Pożegnanie z kioskami Ruchu

magazynpismo.pl 1 dzień temu

Jedna z moich stałych klientek śmiała się, iż jak mnie nie będzie, to nie będzie już poranka. Poryczałam się jak głupia. No ale słońce dalej wschodzi. Nie zrobiłam aż tak wielkiej krzywdy ludziom – mówi Barbara Jęczeń. Przez ostatnie ćwierć wieku dzień zaczynała o piątej rano. Mąż Antoni wychodził wcześniej, żeby rozpakować prasę dla dwóch pierwszych klientów. – Ja w tym czasie z psem biegiem, potem robiłam śniadanie i do pracy. Poza niedzielą nigdy nie jedliśmy rano przy stole w domu. Poranni klienci często pytali, co interesującego jest w gazetach. To mnie zawsze rozbrajało. Jakbym ja miała czas czytać!

Newsletter

Aktualności „Pisma”

W każdy piątek polecimy Ci jeden tekst, który warto przeczytać w weekend.

Zapisz się

Mieszczący się na parterze jednej z sopockich kamienic sklep Strit byłde factokioskiem. Można było w nim kupić prasę i drobne artykuły. – Mydło, szydło i powidło – mówi była właścicielka. W takiej formie na stałe działał od początku wieku. Wcześniej, w 1979 roku, Barbara otworzyła tam butik z ubraniami. Później przeszła na sprzedaż telewizorów, w latach 1995–1998 – gazet i czasopism, następnie używanej odzieży, aż w 2001 roku na dobre utworzyła sklep z prasą.

W tamtym czasie w kolportażu było dostępnych 3,5 tysiąca tytułów. Z roku na rok ich liczba malała, zamykały się czasopisma i całe wydawnictwa. Zmniejszało się też zainteresowanie klientów prasą papierową. – Zmieniło się wszystko. Jeszcze kilkanaście lat temu czasopisma, takie jak „Twój Styl”, „Zwierciadło” czy „Pani”, schodziły na pniu. Miałam z 10 dużych paczek – wszystkich tytułów – dziennie. Ważyły do 20 kilo i sięgały od podłogi do połowy mojej łydki. A ostatnio? Dwie skromne i jeszcze zostawało – podkreśla. To samo z dziennikami. Oprócz „Gazety Wyborczej”, która w Sopocie zawsze była najpopularniejsza (100 sztuk dziennie), świetnie sprzedawały się lokalne dzienniki trójmiejskie. Barbara wymienia nieistniejące już tytuły. „Głos Wybrzeża” (na oko 30 sztuk) ukazywał się do 2005 roku. „Wieczór Wybrzeża”, który schodził jak świeże bułeczki, istniał do 2002 roku – od grudnia 2001 roku już tylko jako dodatek do „Dziennika Bałtyckiego” (status popołudniówki stracił w 1998 roku). Dopóki obie gazety ukazywały się osobno, dostawa prasy była dwa razy dziennie, od poniedziałku do soboty.

Barbara wspomina, iż na początku milenium modne były magazyny kolekcjonerskie. – Kolorówka bardzo dobrze szła. To był okres prasy z płytami. Jak jakaś gazeta miała dobrą płytkę CD w środku, to ludzie nie patrzyli, co to, tylko brali. To było szaleństwo. W ostatnich latach już tak nie kupowali dla dodatków. Ale wtedy? To one robiły sprzedaż – wyjaśnia.

O tym, jaki tytuł pojawi się w kiosku, decyduje nadział prasy. – „To jest pani nadział prasy”. Mówię: „Ale kto kogo nadział?” – żartuje Bar­bara. „Nadział”, czyli inaczej przydział tytułów i liczby gazet, jest ustalany na podstawie tego, co sprzedaje się w danym punkcie. Wyli­czał go dystrybutor, dostosowując dostawę do danego kiosku. jeżeli coś przez około trzy miesiące nie cieszyło się zainteresowaniem, przestawało być przysyłane.

Ruch, przez lata monopolista na rynku, do końca 2024 roku mający jeszcze swoje kioski, dystrybuował też prasę przez prywatnych sprzedawców. Barbara zaopatrywała się właśnie u nich. Dopiero w ostatnim roku przeszła do firmy Kolporter. – Zaczynałam, jak jeszcze to wszystko było niescentralizowane, więc ja tych ludzi znałam, mogłam zadzwonić i o coś poprosić. Później trudno się było skontaktować, bo dzwoniło się na infolinię, łączyło z Krakowem, a potrzebowałaś z Gdańskiem, więc wszystko dłużej szło. A ja załatwiałam takie sprawy jak na przykład gazetka z wczoraj dla klientki. Bo jej koleżanka ma ten artykuł i ona też musi go mieć. No to się brało telefon, wydzwaniało, żeby ten numer jakoś zdobyć. Był czas tylko do piętnastej, bo potem prasa z poprzedniego dnia szła do niszczarki. Albo klient pytał: „Tydzień temu wyszło to, czy to możliwe?”. No i na tym telefonie z Ruchem w Gdańsku siedziałam i u nich było możliwe załatwienie wszystkiego. Trzeba przyznać, iż tam dziewczyny super pracowały, były życzliwe.

Przeczytaj też:Religia faktów. Fragment książki „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”

Załatwianie gazety „na wczoraj” nie było jedynym zadaniem specjalnym Barbary. Jej sklep pełnił funkcję punktu informacyjnego dla mieszkańców Sopotu i zagubionych turystów. Właścicielka zyskała dzięki temu miano instytucji. – Klientki przychodziły pytać, do jakiego lekarza się powinny zapisać, bo ten ich odszedł. Gdzie na molo, gdzie na pogotowie – wylicza. Tu toczyły się rozmowy o życiu, polityce. – Omawiane były książki, które warto przeczytać, filmy warte obejrzenia. Coś się działo, to było życie. A teraz? Nie ma takich miejsc – kwituje. Z biegiem czasu lat przybywało również klientom. Aż troje przekroczyło setkę. Jeden z nich, 102-latek, przyjeżdżał specjalnie autobusem z innej dzielnicy miasta, Kamiennego Potoku. – Prezenty bożonarodzeniowe, wody toaletowe (Pani Walewska, a dla mężczyzn Brutal) i krem nie mogły być gdzie indziej kupione, tylko u mnie – wspomina. – W tym roku po raz pierwszy pozwolił mi się odwieźć do domu. Torba ciężka, powiedział: „Może rzeczywiście jestem już w tym wieku, iż trzeba mnie podwieźć”.

Pani Janina miała 104 lata. – Pod koniec życia jeździła już na wózku, ale po krem Dermiki zajeżdżała i do mojej koleżanki Iwony na rybkę do baru przy plaży. Była jeszcze 100-letnia pani Ossowska, która z kolei wzywała mnie do domu, żebym przyniosła jej baterie do pilota – wymienia Barbara.

W sklepie przesiadywały dzieci. – Naj­większą frajdą było dla nich metkować towar. „Proszę pani, jeszcze pięć!” Mówiłam im: „Jak poprawisz dwóję z matmy, wtedy dam ci 30 sztuk”. Moje dzieci przychodziły pomagać im w angielskim. Niektórych udało mi się przekonać, żeby wybrali lepszą szkołę, technikum zamiast zawodówki, jednego chłopaka namówiłam na licencjat. Dwa pokolenia młodzieży wychowałam. Do dzisiaj jak się u nich coś zmieni, mają nową dziewczynę, to do mnie przylatują albo chociaż SMS napiszą.

Według Barbary dzisiejsi 30- i 40-latkowie nie kupują gazet. – Może jak gdzieś jadą w podróż. A ja bazowałam na takich klientach od wieków.

Sklep z prasą to nie tylko praca od świtu do wieczora, ale i niemal brak urlopów. Co prawda dawniej, kiedy jej dzieci studiowały, było z tym lepiej. Wtedy siadały za ladą, a ona mogła wyjechać z mężem choćby na miesiąc. Później zatrudniali zaprzyjaźnionych studentów. Dopiero w ostatnich latach, gdy chętnych na zastępstwo zabrakło, z urlopami było krucho. Udawało się wykroić kilka dni, najdłużej tydzień.

– Jak wychodzę na spacer z psem, to co chwilę kogoś spotykam i pogadać mogę. Jestem totalną optymistką. Bardzo kocham ludzi. Od razu daję duży kredyt zaufania. Tak się łatwiej żyje – podkreśla. Na zamknięcie sklepu dostała album ze zdjęciami jej i męża okraszonymi wpisami wieloletnich klientów i sąsiadów. Na pomysł wpadła synowa, która zrobiła obiegówkę po Sopocie. „Zamknięcie Stritu wywołało chaos! Mieszkańcy wzywają na pomoc ONZ, na ulicach płoną resztki gazet i batonów!” – głosi podpis pod zdjęciem Barbary i Antoniego z doklejonymi mikrofonami telewizji i gazet. „Dużo zdrówka na wolności! Stasiek Matusiak”. „Nie ma ludzi niezastąpionych, kto tak myśli, nie znał Basi i Antosia. Niech płacz mojego serca na zawsze zada kłam temu durnemu sloganowi. Kocham Was!!! Leonard z Wiesławem”.

Dwudziestego ósmego lutego 2025 ro­ku Barbara ostatni raz przekręciła klucz w drzwiach swojego sklepu. Zanim to jednak zrobiła, odwiedziła sąsiadów, którzy przez lata zostawiali u niej swój zapasowy zestaw – gdyby zatrzasnęły im się drzwi lub dziecko szybciej wróciło ze szkoły, zawsze można było zejść po klucze do „pani Basi”. O emeryturze myślała od dawna, ale o tym, iż zrobi to właśnie teraz, zdecydowały dwie rzeczy. W krótkim czasie zmarły jej obie siostry, co skłoniło ją do zwolnienia tempa. A coraz trudniejsza sytuacja na rynku sprzedaży prasy jeszcze bardziej nagliła do odejścia – w ostatnich latach z tego powodu w Sopocie zamykały się kolejne kioski.

– Kończy się jakiś etap. Dlatego to była taka trudna decyzja. Jednak nie wszystkich będę codziennie widziała – mówi. Z początkiem emerytury nie mogła nacieszyć się pierwszymi od lat śniadaniami spożywanymi w domu, bez pośpiechu. Planów na najbliższe lata ma sporo. Uniwersytet trzeciego wieku, basen dla seniorów, no i codzienne spacery z dużym psem, który wymusza na swoich opiekunach ruch.

Najbliższy salonik prasowy mieści się w nowoczesnym budynku Dwor­ca Głów­nego, w odległości około pół kilometra, a więc kilka minut pieszo w kierunku przeciwnym do morza.

„Sprzedam kiosk”. W tym wątku na platformie OLX przez pierwszą połowę 2025 roku ciągle przybywało ogłoszeń. Budki: od takich w bardzo złym stanie po całkiem przyzwoite, z toaletą i klimatyzacją. Są też „kultowe” bryły K-67, tak zwane jugokioski (bo produkowane w latach 60. w Jugosławii). „Od 15 lat nie prowadzę kiosku, tylko go dzierżawię, a państwo, którzy prowadzili, przeszli na emeryturę”. „Ten kiosk był pomieszczeniem socjalnym naszej firmy”. „To był kiosk Ruchu, wykupiłem go od sieci, a ajent został zwolniony”. „Kupiłem sobie z OLX-a na magazyn, ale niepotrzebne mi te wszystkie lodówki, więc sprzedaję”. „Kupiłem kiosk od chyba trzeciego pośrednika, nie wiem, kto go prowadził”.

Siedemnastego grudnia 2024 roku Ruch zamknął swój ostatni punkt – mieścił się w warszawskiej siedzibie firmy, przy ulicy Annopol 17A. Wszyscy pracujący dla sieci ajenci dostali wypowiedzenia umów. Sześćdziesięciu z nich zdecydowało się wykupić kioski i prowadzić je na własną rękę. Upadek kultowej firmy nie oznaczał końca takich miejsc w Polsce. Pięćset punktów z prasą ma sieć Kolporter, choć częściej są to wolnostojące samoobsługowe saloniki prasowe ze sprzedawcą za ladą. Tradycyjne budki, które widzimy jeszcze na ulicach, to dziś kioski prywatne.

Historia kolportażu prasy i kiosków Ruchu

Ruch przetrwał ponad 100 lat i trzy ustroje. W 1918 roku jako spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością założyli go Jan Stanisław Gebethner i Jakub Mortkowicz, wówczas czołowi wydawcy i księgarze. Pierwszy kiosk – zwany wtedy trafiką – otworzyli na stacji kolejowej Warszawa Główna. Już w 1935 roku sieć miała ich 700 i była jedynym kolporterem prasy w całej Polsce. Po drugiej wojnie światowej firma została znacjonalizowana. Powstało Państwowe Przedsiębiorstwo Kolportażu „Ruch”, które było włączane w kolejne …

Idź do oryginalnego materiału