Halina miała siedemdziesiąt cztery lata i dobrze wiedziała, iż czwartkowe popołudnia są najdłuższe. Wtedy cisza w mieszkaniu gęstniała jak rozgotowany kisiel. Radio grało te same piosenki, co w środę, a herbata stygła szybciej niż zwykle. Właśnie w taki czwartek, kiedy patrzyła przez okno na przystanek tramwajowy naprzeciwko, ktoś zapukał — nie do drzwi, ale w ścianę za kuchennym kredensem. Trzy razy. Krótko, jakby umówionym kodem.
Mieszkała na pierwszym piętrze starej kamienicy w Białymstoku, w mieszkaniu po teściach, gdzie kaloryfery grzały tylko wtedy, gdy miały ochotę. Dzieci dzwoniły w niedzielę, po kościele. Wnuki — od święta. Z czasem przestała liczyć i zaczęła po prostu żyć: bazar we wtorki, poczta po rentę, serial o osiemnastej, kładka nad rzeką, gdy nie padało. I ten stukot w ścianę.
Za ścianą mieszkał dziewięcioletni Tomek z rodzicami, którzy pracowali na zmiany i spotykali się w domu tylko po to, żeby krzyczeć. Halina znała ich grafik lepiej niż własny: jak ojciec wracał z nocnej zmiany, to trzeszczał parkiet w przedpokoju i skrzypiała szafka z butami. Kłótnie słychać było przez szparę pod drzwiami łazienki. Chłopiec siadywał na schodach z kartonem po telewizorze i kredkami, które łamały mu się co drugi dzień, bo rysował zbyt mocno.
Halina nie lubiła dzieci. Za głośne, za szybkie, za bardzo obce. Ale tamtego czwartku stukanie się powtórzyło i zanim zdążyła pomyśleć, już otwierała drzwi na klatkę.
— Proszę pani — powiedział Tomek, wyciągając przed siebie kartkę z bloku technicznego. — Narysowałem panią jako wydrę.
Zatkało ją.
— Dlaczego wydrę? — zapytała po dłuższej chwili.
— Bo wydry mają ładne oczy i wszystko im pasuje. Pani tak samo.
Halina wzięła kartkę. Wydra trzymała w łapkach torebkę z bazaru. Coś w niej zmiękło — nie konkretnie serce, tylko ten fragment pod żebrami, o którym zapomina się po latach. Zaprosiła go do środka. Usiadł na brzeżku taboretu, nogi nie sięgały podłogi, i opowiadał, iż nudzi się po lekcjach, iż mama wraca o siódmej, a on już umie tabliczkę mnożenia do szóstki. Słuchała, nie przerywając. Chyba po raz pierwszy od dawna ktoś przy niej mówił tak swobodnie.
Od tamtej pory pukał w ścianę codziennie. Najpierw pokazywał rysunki. Potem opowiadał o szkole, o chłopakach z klasy, o psie sąsiadki spod piątki, który jadł mu kanapki. Potem zostawał na kakao i herbatniki z masłem. Halina zauważyła, iż rano zaczęła nastawiać czajnik dwie godziny za wcześnie.
Opowiadała mu o mężu, o pracy w cukierni, o tym, jak w latach osiemdziesiątych stało się po czternaście godzin w kolejce po watę cukrową dla córki. Tomek słuchał z otwartymi ustami i pytał o rzeczy, po których Halina musiała robić przerwę.
— A pani się boi, iż umrze?
— Kiedyś się bałam. Teraz mniej.
— Dlaczego?
— Bo mam kogo wyczekiwać po południu.
Grali w chińczyka na stole przykrytym ceratą w koguty. Oglądali zdjęcia z wesela: Halina w welonie, z bukietem goździków. Tomek powiedział, iż wygląda jak piosenkarka z telewizji. Pieczyła mu racuchy, uczyła go robić na drutach, pokazała, jak się robi wycinanki z kolorowego papieru. On biegał po mleko do spożywczego, przynosił jej zeszyt z kolorowankami i raz wpadł z miętą zerwaną na podwórku.
— To dla pani — powiedział, sapiąc. — Mama mówi, iż kwiatki daje się komuś, kogo się lubi. A ja panią lubię najmocniej.
Halina nie wiedziała, gdzie podziać zmiętą miętę. Włożyła ją do szklanki po dżemie i postawiła na parapecie. Wieczorem, zmywając, miała mokre rękawy, chociaż wcale ich nie moczyła.
Mówił do niej „ciociu Haniu”. Mówiła mu: nie jestem twoją ciocią, jestem sąsiadką. A on odpowiadał, iż ciocia to też sąsiadka, tylko taka, którą się mocniej lubi. I dodawał, iż jak dorośnie, to kupi jej prawdziwy tort z kremem. Co roku.
A potem przestał się odzywać. Ściana milczała trzy dni. Halina nasłuchiwała kroków na klatce, wyglądała przez judasza, choćby zeszła po gazetę do skrzynki dwa razy, chociaż gazetę wzięła rano. Czwartego dnia zapukała do sąsiednich drzwi. Otworzyła matka Tomka — kobieta z farbą na włosach odrastającą na ciemno i z oczami podkrążonymi jak po nocnej zmianie.
— Tomek już nie będzie pani nachodził. Tak będzie lepiej.
Halina usłyszała jeszcze, iż to obca osoba, iż nie wypada, iż dziecko za bardzo się przywiązuje, a pani w tym wieku to nie jest towarzystwo dla dziewięciolatka. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, od którego zadzwonił łańcuszek u sąsiadki na górze.
Nie płakała od razu. Dopiero wieczorem, kiedy została jej w dłoni resztka mięty — suche listki sypały się na stół — usiadła przy oknie i pierwszy raz od dawna nie zapaliła lampy. Następnego ranka poszła do papierniczego, kupiła blok rysunkowy, kredki w metalowym pudełku i czekoladowe serduszko. Napisała na kartce: „Czekam. Zawsze pukaj w ścianę, jak tylko będziesz mógł. Twoja ciocia Hania”. Zapakowała wszystko w reklamówkę z hipermarketu i powiesiła na klamce sąsiadów o szóstej rano, kiedy nikt jeszcze nie wychodził.
Tydzień ciszy. Dwa tygodnie. Halina gotowała więcej niż potrzebowała, żeby nie myśleć. Pewnej soboty usłyszała znajomy rytm: trzy uderzenia w ścianę, pauza, jedno. Podeszła i przyłożyła dłoń do tapety. Po drugiej stronie ktoś przyłożył swoją.
Potem znów zaczął przychodzić — tylko wtedy, gdy rodziców nie było. Spotykali się jakby nigdy nic: racuchy, chińczyk, wycinanki. Tomek rysował ją jako księżniczkę w koronie z klocków. Na dole pisał, iż to najładniejsza sąsiadka na świecie. Halina chowała rysunki do szuflady pod obrusy, bo wiedziała, iż to jedyne bezpieczne miejsce.
Wszystko przewróciła córka.
Przyjechała z Sopotu bez zapowiedzi, z dwójką wnuków, którzy od razu zdjęli buty w przedpokoju i rozplątywali słuchawki. Zobaczyła wycinanki na stole, rysunek wydry przypięty magnesem do lodówki, zapytała, skąd to. Halina — głupia, ucieszona, iż ma się komu pochwalić — opowiedziała o Tomku: jaki mądry, jak ładnie się uczy, jak mówi „ciocia Hania”.
Córka zmieniła się, jakby ktoś pstryknął światło w ciemnej kuchni.
— Mamo, a oni wiedzą, ile to mieszkanie jest warte? — zapytała, patrząc na sufit, jakby liczyła metry.
— Kto „oni”? Dziewczyno, co ty mówisz?
— No ci sąsiedzi. Podsyłają ci dziecko, żebyś się przywiązała, a potem namówią cię na przepisanie. Znam takie historie.
Halina próbowała przerwać, ale córka już zapinała kurtkę. Zeszła piętro niżej, zapukała do sąsiadów. Najpierw było cicho, potem zrobiło się głośno. Halina stoi w drzwiach swojego mieszkania, łapie się framugi, nie wie, gdzie ma ręce. Ze środka słyszy, jak córka podnosi głos, jak ojciec Tomka mówi coś o skurwysyństwie i o tym, iż rodzina to umie szukać spadku. Ktoś odpycha Halinę od drzwi sąsiadów — nie wie kto, czuje tylko, iż traci grunt. Podłoga ucieka. Potem jest sufit, żarówka na klatce, krzyk Tomka z głębi mieszkania. I ciemność.
Obudziła się w szpitalu z opatrunkiem nad uchem i złamaną kością śródręcza lewej dłoni. Córka siedziała na krześle, smarowała coś w telefonie. Halina poprosiła o wodę. Pielęgniarka podała kubek z rurką. Nikt nie wspominał o Tomku.
Po powrocie do domu Halina nie zapaliła światła w przedpokoju. Zostawiła siatki przy drzwiach i poszła prosto do szuflady. Rysunki leżały na miejscu, pod obrusami. Spojrzała na wydrę z torebką. Potem wzięła telefon w zdrową dłoń.
Umówiła się u notariusza. Autobusem, z przesiadką przy cerkwi, bo taksówka kosztowała czterdzieści złotych, a emerytura była jedna. W torbie niosła dowód, odpis aktu własności i kartkę z adresem schroniska, które znalazła w starej książce telefonicznej.
Sporządziła testament. Mieszkanie — sto czterdzieści siedem tysięcy złotych, wycena sprzed roku — zapisała schronisku dla zwierząt przy ulicy Dolistowskiej. Córce zostawiła porcelanę po teściowej, obrączkę i komplet pościeli z falbanką. Zadzwoniła do córki dopiero z kancelarii, żeby powiedzieć, co zrobiła.
— Mamo, ty chyba zwariowałaś!
— Może i tak — przyznała spokojnie. — Ale tak już będzie.
W słuchawce zapadła cisza, potem trzasnęło. Halina schowała akt do kieszeni płaszcza, podszewka miała dziurę, więc włożyła go głębiej, za podszewkę.
W drodze powrotnej wstąpiła do papierniczego. Kupiła blok techniczny z wydrą na okładce. I kredki. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zapuka w ścianę. A jeżeli zapuka — miała już gotową odpowiedź.












