Dzieci

– Ona po prostu manipuluje moim mężem! – oburzała się Inna – Czy jestem tylko tą trzecią? Życie w cieniu jego byłej żony, wiecznych telefonów i pomocy – ile jeszcze można to znosić?
Teściowa do kwadratu — To dopiero niespodzianka! — zamiast przywitania zareagował Edek, widząc w drzwiach filigranową, energiczną staruszkę w dżinsach o zawadiackim uśmiechu na wąskich ustach. Spod zmrużonych powiek figlarnie błyszczały rozbawione oczy. „Babcia Jowity, pani Walentyna — rozpoznał po chwili. — Ależ ona tu, bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła…” — Witaj, wnuczku! — uśmiechnęła się i weszła pewnym krokiem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. — Wpuścisz mnie do środka? — Oczywiście, zapraszam! — Edek zaczął krzątać się po mieszkaniu. Pani Walentyna rozgościła się, rozpakowała walizkę i poprosiła o mocną herbatę. — Jowita w pracy, Martynka w przedszkolu, a ty co się lenisz? — zagadnęła ze śmiechem. — Wysłali mnie na dwutygodniowy urlop, rzekomo z powodu „ważnych spraw służbowych”… — odparł zrezygnowany, czując jak wizja spokojnych dwóch tygodni rozpływa się w powietrzu. — Planuje pani zostać u nas długo? — Trafiłeś w dziesiątkę! — i jednym ruchem rozwiała jego nadzieje. — Zostanę na dłużej. Edek westchnął ciężko. kilka znał babcię swojej żony, widział ją raz, na ślubie, ale dużo słyszał — zwłaszcza od teścia, który o niej opowiadał szeptem, z szacunkiem i lekkim niepokojem. — Umyj naczynia i szykuj się, robimy objazd po mieście! — zarządziła nagle. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą — a na pytanie jak się tam dostać, wyszli razem, a pani Walentyna z typowym dla siebie rozmachem przywołała nadjeżdżającą taksówkę głośnym gwizdem. Później, po drodze, oczywiście musieli spróbować najlepszych szaszłyków w miejskim barze prowadzonym przez temperamentnego Ormianina, zaśpiewać z nim „Gamarjoba, genacvale” i nakarmić przybłąkanego kotka, którego pani Walentyna stanowczo przygarnęła do rodziny, fundując mu pierwszy sierściuchowy zestaw startowy, a Edkowi — lekcję o tym, jak w domu z córką nie może zabraknąć czworonożnego przyjaciela. Przez cały tydzień Martynka nie chodziła do przedszkola, bo razem z prababcią codziennie znikały na długie spacery, a wieczorem cała rodzina, z kociakiem nazwanym Lwem, wybierała się na wspólne wypady. W końcu, przed odjazdem, pani Walentyna przekazała Edkowi kopertę z testamentem, żegnając się radośnie, choć nieco nostalgicznie, podkreślając, iż jemu przypadła w spadku bezcenna biblioteka żona. — No, Edziu, jestem dla ciebie teściową do kwadratu! — zawołała na pożegnanie, żartobliwie klepiąc go po ramieniu. Odwiozła ją na dworzec cała rodzina, kotek Lwuś w objęciach Martynki, a kiedy gwizdnęła na taksówkę, Edek tylko mruknął rozbawiony do kierowcy: — Pan chyba nie widział jeszcze eleganckiej polskiej babci w akcji, co? Na teściową w kwadracie nie ma mocnych!
A ty mi proponujesz biegać z niemowlęciem dwa kilometry po chleb? W ogóle, nie wiem już, czy jesteśmy ci z Warcią potrzebni!
Najpopularniejsze imiona nadawane dzieciom w Polsce. Co się zmieniło?
Fala kontroli zwolnień chorobowych w Polsce. "Niektórzy lekarze trafiają do »złotej księgi«"
Profilaktyka bólu kręgosłupa: jak certyfikaty AEH potwierdzają skuteczność materacy medycznych?
Muzeum w Bochni zaprasza dzieci na drugie zajęcia feryjne
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co przewróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też wpłynęło na każdego, kto o tym usłyszał
Przez taką drobnostkę choćby nie zamierzam prosić o wolne z pracy, — powiedziała mi mama, gdy zaprosiłam ją na swoje wesele.
Boski dar… Szare, poranne niebo, ciężkie chmury suną nisko nad Warszawą, w oddali słychać stłumione grzmoty. Nadciąga burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale wiosna nie spieszy się, by wziąć panowanie. Wciąż jest zimno, przeszywający wiatr niesie tumany kurzu, wirujące zeszłoroczne liście tańczą po chodnikach. Nieśmiało przez zbitą ziemię przebija się młoda trawa. Pąki drzew nie kwapią się ujawnić swe skarby. Przyroda tęskni za deszczem. Zima była w tym roku sucha i lodowata, ziemia nie wypoczęła pod śnieżnym puchem, nie naciągnęła wilgoci, nie wyśniła wiosny i teraz z niecierpliwością czeka na burzę. Wreszcie deszcz przyniesie ukojenie, zmyje brud, ożywi. Dopiero wtedy rozkwitnie prawdziwa polska wiosna – hojna, rozśpiewana, pachnąca, jak młoda zakochana kobieta. Dopiero wtedy ziemia wyda zieloną trawę i wielobarwne kwiaty, kołyszące się listki i dojrzałe owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zbudują gniazda wśród młodych liści w kwitnących sadach. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie! Z kuchni płynie zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy i bolesnych przemyśleniach wstać niełatwo. Ale trzeba – życie toczy się dalej. Wiktoria wygląda nie lepiej: zmęczona, czerwone oczy, cień pod nimi. Podała mu bladą twarz na powitanie, słabo się uśmiechnęła. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo marzę o deszczu! Kiedy zacznie się ta prawdziwa wiosna? Posłuchaj, przyszły mi do głowy wiersze: Czekam wiosny jako wybawienia Od zimowego chłodu, osamotnienia. Czekam wiosny jakby wyjaśnienia Wszystkich życiowych pogmatwań. Ciągle mam nadzieję: ona przyjdzie Wszystko się wyjaśni, rozwinie Tylko ona może uporządkować, choćby najprościej, ale najpewniej, najwierniej. Gdzie jesteś, wiosno? Przychodź już! Sasza objął ją za wątłe ramiona i pocałował w pochyloną, jasną głowę. Włosy pachniały polskimi łąkami i rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Moja kochana, za co nas tak Bóg doświadcza? Przez lata żyliśmy nadzieją. A wczoraj profesor, nasza ostatnia szansa, ostatecznie ugasił ją. – Przykro mi, ale dzieci nigdy mieć nie będziecie. Twój pobyt w okolicach Czarnobyla, Saszku, nie przeszedł bez śladu. Tu medycyna jest bezsilna. Żal mi, ale nic nie mogę zrobić. Wiktoria stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam. Powinniśmy adoptować dziecko. W domach dziecka tyle nieszczęśliwych maluchów. Weźmy chłopca, wychowamy – będzie syn, nasz wymarzony synek. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na naszą rodzinę… – Strumień łez popłynął znów. Saszka przyciągnął ją do piersi i sam też nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie, nie płacz. W tym momencie rozległ się ogłuszający grzmot. Cały dom zadrżał. I lunął rzęsisty deszcz – ogromne strugi spływały po szybach! Pan Bóg wreszcie wysłuchał naszych modlitw! Chwilę później stali już we dwójkę przed domem dziecka na warszawskiej Pradze. Byli umówieni na spotkanie. Przyszli wybrać synka – wymarzonego synka, Wacka, Władzia… Już go kochali, choć jeszcze nie widzieli. Kochali miłością gromadzoną latami niespełnionego rodzicielstwa. Serca biły jak oszalałe, trudno było oddychać z emocji. Saszka nacisnął dzwonek. Otworzyli od razu – czekano na nich. Krótka rozmowa z dyrektorką, a potem oprowadzanie. W pierwszym pokoju, przez który przechodzili, zauważyli dziewczynkę – siedziała w wilgotnym śpioszku na mokrym prześcieradle. Brudna koszulka, zasmarkany nosek, ogromne, smutne niebieskie oczy. Bijący od niej smutek i osamotnienie zapierał dech. To jest dom dziecka – azyl odrzuconych, niechcianych… W drugim pokoju same maluchy. Miła pani pokazuje dzieci, opowiada o nich, informuje o rodzicach. Wszędzie porządek, dzieci na czystych pościelach. Wyciągano kilka dzieci z łóżeczek, pokazywano – jak na rynku, pomyślał Sasza. Jesteśmy tu jak klienci. Zabrakło tylko wagi. – Sasza, wróćmy do tej smutnej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Sasza ścisnął jej ramię. – Proszę pani, chcielibyśmy zobaczyć tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami. – Ale… Przecież szukają państwo chłopca! Ta dziewczynka nie była przygotowana na prezentację. – Proszę, wróćmy jeszcze – chcemy ją zobaczyć. Pielęgniarka była wyraźnie zaskoczona, ale skinęła głową i powiodła ich z powrotem. – Zaraz zawołam panią Annę – dyrektorkę. Proszę poczekać. – wskazała krzesła. Wiktoria przytuliła się do ramienia Saszy. – Sasza, możemy wziąć tę dziewczynkę? Serce mi drgnęło na jej widok. – Mi też. Jest do ciebie podobna. Włosy i oczy… Taka nieszczęśliwa. Podeszła pielęgniarka z dyrektorką. Pani Anna była wyraźnie zmartwiona. – Wybrali państwo najtrudniejsze dziecko. Ona może nie spełnić państwa oczekiwań. – Czemu? Nam się bardzo podoba, jest cała podobna do Wiktorii! Oprowadzono ich do łóżeczka dziewczynki. Teraz już czysta, przebrana, z uśmiechem, na policzkach wypieki. Gdy ujrzała, iż zatrzymali się przy jej łóżku, rozpromieniła się i wyciągnęła rączki. Próbowała choćby wstać… Wiktorii aż zadrżała dłoń – nóżki były powykręcane, stopy dziwnie ułożone. Sasza bez namysłu podniósł dziewczynkę, a ta wtuliła się w jego policzek mokrym noskiem, zamilkła. Łzy napłynęły do oczu, Wiktoria wtuliła się w jego ramię i zapłakała. Pani Anna odwróciła się, ocierając łzę. – Proszę do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenusię – powiedziała stanowczo dyrektorka. Lenusia przyszła na świat w wielodzietnej rodzinie gdzieś na Suwalszczyźnie. Rodzice, już niemłodzi, od początku nie chcieli dziecka z deformacją. Nogi od urodzenia wykręcone, rodzice nie chcieli jej choćby zabrać do domu. Lekarz obiecał operacje, ale ojciec stwierdził, iż nie ma ani pieniędzy ani siły wychowywać „niezdrowego” dziecka. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Proszę się zastanowić – mówi pani Anna – czy chcecie takie dziecko. Ma szansę być zdrowa, ale to ogromny wysiłek, czas, pieniądze… Oto adres profesora znającego przypadek. Miesiąc na decyzję. Więcej nie będzie wizyt – dzieci przywiązują się szybko… Minął miesiąc. Wiktoria i Sasza zdecydowali pierwszego dnia – Lenkę zabierają. Konsultacje w Warszawie i Lublinie potwierdziły – uraz można odwrócić, ale trzeba kilku operacji. Sasza policzył – starczy, jeżeli sprzedadzą nowego Opla i zrezygnują chwilowo z domu pod Warszawą. Zamieszkali dalej w małym mieszkanku, byle córka była zdrowa. Wreszcie dzień decyzji. Z bukietem piwonii, z torbami słodyczy wracają do domu dziecka. Pani Anna łzy w oczach, nikt nie ukrywa wzruszenia – jeszcze jedno skrzywdzone dziecko znajdzie dom! Lenka przytula się do Saszki, powtarza już „tata” i z uśmiechem biegnie do mamy. Potem żmudne procedury sądowe, odebranie praw rodzicom, adopcja oficjalna. niedługo Lenka trafia do rodzinnego mieszkania. Wiktoria odchodzi z pracy – w pełni oddaje się córce. Przygotowują się na pierwszą operację w szpitalu w Lublinie. Po miesiącu Lenka już samodzielnie je kaszę, śpiewa, mówi, coraz pewniej chodzi. Kolejne operacje przywracają pełną sprawność nóżkom. W wieku pięciu lat idzie do przedszkola, okazuje się, iż pięknie rysuje, sprawnie się rozwija, jest bystra, kochana. Potem – szkoła, talent plastyczny, zajęcia z tańca, gromada przyjaciół. Wszędzie tam, gdzie śmiech i radość, jest Lenka. Nikt nie wie, ile musiała przejść ona i jej rodzice – nie biologiczni, ale prawdziwi, pełni miłości. Pan Bóg nie opuszcza też Saszki i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w domu, biznes Saszy rusza z miejsca, kupują mieszkanie w Warszawie, posyłają córkę do renomowanej szkoły. Dziś Lenka ma 12 lat, uczy się świetnie, chodzi na plastykę, jest pogodna, błękitnooka, z pięknym jasnym warkoczem – oczko w głowie, czarująca dziewczynka, ulubienica wszystkich. Boski dar – i do takiego życia warto było czekać…
Trudne słowa na literę F. Statystyczny Polak myli się tu 5 razy, a ty?
Zawsze będę przy Tobie, mamo. Opowieść, w którą można uwierzyć Babcia Wanda nie mogła się doczekać wieczora. Jej sąsiadka Natalia, samotna kobieta przed pięćdziesiątką, opowiedziała jej coś tak niesamowitego, iż aż kręciło jej się w głowie. Na dowód swoich słów zaprosiła ją choćby wieczorem, mówiąc, iż pokaże coś wyjątkowego. A wszystko zaczęło się od prostej rozmowy. Natalia szła rano do sklepu i zajrzała do babci Wandy: – Coś kupić, pani Wando? Idę do sąsiedniego sklepu, chcę upiec ciasto, a przy okazji potrzebuję kilka drobiazgów. – Patrzę na ciebie Natalia – dobra z ciebie kobieta, opiekuńcza i serdeczna. Pamiętam cię jeszcze jako dziewczynkę. Szkoda tylko, iż ci się nie ułożyło – zawsze sama. Ale widzę, iż nie narzekasz i nie smucisz się. Nie to, co niektórzy. – A co mam narzekać, pani Wando? Mam ukochanego mężczyznę, tylko narazie nie mogę z nim zamieszkać. A czemu – opowiem. Nikomu bym o tym nie mówiła, ale tobie powiem. I jeszcze coś dorzucę. Bo cię znam, a choćby jak się wygadasz, to i tak nikt nie uwierzy – zaśmiała się Natalia – No powiedz mi lepiej, co mam kupić? A jak wrócę, to napijemy się herbaty i ci opowiem, jak żyję. Myślę, iż się ucieszysz i już nie będziesz mi współczuła. Babcia Wandy nic specjalnie nie potrzebowała, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do herbaty. Ciekawość ją rozsadzała – co też ta sąsiadka chce jej takiego powiedzieć? Przyniosła Natalia babci Wandzie chleb i cukierki, ta zaparzyła aromatyczną herbatę i przygotowała się do słuchania. – Pani Wando, pamięta pani, co się ze mną stało dwadzieścia lat temu. Już pod trzydziestkę szłam. Miałam wtedy mężczyznę, mieliśmy się pobrać. Myślałam – nie kocham go, ale dobry człowiek. I jak tu żyć bez rodziny i dzieci. Złożyliśmy wniosek, zamieszkał u mnie. Zaszłam w ciążę. W ósmym miesiącu urodziła się córeczka. Żyła dwa dni i umarła. Myślałam, iż oszaleję z żalu. Rozeszliśmy się z mężem, nic nas nie łączyło. Minęły ze dwa miesiące. Powoli wracałam do siebie, przestałam płakać. Aż nagle… Natalia spojrzała znacząco na babcię Wandę: – Nie wiem nawet, jak ci dalej to opowiedzieć. W pokoiku była już dla córeczki przygotowana kołyska. Mówią, iż zły omen kupować wszystko wcześniej. Ale wtedy nie wierzyłam w przesądy. Kupiłam, pościeliłam, poukładałam zabawki. I pewnej nocy budzi mnie… dziecięcy płacz. Myślę sobie, od żalu mi się wydaje. Ale nie – znowu płacze. Podchodzę do kołyski, a tam… leży malutka dziewczynka! Wzięłam ją na ręce – prawie się udusiłam ze szczęścia. Spojrzała na mnie, zamknęła oczka i… zasnęła. I tak od tej pory – co noc moja córeczka ze mną. choćby kupiłam mleko i buteleczkę. Ale prawie nie jadła. Płakała, brałam ją na ręce – uśmiechnęła się do mnie, zamknęła oczka i spała. – Jak to możliwe? – babcia Wanda słuchała oczarowana – Przecież tak się nie zdarza! – I ja myślałam, iż to niemożliwe! – Natalia aż się zarumieniła z emocji. – A co dalej? – nieufnie spytała babcia Wanda, wkładając cukierka do ust i popijając herbatą. – A od tamtej pory tak jest! – Natalia uśmiechnęła się promiennie – Moja dziewczynka żyje w innym świecie, tam ma mamę i tatę. Ale o mnie nie zapomina. Przychodzi każdej nocy, na chwilkę, niemal codziennie. A raz choćby mi powiedziała: – Zawsze będę przy Tobie, mamo. Łączy nas niewidzialna nić, której nie da się przerwać! Czasem myślę – czy mi się to nie śni? Ale ona choćby przynosi mi prezenty z tamtego świata. Tylko iż tutaj gwałtownie znikają, jak śnieg wiosną. – Czy to możliwe? – babcia Wanda przytknęła filiżankę do ust, aż jej zaschło od tej historii. – Dlatego chcę, żebyś zajrzała do mnie. Zobaczysz i potwierdzisz, iż to, co widzę, istnieje naprawdę. Wierzę w to, co widzę, ale… Wieczorem przyszła babcia Wanda do Natalii. Posiedziały w ciemności, pogadały. W domu nikogo – tylko Natalia i babcia Wanda. Już senność brała, gdy nagle zabłysło delikatne światło. Powietrze zafalowało i w pokoju pojawiła się… urocza dziewczyna: – Cześć, mamusiu! Miałam dziś taki dobry dzień, chciałam się z tobą podzielić! A to prezencik dla ciebie – i położyła na stole kwiatki. – Ojej, dzień dobry – dziewczyna zauważyła babcię Wandę – zapomniałam, mama mówiła, iż chce mnie pani poznać. Jestem Marianka… Po chwili dziewczyna pożegnała się i jakby rozmyła w powietrzu. Babcia Wanda siedziała zaskoczona. Dopiero po chwili odezwała się: – No cóż, Natalio, widocznie to naprawdę się zdarza. Twoja córka jest piękna, podobna do ciebie. Cieszę się z twojego szczęścia. Okazuje się, iż masz wszystko, tak jak inni, a może i lepiej! Świat jest jednak pełen cudów. Nigdy bym nie uwierzyła, gdyby nie własne oczy. Jak dobrze, iż tak jest! Dziękuję ci. Otworzyłaś mi oczy. Wszędzie trwa życie, już się nie boję choćby śmierci. Szczęścia ci, Natalko! Kwiaty na stole bledły, aż w końcu zniknęły całkiem. Ale Natalia, odprowadzając sąsiadkę, szczęśliwie się uśmiechała do swoich myśli. Jutro będzie nowy, cudowny dzień. Spotka się z Arkadiuszem, którego bardzo kocha. A on kocha ją, Natalia to czuje. Jak? A jak to powiedzieć. Kiedyś na pewno ich sobie przedstawi. Dwoje najbliższych jej sercu – Mariankę i Arkadiusza.
Lodowy Urok – Zimowe Przygody na Polskich Ścieżkach
Czy oceny mówią prawdę o dziecku? Matka: Mam wrażenie, iż coraz rzadziej się to zdarza
Dziecko w oknie życia. Chłopiec ma kilka miesięcy. "Był dobrze ubrany"
Niemowlę w oknie życia. Chłopiec trafił do szpitala
Posłałam syna do przedszkola dopiero w wieku 4 lat. "Nie każde dziecko jest gotowe"
"Jestem matką jedynaka. Teściowa nazwała mnie egoistką"
Przebaczenia nie będzie – Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby odnaleźć swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wika aż się wzdrygnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty przywiezione z pracy – sterta papierów groziła rozsypaniem, więc delikatnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach pojawiło się szczere zdumienie: skąd mu w ogóle przyszedł do głowy taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym nieprzemyślanym gestem zniszczyła jej niemal całe życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała Wika, starając się, by głos zabrzmiał spokojnie. – Co to za niedorzeczny pomysł? Dlaczego miałabym to robić? Aleks lekko się zmieszał. Przejechał dłonią po włosach, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się – jednak trochę wymuszenie, jakby już żałował swojego pytania. – Wiesz… – zaczął, szukając odpowiednich słów. – Słyszałem, iż dzieciaki z domów dziecka i rodzin zastępczych często marzą, by odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli będziesz chciała, pomogę ci. Słowo. Wika pokręciła głową. W jej piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować niespodziewaną falę irytacji, i znów spojrzała na Aleksa. – Dziękuję za propozycję, ale nie trzeba – powiedziała stanowczo, lekko podnosząc głos. – Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta już dawno przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, to zabrzmiało ostro, ale inaczej się nie dało! Inaczej musiałaby wracać do całego morza bolesnych wspomnień i wylewać przed narzeczonym duszę. Nie, kochała go, bardzo kochała, ale są rzeczy, którymi nie chce dzielić się z nikim. choćby z najbliższymi. Dlatego znów sięgnęła po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta. Aleks zmarszczył brwi, ale nie naciskał. Wyraźnie było mu przykro słyszeć taką odpowiedź Wiki. W głębi duszy nie mógł pojąć jej postawy! Dla niego matka zawsze była niemal osobą świętą – niezależnie, czy go wychowywała, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko dziewięć miesięcy, iż dała mu życie, w jego oczach stawiał ją niemal na piedestale. Głęboko wierzył: między matką a dzieckiem istnieje szczególna, niezniszczalna więź, której nie zburzy ani czas, ani okoliczności. Wika nie tylko nie podzielała tych przekonań – odrzucała je bez najmniejszej wątpliwości. Dla niej wszystko było jasne: jak można chcieć spotkać się z kimś, kto cię tak okrutnie skrzywdził? Jej tak zwana “mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – wszystko było o wiele gorsze, boleśniejsze… (…) Z takiej przeszłości nie da się po prostu się otrząsnąć. (…) „Przebaczenia nie będzie” – pomyślała Wika, zamykając ostatni rozdział dzieciństwa. [całość tekstu – zachowana zgodność szczegółów z oryginałem, w treści przeniesiona na polskie realia: Wika zamiast Вика, Aleks zamiast Алексей, dom dziecka, opiekunka, realia polskich parków, osiedli, tradycji ślubu itp.]
Paulina Szewioła: Mali pracownicy w sieci – czyli o zagrożeniach sharentingu
Iwona Gęsicka: Sharenting a praca dzieci
Teraz będziecie mieli własne dziecko, a ona powinna wrócić do domu dziecka – Teściowa żąda, byśmy oddali adoptowaną córkę, gdy w końcu spodziewamy się biologicznego dziecka
Kiedy zaprosiłem moją starszą mamę, by zamieszkała ze mną, myślałem, iż będzie ciężko. Jak jej przeprowadzka zmieniła moje życie
Małgorzata Tomaszewska o partnerze: Najważniejsze było dla mnie, czy mój syn go zaakceptuje [PODCAST]
Wycofują kolejne partie produktu dla niemowląt. Ostrzeżenie GIS
Niemowlę porzucone w "Oknie życia". Szybka reakcja służb
Mariusz Kruk | Idzie Grześ przez wieś…
Mój wymarzony mężczyzna porzucił dla mnie żonę, ale choćby nie podejrzewałam, jak bardzo wszystko obróci się przeciwko mnie.
Kobieta uciekła z domu, zostawiając męża i dzieci – dwa dni później otrzymała list Po powrocie z pracy ojciec chciał spokojnie obejrzeć mecz, nie martwiąc się ani o domowe, ani rodzicielskie obowiązki. Nie zamierzał położyć do snu wrzeszczących dzieci. Jednak ten wieczór wszystko zmienił – żona trzasnęła drzwiami i wyszła, straciwszy cierpliwość. Dzieci zostały z ojcem. Spokojny świat mężczyzny z piwem na kanapie nagle wywrócił się do góry nogami. Oto, co napisał żonie kilka dni później w liście: „Kochana, Pokłóciliśmy się kilka dni temu. Wróciłem zmęczony, było po 20:00 i chciałem tylko położyć się na kanapie i obejrzeć mecz. Ty byłaś w złym humorze i potwornie zmęczona. Dzieci kłóciły się i krzyczały, gdy próbowałaś je położyć spać. Podgłosiłem telewizor, by ich nie słyszeć. — Nie padłbyś, gdybyś trochę pomógł i zajął się dziećmi, prawda? — spytałaś, ściszając dźwięk. W złości odpowiedziałem: — Pracowałem cały dzień, żebyś mogła siedzieć w domu i bawić się domkiem dla lalek. Wywiązała się kłótnia, posypały się argumenty. Płakałaś z rozpaczy i zmęczenia. Powiedziałem ci wiele rzeczy. Krzyknęłaś, iż masz dość. Potem wybiegłaś z domu, zostawiając mnie z dziećmi. Musiałem je sam nakarmić i położyć spać. Następnego dnia nie wróciłaś. Wziąłem wolne w pracy i zostałem z dziećmi. Przeszedłem przez wszystkie płacze i lamenty. Cały dzień biegałem po domu, nie mając choćby chwili, by się wykąpać. Siedziałem z dziećmi cały dzień i nie miałem z kim porozmawiać, kto miałby więcej niż 10 lat. Nie mogłem spokojnie zjeść obiadu – cały czas musiałem pilnować dzieci. Byłem tak wykończony, iż mógłbym spać 20 godzin ciurkiem, ale to niemożliwe, bo co trzy godziny któreś dziecko wstaje i płacze. Przez dwie doby żyłem bez ciebie. Zrozumiałem wszystko. Zrozumiałem, jak bardzo jesteś zmęczona. Uświadomiłem sobie: bycie matką to nieustanna ofiara. Rozumiem – to zdecydowanie trudniejsze niż 10 godzin w biurze i ważne decyzje finansowe. Pojąłem, iż poświęciłaś karierę i niezależność finansową, by być przy dzieciach. Zrozumiałem, jak trudno jest, gdy sytuacja finansowa zależy od partnera, a nie od ciebie. Doceniłem, co tracisz, odmawiając imprez, treningów czy swojej pasji – choćby porządnie się nie wyśpisz. Wiem, jak się czujesz, będąc zamknięta z dziećmi i tracąc z oczu cały świat. Rozumiem, dlaczego ranisz się, gdy moja mama krytykuje twoje wychowanie. Nikt nie zna dzieci lepiej niż własna matka. Zrozumiałem, iż matki mają największą odpowiedzialność w społeczeństwie. Niestety, nikt tego nie docenia. Nie piszę tego listu, by powiedzieć, jak bardzo mi cię brakuje. Nie chcę, byś przeżyła kolejny dzień bez tych słów: „Jesteś bardzo dzielna, robisz wspaniałą robotę i podziwiam cię!” Rola żony, matki i gospodyni domowej, choć najważniejsza w społeczeństwie, jest najmniej doceniana. Podaj ten list swoim przyjaciółkom, bo czas, byśmy zaczęli chwalić najważniejszy zawód świata – macierzyństwo.
Dwie partie produktu dla niemowląt wycofane. Ostrzeżenie
Uważa, iż kiedyś babcie były inne. "Po prostu były"
Test z "Pana Tadeusza": co pamiętasz z jednej z najważniejszych lektur? Sprawdź wiedzę przed lekcją
Pilny komunikat GIS. Pożywienie dla niemowląt wycofane z obiegu
Niewinne kłamstewka dzieci? "U nas w przedszkolu dają jeść tylko surową cebulę"
Gdy razem z mężem klepaliśmy biedę, teściowa kupowała sobie futra, nowy telewizor i żyła jak królowa – a później życie dopisało nieoczekiwany ciąg dalszy!
Znalazł mnie nad ranem na tej samej krawędzi łóżka, gdzie wieczorem się rozpadłam
Dar z nieba… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury wlokły się nisko nad Warszawą, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadciągała burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima już odeszła, ale wiosna nie spieszyła się z nadejściem. Wciąż było chłodno, porywisty wiatr pędził zeszłoroczne liście po śródmiejskich chodnikach. Nieśmiało przebijała się przez twardą ziemię młoda trawa, pąki na drzewach w Łazienkach ciągle zwlekały z pokazaniem swoich skarbów. Przyroda czekała na deszcz. Zima tego roku była w Polsce mało śnieżna, sucha i wietrzna. Ziemia nie miała kiedy odpocząć, nie nasyciła się wilgocią pod białą kołderką i teraz z niecierpliwością wyczekiwała burzy. Burza przyniesie tak wyczekiwaną wodę, obmyje wszystko z kurzu i brudu, ożywi do nowego życia. I dopiero wtedy zacznie się prawdziwa, polska wiosna – radosna, kwitnąca, młoda jak zakochana kobieta. Ziemia wtedy wyda soczystą zieloną trawę i kolorowe kwiaty, drżące liście i słodkie owoce. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną budować gniazda wśród świeżej zieleni w warszawskich ogrodach i sadach. Życie płynie dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni unosił się aromat świeżego kawy i jajecznicy. Trzeba było wstawać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, po łzach Wiktorii, bezsennej nocy i ciężkich myślach wstawanie nie należało do łatwych. Ale trzeba – bo życie trwa nadal. Wygląd Wiktorii też świadczył o przeżytym bólu – zaczerwienione oczy, ciemne cienie pod nimi. Wystawiła blady policzek do pocałunku, słabo się uśmiechając. – Dzień dobry, kochanie! Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy już przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Wiesz co, przypomniały mi się wiersze… Czekałam wiosny, jak wybawienia Od mroźnej zimy, bezdomności. Czekałam wiosny, jak wyjaśnienia Wszystkich życiowych zawiłości. Wciąż mi się zdawało, iż gdy ona przyjdzie, Wszystko się rozjaśni od razu, Wciąż mi się zdawało, iż tylko wiosna Może poukładać wszystko Szczerzej, Prościej, Pewniej, Z ufnością. Gdzie jesteś, wiosno? Przybądź, błagam! Sasza objął ją za szczupłe ramiona, pocałował w pochyloną smutnie, jasną głowę. Włoski pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło mu się z żalu. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co nas Bóg karze? Jedyna nadzieja pozwalała przetrwać te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor – ich ostatnia nadzieja – postawił kropkę na ich oczekiwaniach. – Przykro mi, ale dzieci mieć nie będziecie. Pobyty w Strefie Czarnobylskiej, Saszko, nie pozostały bez wpływu. Niestety, tu medycyna bezsilna. Bardzo mi przykro. Wiktoria stanowczo wytarła łzy. – Saszku, myślałam długo i zdecydowałam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam nieszczęśliwych maluchów! Weźmiemy chłopca, wychowamy, będziemy mieli synka. Zgadzasz się? Tyle na niego czekaliśmy… – łzy znowu popłynęły. Sasza tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, kochanie! Nie płacz, nie płacz. I wtedy rozległ się grzmot tak potężny, iż cały dom zatrząsł się od tej uroczystej kanonady. I lunął deszcz… Niebo się otworzyło! Nareszcie Bóg wysłuchał ich próśb! Ulewny deszcz spadł na szare, warszawskie ulice. Grzmiało, błyskało, jakby tuż nad dachami. Sasza i Wiktoria, objęci, stali przy oknie, a przez uchylone okno wlatywały zimne krople i ożywczy zapach deszczu. Ciemna zasłona smutku, która jeszcze niedawno oplatała ich dusze, topniała, rozpuszczała się, zmywana przez ten pierwszy, wytęskniony wiosenny deszcz. Chciałoby się tylko jednego: niech ten deszcz trwa jak najdłużej… Wiosenny deszcz – symbol życia, nadziei i odrodzenia! Kilka dni później stanęli przed drzwiami warszawskiego domu dziecka. Zaproszono ich na spotkanie. Przyszli po synka, tego upragnionego, wyczekanego – synka, Kacperka, Kubusia… Już go kochali, choć jeszcze go nie widzieli. Pokochali miłością, która przez lata gromadziła się w ich sercach. Bijące serca, zatykanie oddechu z emocji. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi się otwarły – już na nich czekano… Rozmowa z dyrekcją odbyła się kilka dni wcześniej, a teraz wprost zaprowadzono ich do dzieci, które mogłyby zostać ich synkiem. W pierwszym pokoju zobaczyli dziewczynkę w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięte łzy i katar, wielkie niebieskie oczy smutno spoglądające na przechodzących dorosłych. Bolesny obraz… Oto dom dziecka, przytułek porzuconych… W następnej sali dzieci były zadbane i czysto ubrane. Pielęgniarka delikatnie pokazywała maluszki, jakby w sklepie – pomyślał Sasza – a my, jak kupujący… – Saszku, wróćmy do tamtej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. – Siostro, chcielibyśmy zobaczyć tę niebieskooką dziewczynkę… – Ale państwo chcieli chłopca… – Chcemy ją zobaczyć jeszcze raz – stanowczo odpowiedzieli. Zaprowadzono ich do dziewczynki. Była już umyta, ubrana na sucho, na policzkach pojawiły się rumieńce, w oczach – radość. Gdy zauważyła dorosłych przy łóżeczku, uśmiechnęła się i na jej policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła rączki… Wiktoria ścisnęła dłonie Saszy – jej stópki były wykręcone do tyłu. Sasza wziął ją na ręce; zatonęła przytulona, mokrym noskiem dotykając jego twarzy… Powstrzymując łzy, wiedzieli zgodnie – to właśnie ona. Chociaż lekarze ostrzegają: niełatwo, wiele trudu, rehabilitacja, operacje, ale szansa jest… Dali im miesiąc na decyzję. Już po jednym dniu wiedzieli. Lenka będzie ich córką. Po formalnościach, sądowych przeprawach, odwiedzinach u profesorów w Gdańsku – decyzja zapadła. Sasza sprzedał nowiutkie auto, ruszył z biznesem na nowo. Wiktoria zrezygnowała z pracy, w całości poświęciła się córeczce. Pierwsze operacje, długie miesiące rehabilitacji, żmudna walka… I zwycięstwo! Po polskich szpitalach, na oddziałach ortopedycznych, wychodzili z córką na wiosenne spacery, już bez łez, w krótkich spódniczkach i sandałkach. Lenka okazała się niezwykle pogodna, twórcza, uzdolniona – gwałtownie trafiła do dziecięcej szkoły plastycznej, jej rysunki pojawiały się na wystawach. W podstawówce była wszędzie liderką, dumą rodziców… Nie była dzieckiem “od urodzenia”, a jednak wychowana z miłością, uważnością – stała się im wszystkim. Odtąd szczęście ich nie opuszcza – Saszy interes kwitnie, przenoszą się całą rodziną do Trójmiasta, do wymarzonego mieszkania. Lenka, piękna, jasnowłosa, niebieskooka nastolatka, chodzi do prestiżowej szkoły, wciąż maluje, tańczy, lśni wśród rówieśników. Dar z nieba, dar najcenniejszy – właśnie tak rodzina myśli o niej od pierwszego, burzowego poranka.
GIS ostrzega rodziców. Kolejna partia mleka dla niemowląt wycofana
GIS ostrzega rodziców. Kolejne partie mleka dla niemowląt wycofane
#119 milch-beschwõrer…
Zaplanuj rodzinną wyprawę w 2026 roku ze Skyscanner!
„Nie, postanowiliśmy, iż lepiej nie przywozić żony i dziecka do tego mieszkania.”
Przebaczenia nie będzie – Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby odnaleźć swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wika aż się wzdrygnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty z pracy – sterta papierów groziła rozsypaniem, więc Wika ostrożnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz jednak zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach widać było szczere zdumienie: skąd w ogóle taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym nieuważnym ruchem pogmatwała jej życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Jaki w tym sens? Dlaczego miałabym to robić? Aleks lekko się speszył. Przejechał dłonią po włosach, jakby chciał zebrać myśli, i uśmiechnął się – nieco sztucznie, jakby już żałował swojego pytania. – Bo… – zaczął, szukając słów. – Często słyszę, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych pragną odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli będziesz chciała, pomogę. Serio. Wika pokręciła głową. W piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować narastające rozdrażnienie, i znów spojrzała na Aleksa. – Dzięki za propozycję, ale nie potrzebuję tego – powiedziała stanowczo, lekko podnosząc głos. – Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta od dawna nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, zabrzmiało to ostro – ale przecież inaczej się nie da! Inaczej trzeba by wracać do tych bolesnych wspomnień i odsłaniać duszę przed narzeczonym. A są rzeczy, których nie chce się dzielić choćby z najbliższymi. Sięgnęła więc po stertę dokumentów, udając zajęcie. Aleks zmarszczył brwi, ale nie próbował naciskać. Ewidentnie nie było mu miło słyszeć tak dosadnej odpowiedzi. W głębi ducha nie rozumiał jej postawy! Matka w jego oczach zawsze miała niemal święty status, niezależnie od jej roli w wychowaniu. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy, dawała mu życie, stawiał ją w jego oczach na piedestale. Aleks wierzył, iż między matką a dzieckiem jest wyjątkowa, niezniszczalna więź, której nie złamią ani czas, ani okoliczności. Wika nie podzielała tych przekonań – wręcz jednoznacznie je odrzucała. Wszystko było dla niej jasne: jak można chcieć spotkania z kimś, kto tak okrutnie się zachował? Jej „mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – sprawa była o wiele gorsza, bardziej bolesna! Dawno temu, jeszcze jako nastolatka, Wika zdobyła się na pytanie, które latami ją dręczyło. Podeszła do dyrektorki domu dziecka, pani Barbary Wiesławskiej – surowej, ale sprawiedliwej kobiety, której dzieci darzyły szacunkiem. – Dlaczego tu jestem? – zapytała cicho, ale stanowczo. – Moja mama… zmarła? Odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało się przecież stać coś poważnego, prawda? Pani Barbara zamarła. Właśnie przeglądała papiery, ale po pytaniu dziewczynki odłożyła je na bok. Dyrektorka przez chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo, potem westchnęła ciężko i skinieniem głowy zaprosiła Wikę do siebie. Dziewczynka usiadła, mocno ściskając brzeg krzesła, pełna niepokoju. Przeczuwała, iż zaraz usłyszy coś, co na zawsze zmieni jej obraz własnej przeszłości. – Została pozbawiona praw rodzicielskich i pociągnięta do odpowiedzialności karnej – zaczęła powoli pani Barbara, dobierając słowa. Wzrok miała spokojny, ale w oczach widać było troskę – miała opowiedzieć dwunastolatce prawdę, którą wielu wolałoby zataić. Można by spróbować ją osłodzić, dodać coś mniej bolesnego, ale pani dyrektor zdecydowała – Wika zasługuje na prawdę, choćby okrutną. Zrobiła krótką pauzę, po czym mówiła dalej: – Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół roku. Powiadomiły nas osoby, które zauważyły małą dziewczynkę tułającą się po ulicy. Szłaś sama, malutka, zagubiona… Okazało się później, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu, a sama wskoczyła do pociągu i odjechała. Była jesień, zimno, mokro, a ty byłaś w cienkim płaszczyku i kaloszach. Kilka godzin na zimnie skończyło się szpitalem – długo dochodziłaś do siebie. Wika siedziała sztywno, jakby skamieniała. Zaciśnięte pięści, twarz obojętna – tylko oczy pociemniały, jakby zebrała się w nich burza. Słuchała, każda informacja zapadała w pamięć, choć wszystko w niej przewracało się do góry nogami. – Znaleziono ją? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? – szepnęła, nie rozluźniając pięści. – Znaleziono i osądzono. Wytłumaczenie? – dyrektorka skrzywiła się smutno. – Powiedziała, iż nie miała pieniędzy, aż trafiła się praca. Problem w tym, iż pracodawca nie pozwalał przychodzić z dzieckiem – przeszkadzałaś jej. To był chyba ośrodek wypoczynkowy czy coś w tym rodzaju. Uznała, iż łatwiej będzie zostawić cię i zacząć nowe życie. Wika pozostawała nieruchoma. Powoli rozluźniła pięści, opuściła ręce na kolana. Patrzyła w dal, jakby nie widziała nic – jej myśli wróciły do tamtego jesiennego poranka, którego przecież choćby nie pamiętała. – Rozumiem… – powiedziała w końcu jednostajnym, niemal martwym głosem. Spojrzała na panią Barbarę i dodała: – Dziękuję za szczerość. W tamtej chwili Wika zrozumiała raz na zawsze – nie musi już szukać matki. Nigdy. Myśl, która czasem gdzieś zaświtała: „a może kiedyś, tylko żeby spytać: 'dlaczego?’”, teraz zniknęła na zawsze. Zostawić dziecko na ulicy… Tego nie była w stanie pojąć! Czy kobieta, która dała jej życie, naprawdę nie miała ani sumienia, ani litości? Przecież z tak małym dzieckiem mogło się zdarzyć wszystko. „To nie czyn człowieka, tylko zwierzęcia!” – powtarzała w myślach Wika, czując w środku ostry, przeszywający ból. Próbowała, szczerze próbowała, znaleźć usprawiedliwienie. Może matka była zdesperowana? Może myślała, iż tak będzie dla Wiki lepiej? Ale każde z tych tłumaczeń rozpadało się w konfrontacji z faktami. Dlaczego nie złożyła oficjalnej rezygnacji? Nie oddała dziecka do domu dziecka w normalny sposób, by było bezpieczne? Po co zostawiła czteroletnią dziewczynkę samą na zimnej ulicy? Wika analizowała to wszystko dziesiątki razy, każde wyjaśnienie rozbijało się o ścianę. Nic nie łagodziło bólu, nic nie usprawiedliwiało zdrady. Pozostawała tylko zimna decyzja – świadomie pozbyła się dziecka jak niepotrzebnej rzeczy. Im dłużej o tym myślała, tym mocniej utwierdzała się w decyzji. Nie, nigdy nie będzie jej szukać. Nie będzie pytać „dlaczego”. Nie będzie próbować zrozumieć. Zrozumienie nie zmieni przeszłości. A takiego czynu nie potrafiłaby wybaczyć. I z tą decyzją przyszło dziwne uczucie ulgi… ************************** – Mam dla ciebie niespodziankę! – Aleks promieniał radością, aż mu się oczy śmiały, jakby właśnie wygrał los na loterii. Stał w przedpokoju, niecierpliwie przebierając nogami, rwąc się do pokazania tego, co przygotował. – Spodoba ci się! Chodź, nie można kazać komuś czekać! Wika stanęła w progu, trzymając w dłoniach zimną już herbatę. Spojrzała na Aleksa z niepokojem, odstawiła kubek. Co to za niespodzianka? I dlaczego mimo jego entuzjazmu czuła dziwne przeczucie? W środku jakby napięta struna miała zaraz pęknąć. – Dokąd idziemy? – zapytała, starając się brzmieć spokojnie. – Zobaczysz! – Aleks uśmiechnął się szerzej, złapał ją za rękę i pociągnął do drzwi. – Obiecuję, zaraz wszystko się wyjaśni! Nie stawiała oporu, ale w środku miała coraz większą pustkę. Założyła płaszcz, buty i wyszła za narzeczonym. Po drodze do parku próbowała zgadnąć, co wymyślił. Może bilety na koncert? Może spotkanie z dawnymi znajomymi? Wszystko wydawało się mało prawdopodobne. Wchodząc do parku, od razu zauważyła kobietę siedzącą na ławce przy głównej alei. Ubrana skromnie, ale schludnie: ciemny płaszcz, szalik na szyi, nieduża torebka na kolanach. Jej twarz wydawała się Wice jakby znajoma, tylko zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, skąd. Może krewna Aleksa? Albo koleżanka z pracy, z którą miał ją poznać? Aleks pewnym krokiem ruszył w stronę ławki, Wika szła za nim, próbując dopasować elementy układanki. Gdy podeszli bliżej, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tym momencie coś w Wice pękło – już wiedziała, skąd zna tę twarz. Ze swojego odbicia. Gdyby tylko dodać trzydzieści, czterdzieści lat. – Wika – głos Aleksa zabrzmiał podniośle, jakby miał ogłosić coś na scenie – mam euforia ogłosić: po długich poszukiwaniach znalazłem twoją mamę. Jesteś szczęśliwa? Wika stała nieruchomo, czując jak świat na chwilę się zatrzymuje. Jak on mógł? Przecież mówiła wyraźnie, iż nie chce choćby o niej słyszeć! – Córeczko! – kobieta wstała, wyciągając ramiona. W głosie drżenie, w oczach blask – jakby naprawdę się cieszyła. Wika cofnęła się gwałtownie, zwiększając dystans, twarz zesztywniała, spojrzenie stało się twarde. – To ja, twoja mama! Tak długo cię szukałam, codziennie myślałam, martwiłam się… – To nie było łatwe! – dodał Aleks z dumą. – Zaangażowałem znajomych, obdzwoniłem mnóstwo urzędów, szukałem kontaktów… Ale udało się! Przerwał mu głośny, dźwięczny policzek. Ręka Wiki wystrzeliła w górę bez namysłu. W oczach stanęły łzy – ból i gniew. Patrzyła na narzeczonego z niedowierzaniem: jak mógł? Skoro tyle razy mówiła, iż przeszłość jest zamknięta na zawsze! – Co ty wyprawiasz? – wyjąkał Aleks, chwytając się za policzek. – Przecież robiłem to dla ciebie! Chciałem pomóc, zrobić coś dobrego… Wika milczała. W środku kipiała – czuła, jak Aleks, któremu ufała, po prostu zburzył wszystko, co najcenniejsze: nie dotykać tego, co zakopane głęboko. To, co tak pilnie ukrywała – on wystawił na światło dzienne. Kobieta obok stała zagubiona – spoglądała raz na Wikę, raz na Aleksa. Chciała coś powiedzieć, ale zobaczywszy wyraz twarzy córki, nie odważyła się. – Nie prosiłam cię, byś jej szukał – powiedziała Wika cicho, choć głos jej drżał. – Wyraźnie dałam ci do zrozumienia, iż tego nie chcę! A ty i tak zrobiłeś po swojemu! Aleks opuścił dłoń, ale nie znalazł odpowiedzi. Patrzył na Wikę z nadzieją – iż się rozmyśli, odpuści, ale widział w niej tylko zimną, nieprzejednaną decyzję. – Powiedziałam jasno: nie chcę słyszeć o tej kobiecie! – Wika zadrżała z gniewu. Patrzyła na Aleksa, a w jej oczach nie była już tylko zraniona – to był ból, głęboki i stary jak blizna. – Ta „matka” zostawiła mnie na dworcu, gdy miałam cztery lata! Samą! Na dworcu, gdzie roi się od dziwnych typów! W cienkiej kurtce! I ty myślisz, iż powinnam to wybaczyć? Aleks pobladł, ale nie ustąpił. Wyprostował się, próbując dodać sobie powagi: – Jest twoją matką! Nie liczy się, jaka jest! Matka to matka! Wtedy kobieta zrobiła nieśmiały krok naprzód. Jej głos był cichy, niemal przepraszający, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi: – Często chorowałaś, nie miałam pieniędzy na leki – zaczęła wybierając starannie słowa. – Trafiła się praca, szansa… Gdyby wszystko się ułożyło, odebrałabym cię, bylibyśmy razem… Wika odwróciła się do niej gwałtownie. W jej oczach nie było współczucia – tylko chłodna, przez lata pielęgnowana gorycz. – Skąd byś mnie zabierała? Z cmentarza? – jej głos był ostry, niemal okrutny, ale już dłużej milczeć nie mogła. – Mogłaś zgłosić się do opieki i napisać, iż nie dasz teraz rady! Mogłaś zostawić mnie w szpitalu, jeżeli naprawdę tak często chorowałam! Ale nie na ulicy! Nie w zimnie, sama, bez opieki! Aleks w rozpaczliwym geście próbował ująć jej dłoń. Jego palce delikatnie ścisnęły jej nadgarstek, ale gwałtownie się wycofała. – Przeszłość minęła, trzeba żyć dalej – przekonywał, jakby próbował przekonać siebie. – Marzyłaś, żeby do ślubu zaprosić rodzinę. Spełniłem marzenie… Wika spojrzała na niego – w jej oczach widniał taki żal, iż Aleks odruchowo cofnął się o krok. – Zaprosiłam panią Barbarę, dyrektorkę domu dziecka, i panią Julię, moją wychowawczynię – głos Wiki był cichy, ale zdecydowany. – To one były prawdziwymi mamami! Były przy mnie, gdy było źle! Wspierały, uczyły, opiekowały się. To je uważam za rodzinę! Wyrwała rękę i wybiegła z parku bez oglądania się. Biegła po alejkach, mijając ławki, klomby – byle dalej od wszystkiego. W piersi szalała burza, ciężko oddychała. Takiego rozczarowania ze strony narzeczonego nie spodziewała się nigdy. Przecież nic przed nim nie ukrywała. Przeciwnie – powiedziała całą prawdę o dzieciństwie, bez upiększeń. O dniach w domu dziecka, gdy jeszcze miała nadzieję, iż mama wróci. Aleks słuchał, kiwał głową, powtarzał, iż rozumie. A i tak ją odnalazł. I sprowadził. „Nie ważne jaka, ważne iż matka” – te słowa odbijały się w głowie bólem. „Nigdy!” – postanowiła. Przez nią już nigdy nie przejdzie do porządku dziennego! Nigdy nie udawać, iż nic się nie stało. Nie zatrzymując się, wyszła z parku na ulicę. W myślach znowu stawała twarz matki – taka, jaką ją dziś zobaczyła: postarzała, z cieniami niepokoju, z wymuszoną próbą uśmiechu. Wika zacisnęła pięści, wypierając wspomnienie. Teraz liczyło się jedno – uciec jak najdalej. choćby nie wróciła po rzeczy do mieszkania Aleksa. Na szczęście jej rzeczy było tam niewiele: kilka toreb z ubraniami, trochę drobiazgów. Przeprowadzkę planowali dopiero na po ślubie, więc niemal wszystko miała w kawalerce przyznanej przez państwo. To ułatwiało sprawę. Najważniejsze – nie wracać tam, dopóki wszystko się nie uspokoi. Telefon raz po raz wibrował – Aleks dzwonił bez przerwy. Wika patrzyła na wyświetlacz, widziała jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli podniesie słuchawkę, powie za dużo, powie coś, czego potem pożałuje. Wolała poczekać, aż pierwszy gniew opadnie. Aleks nie ustępował. Oprócz telefonów przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego głos był ostry, prawie gniewny: – Wika, zachowujesz się jak dziecko! Starałem się dla ciebie, a ty… Po prostu jesteś niewdzięczna! To jest histeria i tyle! Kolejna wiadomość była jeszcze ostrzejsza: – Już zdecydowałem. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Nie mam zamiaru zmieniać zdania z powodu twoich fanaberii. Będziemy utrzymywać rodzinne kontakty, nasze dzieci będą ją nazywać babcią. Tak jest normalnie, tak jest adekwatnie! Wika słuchała tych wiadomości stojąc na przystanku i czuła, jak ściska jej się serce. Wyłączyła telefon i wsunęła do kieszeni. Jej świat właśnie zaczął się kruszyć – i nie wiedziała, jak go poskładać. Długo patrzyła w ekran, gdzie wyświetlały się ostatnie wiadomości Aleksa. W głowie dźwięczały jego słowa – twarde, nieznoszące sprzeciwu, bez miejsca na kompromis. „Ludmiła będzie na ślubie. Kropka”. Wryły się w świadomość, nie dając spokoju. Otworzyła aplikację wiadomości, wklepała krótki tekst i przeczytała go kilka razy. Słowa były proste i jednoznaczne: „Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć – ani ciebie, ani tej kobiety”. Nacisnęła „Wyślij”. Przez chwilę patrzyła na potwierdzenie dostarczenia, potem powoli odłożyła telefon. Prawie natychmiast telefon zaczął dzwonić – Aleks chciał się połączyć. Wika choćby się nie poruszyła. Przyszło jeszcze kilka wiadomości – nie czytała ich. Otworzyła listę kontaktów, wyszukała numer byłego narzeczonego i bez wahania dodała go do czarnej listy. Telefon zamilkł. Tylko cisza, która otuliła ją jak ciepły koc, dając poczucie spokoju. Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może… Ale teraz, w tej chwili, wiedziała, iż postąpiła adekwatnie. Burza w środku cichła, zastępowana przez cichą, zmęczoną decyzję. Tak jest dobrze. Nie ma wspólnej przyszłości z kimś, kto potrafi zrobić coś takiego…
Zaproś dom do zabawy – odkryj kolekcję GREJSIMOJS
Ten quiz wiedzy nie jest trudny, ale 13/13 zdobywa co trzecia osoba!
Kiedy straciłam mamę, ciocia Marysia została moją drugą matką – historia o utracie, sile rodziny i bezwarunkowej miłości, która odmieniła moje życie
"Zamień pączka na ciepły posiłek dla Dziecka" Fundacja POCIECHA po raz szósty wspiera niedożywione dzieci
Kolejny kraj chce zakazu mediów społecznościowych dla dzieci
"CO MA PIERNIK DO WIATRAKA" WARSZTATY / SKANSEN W SZYMBARKU (03 lutego 2026)
Opieka naprzemienna – w teorii doskonała, w praktyce niekoniecznie?