51-letni funkcjonariusz Służby Więziennej, Adam Sz., zabił swoją 5-letnią córkę, 71-letnią teściową i ciężko ranił 9-letniego syna, który zmarł po kilku dniach w szpitalu. Mężczyzna próbował odebrać sobie życie. Z masakry ocalała tylko jego żona – także funkcjonariuszka SW. Teraz głos w sprawie zabierają jego współpracownicy, rzucając nowe światło na to, co mogło doprowadzić do tej tragedii.
Z zewnątrz Adam Sz. uchodził za spokojnego, opanowanego człowieka. Przez lata służył w grupie interwencyjnej, zajmującej się m.in. tłumieniem więziennych buntów i konwojowaniem najgroźniejszych przestępców. Praca pod ciągłym napięciem, z bronią w ręku, często w obliczu realnego zagrożenia – to była jego codzienność. A jednak – jak twierdzą jego przełożeni – nic nie wskazywało na to, iż był niezdolny do służby.
– Przechodził regularne badania psychologiczne, miał prawo do wsparcia, z którego nigdy nie skorzystał – informuje Ministerstwo Sprawiedliwości. – Nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych.
Jednak współpracownicy Adama Sz. widzą to inaczej. Jedna z byłych funkcjonariuszek, która przez dekadę pełniła z nim służbę, mówi wprost: – To nieprawda, iż warunki pracy nie mają wpływu na psychikę. Mamy do czynienia z chronicznym stresem, z zagrożeniem, z ogromnym przemilczanym ciężarem. I nikt nas na to nie przygotowuje.
W rozmowie z „Faktem” podkreśla, iż wielu funkcjonariuszy unika szczerych rozmów z psychologiem, bo boi się utraty stanowiska. – „Opieka psychologiczna” w praktyce to kilka minut, pytanie, czy wszystko w porządku, i podpis. Nic więcej. Ludzie milczą, aż się duszą – albo wybuchają.
Jej słowa są przesiąknięte rozpaczą i gniewem. – My się nie boimy więźniów, tylko przełożonych. Oni nas gniotą, ignorują, traktują jak liczby w tabeli. A my jesteśmy ludźmi. Tyle iż nie wolno nam się przyznać do słabości.
Funkcjonariuszka nie kryje bólu, mówiąc o żonie sprawcy – kobiecie, która straciła niemal całą rodzinę, a sama przez cały czas pracuje w systemie, który – jej zdaniem – zawiódł wszystkich. – Ona była wychowawcą. Miała dzieci późno, były wyczekane i bardzo kochane. Teraz została sama. Sama z tym, co się stało, sama z tym, co było. I sama z systemem, który być może wcale nie umie nieść pomocy.
Służba Więzienna broni się, twierdząc, iż tragedia nie była wynikiem zawodowego wypalenia ani przeciążenia. Ale pojawiają się głosy, iż dopóki nie zostaną przeanalizowane przyczyny systemowe – presja, przemilczenia, brak realnego wsparcia – takie dramaty mogą się powtórzyć.
Tymczasem Prusice opłakują troje zmarłych. Tragedia rozegrała się w domu, który miał być schronieniem, a stał się miejscem rozpaczy. Rodzina, sąsiedzi, współpracownicy – wszyscy próbują zrozumieć, co się wydarzyło i dlaczego nikt nie zauważył tej tykającej bomby emocjonalnej.
A może właśnie zauważył – tylko nie było komu i gdzie powiedzieć prawdy. Bo system wciąż uczy milczenia.