Dzieci

„Mamo, on chce, żebym to dla niego zrobiła… Mówi, iż wszystkie dobre żony to potrafią… A ja nie jestem dobra? Naucz mnie… Skoro wszystkie potrafią, ja też powinnam umieć…” Wciąż nie mogę uwierzyć, iż moja siostrzenica znalazła męża – i to dzięki swojej mamie. Kiedy Alina była dzieckiem, moja siostra nie pozwalała jej chodzić do przedszkola, w wieku nastoletnim nie mogła wychodzić z domu, całe dnie spędzała w czterech ścianach, wyrastała na samotniczkę. choćby gdy studiowała w naszym mieście, mama pilnowała, by była w domu przed 18:00. Gdy miała 20 lat, mama dzwoniła o wpół do ósmej, krzycząc, dlaczego jeszcze nie wróciła. Było to już przesadne i zwyczajnie niedorzeczne. Alina poznała swojego przyszłego męża na drugim roku studiów – uczyli się razem w bibliotece, on był dwa lata starszy, dawał jej notatki, pomagał, i zanim się obejrzał, zakochał się, a potem zaczęli się spotykać. Wtedy właśnie moja siostrzenica zaczęła łamać wszelkie zakazy mamy. W końcu wyszła za mąż i mama pozwoliła jej zacząć nowe życie. Ostatnio wydarzyła się jednak taka historia: Siedziałam u mojej siostry, gdy zadzwoniła Alina i zaczęła mówić takim głosem, iż trudno było rozróżnić, czy płacze, czy się śmieje: — Mamo, on chce, żebym to dla niego zrobiła… Mówi, iż wszystkie dobre żony to potrafią… To ja nie jestem dobra? Naucz mnie… Skoro inne potrafią, ja też powinnam… W tym momencie twarz mojej siostry zmieniła się błyskawicznie, poprosiła córkę, żeby się uspokoiła i wytłumaczyła, co to takiego potrafią wszystkie dobre żony. — Zupę, mamo — odpowiedziała Alina, a my wybuchnęłyśmy śmiechem, — Nie śmiejcie się ze mnie! — oburzyła się Alina. — Nie nauczyłaś mnie gotować zupy, szukałam przepisów w internecie, ale nie wychodzi mi smaczna! gwałtownie więc wytłumaczyłyśmy, krok po kroku, jak ugotować zupę, co chwilę śmiejąc się z całej sytuacji. Wieczorem Alina zadzwoniła z podziękowaniami, mąż pochwalił jej zupę, mówiąc, iż była pyszna — i teraz czuje się już prawdziwą polską żoną!
Prawda, która ścisnęła wszystko w środku Wieszając pranie na podwórku, pani Tatiana usłyszała ciche łkanie i zerknęła przez płot. Tam, pod ogrodzeniem, siedziała ośmioletnia Sonia – córka sąsiadów. Choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała drobno i chudo, jakby miała sześć lat. – Sonia, znowu cię kto skrzywdził? Wejdź do mnie, – powiedziała pani Tatiana, odsuwając poluzowaną sztachetę. Sonia często uciekała do nich, szukając wsparcia. – Mama mnie wyrzuciła. Powiedziała: „wynoś się!” i wypchnęła za drzwi. Teraz z wujkiem Andrzejem śmieją się w domu. – wyjaśniała dziewczynka, ocierając łzy. – No chodź, wejdź do domu. Ela z Michałem jedzą obiad, dam ci coś do jedzenia. Pani Tatiana nieraz ratowała Sonię przed twardymi rękami matki, która często wyładowywała swoje emocje na córce. Mieszkali po sąsiedzku za płotem, więc Tatiana zabierała Sonię do siebie, dopóki jej mama – Anna – nie ochłonęła i nie uspokoiła się. Sonia zawsze zazdrościła Eli i Michałowi – dzieciom pani Tatiany. W ich domu było spokojnie, a relacje między rodzicami pełne ciepła i troski. „Tantka” Tadek z żoną byli kochającymi i opiekuńczymi rodzicami. Sonia czuła, jak bardzo chciałaby takiego domu, aż ściskało ją w środku i dusił ją niemy żal. Bardzo lubiła przebywać w takiej atmosferze pełnej ciepła. W swoim domu Sonia miała wszystko zakazane. Matka kazała jej nosić wodę, sprzątać w komórce, plewić grządki, myć podłogi. Anna urodziła Sonię bez męża, sama, i od pierwszej chwili nie potrafiła pokochać córki. Gdy żyła jeszcze babcia – matka Anny, choć schorowana, bardzo kochała Sonię i broniła jej, ale po śmierci babci, gdy Sonia miała sześć lat, zaczęły się ciężkie czasy dla dziecka. Matka, zgorzkniała swoją samotnością, ciągle szukała kogoś do życia. Anna pracowała jako sprzątaczka w bazie autobusowej, gdzie dominowali mężczyźni. Pewnego dnia pojawił się tam nowy kierowca – Andrzej. gwałtownie nawiązali bliższą relację. Andrzej, rozwiedziony, miał syna i płacił alimenty. Anna gwałtownie zaproponowała mu wspólne zamieszkanie. Andrzej był zadowolony z dachu nad głową i nie przejmował się obecnością małej Soni. – Niech się plącze, podrośnie, będzie pomagać – myślał. Anna poświęcała Andrzejowi całą uwagę, a Sonię traktowała jak służącą, karcąc i bijąc, grożąc, iż odda ją do domu dziecka. Brakowało Soni sił na pracę w komórce. Siedziała więc pod krzakiem porzeczek przy płocie sąsiadki, cicho płacząc. Pani Tatiana gwałtownie zabierała ją do siebie, dając poczucie bezpieczeństwa. Sonia rosła wycofana i zamknięta w sobie. Mieszkańcy osiedla krytykowali Annę za sposób, w jaki traktowała córkę. Pani Tatiana głośno zabierała głos w obronie Soni, ale Anna rozpuściła plotki: – Nie słuchajcie tej Tadki, ona zazdrości mojego Andrzeja, dlatego wmawia wam, iż źle traktujemy dziewczynę. Anna i Andrzej często urządzali huczne spotkania, Sonia wtedy uciekała do sąsiadów, gdzie była traktowana z serdecznością. Tatiana rozumiała jej stan jak nikt inny. Czas mijał. Sonia dobrze się uczyła i rosła. Po ukończeniu podstawówki chciała iść do liceum medycznego w mieście, ale matka postawiła sprawę ostro: – Idź do pracy, już jesteś dorosła! Do nauki to my pieniędzy nie mamy – Sonia z płaczem wybiegła z domu, bo tam choćby płakać jej nie pozwalano. Po uspokojeniu się Sonia poszła do sąsiadów i zwierzyła się pani Tatianie. Jej dzieci już studiowały w mieście. Tym razem Tatiana nie wytrzymała i poszła prosto do Anny: – Anka, ty nie matka, ale złośliwość wcielona! Inni dla dzieci się poświęcają, a ty własną córkę gubisz. Masz obowiązek matki i zwykłą ludzką przyzwoitość. Sonia świetnie ukończyła dziewiątą klasę, powinna się dalej uczyć! To twoje dziecko, pamiętaj, potem sama będziesz do niej przychodziła. – A co ty się wtrącasz? Zajmij się własnymi dziećmi! – Anka, ogarnij się. Twój Andrzej własnego syna wysłał do miasta, a ty krzywdzisz córkę. Obudź się! Anna wściekała się i krzyczała, ale w końcu, zmęczona, siadła na sofie. – No tak, jestem surowa, ale to dla jej dobra. Nie chcę, żeby skończyła jak ja. Niech jedzie, niech próbuje się uczyć – burknęła. Sonia bez problemu dostała się do medycznej szkoły. euforia była ogromna. Trochę wstydziła się skromnego ubioru, wyróżniała się, ale nie była odosobniona, bo były tam także dziewczyny z wsi. Do domu wracała rzadko. Nie chciała odwiedzać matki i Andrzeja. W czasie wakacji najpierw biegła do pani Tatiany, która serdecznie ją przyjmowała, częstowała obiadem i obdarowywała uwagą. Tatiana i jej mąż byli dla niej jak druga rodzina. Anna miała swoje zmartwienia; Andrzej w końcu zostawił ją dla młodszej kobiety. Anna była roztrzęsiona, wyładowywała złość na Soni, gdy ta wracała na wakacje. – Po co przyjechałaś, tylko siedzisz mi na głowie… Masz wakacje, idź do pracy. Pewnego dnia Andrzej spakował swoje rzeczy. – Dokąd to się wybierasz? – krzyczała Anna. – Rita czeka na moje dziecko. Ja nie zostawię swojego potomka. Tobie własna córka jest niepotrzebna, a ja swojego syna nie porzucę. Moje dziecko musi znać matkę i ojca, żyć w miłości, – odpowiedział, po czym wyszedł. Te słowa zrujnowały Annę. Prawda, która zamknęła jej usta, przygniotła serce, nie miała siły płakać. Sonia wszystko słyszała. Przed oczami przypomniała sobie sceny bicia i wyganiania z domu, braku wsparcia. Andrzej nigdy jej nie bronił, a matka za byle co potrafiła ją uderzyć. Na ostatnim roku Sonia zaczęła pracować w szpitalu, sama się utrzymywała. Do matki już nie wracała, Anna piła, była zaniedbana, prawie nie starczało jej na życie. Sonia zmieniła się – stała się piękną, odpowiedzialną młodą kobietą, kochaną przez chorych i szanowaną w pracy. Wszyscy ją cenili i chwalili Annę za jej wychowanie, ale Sonia wiedziała, kto jej naprawdę pomógł: – Jakie wychowanie?! – myślała – To wszystko dzięki pani Tatianie: za wsparcie, za zrozumienie, za troskę, za nową drogę w życiu, za ukochaną profesję. Anna coraz częściej sprowadzała do domu nieznajomych pijaków. Sonia coraz rzadziej, ale zawsze z szokiem patrzyła na matkę. Anna dawno straciła pracę. Sonia nie miała już sił na rozmowy, prośby czy próby zrozumienia. Chciała wyrzucić wszystkich znajomych matki, odnowić dom i zacząć z Anną na nowo, zapomnieć o zawiedzionym dzieciństwie. Ale matka nie chciała zmian, pogłębiała swoje dno. Nie popłakała się ze wzruszenia Po ukończeniu szkoły medycznej Sonia przyjechała do domu. Anna, sama, spojrzała na córkę z niechęcią. – Po co wróciłaś? Na długo? Nie mam jedzenia, lodówkę wyłączyłam. Daj pieniądze, bo mnie głowa boli. Soni ścisnęło gardło, ale nie zapłakała. Powiedziała: – Nie zostanę długo. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, wyjeżdżam do województwa, dostałam pracę w szpitalu. Nie będę często odwiedzać, postaram się wysyłać trochę pieniędzy. Do zobaczenia, mamo. Anna choćby nie zrozumiała słów córki, chciała tylko pieniędzy na alkohol. – Daj mi pieniądze… Nie żal ci matki? Co z ciebie za córka? Sonia wyjęła trochę gotówki, położyła na stole, cicho zamknęła za sobą drzwi. Stała chwilę za drzwiami, czekając, iż matka wybiegnie i ją przytuli. Ale nie doczekała się. Wolnym krokiem poszła do sąsiadów. Pani Tatiana była bardzo szczęśliwa. Posadziła Sonię za stołem. – Chodź, Soniu, akurat jemy obiad, – jej mąż już czekał. – Ach, zapomniałam – z drugiego pokoju przyniosła torebkę – To prezent za wyróżnienie, trochę pieniędzy na początek. Sonia podziękowała i rozpłakała się. – Ciociu Taniu, dlaczego tak? Skąd taka niesprawiedliwość – dlaczego mama mnie nie kocha, jakby była dla mnie obca? – Nie płacz, Soniu, – przytuliła ją Tatiana – nie płacz, już nic nie zmienisz… Anna taka jest. Po prostu urodziłaś się nie w tym miejscu. Ale jesteś mądra, piękna, znajdziesz szczęście i będziesz kochana. Sonia wyjechała do większego miasta, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii, poznała przystojnego lekarza Olka, z którym gwałtownie się pobrali. Na weselu u boku Soni była pani Tatiana, prawdziwie szczęśliwa. Anna dostawała od córki pieniądze i chwaliła się przed znajomymi: – Taką wykształciłam córkę, teraz mi przysyła pieniądze. Ale na ślub nie zaprosiła, wnuków nie widziałam, zięcia nie znam. Po pewnym czasie Tatiana znalazła Annę martwą w domu. Leżała nie wiadomo jak długo. Sąsiadkę zaniepokoiła cisza na podwórku. Sonia z mężem pochowała Annę, dom niedługo sprzedali. Z czasem odwiedzali już tylko Tatianę i jej rodzinę.
Zagadka liczbowa, która wydaje się banalna. Ale tylko z pozoru
Weź zabawki dziecka i wystaw je na mróz. Niewielu zna ten trik, a szkoda
„Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcę” – zadzwoniła kochanka. Mąż patrzył na Lerkę jak zbity pies. „Tak, dobrze słyszałaś. Lerk, pół roku temu miałem inną… Parę razy się spotkaliśmy, po prostu przygoda. Teraz mam tam syna. Urodził się niedawno…” Lerkę zatkało. Jej kochający, wierny mąż – i dziecko na boku! Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała…
Przenieś się na „swoje podwórko” – oznajmił mąż
Nowa moda w przedszkolach. Solenizant rozdaje prezenty całej grupie. Matka: Postawiono granicę
Lekcja dla żony: Kiedy Eryk ma dość nieudanych obiadów i lenistwa, a Anfisa broni swoich „praw” – mocna domowa kłótnia o opiekę nad dzieckiem, rolę kobiety w rodzinie i zapowiedź rozwodu, która wywraca wszystko do góry nogami, aż choćby własna matka staje przeciw córce
Wnuczka. Odkąd przyszła na świat, Olka była dla swojej matki, Żanety, nikim więcej niż niepotrzebnym meblem. Jej ojciec odszedł, a matka coraz częściej wyładowywała się na córce, grożąc, iż zostawi ją choćby na dworcu albo wyrzuci przez okno. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza, aż w końcu Żaneta zapakowała pięcioletnią Olkę do taksówki, by podrzucić dziecko matce ojca – pani Ninie, która mieszkała pod Warszawą. Ta od razu pokochała wnuczkę jak własne dziecko. Dzięki miłości babci, Olka wyrosła na dobrą, mądrą i wrażliwą dziewczynę, choć przez całe życie tęskniła za ojcem, który nigdy jej nie uznał. Lata mijały, Olka skończyła liceum z wyróżnieniem i dostała się do medycznego kolegium, a gdy poznała swoją wielką miłość, Szymona, babcia była najważniejszym gościem na ich skromnym weselu. Po śmierci Niny Ivanovny rodzina ojca pojawiła się, by odebrać jej dom, ale Olka, zgodnie z wolą babci, otrzymała w spadku rodzinny dom i mogła zacząć nowe życie u boku ukochanego. W gąszczu wspomnień i wzruszeń wiedziała jedno: to miłość babci nadała sens jej istnieniu.
Pukanie do Drzwi: Rozpłakana Teściowa i Dramat, Który Wyszedł na Jaw
Daj mi tylko powód – Miłego dnia – Denis pochylił się i musnął wargami jej policzek. Anastazja skinęła głową odruchowo. Policzka nie rozgrzał ani czuły pocałunek, ani nagłe zdenerwowanie. Tylko skóra, tylko dotyk. Drzwi się zamknęły i mieszkanie wypełniła cisza. Stała w przedpokoju jeszcze przez dziesięć sekund, nasłuchując samej siebie. Kiedy to się adekwatnie stało? Kiedy wewnątrz coś pękło i zgasło? Anastazja pamiętała, jak dwa lata temu płakała w łazience, bo Denis zapomniał o ich rocznicy. Jak rok temu trzęsła się ze złości, gdy znów po raz kolejny nie odebrał Wiktorii z przedszkola. Jak pół roku temu jeszcze próbowała rozmawiać, tłumaczyć, prosić. Teraz – pusto. Czysto i gładko, jak wypalone pole. Anastazja weszła do kuchni, nalała sobie kawy i usiadła przy stole. Dwadzieścia dziewięć lat. Siedem z nich w małżeństwie. I teraz siedzi w pustym mieszkaniu z wystygłą filiżanką i myśli o tym, iż przestała kochać męża tak cicho i zwyczajnie, iż sama nie zauważyła, kiedy to się wydarzyło. Denis dalej żył swoim trybem. Obiecywał odebrać córkę z przedszkola – nie odbierał. Obiecywał naprawić cieknący kran w łazience – kapał już trzeci miesiąc. Przysięgał, iż w weekend na pewno pojadą do zoo – ale w sobotę wypadały mu pilne sprawy z kolegami, a w niedzielę po prostu leżał na kanapie. Wiktoria przestała już pytać, kiedy tata się z nią pobawi. W wieku pięciu lat nauczyła się: mama jest pewna, tata – ktoś, kto czasem pojawia się wieczorem i patrzy w telewizor. Anastazja już nie wszczynała awantur. Nie płakała w poduszkę. Nie snuła planów, jak to wszystko naprawić. Po prostu wykreśliła Denisa z równania swojego życia. Trzeba zawieźć auto na przegląd? Załatwiała sama. Zepsuł się zamek w drzwiach balkonowych? Wzywała fachowca. Wiktoria potrzebowała stroju śnieżynki na jasełka? Anastazja szyła go nocami, gdy mąż chrapał w sąsiednim pokoju. Rodzina stała się dziwną konstrukcją – dwójka dorosłych prowadzących równoległe życia pod jednym dachem. Pewnej nocy Denis w sypialni spróbował się do niej przytulić. Anastazja delikatnie się odsunęła, tłumacząc się bólem głowy. Później zmęczeniem. Potem – chorobami, których nie było. Krok po kroku budowała mur, coraz wyższy przy każdym odmówieniu. „Niech znajdzie sobie kogoś na boku” – myślała chłodno. – „Niech da mi powód. Jasny, zrozumiały powód, za który nie będę musiała tłumaczyć się mamie czy teściowej. Powód, który każdy zaakceptuje”. Bo jak wytłumaczyć mamie, iż rozchodzi się z mężem tylko dlatego, iż on… żaden? Nie bije, nie pije, pieniądze do domu przynosi. No, nie pomaga w domu – ale tak jest wszędzie. No, nie zajmuje się dzieckiem – mężczyźni po prostu nie potrafią. Anastazja założyła osobne konto w banku i zaczęła odkładać część pensji. Zapisała się na siłownię – nie dla męża, dla siebie. Dla tego nowego życia, które majaczyło gdzieś za horyzontem nieuniknionego rozwodu. Wieczorami, gdy Wiktoria zasypiała, Anastazja zakładała słuchawki i słuchała podcastów po angielsku. Zwroty, korespondencja biznesowa. Jej firma współpracowała z zagranicą – swobodny angielski mógł otworzyć nowe drzwi. Kursy doszkalające pochłaniały dwa wieczory w tygodniu. Denis marudził, iż musi zostać z Wiktorią, choć „zostać” oznaczało w jego wykonaniu włączyć bajki i gapić się w telefon. Weekendy Anastazja spędzała z córką. Parki, place zabaw, kawiarnie z koktajlami, wypady do kina na bajki. Wiktoria przywykła, iż to ich czas – mamy i jej. Tata istniał gdzieś na peryferiach życia, jak mebel. „Nawet nie zauważy”, – przekonywała się Anastazja. – „Jak się rozwiedziemy, w jej życiu prawie nic się nie zmieni”. To myśl wygodna. Trzymała się jej jak koła ratunkowego. A potem coś się zmieniło. Anastazja nie zorientowała się od razu, co. Po prostu pewnego wieczoru Denis sam zaproponował, iż położy Wiktorię spać. Potem – iż odbierze ją z przedszkola. Potem – zrobił kolację, choć prostą: makaron z serem, ale sam, bez przypominania, bez próśb. Anastazja patrzyła z podejrzliwością. Co się stało? Wyrzuty sumienia? Chwilowa fanaberia? Jakieś przewinienie, o którym nie wie? Ale dni mijały, a Denis nie wracał do poprzedniego trybu. Wstawał wcześniej, odprowadzał Wiktorię do przedszkola. Naprawił cieknący kran. Zapisał córkę na basen i sam zawoził ją na zajęcia w soboty. – Tato, tato, popatrz, potrafię teraz zanurkować! – Wiktoria latała po domu, udając pływaczkę. Denis łapał ją, podrzucał pod sufit, a dziewczynka śmiała się szczerze i radośnie. Anastazja obserwowała tę scenę z kuchni i nie poznawała własnego męża. – Mogę z nią posiedzieć w niedzielę – rzucił Denis wieczorem. – Masz spotkanie z koleżankami? Anastazja powoli kiwnęła głową. Nie miała spotkania, chciała po prostu posiedzieć sama w kawiarni z książką. Skąd Denis wie o koleżankach? Przysłuchuje się rozmowom przez telefon? Tygodnie układały się w miesiące. Miesiąc w dwa. Denis się nie wycofywał, nie wracał do dawnego obojętnego trybu. – Zarezerwowałem nam stolik w tej włoskiej restauracji na piątek – oznajmił któregoś dnia. – Mama zgodziła się posiedzieć z Wiktorią. Anastazja podniosła wzrok znad laptopa. – Dlaczego akurat teraz? – Po prostu. Chcę z tobą zjeść kolację. Zgodziła się. Z ciekawości, tłumaczyła sobie. Żeby zobaczyć, co wymyślił. Restauracja okazała się przytulna, z nastrojowym światłem i muzyką na żywo. Denis zamówił jej ulubione wino – i Anastazja ze zdziwieniem zauważyła, iż pamięta, które lubi najbardziej. – Zmieniłeś się – powiedziała wprost. Denis zakręcił kieliszkiem w dłoni. – Byłem ślepy. Kompletna, klasyczna ciapa. – To nie nowość. – Wiem. – Uśmiechnął się krzywo, bez radości. – Myślałem, iż pracuję dla rodziny. Że potrzebujecie pieniędzy, większego mieszkania, lepszego auta. A tak naprawdę… uciekałem. Przed odpowiedzialnością, codziennością, wszystkim. Anastazja milczała, pozwalając mu mówić. – Zauważyłem, iż się zmieniłaś. Stało ci się wszystko jedno. I to… to było straszniejsze niż jakakolwiek awantura. Krzyczałaś, płakałaś, wymagałaś – to było normalne. A potem po prostu przestałaś. Jakby mnie nie było. Odłożył kieliszek. – Prawie was straciłem. Ciebie i Wiktorię. I dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo wszystko zepsułem. Anastazja długo patrzyła na tego mężczyznę, który wreszcie mówił jej to, na co czekała latami. Za późno? Czy nie? – Chciałam się rozwieść – szepnęła. – Czekałam, aż dasz mi powód. Denis pobladł. – Boże, Anka… – Odkładałam pieniądze. Szukałam mieszkania. – Nie wiedziałem, iż to aż tak… – Ale powinieneś wiedzieć – weszła mu w słowo. – To twoja rodzina. Powinieneś widzieć, co się dzieje. Cisza zawisła między nimi, ciężka, gęsta. Kelner, wyczuwając atmosferę, omijał ich stolik. – Chcę walczyć. O nas. jeżeli mi pozwolisz. – Jedna szansa. – Jedna – to więcej, niż zasługuję. Siedzieli w restauracji do zamknięcia. Rozmawiali o wszystkim: o Wiktorii, pieniądzach, podziale obowiązków, o tym, czego oczekują. Po raz pierwszy od lat była to prawdziwa rozmowa, nie wymiana pretensji czy rutynowe zdania. Odbudowa trwała powoli. Anastazja nie rzuciła się mężowi w ramiona następnego ranka. Przyglądała się, sprawdzała, czekała na fałszywy ruch. Ale Denis wytrwale trwał. Wziął gotowanie w weekendy na siebie. Ogarnął rodzicielskie czaty w przedszkolu. Nauczył się robić Wiktorii warkoczyki – krzywe, ale samodzielnie. – Mamo, patrz, tata zrobił mi smoka! – Wiktoria wbiegła do kuchni, pokazując „dzieło” z kartonów i kolorowego papieru. Anastazja popatrzyła na tego „smoka” – koślawa, przekrzywiona figura z jednym większym skrzydłem – i się uśmiechnęła… …Pół roku minęło niepostrzeżenie. Był grudzień. Całą rodziną pojechali do rodziców Anastazji na działkę. Stary dom pachnący drewnem i ciastem, zasypany ogród, skrzypiący próg. Anastazja siedziała przy oknie z herbatą i patrzyła, jak Denis z Wiktorią lepią bałwana. Córka wydawała rozkazy – nos tu, oczy wyżej, szalik źle! – a Denis sumiennie słuchał, co chwila łapiąc ją i podrzucając w górę. Śmiech Wiktorii niósł się po okolicy. – Mamo! Chodź do nas! – machała ręką dziewczynka. Anastazja narzuciła kurtkę i wyszła na próg. Śnieg skrzył się w słońcu, mróz szczypał policzki – i nagle śnieżka trafiła ją w bok. – To tata! – natychmiast wydała winnego Wiktoria. – Zdrajczyni! – odgryzł się Denis. Anastazja złapała garść śniegu i rzuciła w męża – nie trafiła. Oboje wybuchnęli śmiechem, zaraz cała trójka turlikała się po zaspach, zapominając o bałwanie i mrozie. Wieczorem, gdy Wiktoria zasnęła na kanapie przed końcem bajki, Denis delikatnie przeniósł ją do łóżka. Anastazja patrzyła, jak przykrywa córkę kołdrą, poprawia poduszkę, odsłania włosy z jej czoła. Usiadła przy kominku, grzejąc dłonie herbatą. Za oknem padał śnieg, cichy i puszysty. Denis dosiadł się obok. – O czym myślisz? – O tym, jak dobrze, iż się nie pospieszyłam. Nie musiał pytać „z czym”. Zrozumiał. Związek wymaga codziennego wysiłku. Nie spektakularnych czynów, a zwykłej uważności: wysłuchać, pomóc, zauważyć, wesprzeć. Anastazja wiedziała, iż będą jeszcze trudne dni, nieporozumienia, kłótnie o drobiazgi. Ale teraz, w tej chwili, jej mąż i córka byli obok. Prawdziwi, żywi, ukochani. Wiktoria wybiegła do nich i wgramoliła się między rodziców na kanapę. Denis objął obie, a Anastazja pomyślała, iż są rzeczy, o które warto walczyć…
Obca im jest, tym pięciorgu… Ale któż by się odważył powiedzieć…
Dar z nieba… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury snuły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadciągała burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima się skończyła, ale i wiosna nie spieszyła się, by przejąć panowanie. Wciąż było chłodno, wiał porywisty wiatr, tumany kurzu unosiły zeszłoroczne liście, przerzucając je z miejsca na miejsce. Młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zbitą ziemię, pąki na drzewach nie chciały jeszcze ujawnić swych skarbów. Przyroda tęsknie wyczekiwała deszczu. Zima była mało śnieżna, wietrzna i mroźna. Ziemia nie odpoczęła jak należy, nie napiła się wilgoci, nie wyspała się pod śnieżną pierzyną – więc teraz czekała na burzę z utęsknieniem. Burza przyniesie upragnioną wilgoć, napoi ją rzęsistym deszczem, oczyści z kurzu i brudu, przywróci do życia. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa wiosna, hojna i kwitnąca, jak młoda, pełna miłości i czułości kobieta. A wtedy ziemia wyda zieloną trawę i barwne kwiaty, drżące liście i słodkie owoce na drzewach. Radośnie zaćwierkają ptaki, zaczną budować gniazda pośród młodych liści w kwitnących sadach. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni niósł się zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiktorii, bezsennej nocy, ponurych myślach, nie chciało się wstawać. Ale trzeba – życie toczy się dalej. Wiktoria wyglądała na równie zmęczoną, oczy miała zaczerwienione, pod nimi ciemne cienie. Podstawiła mu do pocałunku bladą twarz, uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo chciałabym, żeby już popadało! Kiedy w końcu przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Wiesz, przyszły mi do głowy wiersze: Czekam na wiosnę jak na wybawienie Od zimowego chłodu i osamotnienia. Czekam na wiosnę jak na wyjaśnienie Wszystkich życiowych zawiłości. Wydaje mi się, iż jak ona przyjdzie, Wszystko się rozjaśni. Wydaje mi się, iż ona jedna Może wszystko poukładać Uczciwiej, Prościej, Pewniej, Wierniej. Gdzie ty jesteś, wiosno? Przyjdź już szybko!! Sasza objął ją za wątłe ramiona, pocałował w pochyloną ze smutku jasną głowę. Włosy pachniały łąką, rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Pozostawała choć odrobina nadziei, którą żyli przez te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, postawił kropkę na wszelkich marzeniach. – Bardzo mi przykro, ale nie mogą Państwo mieć dzieci. Pana pobyt w Czarnobylu, panie Sasho, niestety nie przeszedł bez śladu. Niestety, tu medycyna jest bezradna. Żałuję, iż nie mogę Państwu pomóc. Wiktoria stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam i postanowiłam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam jest nieszczęśliwych maluchów! Weźmy chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka. Zgadzasz się? Tyle lat na niego czekaliśmy, tak bardzo… – Łzy lały się jej po policzkach. Sasza przytulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie, nie płacz. W tym momencie rozległ się potężny grzmot. Dom zatrząsł się od tego uroczystego huku. Nadciągnął rzęsisty deszcz. Niebiosa się otworzyły! Wreszcie Bóg wysłuchał ich modlitw! Upragniony deszcz lał jak z cebra. Od razu przyciemniało się jak gdyby nastała noc. Prawie nieustannie grzmiało, błyskały pioruny, jakby tuż nad dachem. Wiktoria i Sasza, obejmując się, stali przy oknie, przez uchylone okno wpadały zimne krople, rześki zapach deszczu ożywiał. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno okrywała ich dusze, topniała, rozmywała się, zmywana tym pierwszym wiosennym deszczem. Pragnęli tylko jednego – by ten deszcz trwał jak najdłużej. Upragniony, wiosenny deszcz – symbol życia, odrodzenia i rozkwitu! Kilka dni później stali przed drzwiami domu dziecka. Mieli wyznaczoną wizytę. Przyszli wybrać synka, wymarzonego synka, Wasilka. Już go kochali, choć jeszcze nie widzieli. Kochali miłością, która w ich sercach narastała przez lata oczekiwania. Oczekiwanie szczęścia, by mieć dziecko, wychowywać, uczyć go. Serca waliły im jak młot, z emocji trudno było oddychać. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły, już na nich czekali. Rozmowa z dyrektorką domu dziecka odbyła się kilka dni wcześniej, teraz po prostu zaprowadzono ich do dzieci, które potencjalnie mogły zostać ich synem. W pierwszym pokoju, do którego weszli, od razu zauważyli dziewczynkę, która siedziała w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięte pod noskiem smarki, wielkie niebieskie oczy patrzące ze smutkiem na przechodzących dorosłych. Od tego dziecka biła sierocość, zaniedbanie, niepotrzebność. Serce ścisnęło się z bólu. Oto dom dziecka! Przytułek porzuconych dzieci… W następnym pokoju w łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Oczy biegały w tę i z powrotem. Opiekunka pokazywała dzieci, podawała wiek, krótkie informacje o rodzicach. Dzieci były czysto ubrane, leżały lub siedziały na czystych prześcieradłach. Opiekunka delikatnie wyjmowała je z łóżeczek, pokazywała z każdej strony. Jak na rynku – pomyślał Sasza. A my jak kupujący. Zostało tylko zapytać o cenę za kilo. – Saszku, wróćmy do tamtej dziewczynki… – szepnęła mu Wiktoria. Sasza ścisnął jej ramię. – Proszę pani, chcielibyśmy jeszcze raz zobaczyć tę niebieskooką dziewczynkę z pierwszego pokoju. – Ale przecież szukali Państwo chłopca! Ta dziewczynka nie jest dla Państwa. Nie szykowałyśmy jej do prezentacji. – Prosimy, zaprowadźcie nas do niej. Chcemy zobaczyć ją raz jeszcze. Opiekunka wyraźnie się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła i zaprowadziła ich z powrotem. – Zawołam Annę Pietrową. Proszę poczekać tutaj – powiedziała, wskazując krzesła. Wiktoria przytuliła się do ramienia Saszy. – Saszku, weźmy tę dziewczynkę. Serce mi zadrżało, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do ciebie podobna – i oczka, i włoski. I taka biedna… Podeszła opiekunka z dyrektorką. Anna Pietrowa była wyraźnie zmartwiona. – Wybrali Państwo nieodpowiednie dziecko. Ona się nie nadaje. – Dlaczego? Tak nam przypadła do serca, do Wiktorii jest podobna. Zobaczcie sami, to jak kopia Wiktorii! – Sasza zdecydowanie ruszył do pokoju z dziewczynką. Dziecko już zdążyli umyć, przebrać w suche śpioszki, posprzątać mokrą ceratkę. choćby oczka się jej rozjaśniły i twarz zarumieniła. Gdy zobaczyła, iż dorośli stanęli przy jej łóżeczku, uśmiechnęła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki, próbowała wstać… Wiktoria ścisnęła dłoń Saszy. Dziewczynka miała stópki obrócone do tyłu. Sasza bez wahania wziął ją na ręce, malutka przytuliła się wilgotnym noskiem do jego policzka i umilkła. Łzy zakręciły mu się w oczach, Wiktoria wtuliła się w jego ramię i rozpłakała. Anna Pietrowa odwróciła się i otarła oczy chusteczką. – Chodźcie do mnie. Siostro, zabierz Lenusię. – I zdecydowanym krokiem ruszyła do gabinetu. Sasza i Wiktoria, trzymając się za ręce, poszli za nią. Dziewczynka urodziła się u już niemłodych wielodzietnych rodziców na dalekiej północy. Najwyraźniej chcieli się jej pozbyć. Urodziła się ze zdeformowanymi nogami. Kiedy pokazano ją rodzicom, ojciec od razu odmówił zabrania jej do domu. Próby przekonania, iż można uratować dziewczynkę operacjami, odbił słowami, iż nie ma na to pieniędzy, a nie chce wychowywać „potwora”. W domu już była gromada dzieci, ledwo wiązali koniec z końcem. Tak Lenusia trafiła do domu dziecka. – Teraz sami zdecydujcie, czy takie dziecko jest wam potrzebne. Szansę na zdrowie ma, ale to ogromny trud, wielkie wydatki oraz, co najważniejsze, wielka cierpliwość i miłość. Nie śpieszcie się, przemyślcie to. Dam wam adres profesora, który ją badał. Wyjaśni wam wszystko. Macie miesiąc na zastanowienie się. Proszę nie przychodzić wcześniej – dzieci gwałtownie przywiązują się, a potem… – westchnęła z żalem. Minął miesiąc. Wiktoria i Sasza natychmiast po pierwszej wizycie postanowili – biorą Lenusię. Konsultacja w Gdańsku potwierdziła, iż kolejne operacje naprawią to, co natura skrzywdziła. choćby blizn nie będzie widać – Lenusia będzie biegać jak wszystkie zdrowe dzieci. Sasza przeliczył, czy starczy pieniędzy – wyszło, iż tak, jeżeli sprzedadzą nowiutkie auto i zaczęty dom. Zamieszkają w kawalerce – byleby córka była zdrowa. Czekali niecierpliwie na koniec wyznaczonego terminu dzierżawionego przez dyrektorkę. I znowu znajome drzwi… Sasza ściska w dłoni bukiet różowych piwonii, Wiktoria wielką torbę prezentów dla dzieci. Anna Pietrowa ma drżące usta i łzy w oczach – szczęście, kolejny maluch znajdzie rodziców! Wszyscy razem wchodzą do sali dziecięcej. Oto Lenusia: zauważalnie urosła, jasne włoski kręcą się sprężyście, na buzi rumieńce, pokazuje pierwsze ząbki. Dziewczynka już brząka coś pod nosem, uśmiecha się. Sasza bierze ją na ręce, Lenusia obejmuje go za szyję rączkami, przytula się całą sobą. Idzie też do Wiktorii. Każdy ma łzy w oczach. Cały dzień spędzili w domu dziecka, nasłuchali się rad lekarzy i opiekunek – jak dbać, jak karmić. Ale jeszcze nie mogli zabrać dziecka. Pozostało przejść trudne procedury adopcyjne. Zgodnie z radą Anny Pietrowej, sprawę odmowy rodziców Lenusi skierowano do sądu. Zabrano im prawa rodzicielskie – już nie mogli się rozmyślić. W końcu przywieźli córkę do domu. Wiktoria rzuciła pracę, całą duszę włożyła w opiekę nad dzieckiem. Zaczęli szykować ją do pierwszej operacji w klinice w Gdańsku. Miesiąc spędzili w szpitalu. Lenusia pokazuje tacie, jak sama je kaszkę łyżeczką, jak miauczy kotek, jak bodzie rogata koza. Na nogi póki co nie da się patrzeć bez łez. Na dwór wychodzi tylko w długich spodeneczkach. Chodzi niezdarnie, jak kaczuszka, ale dziewczynka jest odważna, towarzyska, mówi wcześnie, zapamiętuje imiona wszystkich, wszyscy ją lubią. Najbardziej kocha Saszę. Tatuś, tak teraz z dumą mówi do niego. Już choćby Wiktoria tak nazywa męża. A tatuś nie posiada się z zachwytu – Lenusia to jego oczko w głowie, słoneczko. Rok później znów operacja – kolejne wyjazdy do Gdańska, kolejne noce czuwała Wiktoria przy łóżku w szpitalu. I wreszcie sukces: nóżki jak u wszystkich dziewczynek. Wreszcie może biegać, skakać! W wieku pięciu lat Lenusia trafiła do przedszkola. Tam zauważono, iż świetnie rysuje – polecono rozwijać talent. W sześciu poszła do szkoły plastycznej. Jej dzieła coraz częściej pojawiały się na wystawach dla dzieci – jaskrawe pejzaże, radosne sceny – budziły podziw wszystkich i zadziwiały młodym wiekiem autorki. W siedmiu latach poszła do podstawówki. Od początku została liderką klasy. Pilna uczennica, wesoła, odważna, z łatwością nawiązuje kontakty, świetnie rysuje, chodzi do szkoły plastycznej i na kółko taneczne. Zawsze otoczona przyjaciółmi – gdzie ona, tam śmiech i zabawa. Rodzice chodzą na zebrania w szkole z dumą, słyszą o Lenusi same pochwały. Nikt nie domyśla się, przez co musiała przejść ta dziewczynka i jej rodzice – nie ci, którzy ją urodzili, ale ci, którzy wychowali ją z miłością i troską. Bóg nie opuszcza także Saszy i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenusi w ich rodzinie wszystko zaczęło się układać. Początkowo słabnący biznes Saszy rozwinął się. Pozwolił spełnić marzenie – przeprowadzka do Gdańska, kupno dobrego mieszkania, zapisanie córki do prestiżowej szkoły. Dziś Lenusia jest już w szóstej klasie. Wciąż wzorowa uczennica, chodzi do szkoły plastycznej. To piękna, niebieskooka dziewczyna z jasnym, bujnym warkoczem. Czuła i serdeczna – ukochana wszystkich w klasie i rodzinie. Dar z nieba – tak mówią o niej najbliżsi…
Przenieś się na „swoje terytorium” – oświadczył mąż
Niż demograficzny uderza w przedszkola. W jednej dzielnicy Warszawy zamkną się aż cztery placówki
Zebrałem swoje sprawy i ruszyłem z uśmiechem, – podsumowała żona.
A zatem to Ty, babciu, będziesz musiała zająć się wnukiem!
Mam wrażenie, iż miłość już się skończyła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet świeżych stokrotek z targu przy Metrze Politechnika. Anna zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Stokrotki pachniały latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Darek stał przed nią z miną człowieka, który dokładnie wie, czego chce. A chciał jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Darek przyniósł koc, termos z herbatą i domowe kanapki przygotowane przez jego mamę. Siedzieli na trawie aż do zmroku. Anna zapamiętała jak śmiał się, odchylając głowę, jak przypadkiem muskał jej dłoń, jak patrzył na nią – tak, jakby była jedyną dziewczyną w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, której nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku poznała jego rodziców. Po roku zaproponował, by razem zamieszkali. – I tak spędzamy każdą noc razem – powiedział Darek, przegarniając palcami jej włosy. – Po co nam dwa mieszkania? Anna się zgodziła. Nie z powodu pieniędzy. Po prostu przy nim świat nabierał sensu. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Anna nauczyła się robić jego ulubione kotlety – z czosnkiem i koperkiem, dokładnie jak mama. Darek wieczorami czytał jej na głos artykuły z gazet o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Anna słuchała, opierając głowę na dłoni – wierzyła w każde jego słowo. Snuli plany: najpierw odłożyć na wkład własny, potem własne mieszkanie, potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka – chłopiec i dziewczynka. – Zdążymy ze wszystkim – mówił Darek, całując ją w czubek głowy. Anna przytakiwała. Przy nim czuła się niezniszczalna. … Piętnaście lat wspólnego życia obrosło drobiazgami, przyzwyczajeniami, rytuałami. Mieszkanie w dobrym rejonie, z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, który spłacali wcześniej, rezygnując z wakacji i kolacji w restauracji. Srebrna Toyota na parkingu – Darek sam wybierał, sam się targował z handlarzem, sam polerował maskę co sobotę. Duma rozlewała się po klatce piersiowej z ciepłem. Wszystko osiągnęli sami. Bez pieniędzy od rodziców, znajomości, przypadku. Po prostu pracowali, oszczędzali, zaciskali zęby. Nigdy nie narzekała. choćby gdy padała ze zmęczenia tak, iż usypiała w metrze i budziła się na pętli. choćby gdy miała chęć rzucić wszystko i wyjechać gdzieś nad morze. Byli zespołem. Tak Darek powtarzał – i Anna wierzyła. Jego dobro zawsze było na pierwszym miejscu. Anna nauczyła się tej zasady na pamięć, wplotła ją w własne DNA. Zły dzień w pracy? Szykowała obiad, nalewała herbatę, słuchała. Pokłócił się z szefem? Głaskała go po głowie, szeptała, iż wszystko będzie dobrze. Zwątpienie? Potrafiła go z niego wyciągnąć. – Jesteś moją ostoją, moim portem – mówił Darek wtedy. Anna uśmiechała się. Być czyimś portem – czy to nie szczęście? Ciężkie chwile się zdarzały. Pierwszy raz po pięciu latach wspólnego życia – firma, w której pracował Darek, upadła. Siedział w domu, przeglądał ogłoszenia, gasł z dnia na dzień. Drugi raz – jeszcze gorzej. Koledzy go wystawili, stracił nie tylko pracę, ale i sporą sumę. Musieli sprzedać samochód, żeby się wywiązać. Anna nie wyrzuciła mu tego ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe projekty, pracowała wieczorami, oszczędzała na sobie. Martwiło ją tylko jedno – jak on się czuje. Czy się nie załamie. Czy nie straci do siebie wiary. Darek się pozbierał. Znalazł nową pracę, choćby lepszą. Znów kupili srebrną Toyotę. Życie wróciło na swoje tory. Rok temu siedzieli w kuchni, aż Anna powiedziała wprost to, nad czym myślała od dawna: – Może już czas? Już dawno nie mam dwudziestu lat. jeżeli będziemy ciągle odkładać… Darek przytaknął. Powaznie, z namysłem. – Zacznijmy się przygotowywać. Anna wstrzymała oddech. Tyle lat marzeń, czekania na odpowiedni moment. Oto i on. Wyobrażała sobie to tysiące razy. Malutkie paluszki zaciskające jej dłoń. Zapach zasypki dla dzieci. Pierwsze kroki po ich salonie. Darek czytający bajkę do snu. Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie. Zmiany zaczęły się natychmiast. Anna uporządkowała dietę, tryb dnia, aktywność. Zrobiła badania, zaczęła brać witaminy. Kariera zeszła na dalszy plan – choć właśnie miała awans. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa znad okularów. – Druga taka szansa może się nie powtórzyć. Była pewna. Awans oznaczałby delegacje, nieregularne godziny, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Przejdę do oddziału – zdecydowała. Szefowa wzruszyła ramionami. Oddział był piętnaście minut piechotą od domu. Praca nudna, rutynowa, bez perspektyw. Ale za to punkt szósta wychodziła do domu i zapominała o robocie na cały weekend. Anna gwałtownie się wdrożyła. Nowi koledzy byli mili, choć bez ambicji. Sama gotowała sobie obiady, chodziła na spacery, kładła się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka. Wszystko dla ich rodziny. Chłód pojawił się nagle. Na początku Anna nie przywiązywała wagi. Darek dużo pracuje, jest zmęczony. To minie. Ale przestał pytać, jak jej dzień. Przestał ją obejmować przed snem. Przestał patrzeć na nią jak wtedy, gdy nazwyał ją najpiękniejszą na wydziale. W domu zrobiło się dziwnie cicho. Kiedyś rozmawiali godzinami – o pracy, planach, bzdurach. Teraz Darek siedział w telefonie. Zbywał ją jednym słowem. Zasypiał odwrócony do ściany. Anna leżała obok, wpatrzona w sufit. Między nimi przepaść szeroka na pół metra materaca. Bliskość znikła zupełnie. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc… Przestała liczyć. On zawsze miał jakąś wymówkę: – Jestem zmęczony. Jutro, dobrze? Jutro nie nadchodziło. Zapytała wprost. Kiedyś, wieczorem, zagrodziła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Powiedz szczerze. Darek patrzył gdzieś nad jej głową, na framugę. – Wszystko w porządku. – Nieprawda. – Wymyślasz sobie. To tylko taki okres. Przejdzie. Obszedł ją, zamknął się w łazience. Poleciała woda. Anna stała w korytarzu z ręką na sercu. Bolało – ciągle, tępo, nieustannie. Wytrzymała jeszcze miesiąc. Potem nie dała rady i zapytała: – Kochasz mnie jeszcze? Pauza. Długa, straszna pauza. – Ja… nie wiem, co do ciebie czuję. Usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Darek w końcu spojrzał jej w oczy. Było w nich tylko zagubienie, pustka. Ani cienia ognia sprzed piętnastu lat. – Wydaje mi się, iż miłość już przeminęła. Dawno. Milczałem, bo nie chciałem cię ranić. Miesiące Anna tkwiła w tym piekle, nie wiedząc prawdy. Łapała jego spojrzenia, analizowała każde słowo, szukała wytłumaczenia. Może problemy w pracy. Może kryzys wieku średniego. Może po prostu zły humor. A on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ona planowała dziecko, rezygnowała z kariery, przygotowywała się do macierzyństwa. Decyzja przyszła nagle. Żadnego „może”, „może się ułoży”, „musimy poczekać”. Wystarczy. – Składam pozew o rozwód. Darek zbladł. Anna widziała, jak drgnęło mu jabłko Adama. – Poczekaj. Nie rób tego pochopnie. Możemy spróbować… – Spróbować? – Może zdecydujmy się na dziecko? Może to coś zmieni. Mówią, iż dzieci zbliżają. Anna parsknęła gorzkim śmiechem. – Dziecko tylko wszystko pogorszy. Nie kochasz mnie. Po co nam wtedy dzieci? By potem się rozwodzić z niemowlakiem na ręku? Darek milczał. Nie potrafił odpowiedzieć. Anna wyszła tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, jak przestały jej się trząść ręce. Podział majątku zapowiadał się żmudnie. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat decyzji i zakupów. Prawnik mówił coś o wycenie, udziałach, negocjacjach. Anna kiwała głową, notowała, starała się nie myśleć, iż ich życie zostało sprowadzone do metrów kwadratowych i liczby koni mechanicznych. niedługo znalazła własną kawalerkę do wynajęcia. Uczyła się żyć sama. Gotować dla jednej osoby. Oglądać seriale bez czyjegoś komentarza nad uchem. Zasypiać na całym łóżku. W nocy przychodziła fala wspomnień. Leżała z twarzą w poduszce, przypominały się stokrotki z targu, koc w Łazienkach, jego śmiech, dłonie, głos, który szeptał „jesteś moim portem”. Bolało nie do zniesienia. Nie wyrzucisz piętnastu lat z serca, jak starych rzeczy na śmietnik. Ale spoza tego bólu wyłaniało się coś jeszcze. Ulga. Uczucie, iż zrobiło się dobrze. Zdążyła się zatrzymać, zanim przywiązała się do tego człowieka dzieckiem. Zanim utknęła na lata w martwym związku „dla dobra rodziny”. Trzydziestka dwójka na karku. Całe życie przed nią. Strach? Ogromny. Ale da radę. Nie ma wyjścia.
Teraz będziecie mieć własne dziecko, a ona powinna wrócić do domu dziecka — Teściowa naciska na oddanie adoptowanej córki, bo wreszcie doczekali się „prawdziwego” potomka
Bawili się na śniegu. Opiekunka zauważyła, iż zniknęły dwie dziewczynki
Kobiety umawiają mężczyzn do lekarza - aż 82 proc. wszystkich wizyt. Naprawdę to też muszą robić?
Chwile grozy w Poznaniu. Przedszkolaki oddaliły się od grupy
Synek influencerki trafił do szpitala. "Błagam was, nie bagatelizujcie gorączki!"
Przedszkolanki zgubiły dwie dziewczynki podczas zabawy na śniegu. "Było ciemno i bardzo zimno"
1500 zł na dziecko nie jest dane raz na zawsze. Tak można stracić "babciowe"
Gminne ferie zimowe 2026. Dwa dni atrakcji w Radoszycach
Pionierzy Lotnictwa – półkolonia zimowa w Muzeum Lotnictwa Polskiego
Przeprowadź się na „swoją ziemię” – ogłosił mąż
Jaki sekret może kryć umysł dziecięcego geniusza? [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Sprawdzili sale zabaw dla dzieci. Co piąta stwarza zagrożenie
A musisz teraz zająć się wnuczkiem, w końcu jesteś babcią!
Nieprawdziwe dziecko
Leokadia – historia, pochodzenie, znane posiadaczki
Okazja Cenowa (City) – 60368 Łódź badacza Arktyki
Ile zebrała WOŚP w 2025 roku?
Element codziennego rytuału taty. Szybka i pyszna kawa bez wychodzenia z domu
Domowa kawa, która smakuje jak z kawiarni. Na ekspresie zyskasz ty i twoja kuchnia
Okazja Cenowa (Hary Potter) – 76450 Book Nook: Ekspres do Hogwartu
Okazja Cenowa (Disney) – 43217 Dom z bajki „Odlot”
Okazja Cenowa (Creator) – 31171 Dzikie zwierzęta: dumny nosorożec z ptakami
Top 3 modele sanek - klasyczne drewniane i bobsleje. Bezpieczne, wytrzymałe i w super cenie!
Daj mi, proszę, powód – Miłego dnia – powiedział Denis, pochylając się, by musnąć ustami jej policzek. Anastazja skinęła głową bezwiednie. Policzka nie ogrzał pocałunek – nie pojawiło się żadne ciepło ani rozdrażnienie. Tylko skóra, tylko dotyk. Drzwi zamknęły się, a w mieszkaniu rozlała się cisza. Stała w korytarzu jeszcze przez kilka sekund, wsłuchując się w siebie. Kiedy to się adekwatnie stało? Kiedy w środku coś pękło i po prostu się wyłączyło? Anastazja pamiętała, jak dwa lata temu płakała w łazience, bo Denis zapomniał o ich rocznicy. Jak rok temu trzęsła się ze złości, bo znów nie odebrał Wiktorii z przedszkola. Jak pół roku temu jeszcze próbowała rozmawiać, tłumaczyć, prosić. Teraz – pusto. Gładko i czysto, jak wypalone pole. Anastazja przeszła do kuchni, nalała sobie kawy i usiadła przy stole. Dwadzieścia dziewięć lat. Siedem w małżeństwie. A teraz siedzi w pustym mieszkaniu z wystygłą filiżanką i uświadamia sobie, iż przestała kochać męża tak cicho i zwyczajnie, iż choćby nie wie, kiedy się to stało. Denis żył według starego scenariusza. Obiecywał, iż odbierze córkę z przedszkola – nie odbierał. Mówił, iż naprawi kran w łazience – kran ciekł trzeci miesiąc. Przysięgał, iż w ten weekend pojadą do zoo – ale w sobotę znalazł ważniejsze sprawy z kolegami, a w niedzielę leżał na kanapie. Wiktoria przestała pytać, kiedy tata się z nią pobawi. W wieku pięciu lat już wiedziała: mama – to pewność. Tata – to ktoś, kto czasem pojawia się wieczorem i patrzy w telewizor. Anastazja już nie robiła awantur. Nie płakała w poduszkę. Nie snuła planów naprawiania relacji. Po prostu wykreśliła Denisa z równania swojego życia. Trzeba zawieźć samochód na przegląd? Umawiała się sama. Zepsuł się zamek na balkonowych drzwiach? Wzywała fachowca. Wiktorii potrzebny strój śnieżynki na przedszkolny występ? Szyła sama nocami, kiedy mąż chrapał w sąsiednim pokoju. Rodzina zmieniła się w dziwną konstrukcję dwojga dorosłych, żyjących pod jednym dachem równoległymi światami. Którejś nocy Denis próbował się do niej przytulić w łóżku. Anastazja delikatnie się odsunęła, zasłaniając się bólem głowy. Potem zmęczeniem. Potem wymyślonymi dolegliwościami. Systematycznie budowała mur między ich ciałami, a z każdym odmową mur rósł. „Niech znajdzie sobie kogoś na boku” – myślała z chłodem. – „Niech da mi powód. Prawdziwy, zrozumiały powód, który zaakceptują rodzice i teściowa. Powód, którego nie trzeba będzie tłumaczyć”. Bo jak wyjaśnić matce, iż odchodzi od męża po prostu dlatego, iż on… jest nijaki? Nie bije, nie pije, pieniądze do domu przynosi. Nie pomaga w domu – ale tak jest u wszystkich. Nie bawi się z dzieckiem – mężczyźni podobno nie umieją zajmować się dziećmi. Anastazja założyła osobne konto w banku i zaczęła odkładać tam część wypłaty. Zapisała się na siłownię – nie dla męża, a dla siebie. Dla tego nowego życia, które już gdzieś majaczyło, za horyzontem nieuniknionego rozwodu. Wieczorami, kiedy Wiktoria zasypiała, Anastazja zakładała słuchawki i słuchała podcastów po angielsku. Rozmówki, służbowa korespondencja. Jej firma współpracowała z zagranicznymi klientami, a lepsza znajomość języka mogła otworzyć inne drzwi. Kursy doszkalające pochłaniały jej dwa wieczory w tygodniu. Denis narzekał, iż musi siedzieć z Wiktorią, chociaż „siedzenie” oznaczało w jego wykonaniu włączenie bajek i zanurzenie się w telefonie. Weekendami Anastazja spędzała czas z córką. Parki, place zabaw, kawiarnie z milkshake’ami, wyjścia do kina na animacje. Wiktoria przywykła, iż to ich czas – mamy i jej. Tata gdzieś egzystował na peryferiach, jak mebel. „Nawet nie zauważy” – przekonywała się Anastazja. – „Po rozwodzie kilka się dla niej zmieni”. Myśl była wygodna. Anastazja czepiła się jej, jak koła ratunkowego. A potem coś się przesunęło. Nie od razu zrozumiała, co. Po prostu któregoś wieczoru Denis sam zaproponował, iż ułoży Wiktorię spać. Potem – iż ją odbierze z przedszkola. Potem – zrobił kolację. Proste makaron z serem, ale sam bez próśb czy upomnień. Anastazja patrzyła na niego podejrzliwie. Co to? Wyrzuty sumienia? Krótkotrwałe szaleństwo? Próba naprawienia czegoś, o czym ona jeszcze nie wie? Ale dni mijały, a Denis nie wracał do poprzedniego trybu. Wstawał rano, żeby odprowadzić Wiktorię do przedszkola. Naprawił wreszcie ten kran. Zapisał córkę na pływanie i sam ją woził na zajęcia w soboty. – Tata, patrz, umiem nurkować! – Wiktoria biegała po mieszkaniu naśladując pływaka. Denis łapał ją, podrzucał pod sufit, a dziewczynka śmiała się szczerze i radośnie. Anastazja patrzyła na tę scenę z kuchni i nie poznawała własnego męża. – Mogę z nią posiedzieć w niedzielę – powiedział Denis pewnego wieczoru. – Przecież masz spotkanie z koleżankami? Anastazja skinęła powoli głową. Żadnego spotkania nie było, chciała po prostu posiedzieć sama z książką w kawiarni. Skąd on wie o koleżankach? Podsłuchuje, kiedy rozmawia przez telefon? Tygodnie zmieniały się w miesiące. Miesiąc w dwa. Denis nie poddawał się, nie cofał, już nie wracał do starego zobojętnienia. – Zarezerwowałem nam stolik w tej włoskiej restauracji – oznajmił pewnego razu. – W piątek. Mama zgodziła się posiedzieć z Wiktorią. Anastazja podniosła wzrok znad laptopa. – Z jakiej okazji? – Bez okazji. Chcę cię zabrać na kolację. Zgodziła się. Z ciekawości, mówiła sobie. Żeby zobaczyć, co zamierza. Restauracja była przytulna, z przyciszonym światłem i muzyką na żywo. Denis zamówił jej ulubione wino – i Anastazja ze zdumieniem zdała sobie sprawę, iż pamięta, jakie lubi. – Zmieniłeś się – powiedziała wprost, bez ogródek. Denis zakręcił kieliszek w dłoni. – Byłem ślepy. Taki klasyczny, nieuleczalnie głupi facet. – To żadna nowość. – Wiem. – Uśmiechnął się krzywo, zupełnie niewesoło. – Myślałem, iż pracuję dla rodziny. Że liczą się pieniądze, większe mieszkanie, lepszy samochód. A tak naprawdę po prostu… uciekałem. Od odpowiedzialności, od codzienności, od wszystkiego. Anastazja milczała, pozwalając mu mówić. – Zauważyłem, iż się zmieniłaś. Że zaczęło ci być wszystko jedno. I to… to było straszniejsze niż jakakolwiek awantura, rozumiesz? Krzyczałaś, płakałaś, żądałaś – i to wydawało się normalne. A potem przestałaś. Jakby mnie nie było. Odłożył kieliszek na stół. – Prawie was straciłem. Ciebie i Wiki. I dopiero wtedy zrozumiałem, iż wszystko robię źle. Anastazja długo na niego patrzyła. Na tego mężczyznę, który siedział naprzeciw i mówił jej to, czego czekała latami. Za późno? Czy jeszcze nie? – Zamierzałam się rozwieść – powiedziała cicho. – Czekałam aż dasz mi powód. Denis pobladł. – Boże, Asiu… – Odkładałam pieniądze. Rozglądałam się za mieszkaniem. – Nie wiedziałem, iż to aż tak… – Powinieneś był wiedzieć – przerwała mu. – To twoja rodzina. Powinieneś widzieć, co się dzieje. Między nimi zawisła gęsta cisza. Kelner, wyczuwając atmosferę, ominął ich stolik szerokim łukiem. – Jestem gotów nad tym pracować – powiedział wreszcie Denis. – Nad nami. jeżeli dasz mi szansę. – Jedną szansę. – Jedna – to i tak więcej, niż zasłużyłem. Siedzieli w tej restauracji do zamknięcia. Rozmawiali o wszystkim – o Wiktorii, o pieniądzach, o podziale obowiązków, o tym, czego każdy tak naprawdę oczekuje. Po raz pierwszy od wielu lat była to prawdziwa rozmowa, nie wymiana pretensji ani puste formułki. Zmiana przychodziła powoli. Anastazja nie rzuciła się mężowi w ramiona następnego dnia. Przyglądała się, sprawdzała, szukała haczyka. Ale Denis wytrzymał. Przejął gotowanie w weekendy. Ogarnął rodzicielskie czaty z przedszkola. Nauczył się zaplatać Wiktorii warkoczyki – krzywo, koślawo, ale sam. – Mamo, zobacz! Tata zrobił smoka! – Wiktoria wbiegła do kuchni, prezentując stwora z pudełek i kolorowej tektury. Anastazja patrzyła na tego „smoka” – pokracznego, z jednym skrzydłem większym od drugiego – i uśmiechała się… …Pół roku minęło niepostrzeżenie. W grudniu pojechali całą rodziną do rodziców Anastazji na działkę. Stary dom pachnący drewnem i szarlotką, ogród zasypany śniegiem, skrzypiące schody. Anastazja siedziała przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyła, jak Denis i Wiktoria lepią bałwana. Córka rządziła – nos tu, oczka wyżej, szalik krzywo zawiązany! – a Denis grzecznie wykonywał jej polecenia, raz po raz chwytając ją w ramiona i podrzucając do góry. Krzyk euforii Wiktorii niósł się po całej okolicy. – Mamo! Mamo, chodź na dwór! – machała rękami dziewczynka. Anastazja narzuciła kurtkę i wyszła na ganek. Śnieg iskrzył w niskim słońcu, mróz szczypał w policzki, a gdzieś z boku poleciała kula śniegu. – To tata! – od razu wydała go Wiktoria. – Zdrajczyni – parsknął Denis. Anastazja złapała śnieg i rzuciła w męża. Nie trafiła. Zaśmiał się i ona również – a po chwili wszyscy troje turlali się po zaspach, zapomniawszy o bałwanie, o mrozie, o całym świecie. Wieczorem, gdy Wiktoria zasnęła na kanapie, nie doczekawszy końca bajki, Denis delikatnie przeniósł ją do łóżka. Anastazja przyglądała się, jak ją przykrywa, poprawia poduszkę, odgarnia z czoła włosy. Usiadła przy kominku, ogrzewając ręce o filiżankę. Za oknem padał gęsty śnieg, otulając świat na biało. Denis usiadł obok. – O czym myślisz? – O tym, jak dobrze, iż nie zdążyłam. Nie zapytał, czego nie zdążyła. Zrozumiał bez słów. Wiedziała, iż relacja wymaga codziennego wysiłku. Nie heroizmu, ale drobiazgów: usłyszeć, pomóc, zauważyć, wesprzeć. Przed nimi mogą być jeszcze trudne dni, niezrozumienia, konflikty o drobiazgi. Ale teraz, w tej chwili, mąż i córka byli tuż obok. Żywi, prawdziwi, kochani. Wiktoria się przebudziła, przybiegła do nich i wcisnęła się pomiędzy rodziców. Denis objął je obie, a Anastazja pomyślała, iż są rzeczy, dla których warto zawalczyć… Daj mi, proszę, powód
Niechciane dziecko — Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? — Starszy lekarz z życzliwym uśmiechem spoglądał na młodą pacjentkę. — Jeszcze nie wybraliśmy imienia — wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. — To poważna sprawa, Daria musi się dobrze zastanowić. — Wcale nie chcę jej nazywać. — Niespodziewanie do rozmowy włączyła się młoda mama. — Ja w ogóle nie zamierzam jej zabierać. Napiszę zrzeczenie. — Co ty mówisz?! — kobieta zerwała się, rzucając gniewne spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym zwróciła się do lekarza. — Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, córeczkę zabierzemy do domu. — Wrócę później, odpoczywajcie — lekarz wycofał się, nie mając ochoty uczestniczyć w rodzinnej kłótni. Gdy drzwi za lekarzem się zamknęły, matka rzuciła się na dziewczynę z pretensjami. — Jak śmiesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy przeprowadzić się do Warszawy, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. — A czyja to wina? — Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. — Gdybyś wtedy mnie posłuchała, nic z tego by się nie wydarzyło. Skończyłabym spokojnie liceum i poszła na studia. o ile ci tak zależy na tym dziecku, to sama je sobie zabierz. Dziewczyna odwróciła się do ściany, dając jasno do zrozumienia, iż nie ma ochoty kontynuować rozmowy. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić córce do rozumu, ale wtedy zajrzała pielęgniarka i poprosiła, by matka opuściła salę, bo pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Z cichym szlochem wciskała twarz w poduszkę, błagając los, by to wszystko jak najszybciej się skończyło. Nieśmiałe pukanie do drzwi zmusiło ją do otarcia łez. Wzięła głęboki oddech i powiedziała: — Proszę. Spodziewała się któregoś z personelu albo, w najgorszym razie, ojca. Tymczasem do sali weszła zupełnie obca kobieta. — Przepraszam, czy mogę jakoś pomóc? — kto by pomyślał, jak ciężko jej było zachować pozory spokoju! — Usłyszałam… Zupełnie przypadkiem! Lekarze rozmawiali blisko mojej sali. — Kobieta krępowała się, by wprost zapytać. — Tak, chcę zrzec się dziecka. To prawda. O to pani chodziło? — Widziałam, jak twoja mama… — Ona nie jest moją mamą! — ostro przerwała Daria, porzucając maskę spokoju. — To tylko macocha, która myśli, iż wszystko jej wolno. Moja prawdziwa mama pracuje za granicą. — Przepraszam, nie chciałam cię urazić — kobieta poczuła się niezręcznie. — Mam troje dzieci i nie mogę zrozumieć twojej decyzji. Sama wychowałam się w domu dziecka, więc bardzo się boję o twoją córeczkę. Przecież ona nie jest winna! — Takie maluszki gwałtownie znajdują nowy dom, tak mi mówili — wzruszyła ramionami Daria. — Ja nie potrafię choćby wziąć jej na ręce, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby Natalia się nie wtrąciła, w ogóle by mnie tu nie było. — Przecież jesteś już dorosła, masz ponad piętnaście lat, prawda? — Przecież to wstyd! — zakpiła głosem macochy Daria. — Jak pokażemy się ludziom na oczy? — Nie rozumiem… — Opowiem pani — dziewczyna uśmiechnęła się krzywo. — Może wtedy pani przestanie mnie osądzać. ******************************************************** Ostatni rok liceum był dla Darii wyjątkowo pechowy. Jej ukochanego Pawła powołano do wojska, a do klasy dołączył nowy chłopak. Syn warszawskiego biznesmena, przyjechał tu za karę, bo w stolicy narobił ojcu wstydu swoimi podbojami. Makar obsypywał dziewczyny prezentami, zabierał do modnych knajp, a każda z nich przez chwilę liczyła na pierścionek zaręczynowy. Tylko Daria pozostała niewzruszona. Miała chłopaka i nie interesował jej nikt poza Pawłem. W końcu wydawało się nawet, iż Makar sobie odpuścił — skupił się na innych koleżankach. Tak jej się przynajmniej wydawało. Jak bardzo się myliła… W grudniu koleżanka urządziła imprezę urodzinową w domu. Była cała klasa, a Makar też się pojawił, ale najwyraźniej nie miał zamiaru tylko gratulować solenizantce. W pewnym momencie Darii zadzwonił telefon. Wyszła na korytarz, żeby odebrać. Kiedy wróciła, przy jej miejscu siedział już Makar. Nie zwróciła na to większej uwagi… aż nagle źle się poczuła. Następnego ranka z trudem otworzyła oczy, a obok niej leżał Makar i uśmiechał się zadowolony. — A mówiłaś, iż nie jesteś taka — rzucił bezczelnie. — To taki prezent ode mnie. Twój Paweł to frajer. Daria ledwo dotarła do domu. Słaniała się na nogach, a przechodnie patrzyli na nią z politowaniem. Zamiast wyjmować klucze, zadzwoniła do drzwi. Miała pewność, iż macocha jest w domu. — Gdzie się włóczyłaś? — warknęła Natalia, widząc Darii stan. — Nie wróciłaś na noc, na SMS-y nie odpowiadasz, a wyglądasz tragicznie! Gdyby ojciec cię zobaczył… — Wezwij lekarza i policję — przerwała Daria. — Chcę złożyć zeznania. Niech go zamkną. Natalia naprężyła się, połączyła fakty i doszła do wniosków. — Kto to zrobił? — Makar, kto inny — odpowiedziała Daria. — Nikt inny nie miałby tyle tupetu. — Zaczekaj… — Natalia zastanawiała się chwilę, bo lubiła z każdej sytuacji odnieść korzyść. — I tak ojciec go wybroni. Załatwimy to inaczej. Porozmawiam z jego tatą, niech zapłaci odszkodowanie. — Zwariowałaś?! — Daria nie mogła uwierzyć — Jakie odszkodowanie? Idę na policję! — Nigdzie nie pójdziesz! — chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do pokoju, bo Daria nie miała siły się bronić. — I tak zwalą winę na ciebie. Cała okolica będzie na ciebie palcami pokazywać. Ja się tym zajmę. Nie miała telefonu, zgubiła gdzieś po drodze lub zostawiła u koleżanki. Drzwi zostały zamknięte na klucz, a łóżko jakby przyciągało coraz mocniej… Kilka dni później pojechała do babci — ta mieszkała ponad sto kilometrów od ich miasta i miała już swoje lata. Nie chciała martwić kochanej osoby, więc udawała, iż wszystko w porządku. Po miesiącu dowiedziała się prawdy. Tamta noc miała konsekwencje. Była w ciąży. Natalia była zachwycona. To dziecko miało zabezpieczyć przyszłość dla wszystkich! Dziadek na pewno zapłaci — już raz krył synka i znów to zrobi. Trzeba tylko poczekać do piątego miesiąca, a wtedy… Nikt nie pytał Darii o zdanie. Gdy tylko wspomniała, iż nie chce tego dziecka, macocha urządziła dziką awanturę i nie odstępowała jej na krok. Dziadek Makara nie był zachwycony, ale zapłacił. Obiecał również comiesięczne alimenty. ******************************************************** — Teraz pani rozumie? Przez to dziecko tyle wycierpiałam. Paweł się ode mnie odwrócił, koleżanki też, przeprowadziliśmy się, a ja choćby nie skończyłam szkoły! — Przepraszam, nie powinnam była osądzać — kobiecie zrobiło się głupio. — Ale to dziecko naprawdę nie jest niczemu winne. — Dario, musimy poważnie porozmawiać! — drzwi do sali stanowczo otworzyła Natalia, wciągając za sobą ojca. — Proszę, żeby osoby postronne opuściły salę. To sprawa rodzinna! Kobieta rzuciła Darii pełne współczucia spojrzenie i opuściła salę, zamykając drzwi. — Nie pozwolę ci zniszczyć mojego idealnego planu. o ile zostawisz dziecko tutaj, to nie masz po co wracać do domu. I gdzie pójdziesz? Babci już nie ma, jej mieszkanie dostał twój wujek. Zamierzasz żebrać na ulicy? — Nie, pojedzie ze mną — do sali weszła elegancka, zadbana kobieta. Twarz Darii aż rozjaśnił uśmiech ulgi. — Mamo! Przyjechałaś! — Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłam zostawić cię samej w takiej chwili — Albina przytuliła córkę. — Gdybyś tylko wcześniej powiedziała mi prawdę, zabrałabym cię dawno do siebie. Myślałam, iż tu będzie ci łatwiej skończyć szkołę. — Myślałam, iż już mnie nie chcesz — zaszlochała Daria. — W końcu jestem tylko dzieckiem. — Pewna osoba twierdziła, iż nie chcesz się ze mną kontaktować. Moje prezenty zawsze wracały nieotwarte, a telefon milczał. Myślałam, iż nie możesz mi wybaczyć. Ale to już za nami — powiedziała pogodnie Albina, ocierając łzy córki. — Wyjedziemy stąd i zapomnisz o wszystkim… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Ale… gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Makar musiał oficjalnie uznać dziecko, choć bardzo się przed tym wzbraniał. Daria zaś w końcu jest szczęśliwa. Jest blisko najdroższej osoby, która nigdy jej nie zawiedzie… Porażać prawdą: Niechciane dziecko – opowieść o matczynej decyzji, rodzinnych dramatów i sile wsparcia bliskich w polskiej rzeczywistości
Franz Kafka cytaty z Procesu: znaczenie i interpretacja fragmentów
A z małym wnukiem musisz usiąść, przecież jesteś babcią!
Teściowa zaproponowała, żebyśmy wprowadzili się do jej mieszkania – od razu było widać, iż ma w tym własny interes — Bardzo dziękujemy za propozycję. To naprawdę wielkoduszne. Ale odmówimy. Twarz teściowej wydłużyła się. — Dlaczego? Dumni tacy? — Nie, nie dumni. Mamy swoje ułożone życie. Dzieciom zmieniać szkołę w połowie roku to stres. Poza tym przywykliśmy. Niedawno robiliśmy remont, wszystko jest nowe. A u pani… — Krystyna zrobiła pauzę, szukając słów, ale postanowiła powiedzieć wprost. — U pani przecież wszystko to wspomnienia, cenne rzeczy. Dzieci są małe, coś mogą zniszczyć, pobrudzić. Po co nam te nerwy? Gdy Krystyna wróciła z pracy do domu, mąż stał w korytarzu. Wyraźnie na nią czekał. Zdjela buty, bez słowa przeszła do sypialni, przebrała się i udała do kuchni. Mąż poszedł za nią w milczeniu. Krystyna nie wytrzymała: — Znowu zaczniesz? Przecież mówiłam: nie! Dawid westchnął ciężko. — Mama dziś znowu dzwoniła. Mówi, iż ciśnienie jej skacze, ciężko jej tam, dziadkowie coraz słabsi, kapryszą jak dzieci. Sama nie daje rady. — I co z tego? – Krystyna upiła łyk zimnej wody, starając się stłumić narastającą irytację. – Sama wybrała życie na działce. Wynajmuje mieszkanie, ma pieniądze, świeże powietrze. Przecież jej się podobało. — Podobało się, póki miała siły. Teraz narzeka, iż jej nudno i ciężko. W każdym razie… — Dawid wziął głęboki oddech. — Zaproponowała nam przeprowadzkę do jej trzypokojowego mieszkania. Krystyna spojrzała na męża z niedowierzaniem i warknęła: — Nie. — Czemu od razu „nie”? choćby nie dasz mi dokończyć! — Dawid rozłożył ręce. — Słuchaj: dzielnica super. Do twojej pracy 15 minut, do mojej 20. Szkoła językowa tuż obok, przedszkole na podwórku. Przestaniemy tracić czas w korkach! A to mieszkanie wynajmiemy, kredyt się sam będzie spłacał. Jeszcze coś zostanie. — Dawid, słyszysz siebie? – Krystyna podeszła do niego blisko. – Tu mieszkamy dwa i pół roku. Sama wybierałam miejsce na każdą wtyczkę! Dzieci mają przyjaciół w sąsiednim bloku. W końcu jesteśmy u siebie. U siebie! — Jaka to różnica, gdzie mieszkamy, skoro do domu wracasz tylko spać? Dwie godziny w korku wracamy! — odparował mąż. — Tam jest stare, solidne budownictwo, trzy metry do sufitu, ściany grube, sąsiadów nie słychać. — I remont z czasów, jak chodziłam do podstawówki, – ucięła Krystyna. – Zapomniałeś, jak tam śmierdzi? I najważniejsze – to nie nasz dom. To mieszkanie Anny Leonidówny. — Mama powiedziała, iż nie będzie się wtrącać. Zostaje na działce, po prostu będzie wiedziała, iż mieszkanie ktoś dogląda. Krystyna gorzko się uśmiechnęła. — Dawid, masz pamięć jak złota rybka? Przypomnij sobie, jak kupowaliśmy to mieszkanie… (…) [pozostała część tytułu do adaptacji zgodnie z pozostałą treścią – przykład w razie dłuższych tytułów] Krystyna od razu przejrzała zamiary teściowej. „Darmowa opieka nad mieszkaniem, a my z dziećmi i tak nie będziemy czuli się na swoim”. Ostatecznie postawiła na swoim: „Wolę codziennie stać w korkach, niż mieszkać w cudzym – własny kąt jest dla mnie ważniejszy”.
Chyba miłość już minęła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym wydziale – powiedział wtedy, wręczając Ani bukiet polnych rumianków kupionych na straganie przy metrze. Ania roześmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i czymś absolutnie adekwatnym. Darek patrzył jej w oczy jak ktoś, kto doskonale wie, czego chce. A on chciał właśnie jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach Królewskich. Darek przyniósł koc, termos herbaty i kanapki zrobione przez jego mamę. Siedzieli na trawie aż zapadł zmrok. Ania pamięta, jak się śmiał – odchylając głowę ku niebu. Jak musnął jej dłoń niby przypadkiem, jak patrzył na nią, jakby poza nią nie było wokół nikogo w całej Warszawie. Po trzech miesiącach zabrał ją do kina Muranów na jakąś francuską komedię, której nie rozumiała, ale śmiała się z nim do łez. Pół roku później poznała jego rodziców. Po roku zaproponował, żeby się wprowadziła. – I tak spędzamy razem każdą noc – mruczał, bawiąc się jej włosami. – Po co nam dwa mieszkania? Ania się zgodziła. Nie dla pieniędzy, nie. Po prostu świat z nim nabierał sensu. Ich wynajęta kawalerka pachniała rosołem w niedziele i świeżo wyprasowaną pościelą. Ania nauczyła się robić mu kotlety – czosnkowe, z koperkiem, tak jak jego mama. Wieczorami Darek czytał na głos artykuły o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Ania słuchała z podpartą dłonią głową i wierzyła w każde jego słowo. Planowali przyszłość. Najpierw odłożyć na wkład własny. Potem swoje mieszkanie. Potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójkę, chłopiec i dziewczynka. – Ze wszystkim zdążymy – całował ją w czubek głowy. Ania kiwała głową. Z nim czuła się niezwyciężona. …Piętnaście lat wspólnego życia obrastało rzeczami, przyzwyczajeniami, rytuałami. Mieszkanie na Żoliborzu z widokiem na skwer. Kredyt na dwadzieścia lat spłacali przed czasem – wybierając oszczędności zamiast wakacji i restauracji. Srebrna Toyota na parkingu – bardzo jego, przez niego wynegocjowana, przez niego pastowana w każdą sobotę. Dumna fala wzbierała jej w piersi. Sami wszystko zbudowali. Bez pomocy rodziców, bez znajomości, bez szczęścia. Po prostu pracowali, odkładali, znosili. Nigdy się nie żaliła. choćby kiedy padała ze zmęczenia i zasypiała w metrze, budząc się na Wileńskim. choćby kiedy chciała rzucić wszystko i lecieć nad morze. Byli drużyną. Tak mówił Darek i Ania wierzyła. Jego dobrostan zawsze był na pierwszym miejscu. Ania znała tę zasadę na pamięć, wplatając ją w swoje DNA. Zły dzień w pracy? Gotowała obiad, parzyła herbatę, słuchała. Kłótnia z szefem? Głaskała go po głowie, szeptała, iż wszystko się ułoży. Wątpliwości? Znała adekwatne słowa, podnosiła go z dna. – Jesteś moją kotwicą, moim azylem – mówił wtedy. Ania się uśmiechała. Być czyjąś kotwicą – czy nie o tym się marzy? Bywało ciężko. Najpierw po pięciu latach – firma, w której pracował Darek, upadła. Trzy miesiące szukał, wertował ogłoszenia, ciemniał z każdym dniem. Drugi raz – jeszcze trudniej. Koledzy wrobili go w papiery, stracił nie tylko pracę, ale musieli sprzedać samochód, żeby spłacić dług. Ani razu go nie oskarżyła. Ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe projekty, zarywała noce, oszczędzała na sobie. Liczyło się jedno – jak się czuje. Czy się nie złamie? Nie straci wiary? …Darek się podniósł. Znalazł lepszą pracę, znów kupili Toyotę. Życie wróciło na dobre tory. Rok temu siedzieli w kuchni, Ania wreszcie powiedziała to, o czym myślała od dawna: – Może czas? Wiesz, nie mam już dwudziestu lat. jeżeli dalej zwlekamy… Darek pokiwał głową. Poważnie. – Zróbmy to na poważnie. Ania wstrzymała oddech. Tyle lat było na to czekać, odkładać, łapać odpowiedni moment. Właśnie nastał. Setki razy wyobrażała sobie siebie z dzieckiem za rękę, zapach oliwki, pierwsze kroczki w ich salonie. Darka czytającego bajki. Dziecko. Ich dziecko. W końcu. Zmiany zaczęły się od razu. Ania przestawiła wszystko – dietę, tryb życia, badania, witaminy. Kariera zeszła na drugie miejsce, chociaż właśnie teraz miano ją awansować. – Jesteś pewna? – zapytała szefowa, patrząc ponad okularami. – Taka szansa raz w życiu. Ania była pewna. Awans oznaczał wyjazdy, nadgodziny, stres. Słabe warunki na ciążę. – Wolę oddział dzielnicowy – odpowiedziała. Szefowa wzruszyła ramionami. Filia była piętnaście minut spacerem od domu. Robota – nudna, rutynowa, bez perspektyw. Za to w szóstkę już była wolna, mogła się nie przejmować robotą. Ania przywykła szybko. Nowi koledzy okazali się mili, choć nieambitni. Z domu brała obiady, w przerwie spacerowała, szła spać przed północą. Dla dziecka. Dla rodziny. Chłód przyszedł niezauważenie. Najpierw myślała – Darek zmęczony, dużo pracuje. Bywa. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać na dobranoc. Nie patrzył już na nią tak, jak dawniej, gdy poznali się na wydziale. W domu zrobiło się cicho. Nie tak jak zwykle. Kiedyś mogli rozmawiać godzinami – o pracy, planach, głupotach. Teraz Darek siedział cały wieczór z telefonem. Odpowiadał półsłówkami. Kładł się spać odwrócony do ściany. Ania patrzyła w sufit. Pomiędzy nimi zieje przepaść – pół metra materaca. Żadnej bliskości. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Przestała liczyć. On miał gotowe wymówki: – Padam z nóg. Może jutro. To jutro nie nadchodziło. Spytała wprost. Wieczorem zagrodziła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Mów szczerze. Darek patrzył obok niej, gdzieś na framugę. – Wszystko w porządku. – Nieprawda. – Wymyślasz. Przejdzie. Minął ją, zamknął się w łazience. Szumiała woda. Ania stała w korytarzu, ręką przy sercu. Bolało. Tępo, uparcie, codziennie. Wytrzymała jeszcze miesiąc. W końcu zapytała: – Kochasz mnie? Pauza. Długa, przerażająca. – Ja… nie wiem, co czuję. Ania usiadła na kanapie. – Nie wiesz? Darek spojrzał w oczy. W nich pustka. Bezradność. Ani śladu tamtego ognia. – Chyba miłość już minęła. Od dawna. Milczałem, nie chciałem Cię ranić. Miesiącami żyła w piekle niewiedzy. Polowała na jego spojrzenia, analizowała każde słowo, próbowała znaleźć tłumaczenie. Może to stres w pracy. Może kryzys wieku średniego. Może po prostu kiepski humor, który nie przechodzi. A on zwyczajnie przestał kochać. Milczał, gdy ona planowała przyszłość, rezygnowała z awansu, przygotowywała się do bycia mamą. Decyzja przyszła nagle. Dość „może”, „jeszcze się ułoży”, „wytrwam”. Koniec. – Składam pozew o rozwód. Darek zbladł. Widziała, jak jego jabłko Adama podskakuje. – Zaczekaj. Nie od razu tak… Może spróbujmy… – Spróbować? – Może urodzimy dziecko? Może dzieci pomagają. Często łączą ludzi. Ania zaśmiała się – gorzko, brzydko. – Dziecko tylko wszystko popsuje. Nie kochasz mnie. Po co nam maluch? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach? Darek milczał. Nie miał już argumentów. Ania wyprowadziła się tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Po tygodniu złożyła papiery rozwodowe, gdy przestały jej drżeć ręce. Podział majątku zapowiadał się długi – mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych rzeczy i życiowych decyzji. Prawniczka coś notowała o wycenie, udziałach, negocjacjach. Ania kiwała głową, próbowała nie myśleć, iż ich życie to już tylko metry kwadratowe i konie mechaniczne. niedługo znalazła kawalerkę. Uczyła się być sama. Gotować dla jednej. Oglądać seriale bez czyjegoś komentarza. Zasypiać na całym łóżku na raz. Nocami dopadały wspomnienia. Przytulała poduszkę, myślała o rumiankach ze straganu, kocu w Łazienkach, jego śmiechu, jego dłoniach, głosie szepczącym „jesteś moją kotwicą”. Ból ściskał z taką mocą, iż czasem brakowało powietrza. Piętnastu lat nie usuniesz z serca jak starych rzeczy z szafy. ale przez ten ból przebijało się coś jeszcze. Ulga. Słuszność tej decyzji. Zdołała się zatrzymać, zanim związała się z nim dzieckiem. Nie ugrzęzła na długie lata tylko po to, by utrzymać „rodzinę”. Trzydzieści dwa. Całe życie przed nią. Strach? Ogromny. Ale da sobie radę. Nie ma innego wyjścia.
„Językowe figle-migle”. Promocja książki dla dzieci w Domu Bochniaków
Gdy Beata z Wrocławia odkryła, iż spodziewa się dziecka z Ronim z Gwinei, jej rodzina była w szoku – nie mogli pogodzić się z myślą, iż ich córka buduje przyszłość z kimś, kto może nie zostać w Polsce na długo, a ich wnuczka będzie różniła się od innych dzieci. Po burzliwych przeprowadzkach między Polską a Afryką i narodzinach drugiej córki, mimo chłodu ze strony rodziny, Beata i jej mąż nie zamierzają rezygnować ze swojej miłości i planują nowy start w Kanadzie, gdzie mają nadzieję na bardziej otwarte społeczeństwo.
Sąsiadka zdecydowała, iż może prosić o wszystko! Teraz wystarczy, iż wprowadzi się do mnie.