Pożyczka, której Marisol nigdy nie podpisała

newsempire24.com 11 godzin temu

Marisol Bagińska od dwudziestu sześciu lat strzyżyła włosy w tym samym zakładzie na ulicy Puławskiej w Warszawie, gdy zięć poprosił ją, żeby poręczyła mu kredyt na otwarcie drugiego warsztatu samochodowego na Targówku. Miała sześćdziesiąt jeden lat, zmęczone plecy po tylu godzinach spędzonych na nogach i niewielkie mieszkanie na Ursynowie, które spłaciła zaledwie trzy lata wcześniej. Nie miała nic więcej: to mieszkanie, salon fryzjerski i konto oszczędnościowe z czterdziestoma tysiącami złotych, odłożone na dzień, kiedy kolana przestaną jej służyć.

Dariusz, mąż jej córki Joanny, zjawił się w niedzielę z dokumentami pod pachą i uśmiechem handlowca. Potrzebował sześćdziesięciu pięciu tysięcy złotych na maszyny i lokal przy ulicy Radzymińskiej. Bank wymagał od niego współkredytobiorcy z nieruchomością na własność. „To tylko formalność, teściowo, za rok panią z tego wypiszę." Marisol podpisała przy stole w kuchni, wśród zapachu zaparzonej kawy i szumu wiatraka, który chodził od 2004 roku.

Minęło osiem miesięcy. Dariusz zaczął nie odbierać telefonów z banku. Marisol dowiedziała się o tym we wtorek w październiku, kiedy pracownik PKO Banku Polskiego zadzwonił do niej do salonu, żeby poinformować, iż kredyt jest zaległy o trzy raty i iż jeżeli nie ureguluje płatności, zostanie uruchomiona procedura wobec nieruchomości, którą wpisała jako zabezpieczenie: jej mieszkania.

Stała z telefonem w ręce, patrząc w zwierciadło, w którym pół godziny wcześniej strzygła panią Krystynę, swoją stałą klientkę. Przez okno salonu widać było furgonetkę z pieczywem zaparkowaną na rogu, tę samą co każdego wtorku, i sąsiedzkiego psa szczekającego bez powodu. Szczegóły niemające nic wspólnego z kredytem, które jednak zapisały się w pamięci tamtego ranka.

Zadzwoniła do Joanny tego samego wieczoru. Córka odebrała defensywnie, jakby już wiedziała, co nadchodzi.

— Mamo, Dariusz przechodzi ciężki moment z warsztatem na Targówku. Ten na Radzymińskiej nigdy nie ruszył.

— A raty w banku, Joanno? Grożą mi utratą mieszkania.

— On mówi, iż za dwa miesiące wyrówna wszystko. Nie dramatyzuj.

— Nie dramatyzuję. Mam list z pieczątką banku.

Po drugiej stronie zaległa cisza. Potem usłyszała głos Dariusza, który wyrwał córce telefon.

— Teściowo, niech się pani nie uczłowieka na mnie. Ja to spłacę.

— Kiedy, Dariusz? Daj mi konkretną datę.

— Jak będę mógł.

Marisol odłożyła słuchawkę. Nie płakała tej noce, choć miała ochotę. Usiadła przy kuchennym stole, tym samym, przy którym podpisywała, i wyjęła niebieską plastikową teczkę, w której trzymała kopie umowy kredytowej, akt własności mieszkania i numer telefonu do prawniczki, którą poleciła jej klientka Krystyna kilka miesięcy wcześniej, kiedy jej były mąż próbował przejąć połowę cukierni.

Następnego dnia pojechała do kancelarii na drugim piętrze budynku nad aptekami na rogu Marszałkowskiej. Prawniczka nazywała się Agnieszka Woźniak i mówiła szybko, bez owijania w bawełnę.

— Pani podpisała się jako współkredytobiorca solidarny, pani Marisol. To znaczy, iż bank może dochodzić swoich praw od pani bezpośrednio, bez wcześniejszego wyczerpania roszczeń wobec głównego dłużnika.

— Ale to przecież jego firma. Ja choćby tam nie pracuję.

— Dla banku to nie ma znaczenia. Ma znaczenie to, co pani zrobi dalej.

Agnieszka wyjaśniła trzy możliwe drogi: spłacić zaległość, żeby zatrzymać procedurę, a potem wystąpić do Dariusza o zwrot zapłaconej kwoty; wynegocjować z bankiem zwolnienie jej zabezpieczenia, jeżeli Dariusz zrefinansuje kredyt samodzielnie; albo pozwolić, żeby postępowanie poszło dalej i stracić mieszkanie. Marisol nie wahała się ani chwili przy pierwszej opcji, choć słowo „egzekucja" dudniło jej w głowie przez cały tydzień.

Wypłaciła czterdzieści tysięcy złotych z konta oszczędnościowego. Nie wystarczyło. Sprzedała swojego Volkswagena Golfa z 2011 roku, odłożonego na szesnaste urodziny wnuczki, i dzięki temu zebrała brakujące dwadzieścia pięć tysięcy, żeby uregulować zaległość w banku: sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych w sumie, z oszczędności i ze sprzedanego auta, żeby zasypać dziurę, której nie wykopała sama.

W następną niedzielę Dariusz zjawił się u niej jak gdyby nigdy nic, z pudełkiem pączków z cukierni na Bielanach. Marisol wpuściła go, podała kawę i czekała, aż usiądzie.

— Teściowo, dziękuję za zrozumienie, iż to tylko chwilowe.

— Nic nie rozumiem, Dariusz. Spłaciłam twój dług w banku.

Zastygł z filiżanką w połowie drogi do ust.

— Jak to spłaciłaś?

— Sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych. Z moich oszczędności i ze sprzedaży samochodu.

Joanna, która wchodziła za nim, złapała się za brzuch, jakby dostała uderzenie.

— Mamo, sprzedałaś golfa? Przecież to miało być dla Zuzi.

Marisol położyła na stole niebieską teczkę: potwierdzenie wpłaty do banku, dowód przelewu, kopię dokumentu sprzedaży samochodu i nowy dokument, przygotowany przez Agnieszkę, który leżał już na stole od trzech dni.

— Ten papier mówi, iż Dariusz jest mi winien sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych, do spłaty w osiemnastu miesięcznych ratach, z zabezpieczeniem na nieruchomości warsztatu na Targówku. jeżeli nie podpiszesz, jutro idę do banku i zgłaszam, żeby postępowanie poszło przeciwko tobie bezpośrednio, mam dowody, iż to ja spłaciłam zaległość. Już rozmawiałam o tym z moją prawniczką.

Dariusz spojrzał na Joannę, szukając wsparcia. Żona nie powiedziała ani słowa; wpatrywała się w niebieską teczkę leżącą na stole, w tym samym miejscu, gdzie osiem miesięcy wcześniej jej matka podpisała umowę bez chwili wahania.

— Teściowo, to jest sprawa rodzinna, nie trzeba żadnego papieru.

— Już był jeden papier rodzinny, Dariusz. I przez niego prawie straciłam mieszkanie. Ten drugi podpisujesz albo jadę teraz do kancelarii Agnieszki Woźniak i składam pozew z wszystkim, co mam.

Podpisał. Tym samym niebieskim długopisem, który Marisol trzymała w kuchennej szufladzie od czasu, kiedy kupiła mieszkanie.

Tego samego popołudnia Marisol zadzwoniła do banku i poprosiła o przesłanie listu potwierdzającego, iż jej zabezpieczenie na nieruchomości na Ursynowie zostaje zwolnione po spłacie zaległości, i iż od tej chwili wszelkie działania windykacyjne mają być kierowane do głównego dłużnika zgodnie z nową umową notarialną. List przyszedł dziewięć dni później, w czwartek, kiedy pani Krystyna robiła sobie pasemka na tym samym fotelu co zawsze.

Marisol przeczytała go dwa razy przed salonowym zwierciadłem, złożyła arkusz na pół i włożyła do niebieskiej teczki, razem z kopią umowy podpisanej przez Dariusza. Nie kupiła nowego samochodu ani tego tygodnia, ani następnego. Zuzia, jej wnuczka, ma jeszcze rok i pół do szesnastych urodzin, a do tego czasu Marisol będzie już dokładnie wiedzieć, ile udało się odzyskać z tych osiemnastu rat.

Idź do oryginalnego materiału