Prawdziwa kobieta
Halinko, gdzieżeś się podziała?! Przynieś ogórki! Ile jeszcze mam czekać?!
Mój głos nie pozostawiał wątpliwości, iż kończy mi się cierpliwość, ale Halina była zajęta. Szczegółowo malowała lewe oko, raz po raz zahaczając szczoteczką nowego, potwornie drogiego tuszu o rzęsy, i z podziwem przyglądała się efektowi. Prawe oko Haliny, które już poddała testom tuszu, świeżej kredki i cieni, o których jej przyjaciółka Grażyna orzekła, iż nadadzą się raczej na bal do Opery niż na cokolwiek zwyczajnego, było niemal dwa razy większe, niż powinno według natury, i trochę choćby przerażało. Ale Halina bynajmniej nie zamierzała na tym poprzestać.
Nie miała czasu, by myśleć o ogórkach, moczących się w wannie.
A wszystko przez to, iż zaledwie tydzień temu mój mąż, właśnie ten Piotrek, który teraz na kuchni zakręcał słoiki z ogórkami na zimę, zrobił mi ni z tego, ni z owego rewolucję:
Chcę, żebyś stała się prawdziwą kobietą!
I wyciągnął w moją stronę kartę do banku, gdzie przez cały rok chomikował oszczędności.
Co czułam? Szok to mało powiedziane.
Pierwszy odruch awantura. Jak to?! Skoro Piotrek oszczędzał coś poza wspólnym budżetem, oto jasne, nie całą wypłatę przynosił, a może i w innych sprawach kręcił? Tysiąc myśli naraz uchwycić się nie sposób! Gdzie to widziane?!
Ale zaraz potem przyszła kolejna refleksja. Zamiast rozgryzać przyczyny, opadłam z wrażenia na stołek w kuchni i kompletnie zapomniałam o niedogotowanym barszczu bulgoczącym na kuchence.
Co to znaczy, prawdziwą kobietą?!
Ech, to był wybuch Chciało mi się wrzeszczeć na cały dom i roztrzaskać nową porcelanę ze Złotoryi, o której śniłam i wreszcie dostałam w prezencie od teściowej. Serwis był nie na mój portfel, widywałam go tylko w katalogach. Teściowa podarowała go bez powodu. A jak się popłakałam, przeglądając talerze, ona tylko się śmiała:
Halinko! No co ty, dziecko?! Dla ciebie wszystko zrobię! Tylko szczęśliwi bądźcie!
Po co to zrobiła nie rozumiałam. Ale nie wnikałam. Najpierw mnie uściskała, później syna, potem pożegnała wnuki i pojechała z powrotem. Nigdy nie przepadała za gościną, tłumacząc zawsze, iż dom się sam nie ogarnie.
Nigdy się z nią nie sprzeczałam. Zawoziłam dzieci do niej na weekendy, pilnowałam, by nie rozrabiały i starałam się ją zawsze czymś ucieszyć za spokój i ciepło, z jakim mnie przyjęła.
Bo byłoby za co mieć żal do mnie. o ile choćby rodzina się starała, to czego byłoby się spodziewać od prawie obcej kobiety, którą widziałam chwilę przed ślubem. Wtedy Piotrek przywiózł mnie z moim synkiem Adamkiem, by przedstawić matce. Bałam się wyjść z auta zaglądałam to na śpiącego chłopca, to pytałam Piotrka:
Może nie powinniśmy tu być? Co ja jej powiem? A ona mi? Na pewno nas wygoni!
Czemu sądzisz? dziwił się Piotrek.
A bo kiedy urodziłam Adamka, ciotka mnie z domu wyrzuciła. Powiedziała, iż jestem obca, jeżeli ją tak „zhańbiłam”. A twoja mama? Przyjmie mnie z otwartymi ramionami i dzieckiem na ręku? Nie wierzę!
A może się zdziwisz. Nie uprzedzaj się.
Nie chciałam żadnego zaskoczenia, ale gdzie było wracać, gdy furtka już zamknięta? Wzięłam dziecko na ręce i poszłam za Piotrkiem.
Pani Krystyna, Piotrkowa mama, naprawdę mnie zaskoczyła. Przywitała się z dystansem, oceniła spojrzeniem, po czym zwyczajnie poprosiła o wnuka:
Ufasz mi? Ułożę go w sypialni, zmęczony z drogi…
Nie wiem sama, czemu Adamka jej oddałam. On choćby nie protestował uchylił oko, zamamrotał coś, mocniej się przytulił do Pani Krystyny, która zaraz zaczęła półgłosem śpiewać, kołysać i po chwili mały znowu zasnął.
Adam nazwał ją babcią, jak tylko nauczył się mówić to słowo. A ona nie zaprotestowała zdobyła tym moje serce.
Adamka urodziłam wcześnie, ledwie osiemnaście lat skończyłam. Kto był jego ojcem, wiedziała cała wieś. Plotki szły na całość, każdy zgadywał, czy Wojtek Maj będzie się żenił z Halinką Pawlak, czy tylko ją „zaliczy”, jak inne dziewczyny. Wiedziałam, jaka opinia chodzi za Wojtkiem. A jednak był chytry, wiedział, co trzeba powiedzieć, żeby zawrócić dziewczynie w głowie A gdy nie wychodziło „ładnie”, robił swoje, a dziewczyny milczały o wszystkim.
Nie ja jedna.
Któregoś razu, wracając późno z miasta z odwiedzin u ciotki, musiałam iść pieszo przez pola, bo autobus zatrzymał się tylko w sąsiedniej wsi. Kierowca, mimo próśb:
Specjalnie dla ciebie nie będę jeździł! Dasz radę na nogach, deszczu nie ma, przespacerujesz się. A ja muszę do domu.
Nie miałam wyjścia.
Majowy fiat dogonił mnie tuż przed wsią.
Halinka, co ty tak sama późno? Wsiadaj, podwiozę.
Nie trzeba, Wojtek, dam radę! odskoczyłam, ale za późno
Do domu wróciłam w podartej sukni, we łzach. Nie wchodząc do domu, w którym spała schorowana mama, schowałam się w łazience i do rana próbowałam zmyć z siebie ślady, kolejne godziny płacząc, złoszcząc się, mając pretensje do losu i myśląc tylko, jak ochronić matkę przed tą prawdą. Lekarz powiedział jasno: serce jej nie wytrzyma napięcia.
Może wydarzyć się wszystko. Rozumie pani?
Rozumiałam. Nie miałam bliskich poza mamą. Ciotkę trudno było liczyć, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałam pomagałam jej w gospodarstwie, wierząc iż rodzina jest od pomagania.
Mama nigdy się nie dowiedziała, co się stało. Odeszła we śnie, gdy byłam w piątym miesiącu ciąży. Ostałam się sama jak palec.
Ciotka, która miała pomóc, od razu umyła ręce.
Sama sobie narobiłaś sama sobie radź! Na mnie nie licz! Czemu nie poszłaś na policję?! Czemu nie powiedziałaś?! Może już byłabyś mężatką, a „problem” pod dywanem?! A ty?! Nie, Halina! Rób, co chcesz, ale mnie nie mieszaj do tego!
Stałam ledwo na nogach, oczy zapuchłe od płaczu, ledwie docierało, co mówi. Gdy wreszcie pojęłam, zebrałam się i poszłam na komisariat.
Halinko, czemuś od początku nie mówiła?! policjant aż złapał się za głowę. Ja mu pokażę! Załatwię typa!
Maj trafił za kratki.
Kiedy Halina zaczęła mówić, okazało się, iż po całej wsi biega Majowych dzieciaków siedem. Matki milczały, w końcu zaczęły się przyznawać, sprawa ruszyła.
Matka Wojtka po wyroku publicznie przeklęła mnie na środku ulicy i życzyła, żebym nie donosiła do porodu.
Ale ludzie stanęli w mojej obronie. Tej samej nocy ktoś wymazał bramę Majów smołą, a kilka miesięcy potem sprzedali dom i wyprowadzili się.
A ja urodziłam zdrowego, krzykliwego chłopaka, w którym nie było śladu genów Majów. Adamek był cały z Pawlaków nos po ojcu moim, którego ledwo pamiętałam, bo wcześnie odszedł, kędziory i czekoladowe oczy po babci.
Sąsiedzi pomagali i w gospodarce, i w ubrankach. Ktoś choćby przyniósł kołyskę. Pieniądze po mamie wydawałam ostrożnie, wiedząc, iż łatwo nie będzie samotnej matce.
Ale gdy tylko poczułam nieco spokoju, ciotka przyjechała z moimi wujkami braćmi mojej mamy. Do tej pory ich nie znałam, bo byli w gniewie z matką.
Halinka, przepraszamy, ale musisz się wyprowadzić powiedzieli. Dom należy do nas. Jak matka żyła, był spokój, tak się umawialiśmy. Teraz on pójdzie na sprzedaż.
Dokąd mam iść?
Dla ciebie damy część po twojej matce. Nie jesteśmy potworami. A potem radź sobie.
Dumałam długo. Za proponowane pieniądze nie kupiłabym choćby rudery. Zostawała przeprowadzka do miasta. Tam nie miałam nikogo. Ciotka patrzyła na mnie złym wzrokiem, do kołyski choćby nie zajrzała.
Nie zamierzałam słuchać jej rad. Nie ona decyduje o tym, komu życie dano. Syna w obronie nie oddam!
Rodzina wyjechała, a ja rozpłakałam się jak dziecko serce krajało się na myśl o pożegnaniu ze swoim kątem.
Wtedy przyszli sąsiedzi z nowinami, rozpuszczając nowinki, jedni mnie krytykowali, inni rodzinę. Plotki szły, ale nikt nie zapomniał, co trzeba zrobić. Następnego dnia przyszedł policjant.
Halinka, w sąsiedniej wsi pewna kobieta sprzedaje połowę domu. Samotna, spokojna, znam ją. Mąż zmarł, dzieci się rozjechały, jej ciężko samej. Co powiesz, gdyby cię do niej w weekend zabrać? Obejrzałabyś, pogadałybyście, zdecydujesz.
Dziękuję! niemal uściskałam stróża prawa.
Jak Adamek?
Rośnie!
Policjant zrobił minę do synka i poszedł, a ja pogładziłam portret mamy.
Damy radę, mamusiu! Wszystko będzie dobrze!
Z panią Teresą, właścicielką domu, od razu znalazłam nić porozumienia.
Halinka, niczego się nie bój. Ja spokojna jestem kobieta, tylko nie znoszę bałaganu. jeżeli u ciebie będzie porządek, pogoda, to niczego się nie boję. Pomogę ci z małym, jeżeli będziesz chciała do pracy wrócić. Ale jak na plotki chodzić nie licz! Uprzedzam!
A praca tu by się znalazła? Przydałaby się
Jest. Moja kumpelka szuka ekspedientki do sklepu. Trzy sklepy ma, ostatnio czwarty otworzyła. Mam pogadać?
Z przyjemnością!
Tak trzeba! Złapałam dwie okazje naraz! Dzień udany!
W sklepie właśnie poznałam Piotrka, kiedy przyjechał do matki, a ta wysłała go na zakupy.
Spakowałam mu zakupy, a już po chwili opowiedziałam wszystko o sobie i o Adamie, i o pani Teresie, a choćby o sobie, choć zwykle nie byłam gadatliwa.
Piotr mnie słuchał uważnie, potem się pożegnał, już wiedząc, iż te wiśniowe oczy i cichy głos długo nie dadzą mu spokoju.
Nie wrócił od razu bał się opowiedzieć, iż życie nie było mu łaskawe. Żona zostawiła go i dwóch synów, najmłodszy miał trzy miesiące. Musiał sam je wychować, matka opiekowała się ojcem chorym, a chłopcy płakali nocami, nie wiedząc, za czym tęsknią.
Nie wiedział, jak to powiedzieć Halinie. Krążył wokół sklepu, nie decydując się wejść.
Nie wiedział, iż Halina też o nim myśli, zasięga informacji u Teresy. Kiedy w końcu przyszedł, Halina już wszystko o nim wiedziała.
Twój starszy ile ma? zaskoczyła go od drzwi.
Trzy lata skończy wkrótce.
A młodszy?
Roczek.
Jak mój Adaś.
Halinko…
Przedstaw mnie dzieciom. Zobaczymy, co będzie dalej.
Tak się zeszliśmy.
Ślub nie był huczny, tylko najbliżsi. Potem pojechaliśmy z dziećmi nad morze. Radowałam się, jakbym sama była ośmiolatką. Nigdy nie widziałam morza.
Bo co tu się nie cieszyć? Mam rodzinę, męża, dzieci. Moje szczęście.
A walczyć musiałam o to szczęście, i to nie raz. Kiedy starszy syn zachorował i dwa miesiące spędziłam z nim w szpitalu, powierzając młodszych teściowej.
A potem, gdy była żona męża się zjawiła, chcąc odebrać dzieci. Wtedy pokazałam, na co mnie stać. Nie oddałam ich. Pojechałam do swojej wsi radzić się policjanta i przeszłam przez wszystkie formalności, by być matką, i w sercu, i na papierze.
Była żona zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, nie czekając na sąd, a kiedy teściowa po rozprawie mnie uściskała i powiedziała:
Teraz o dzieci mogę być spokojna!
Czas płynął, dzieci rosły, a Halina pozostała taka sama cicha, delikatna, zawsze z uśmiechem, ale wszyscy we wsi wiedzieli: taka jest do czasu. Mruczy jak spokojna kotka, marząc tylko o spokoju, ale jak ktoś tknie rodzinę w mig stanie się lwicą.
A tu proszę! Nie kobieta?!
Całą noc po tym, jak Piotrek wręczył mi kartę, nie zmrużyłam oka. Wstawałam, spoglądałam w lustro przy świetle nocnej lampki, obracałam się, zastanawiałam się, co ze mną nie tak. Pytać Piotrka nie chciałam. Byłam obrażona. Rano, posyłając dzieci do szkoły i przedszkola, poszłam do Grażyny.
Grażka, co ja mam zrobić?!
Grażyna była taka jak ja trochę z innego świata. Uznała, iż trzeba poszukać mądrej rady w babskich czasopismach, skoro po coś te wszystkie poradniki istnieją! Zebrała je ile miała, przyniosła do kuchni i po pół godzinie wiedziałyśmy lepiej, niż eksperci prawdziwa kobieta ma się dobrze odżywiać, ubierać, malować, dbać o wszystko i być wzorem. W innym przypadku niby jest kobietą, ale jakby nie do końca. Dobrze chociaż, jeżeli spinka do włosów jest! U mnie nie ma i tego!
Spinki kupować nie zamierzałam, ale pojechałam z Grażką do miasta. Kupiłam dobrą kosmetykę, nową koszulę nocną i bajeczne pantofle, których bałam się choćby z pudełka wyciągnąć, żeby dzieci nie uszkodziły.
Piotrek jednak nie docenił moich wysiłków.
Prawie kończyłam malować się, gdy Piotrek wpadł do łazienki, a ja pociągnęłam pędzlem prosto w oko! Od razu stwierdziłam, iż cała ta „kobieta z prawdziwego zdarzenia” to nie moja bajka.
Halina, co ty wyprawiasz?! Piotrek złapał się za głowę, gdy podskakiwałam na jednej nodze, łzawiąc i ścierając makijaż z twarzy.
To twoja wina! wycedziłam przez zęby, docierając do wniosku, iż lepiej się zmyć, niż rozmazać jeszcze bardziej trudny do wykonania makijaż po całej łazience. Chciałeś kobiety?! To kim jestem?
Piotrek zrozumiał, o co poszło, i objął mnie, zanim zdążyłam się wymsknąć.
Spokojnie! Już, już, pozwól pomóc!
Delikatnie mył mi twarz, a ja słyszałam:
Ja, jasne, gamoń, ale ty też! Wiesz, iż mam z gadaniem pod górkę. Mogłaś zapytać! Sama wymyśliłaś, sama się obraziłaś.
A po co te pieniądze i gadanie o prawdziwej kobiecie? próbowałam się wykpić, ale Piotr przywołał mnie do porządku.
Bo od kiedy jesteśmy razem, nigdy sobie niczego nie sprawiłaś! Wszystko dzieciom albo mnie. choćby moją matkę rozpieszczasz, a sobie żałujesz. Tak nie można! Chciałem, żebyś miała trochę tylko dla siebie, kupiła, co ci się zamarzy. Jak kobiety z miasta idą na zakupy i nie patrzą na nic.
Teraz wybuchnęłam śmiechem.
Śmiałam się tak, iż prawie padłam ze śmiechu. Dzieci, zaniepokojone, przybiegły i musiałam długo je uspokajać.
Wieczorem, gdy dzieci spały, wyszłam na schody, wystawiłam świeżo umytą twarz do gwiazd i ucieszyłam się, przypominając sobie chaos z tego dnia.
Wszystkich pozakładałem do spania! dołączył Piotrek, siadając koło mnie na stopniu.
Dobrze przykryłeś?
To będą ogórki jak marzenie!
Mam nadzieję! Przydadzą mi się niebawem! uśmiechnęłam się i położyłam jego dłoń na brzuchu.
Serio?! Nic nie mówiłaś! Piotrek był w szoku, obejmując mnie.
A kiedy, jak ciągle ogórki albo „kobieta”! Nie masz dla mnie czasu!
Zacznę jeszcze coś mówić, ale Piotr już na to nie pozwoli.
Najpierw pocałuje, żebym pamiętała, na co nie należy zapominać będąc kobietą, potem przytuli mocniej żebym wiedziała, do czego jestem stworzona.
Przy sercu, lekko na ukos. Tam, gdzie dusza oddycha.
Dziś wiem, iż prawdziwa kobieta to ta, która walczy o szczęście swoje i bliskich, pamiętając, by nigdy nie zapomnieć o sobie.












