Późny prezent – opowieść o Annie z blokowiska, która całe życie pomaga rodzinie, aż pewnego dnia kupuje sobie pierwszy od lat abonament do Domu Kultury i odkrywa, iż czasem małe marzenie jest równie ważne jak wnuki i rachunki

twojacena.pl 4 godzin temu

Późny prezent

Autobus gwałtownie ruszył i musiałam chwycić się poręczy obiema rękami. Pod palcami wyczułam odkształcający się, szorstki plastik. Siatka z zakupami uderzyła o kolana, jabłka potoczyły się cicho w środku. Stałam tuż przy wyjściu, zliczając przystanki do swojego bloku.

W uchu cicho szumiały słuchawki, ale wnuczka poprosiła, żebym nie wyłączała: Babciu, a nuż zadzwonię. Telefon leżał w zewnętrznej kieszeni torby, ciężki jak kamień. Odruchowo sprawdziłam jeszcze, czy zamek na pewno zapięty.

Już wyobrażałam sobie, jak wchodzę do mieszkania, stawiam siatkę na taborecie w przedpokoju, przebieram buty, odwieszam płaszcz, układam starannie szalik. Potem rozłożę zakupy, odstawię rosół na gaz. Wieczorem wpadnie syn odbierze pojemniki. Ma zmianę, nie ma kiedy gotować.

Autobus zahamował gwałtownie, drzwi się otworzyły. Ostrożnie zeszłam po stopniach, kurczowo trzymając się poręczy. Pod blokiem dzieciaki grały w piłkę, jedna dziewczynka na hulajnodze prawie mnie zahaczyła, ale w ostatniej chwili skręciła. Od klatki ciągnęło karmą dla kotów i dymem papierosowym.

W przedpokoju postawiłam siatkę, zdjęłam buty i odsunęłam je czubkiem do ściany, jak zawsze. Płaszcz odwiesiłam na haczyk, szalik złożyłam na półeczkę. W kuchni wypakowałam marchewki do warzywniaka, kurczaka włożyłam do lodówki, chleb do chlebaka. Wyjęłam garnek i nalałam wody, aż przykryła moją dłoń przytrzymującą garnek nad dnem.

Na stole zawibrował telefon. Starłam ręce o ręcznik i przesunęłam go bliżej.

Tak, Szymon? powiedziałam, lekko pochylając się do słuchawki, jakby tak miało być lepiej słychać.

Cześć, mamo. Jak się trzymasz? głos syna był pośpieszny, w tle ktoś mu coś mówił.

W porządku. Rosół gotuję. Zajdziesz dzisiaj?

Tak, wpadnę za jakieś dwie godziny. Słuchaj, mamo, znowu zbierają w przedszkolu na remont sali. Nie mogłabyś, no wiesz… tak jak ostatnio?

Już wyciągałam szufladę z dokumentami, gdzie trzymałam szarą zeszyt z wydatkami.

Ile potrzeba? zapytałam.

jeżeli się da, tysiąc pięćset. Wszyscy coś dają, ale wiesz jak jest westchnął. Teraz ciężko.

Rozumiem, powiedziałam. Dobrze, dam.

Dzięki, mamo. Można na ciebie liczyć. Wpadnę po śniadaniu, wezmę też twój rosół.

Kiedy rozmowa się skończyła, woda już kipiała. Wrzuciłam mięso do garnka, posoliłam, dorzuciłam liść laurowy. Usiadłam przy stole i otworzyłam zeszyt. Rubryka emerytura kwota zapisana długopisem starannie. Pod spodem: czynsz, leki, wnuki, nieprzewidziane.

Dopisałam przedszkole i sumę, zawieszając na chwilę rękę. Cyfry przesunęły się jakby ktoś podłożył im klin. Zostawało mniej niż bym chciała. Ale do przeżycia. Damy radę, pomyślałam, zamykając zeszyt.

Na lodówce wisiał magnes z małym kalendarzykiem. Na dole była reklama: Dom Kultury Karnety sezonowe. Muzyka klasyczna, jazz, teatr. Zniżki dla seniorów. Magnes dostałam od sąsiadki Ireny, przyniosła mi go przy okazji imienin, razem z plackiem.

Już kilka razy łapałam się na tym, iż czytam te słowa, czekając aż czajnik się zagotuje. Dziś znów utknęłam na karnety. Przypomniałam sobie, jak jeszcze przed ślubem chodziłyśmy z przyjaciółką do filharmonii. Bilety kosztowały grosze, ale trzeba było stać w kolejce. Marzłyśmy na wietrze, tupałyśmy nogami, śmiejąc się. Wtedy jeszcze miałam długie włosy, spinałam je w kok, zakładałam najlepszą sukienkę i jedyne lakierki na niewielkim obcasie.

Dawno nie widziałam sali koncertowej. Teraz wnuki zabierają mnie na występy szkolne ale to coś zupełnie innego. Tam jest hałas, serpentyny i oklaski dłonią w plastykowe krzesełka. A tutaj choćby nie wiem, jakie koncerty teraz grają i kto chodzi na takie wieczory.

Zdjęłam magnes i obejrzałam z tyłu. Była tam strona internetowa i numer telefonu. Strona nic mi nie mówiła, ale telefon Odłożyłam magnes na miejsce, ale myśl nie chciała odejść.

Bzdury, powiedziałam do siebie. Lepiej odłożyć na kurtkę dla Laury. Rośnie, wszystko takie drogie.

Wstałam, zmniejszyłam gaz pod garnkiem. Wróciłam do stołu, ale zeszytu nie otwierałam. Zamiast tego zajrzałam do starej koperty, w której od miesięcy odkładałam złotówki na czarną godzinę. Było tam trochę gotówki, uzbieranej od miesiąca do miesiąca. Nie dużo starczyłoby i na naprawę pralki i na badania.

Palcami przesuwałam banknoty, licząc w myślach. W głowie wciąż dźwięczała reklama z magnesu.

Wieczorem przyszedł Szymon. Zdjął kurtkę, powiesił ją na krześle, wyciągnął z torby plastikowe pojemniki.

O, barszcz! ucieszył się. Mamo, jak zawsze ratujesz. Jadłaś już?

Jadłam, jadłam. Nakładaj sobie. Pieniądze mam przygotowane wyjęłam kopertę i dokładnie odliczyłam tysiąc pięćset złotych.

Mamo, zapisz sobie, ile ci zostaje powiedział, biorąc banknoty. Żeby potem nie zabrakło.

Zapisuję, odpowiedziałam. U mnie wszystko w porządku.

Ty to nasza księgowa uśmiechnął się. W sobotę dasz radę do nas przyjść? Musimy z Anią pojechać na zakupy, a nie ma kto z wnukami zostać.

Pewnie, kiwnęłam głową. Co ja mam do roboty.

Opowiadał jeszcze chwilę o pracy, o szefie, nowych zaleceniach. W przedpokoju, gdy już zakładał buty, odwrócił się do mnie:

Mamo, kupujesz coś czasem dla siebie? Bo ciągle tylko my i wnuki.

Mam wszystko, odparłam. Po co mi coś więcej.

No, jak tam sobie uważasz. Wpadnę w tygodniu.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, znowu zrobiło się cicho. Pozmywałam naczynia, starłam stół, a potem spojrzałam jeszcze na lodówkę. Usłyszałam w głowie jego pytanie: A dla siebie to coś kupujesz?

Rano długo patrzyłam w sufit. Wnuki w przedszkolu i szkole, Szymon w pracy. Nikogo nie było do wieczora. Niby wolny dzień, ale przecież pełen drobiazgów: podlać kwiaty, przetrzeć podłogi, przejrzeć stare gazety.

Wstałam, rozruszałam się ćwiczeniami, które pokazała mi lekarka powolny ruch ramion, skręt głowy, rozciągnięcie. Nastawiłam czajnik, wrzuciłam herbatę do kubka. Woda się podgrzewała, znów zdjęłam magnes i czytałam napis.

Dom Kultury. Karnety…

Wzięłam telefon i wystukałam numer. Serce mi zabiło szybciej. Parę sygnałów i odezwał się kobiecy głos:

Dom Kultury, kasa. Słucham?

Dzień dobry poczułam, jak drapie mi w gardle Dzwonię… w sprawie karnetów.

Na jaki cykl? zapytała rzeczowo.

Sama nie wiem. Jakie są?

Wyliczała cierpliwie: orkiestra symfoniczna, muzyka kameralna, wieczory romansów, programy dla dzieci.

Dla seniorów jest zniżka dodała Ale i tak trochę wychodzi. Cztery koncerty.

A pojedynczo? zapytałam.

Można, ale drożej. Karnet się bardziej opłaca.

W myślach widziałam już swój zeszyt z wydatkami, kopertę w szufladzie. Zapytałam delikatnie o cenę i liczba zabrzmiała jak coś ciężkiego i ostatecznego. Zostałoby kilka na czarną godzinę.

Proszę pomyśleć zachęciła kobieta. Karnety gwałtownie znikają.

Dziękuję odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę.

Czajnik zagwizdał. Zalałam herbatę, usiadłam i znów otworzyłam zeszyt. Na czystej stronie wpisałam: Karnet. Obok kwotę. Dodałam: Cztery koncerty.

Ile to miesięcznie? przeliczałam. Niby nie tak dużo. Mogłabym mniej kupować słodyczy. Odłożyć fryzjera sama podetnę końce.

W myślach stanęły wnuki. Jasiek chciał nowy zestaw klocków, Laura buty na taniec. Szymon z Anią narzekali na spłatę kredytu. A tu moja własna zachcianka, która wydała się niemal nieprzyzwoita, jakbym miała iść nie na koncert, ale gdzieś wbrew rodzinie.

Zamknęłam zeszyt, nie podjęłam decyzji. Umyłam podłogę, posegregowałam pranie, rozwiesiłam na kaloryfer. Ale myśl o tej sali nie dawała spokoju.

Po obiedzie zadzwonił domofon. Przyszła Irena z słoikiem kiszonych ogórków.

Weź, bo nie mam już gdzie chować stwierdziła, siadając w kuchni Co u ciebie?

Żyję uśmiechnęłam się. Myślę

Zawahałam się.

O czym? usiadła do stołu, już wyciągała druty.

O koncercie, westchnęłam. U nas są karnety w Domu Kultury. Kiedyś chodziłam z koleżanką do filharmonii. Teraz myślę, może by kupić. Ale drogo.

Irena uniosła brwi.

Przecież nie ja mam chodzić, tylko ty. Chcesz idź.

Ale to pieniądze… zaczęłam.

Ciągle pieniądze machnęła ręką. Całe życie wszystkim pomagasz. Synowi znowu dałaś? Dałaś. Wnukom coś? Załatwiasz. A sobie? Ten sam stary szal, to samo płaszcz. Nie można raz na siebie wydać na koncert?

Przecież nie raz odparłam Kiedyś chodziłam.

Kiedyś to były lody za dwa złote zaśmiała się. Teraz inny świat. Przecież nie prosisz nikogo o te pieniądze. Masz swoje.

I tak powiedzą, iż głupie mruknęłam. Że lepiej byłoby dać wnukom.

To im nie mów wzruszyła ramionami. Powiesz, iż byłaś u lekarza. Albo i nie tłumacz się wcale, nie jesteś dzieckiem.

Słowa nie jesteś dzieckiem zabolały. Poczułam się zawstydzona, ale i lekko rozdrażniona.

Do lekarza to i tak chodzę stwierdziłam. Ale i tak się boję. Że nie dojdę, iż schody, iż serce.

Tam jest winda uspokoiła. A siedzieć będziesz, nie biegać. Ja w zeszłym miesiącu byłam w teatrze. Trochę nogi bolały, ale wspomnienia na okrągły rok.

Posiedziałyśmy jeszcze, pogadałyśmy o nowych lekach i cenach. Po jej wyjściu znów wzięłam do ręki telefon. Zadzwoniłam do kasy i zanim zdążyłam się rozmyślić, powiedziałam:

Chciałabym karnet na Wieczory romansów.

Wyjaśniono mi, iż muszę przyjść osobiście z dowodem. Zapisałam adres i godziny kasy na kartce, przyczepiłam ją magnesem do lodówki. Serce waliło jak po szybkim marszu.

Wieczorem zadzwoniła Ania synowa.

Pani Zofio, w sobotę na pewno nam pomoże? dopytywała. Musimy pojechać do centrum handlowego, jest promocja na sprzęt.

Pomogę odpowiedziałam.

Dziękujemy! Przywieziemy coś później może herbatę czy ręczniki?

Dziękuję, nie trzeba powiedziałam. Nic mi nie potrzeba.

Po rozmowie znów spojrzałam na kartkę na lodówce. Kasa do szóstej, trzeba będzie wyjść wcześniej.

W nocy śniła mi się sala: miękkie fotele, światła, ludzie w eleganckich ubraniach. Siedziałam gdzieś pośrodku, trzymałam program i bałam się poruszyć, żeby nie przeszkadzać.

Rano obudziłam się z uciskiem w piersi. Po co mi to? myślałam. Tylko sobie dokładam zmartwień.

Ale kartka na lodówce nie znikała. Po śniadaniu wyjęłam z szafy najlepszy płaszcz, strzepnęłam kurz, sprawdziłam czy nie brakuje guzika. Wybrałam ciepły szalik, wygodne buty. Do torby spakowałam dowód, portfel, okulary, tabletki na ciśnienie i wodę.

Przed wyjściem przysiadłam na chwilę na krzesełku w przedpokoju. Głowa nie kręciła się, nogi nie drżały. Dojdę, powiedziałam do siebie i zamknęłam drzwi.

Na przystanek niedaleko, ale szłam wolno, licząc kroki. Autobus podjechał prędko. W środku tłok, ale młody chłopak ustąpił mi miejsca. Podziękowałam i usiadłam przy oknie, ściskając torbę.

Dom Kultury był dwie przecznice od centrum. Wysokie kolumny, na ścianie plakaty. Przy drzwiach stały dwie kobiety, rozmawiały żywo. W środku pachniało kurzem, starym drewnem i czymś słodkim z bufetu.

Kasa po prawej. Za szybą siedziała kobieta z przyjaznym spojrzeniem. Podałam dowód, powiedziałam jaki wybrałam cykl.

Dla seniorów jest zniżka powtórzyła Zostały dobre miejsca w środku sali.

Wskazała schemat na planszy z rzędami. Prawie nic nie zrozumiałam kiwnęłam głową.

Przy podanej cenie drgnęła mi ręka. Wyjęłam pieniądze z portfela, przeliczyłam. Przez sekundę miałam ochotę się wycofać, powiedzieć, iż wrócę innym razem. Ale kolejka już czekała, ktoś chrząknął za mną, więc bez słowa położyłam banknoty na ladzie.

Proszę, karnet podała mi kolorową kartę z datami Pierwszy koncert za dwa tygodnie. Proszę przyjść wcześniej, żeby spokojnie znaleźć miejsce.

Był piękny: zdjęcie sceny na okładce, w środku starannie wydrukowane programy. Ostrożnie schowałam go do torby pomiędzy dowód a notes z przepisami, który zawsze noszę.

Wychodząc czułam lekkie drżenie w nogach, więc usiadłam na ławce przed wejściem, popiłam wodę. Obok dwóch nastolatków głośno rozmawiało o muzyce, której w ogóle nie znałam. Złapałam się na tym, iż słucham ich jak obcego języka.

A więc pomyślałam kupiłam. Teraz muszę pójść.

Dwa tygodnie minęły w codziennych sprawach. Wnuki chorowały, gotowałam kompoty, mierzyłam temperaturę. Szymon przynosił zakupy, odbierał obiady. Parę razy prawie powiedziałam mu o karnetach, ale za każdym razem zmieniałam temat.

W dzień koncertu wstałam wcześnie, ścisk w żołądku, jak przed egzaminem. Ugotowałam wszystko na obiad, żeby syn miał gotowe. Zadzwoniłam.

Dziś nie będzie mnie wieczorem zakomunikowałam W razie czego dzwoń.

A dokąd idziesz? zdziwił się.

Wahałam się. Nie chciałam kłamać, ale też się bałam przyznać.

Do Domu Kultury. Na koncert.

W słuchawce zapadła cisza.

Jaki koncert?! zdziwienie w jego głosie. Mamo, naprawdę tego potrzebujesz? Tam przecież sami młodzi, gwar, tłum.

To nie dyskoteka uspokoiłam się Wieczór romansów.

Kto cię zaprosił?

Nikt. Sama kupiłam karnet.

Pauza się wydłużyła.

Mamo w końcu powiedział Naprawdę? Przecież teraz nie mamy lekko. A te pieniądze no, wiesz.

Rozumiem przerwałam stanowczo Ale to moje pieniądze.

Zabrzmiało to pewniej niż zamierzałam. Ścisnęłam telefon, czekając na burzę.

Dobra odetchnął Twoje są. Tylko potem nie miej żalu, jak czegoś zabraknie. I uważaj, żeby się nie przeziębić. No i w twoim wieku

W moim wieku można posłuchać muzyki na sali odparłam. Nie idę przecież na górskie wyprawy.

Znów westchnął, potem już łagodniej:

Dobrze. Ale potem zadzwoń, jak wrócisz. Żebyśmy się nie martwili.

Zadzwonię obiecałam.

Po rozmowie jeszcze długo siedziałam przy stole, patrząc na karnet. Ręce lekko drżały. Czułam się, jakby zrobiła coś zuchwałego, niemal grzesznego. Ale nie chciałam się wycofać.

Pod wieczór ubrałam najlepszą sukienkę, granatową z białym kołnierzykiem, cieliste rajstopy bez oczka, wygodne czarne pantofle. Włosy czesałam dłużej niż zwykle, układając je w stonowany kok.

Na dworze już się ściemniało. W witrynach odbijały się światła, na przystanku zbierali się ludzie. Ścisnęłam torbę, w której miałam karnet, dowód, chusteczkę, tabletki.

W autobusie był ścisk. Ktoś nadepnął mi na nogę, przeprosił. Liczyłam przystanki, trzymając się poręczy. Gdy zapowiedzieli adekwatny, przeszłam do drzwi.

Pod Domem Kultury stali ludzie w różnym wieku. Były starsze pary, kobiety w moim wieku, paru młodych w dżinsach. Poczułam się raźniej. Nie byłam najstarsza.

W szatni oddałam płaszcz, dostałam numerek, przez chwilę nie wiedziałam, którędy iść dalej. Wskazówka Sala pokazała kierunek, więc poszłam korytarzem, trzymając się barierki.

Było półmrok, nad rzędami świeciły małe lampki. Przy wejściu bilety sprawdzała starsza pani.

Rząd szósty, miejsce dziewiąte powiedziała po sprawdzeniu karnetu Proszę tędy.

Szłam wzdłuż rzędu, przepraszając, kiedy ktoś musiał wstać. W końcu usiadłam, ostrożnie postawiłam torbę na kolanach. Serce biło prędko, ale to było już bardziej podekscytowanie niż lęk.

Ludzie wokół rozmawiali, ktoś kartkował program. Też otworzyłam swój, palcem przebiegałam po tytułach. Mało co mi mówiły, ale dostrzegłam nazwisko kompozytora, którego piosenki kiedyś słuchałam w radio.

Światło stopniowo gasło. Pojawiła się prowadząca i powiedziała parę słów, których choćby nie dosłyszałam ważniejsze było to, iż siedzę tu, wśród ludzi, a nie w kuchni.

Gdy po sali popłynęły pierwsze dźwięki, przeszedł mnie dreszcz. Głos śpiewaczki był głęboki, lekko zachrypnięty. Słuchałam o miłości, rozstaniu, o drodze gdzieś daleko jakby to dotyczyło mnie. Przypomniałam sobie, jak kiedyś w innym mieście, innym wieku siedziałam z człowiekiem, którego już nie ma.

Łzy zaszkliły się w oczach, ale nie płakałam. Tylko siedziałam i słuchałam, zaciskając palce na torbie. W pewnym momencie poczułam, jak puszcza napięcie, jak oddech się wyrównuje. Muzyka wypełniała całą salę i przez chwilę moje własne życie przestało być tylko szeregiem oszczędności i obowiązków.

Po przerwie nogi zesztywniały, wyszłam się rozruszać do foyer. Ludzie rozmawiali o programie, ktoś pił herbatę z plastikowych kubków, ktoś jadł ciastko. Kupiłam sobie małą czekoladkę, choć zwykle szkoda mi pieniędzy na takie rzeczy.

Dobra powiedziałam sama do siebie, łamiąc kostkę.

Obok stała kobieta mniej więcej w moim wieku, w eleganckim, jasnym kostiumie.

Piękny koncert, prawda? zagadnęła.

Dawno nie byłam na takim występie odparłam.

Ja też nie uśmiechnęła się. Ciągle brakuje czasu: wnuki, działka. Ale kiedy, jak nie teraz?

Zamieniłyśmy kilka zdań o muzyce, o śpiewaczce. Wrócił dzwonek i wszyscy wrócili na salę.

Druga część przeszła szybko. Już nie myślałam o pieniądzach, o tym ile kosztował każdy numer. Po prostu słuchałam. Kiedy koncert się skończył, długo biliśmy brawo. Ręce aż mnie rozbolały.

Na zewnątrz chłód uderzył świeżością po całej sali. Szłam do przystanku, zmęczona, ale w środku czułam jakieś ciche ciepło nie euforia ani euforię, raczej spokój. Jakby zrobiła coś ważnego tylko dla siebie, choćby małego.

W domu od razu zadzwoniłam do Szymona.

Już jestem w domu powiedziałam. Wszystko w porządku.

I jak tam? dopytywał. Nie zmarzłaś?

Nie odparłam. Było dobrze.

Chwilę milczał, w końcu rzucił:

No dobrze. Najważniejsze, iż jesteś zadowolona. Ale pamiętaj, musimy jeszcze trochę na remont odłożyć.

Wiem. Ale karnet już kupiłam. Zostały jeszcze trzy koncerty.

Trzy?! zaskoczył się wyraźnie. No, skoro już masz, to chodź. Uważaj tylko.

Po rozmowie odwiesiłam płaszcz, torbę postawiłam na miejsce. W kuchni zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole. Karnet leżał przede mną, lekko podniszczony na rogach. Przesunęłam po nim palcami, potem wypisałam daty koncertów w kalendarzu na ścianie. Zakreśliłam kółkiem.

W następnym tygodniu, gdy Szymon znów zapytał o pieniądze na przedszkole, długo patrzyłam na cyfry w zeszycie. W końcu powiedziałam:

Mogę dać tylko połowę. Reszta na coś mojego.

Na co? zapytał odruchowo.

Spojrzałam na niego zmęczoną twarz, cienie pod oczami.

Na siebie odparłam spokojnie. Też mi się coś należy.

Chciał zaprotestować, przerwał i tylko machnął ręką:

Jak uważasz, mamo.

Wieczorem, kiedy zostałam sama, przejrzałam stary album ze zdjęciami na jednym byłam ja, młoda jeszcze, w jasnej sukience na tle filharmonii w innym mieście. W ręku program, na twarzy nieśmiały uśmiech.

Długo patrzyłam na tamtą dziewczynę, próbując ją połączyć z odbiciem w lustrze. Zamknęłam album i schowałam na półkę.

Na lodówce, obok magnesu, przyczepiłam jeszcze jeden listek. Dużymi literami napisałam: Następny koncert 15.. Poniżej dopisałam: Wyjść wcześniej.

Życie się przez to nie przewróciło. Rano dalej gotowałam, prałam, chodziłam do przychodni, zajmowałam się wnukami. Syn dalej prosił o pomoc, a ja dawałam tyle, ile mogłam. Ale gdzieś w środku pojawiło się poczucie, iż mam też swój kawałek czasu, którego nie muszę już nikomu tłumaczyć.

Czasem, przechodząc obok lodówki, dotykałam lekko kartki z datą. I za każdym razem czułam cichą, upartą radość: jeszcze żyję, jeszcze wolno mi chcieć.

Pewnego wieczoru przeglądając gazetę trafiłam na ogłoszenie o bezpłatnych lekcjach angielskiego dla seniorów w miejskiej bibliotece. Trzeba było tylko się zapisać.

Oderwałam stronę, złożyłam i położyłam przy karnetach. Zaparzyłam herbatę, i zastanawiałam się, czy to już nie przesada.

Najpierw dokończę swoje romanzy zdecydowałam. Potem zobaczymy.

Schowałam gazetę do zeszytu. Myśl o tym, iż można ciągle czegoś się uczyć, nie wydała się już taka szalona. Wieczorem podeszłam do okna, odsunęłam firankę. Na podwórku paliły się latarnie, jakiś nastolatek w słuchawkach przechodził powoli, chłopiec stukał piłką o asfalt.

Stałam oparta o parapet i czułam, jak po klatce piersiowej rozchodzi się spokojne ciepło. Życie dalej toczyło się swoim rytmem wciąż było w nim mnóstwo trosk i ograniczeń. Ale gdzieś pomiędzy znalazło się miejsce na cztery koncertowe wieczory, a może choćby na nowe słowa w nieznanym języku.

Wyłączyłam światło w kuchni, przeszłam do pokoju i spokojnie wsunęłam się pod kołdrę. Jutro będzie jak zwykle: zakupy, telefony, obiad. Ale na kalendarzu mam moje małe kółko i to coś zmienia choćby jeżeli nikt poza mną tego nie zauważa.

Idź do oryginalnego materiału