodobowe imprezy z kolegami. Nie zamierzał mnie utrzymywać. Na początku naszej miłości marzyłam o dzieciach, ale z czasem zadowoliłam się opieką nad rasowym kotem. Przestałam już choćby chcieć mieć dzieci z mężem alkoholikiem. A mimo to – przez cały czas go kochałam. — Głupia z ciebie, Lada! Zobacz, ilu facetów się wokół ciebie kręci, patrzą ci w oczy, a ty jak ślepa zapatrzona w swojego krasnala! Co w nim widzisz? Chodzisz wiecznie posiniaczona przez jego pięści. Myślisz, iż nikt nie widzi twoich „podkówek” pod grubą warstwą podkładu? Rzuć go, zanim cię zabije, głuptasie! – ostrzegała mnie koleżanka z pracy. Tak, Bogdan często wybuchał bez powodu i podnosił na mnie rękę. Raz pobił mnie tak mocno, iż nie mogłam wyjść do pracy na zmianę. Mało tego, zamknął mnie w mieszkaniu i zabrał klucz. Od tamtej pory panicznie się go bałam. Dusza ze strachu się kurczyła, serce waliło, gdy tylko przekręcał klucz w zamku. Myślałam, iż mści się za to, iż nie podarowałam mu dziecka, za to, iż jestem „złą żoną”. Dlatego nie protestowałam, gdy mnie bił, poniżał, drwił ze mnie. Dlaczego wciąż go kochałam? Jego matka, przypominająca czarownicę, powtarzała mi: — Laduszka, słuchaj męża, kochaj całym sercem, zapomnij o rodzinie, o koleżankach, które cię do niczego nie doprowadzą. Więc zapomniałam o przyjaźni, rodzinie, zostałam w pełni pod władzą Bogdana. Lubiłam momenty, gdy mąż błagał o wybaczenie, klękał, całował stopy. Zgoda była słodka jak miód i magiczna. Rzucał na nasze łóżko płatki pachnących róż. W tych chwilach unosiłam się w niebiosa… Wiem, iż te róże podkradał koledze-pijakowi z podwórka. Pewnie tak bym tkwiła w tym zniewoleniu już na zawsze. Ale los zadecydował inaczej… — Zostaw Bogdana, mam z nim syna. Ty jesteś bezpłodna, „pusty kwiat”. – tak nieznajoma oznajmiła mi w drzwiach. — Nie wierzę! Wyjdź stąd, póki ładnie proszę! – odpysknęłam. Bogdan wszystkiego się wypierał. — Przysięgnij, iż to nie twój syn! – wiedziałam, iż nie zaprzeczy. Bogdan milczał znacząco. Zrozumiałam już wszystko… — Lada, nigdy nie widziałem cię wesołej. Coś się dzieje? – nagle zapytał ordynator szpitala, dr Herman Lewandowski, którego zawsze uważałam za surowego i niedostępnego. — Wszystko w porządku – wymamrotałam, speszona. — Dobrze, gdy człowiek ma wszystko w porządku. Wtedy życie jest piękne – powiedział tajemniczo dr Herman. Podobno kiedyś był żonaty, miał córkę. Rozwiódł się z żoną przez jej zdradę. Teraz, w wieku czterdziestu dwóch lat, żył samotnie. Niepozorny, w okularach, z łysinką, niski. Ale gdy zbliżał się, coś mnie do niego ciągnęło. Pachniał subtelną wodą kolońską. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca po tej rozmowie… „Dobrze, gdy człowiek ma wszystko w porządku”. Proste słowa, a poruszyły serce. U mnie przecież panował tylko chaos… W końcu uciekłam od Bogdana do rodziców. — Laduszka, co się stało? Wyrzucił cię mąż? — Nie. Później wyjaśnię, mamo. Wstydziłam się opowiadać o moim małżeństwie. Potem dzwoniła matka Bogdana – klęła i wyzywała mnie od najgorszych. Ale ja już byłam wolna, oddychałam pełną piersią. Dziękuję, panie doktorze Hermannie… Bogdan wściekał się, szukał mnie, ale już nie miał nade mną żadnej władzy. — Bogdan, nie marnuj na mnie czasu, lepiej zajmij się swoim synem. Zamykam nasz rozdział. Żegnaj – powiedziałam spokojnie. Wróciłam do siostry Natalii i rodziców. Stałam się znowu sobą, a nie marionetką. Przyjaciółka od razu zauważyła zmianę: — Lada, nie poznaję cię! Odżyłaś, promieniejesz, jak panna młoda! A doktor Herman złożył mi oświadczyny: — Lada, pobierzmy się! Obiecuję ci szczęście. Tylko jedno – wołaj do mnie po imieniu, nie per „pan doktor” w domu. — Ale czy ty mnie kochasz, Hermanie? — Przepraszam, zapomniałem, iż kobiety potrzebują słów. Chyba cię kocham. Ale bardziej wierzę w czyny – ucałował moją dłoń. — Zgadzam się, Hermanie. Wierzę, iż nauczę się cię kochać – cieszyłam się bez końca. …Minęło dziesięć lat. Herman codziennie udowadniał mi miłość. Nie całował nóg jak Bogdan, nie rzucał pustych słów. Dbał o mnie, rozpieszczał czynami. Dzieci wspólnych nie mieliśmy. Widocznie naprawdę byłam „pustym kwiatem”. Ale Hermana to nie martwiło, nigdy nie miał do mnie żalu. — Lada, widocznie nam przeznaczone jest żyć we dwoje. Wystarczysz mi w zupełności – pocieszał mnie, gdy tęskniłam za macierzyństwem. Córka Hermana podarowała nam wnuczkę Sonię. Stała się naszą ukochaną córeczką. Bogdan całkiem się stoczył i odszedł z tego świata przed pięćdziesiątką. Jego matka, gdy spotyka mnie na bazarze, patrzy z nienawiścią. Ale jej strzały nie dosięgają mnie. Po prostu mi jej szkoda. A u nas z Hermanem – wszystko w porządku. Życie jest piękne…
"Czułam się ważna i kochana, ale do czasu". Po dwóch latach Ada odkryła prawdę o relacji partnera z matką
Bogata Kobieta Odwiedza Grób Syna i Spotyka Płaczącą Kelnerkę z Dzieckiem — To, Co Odkryła, Zmieniło Wszystko
A to za co jest ten słoiczek, kochanie? Dziecko choćby nie podniosło wzroku. – Żeby kupić tort dla dziadka… on nigdy nie miał swojego. Powiedziało to z taką czystą, poważną szczerością, iż mamie aż ścisnęło gardło, zanim w ogóle zrozumiała, co słyszy. Na stole leżała tylko drobna suma i kilka monet, które układał ostrożnie, jakby to był prawdziwy skarb. Nie pieniądze ją wzruszyły… A serce tego dziecka, które jeszcze nie znało wartości, ale wiedziało, czym jest wdzięczność. Dziadek miał urodziny za tydzień. Człowiek o spracowanych dłoniach, milczący, przyzwyczajony do dawania, niczego w zamian nie oczekując. Nigdy o nic nie prosił. Ale pewnego dnia, niemal mimochodem, powiedział: – Nigdy nie miałem tortu tylko dla siebie… Słowa, które dla dorosłego są jedynie zdaniem. Dla dziecka stały się misją. Od tamtej pory: — zbierał monety zamiast je wydawać; — nie kupował sobie słodyczy po szkole; — sprzedał dwie swoje rysunki; — i każdego wieczoru wrzucał kolejną monetę do słoiczka, który dzwonił nadzieją. Nadszedł niedzielny dzień urodzin. Na stole – zwykły tort z cukierni. Krzywo włożona świeczka. Dziecko drżące z emocji. I dziadek, którego nagle coś poruszyło do głębi. Nie zapłakał przez smak. Ani rozmiar. Ani cenę. Zapłakał, bo pierwszy raz w życiu… ktoś pomyślał o nim z taką miłością – na pozór niewielką, a tak nieskończoną w środku. Bo czasem największy gest mieszka w najmniejszej skarbonce. A prawdziwa miłość przychodzi od tego, kto ma najmniej… ale czuje najwięcej.
Chciałam dobrze, ale wyszło jak zwykle
Przenieś się na “swoje terytorium” – ogłosił mąż
PRZYPOMNĘ CI… – Pani Mario, tutaj mi ten zawijas nie wychodzi… – poskarżył się smutno drugoklasista Artur, wskazując pędzelkiem zielony listek swojego rysunku, który wykręcał się w nie tę stronę. – Spróbuj lżej, kochany, pędzelkiem po kartce, jak piórkiem po dłoni… O właśnie, pięknie! Zamiast zawijaska – prawdziwe cudo! – pochwaliła starsza nauczycielka, uśmiechając się ciepło. – A powiedz, dla kogo to takie śliczności malujesz? – Dla mamy! – rozpromienił się chłopak, wreszcie dumny, iż pokonał listkowego uparciucha. – Ma dzisiaj urodziny! To mój prezent dla niej! – O, szczęściara z tej twojej mamy, Arturek. Ale poczekaj, nie zamykaj jeszcze zeszytu. Niech farby wyschną, żeby nie rozmazały się maziajki. A jak już wrócisz do domu, wyjmiesz ostrożnie i wręczysz jej prezent. Zobaczysz, jak się ucieszy! Nauczycielka jeszcze przez chwilę patrzyła z uśmiechem na ciemną czuprynę pochyloną nad kartką, po czym wróciła do swojego biurka. Aż się jej w duszy ciepło robiło na widok tego prezentu! Arturek to ma talent, powinna zadzwonić do mamy i namówić ją na zapisanie chłopca do plastycznej. Takie talenty trzeba pielęgnować. I koniecznie dopytać, czy się prezent podobał – bo sama nie może oderwać wzroku od tych ożywionych liści na kartce. Może już teraz wiadomo, po kim Artur odziedziczył ten dar… Po mamie! Pani Larysa w dzieciństwie przecież też pięknie malowała… ***** – Pani Mario, tu Larysa, mama Arka Kotowskiego – zadzwonił wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki. – Dzwonię, żeby uprzedzić, iż Artur jutro do szkoły nie przyjdzie – powiedział poważnie głos młodej kobiety w słuchawce. – Dzień dobry, Laryso! Co się stało? – dopytała pani Maria. – Co się stało? Urodziny mi, smarkacz, popsuł! – zaperzyła się młoda matka. – A teraz leży z gorączką, pogotowie właśnie pojechało. – Chwileczkę, Laryso, jak to z temperaturą? Zdrowy wyszedł ze szkoły, niosąc ci prezent… – Te kleksy jakieś? – zdziwiła się Larysa. – Jakie kleksy, Laryso! Przecież on ci takie piękne kwiaty namalował! Sama chciałam dzwonić, żeby do plastycznej go zapisać… – Ja nie wiem, co to miały być za kwiatki, ale na obśliniony kłębek to na pewno nie liczyłam! – Kłębek?! O czym ty mówisz? – zdezorientowała się pani Maria, coraz bardziej z niepokojem słuchając nerwowego głosu rozmówczyni. – Wiesz co, Laryso, to może ja wpadnę do was na chwilę? I tak mam po drodze… Kilka minut później, po uzyskaniu zgody dawnej uczennicy (a teraz już – jak to gwałtownie leci – mamy swego ucznia), pani Maria zabrała ze sobą wyblakły album pełen starych zdjęć i dziecięcych rysunków, po czym ruszyła do sąsiedniej klatki. Na jasnej kuchni, gdzie Larysa wpuściła gościa, panował rozgardiasz. Gospodyni opowiadała: Jak Artur wrócił ze szkoły umorusany błotem i wodą… Jak spod kurtki i plecaka wyciągnął przemokniętego szczeniaka, śmierdzącego niemiłosiernie! Wpadł do dołu z wodą, bo chciał go uratować (inni chłopcy wrzucili go tam dla zabawy)! Książki zniszczone, album poplamiony, w samych „kleksach” – patrzeć bez łez nie sposób! No i ta gorączka, co w ciągu godziny wzrosła prawie do 39… Goście się rozeszli, ciasta nie spróbowali, a lekarz mnie – nieogarniętą matkę – ochrzanił… – A szczeniaka, jak Artur zasnął, wyniosłam… Na ten sam śmietnik. A album, tam na grzejniku, schnie. Z kwiatów nic nie zostało, tylko wielka plama wody! – prychnęła Larysa. Nie zauważyła nawet, jak z każdym jej słowem pani Maria ciemniała na twarzy. Gdy usłyszała, iż szczeniak jednak wrócił na śmietnik, spojrzała surowo, pogładziła zniszczony album delikatnie i zaczęła mówić… O zielonych zawijkach i ożywionych kwiatach. O dziecięcej pilności i odwadze. O sercu, co nie pozwoliło znieść niesprawiedliwości, i o łobuzach, którzy wrzucili żywe stworzenie do dołu. Potem wstała, wzięła Larysę za rękę, podprowadziła do okna: – Tam jest ten dół. Tam choćby szczeniak mógł utonąć, ale nie o siebie Artur wtedy myślał. Może o tym kwiatku na kartce, żeby go nie zniszczyć przypadkiem? A może, Laryso, zapomniałaś, jak pod koniec lat 90. pod płotem szkoły tuliłaś uratowanego kotka i płakałaś? Jak cała klasa głaskała go razem z tobą i czekaliście na twoją mamę? Jak nie chciałaś wracać do domu, kiedy twój własny „kłębek futra” wyrzucili za drzwi? (Na szczęście w porę się opamiętali!) To ja ci przypomnę! I Tishkę, którego nie chciałaś oddać! I kudłatego Muchtara, co cię do matury pilnował! I srokatego gawrona, zaopiekowanego w żywym kąciku szkolnym… Maria wyciągnęła żółknącą fotografię – krucha dziewczynka w białym fartuszku tuli do piersi puchatego kota, a wkoło uśmiechnięci rówieśnicy – i mówiła dalej twardym, ale czułym głosem: – I dobroć ci przypomnę, która u ciebie zawsze rozkwitała wszystkimi barwami, mimo wszystko… Za zdjęciem ukazał się rysunek: mała dziewczynka trzyma w jednej ręce puszystego kotka, drugą mocno zaciska dłoń mamy. – Gdybym ja decydowała, Laryso – powiedziała już surowiej – to tego szczeniaka wyściskałabym razem z Arturem! A te kleksy w ramkę wsadziła! Bo nie ma dla matki większego prezentu niż to, iż wychowała dziecko na dobrego człowieka! A nie zauważyła nawet, jak od jej słów twarz Larysy się przemieniała, jak nerwowo spoglądała na drzwi do pokoju chłopca, i jak kurczowo ściskała ten nieszczęsny album… – Pani Mario! Proszę, zajmie się pani Arturem przez minutę? Ja gwałtownie wrócę! Pod czujnym spojrzeniem nauczycielki Larysa narzuciła płaszcz i wybiegła na dwór. Nie oglądając się na kałuże i bloto, pobiegła na śmietnik. Wzywała, odsuwała pudła, rozgrzebywała worki… I bez przerwy zerkała niepewnie na dom… Czy wybaczy? ***** – Arturku, kto ci się tu znowu do kwiatów przytula? Twój przyjaciel – Dikuś? – On sam, pani Mario! Poznała pani? – Oczywiście! choćby ma tę białą łatkę na łapie! Pamiętasz, jak z twoją mamą myłyśmy mu te łapy? – zaśmiała się serdecznie nauczycielka. – Teraz ja myję mu codziennie! – powiedział z dumą Artur – Mama mówi, jak przygarniesz przyjaciela, to trzeba dbać! Mama choćby specjalną wanienkę kupiła! – Masz wspaniałą mamę – uśmiechnęła się nauczycielka – To znowu dla niej malujesz prezent? – Tak, do ramki! Bo mama ma w ramce te stare kleksy i jakoś, gdy na nie patrzy, uśmiecha się. A w końcu, czy można się uśmiechać do kleksów, pani Mario? – Do kleksów? – zaśmiała się nauczycielka – Może można, szczególnie, jeżeli są od serca! A jak ci idzie w szkole plastycznej, powiedz mi? – Świetnie! niedługo namaluję portret mamy! Ale póki co, proszę – tu chłopiec wyciągnął kartkę – Mama też maluje – to dla pani. Maria rozłożyła arkusz i lekko przytuliła chłopca siedzącego w ławce. Na jasnej kartce kolorami uśmiechał się szczęśliwy i niezwykle promienny Artur, trzymając rękę na głowie ufnego kundelka. Obok miniaturowa blond dziewczynka w dawnej szkolnej mundurce tuli małego kotka… A z lewej zza stosu podręczników na starym nauczycielskim biurku patrzyła z dobrocią i nieskończoną mądrością pani Maria. W każdym drobnym szczególe i każdym maźnięciu pędzla czuła wyraźnie cichą, niczym nieogarnioną dumę mamy… Pani Maria otarła łzy – i uśmiechnęła się radośnie. Bo w samym rogu kartki, kolorowymi kwiatami i zielonym zawijasem, wyrysowane było jedno słowo: „Pamiętam”.
Planujemy powitać Nowy Rok w waszym domku na wsi. Przyjechałam po klucze – oznajmiła siostra męża.
Nintendo wprowadza kolekcję My Mario, aby przyciągnąć nową generację graczy
Jej córka wstydzi się dziadków. "Nie chce ich odwiedzać, ani zapraszać na przedstawienia"
🗻 Na lodowiec wyprawa to szalona zabawa! 🤪
Unikatowe solniczki w sandomierskim zamku
Współtwórca WOŚP: my nie czerpiemy żadnych z tego korzyści