Postawiłam męża przed naprawdę twardym wyborem.

twojacena.pl 1 tydzień temu

Postawiłam męża przed trudnym wyborem.

Mamo, dlaczego jedziemy do babci Heli? Nie chcę tam jechać, tam jest nudno.

Popatrzyłam na Marysię przez lusterko wsteczne. Moja córka siedziała z tyłu z nosem w swoim różowym tablecie i choćby nie podniosła wzroku podczas pytania. Sześć lat, a już umiała rozmawiać takim tonem, jakby tylko swoją obecnością robiła wszystkim łaskę.

Bo dziś urodziny Maćka, twojego kuzyna. Pamiętasz go jeszcze?

Pamiętam. On jest okropny.

Marysia! Odwróciłam się do niej, ale Marek położył mi rękę na ramieniu.

Daj spokój, proszę cię. Nie dzisiaj.

Spojrzałam na męża. Siedział za kierownicą sztywny jakby wiózł nas nie na rodzinny kinderbal, ale na przesłuchanie. Granatowy garnitur, biała koszula, którą prasowałam rano pół godziny, bo wiedziałam, iż teściowa na pewno się przyjrzy. Każda zagniecenie, każda plamka będzie jej znakiem, iż nie jestem dobrą gospodynią. I choć nigdy nie skomentuje wprost, spojrzy tak, by wszyscy zrozumieli.

Nie zaczynam, Marek. Tylko tłumaczę dziecku, po co tam jedziemy.

Ale tłumaczysz tak, iż Marysia już na pewno wie, iż jedziemy tam, gdzie nas nie chcą.

A czy tam kiedykolwiek byliśmy mile widziani?

Zmarszczył brwi, zatrzymał się przed przejściem, kiedy światło zmieniło się na żółte. Przez chwilę w samochodzie było cicho, słychać było tylko jak Marysia klikała w grze, a wirtualne monety dzwoniły na tablecie.

Słuchaj, dogadajmy się zaczął, patrząc przed siebie. Przyjedziemy, złożymy Maćkowi życzenia, posiedzimy góra dwie, trzy godziny i pojedziemy. Żadnych rozmów o przeszłości, żadnych pretensji, żadnych kłótni. Tylko rodzinne święto. Możesz?

Chciałam odpowiedzieć, iż nie jestem pewna. Bo ile razy obiecywaliśmy sobie, iż właśnie tak zrobimy, a zawsze kończyło się tym, iż siedziałam u Heli w kuchni i słuchałam kazań jak wychowywać dzieci, ile czasu powinnam spędzać w pracy, ile w domu, czego nie nauczyła mnie moja mama, świętej pamięci.

Zamilkłam. Utkwiłam wzrok w oknie. Za szybą rozciągały się słoneczne, majowe ulice Krakowa. Kobiety w lekkich, kwiecistych sukienkach, mężczyźni w koszulach z krótkim rękawem, dzieci z lodami i balonami. Zwykła sobota chciałoby się iść do parku albo siedzieć na balkonie z książką zamiast przedzierać się przez cały Kraków do ludzi, którzy nigdy nie mieli dla mnie dość ciepła.

Mamo, Maciek dostanie dużo prezentów? Marysia wreszcie oderwała wzrok od tableta.

Pewnie tak. W końcu ma urodziny.

A ja coś dostanę?

Obróciłam się do niej. Jej duże, brązowe oczy błyszczały nadzieją. Przyzwyczaiła się, iż na każdej imprezie coś jej się dostaje. Sama ją tego nauczyłam. Każde Boże Narodzenie, każde odwiedziny u moich przyjaciółek, każda wizyta w przedszkolu kończyła się czekoladką czy drobiazgiem dla Marysi.

Kochanie, dziś są urodziny Maćka. Prezenty dzisiaj są dla niego.

Ale ja też chcę!

Na twoje urodziny, w październiku, to ty dostaniesz prezenty. A dzisiaj to my przynosimy prezent dla Maćka. Pamiętasz, kupiliśmy mu wczoraj klocki?

Pamiętam. Ale ja też chcę klocki!

W domu masz całą półkę zabawek nie wytrzymał Marek. Możesz wytrzymać jeden dzień, co?

Marysia nadąsała się i schowała za tabletem. Spojrzałam na Marka. Drżały mu palce na kierownicy. Wiedział o czym myślę teściowa na pewno zauważy wszystkie zachowania Marysi. I będzie potem komentować. I siostra Marka, Kasia, będzie jej sekundować, jeszcze przez dwa tygodnie mieląc temat niewychowanego dziecka i nieporadnej matki.

Cała reszta drogi przebiegła w milczeniu. Dwadzieścia minut ciszy przerywanej tylko dźwiękami gry z tableta. Patrzyłam na mijane domy, drzewa, chmury i myślałam o tym, iż trzy lata temu przysięgłam sobie, iż nigdy tu nie wrócę. Po tej kłótni, kiedy Helena powiedziała prosto w twarz, iż nie umiem być żoną ani matką.

Wtedy trzasnęłam drzwiami. Marek dogonił mnie na ulicy, prosił, żebym wróciła i przeprosiła. Nie wróciłam. Wracaliśmy do domu taksówką w ciszy. Myślałam wtedy, iż to już koniec. Że powinnam spakować się i jechać do siostry do Poznania.

Nie pojechałam. Kocham go. Mamy Marysię. Nie potrafię się poddawać.

Prawie rok nie odwiedzaliśmy jego rodziny po tamtej awanturze. Potem Marek namawiał mnie, żeby pojechać na Wigilię. Odmówiłam. Prosił na Wielkanoc. Znów odmówiłam. Dopiero gdy Helena trafiła do szpitala na serce, dałam się namówić. Poszłam z Marysią, z kwiatami i owocami. Leżała bledsza, postarzała, poczułam choćby przez moment litość.

Podziękowała za owoce, pogłaskała Marysię po głowie. O żadnych przeprosinach, żadnej rozmowie o przeszłości. Tak, jakby nic się nie stało.

Pomyślałam wtedy: może faktycznie lepiej udawać, iż nic nie było. Może dorosłość polega na przełknięciu dumy, zapomnieniu urazów i uśmiechu dla dobra wszystkich.

Ale gdy wczoraj wieczorem Marek powiedział, iż idziemy na urodziny Maćka, zrozumiałam, iż tej drzazgi nie da się już usunąć. Że ta uraza tkwi we mnie głęboko, przypomina o sobie w każdej niezręcznej chwili.

Jesteśmy powiedział Marek i wyrwał mnie z rozmyślań.

Podjechaliśmy pod znajomy blok na Kurdwanowie. Dom, w którym Marek się wychował, gdzie jego matka mieszka od czterdziestu lat. Dom, w którym zawsze czułam się obco.

Marysia, wyłącz tablet. Idziemy powiedziałam, starając się, żeby głos był spokojny.

Wyszliśmy z samochodu. Marek wyciągnął z bagażnika wielką, kolorową torbę z prezentem klocki dla ośmioletniego chłopca. Długo je wybieraliśmy wczoraj ja chciałam coś skromnego, Marek nalegał, iż trzeba kupić coś „porządnego”.

Ale co to znaczy „porządnego”? pytałam między półkami.

Żeby nie wyglądało, iż poskąpiliśmy. Wiesz, jak oni wszyscy na to zwracają uwagę.

Tego nie musiałam mu tłumaczyć jego rodzina od zawsze liczy każdą złotówkę, każdą markę, każdy wystawiony prezent. Każda torba, buty, sklep, paragon. Liczą wszystko.

Weszliśmy na czwarte piętro. Windy jak zawsze nie działały. Marysia jęknęła, iż jest zmęczona, więc chwyciłam ją za rękę i zaciągnęłam. Marek szedł przodem ze spiętą sylwetką.

Na klatce, tuż przed drzwiami, odwrócił się.

Gotowa jesteś?

Chciałam powiedzieć, iż nie. I iż najchętniej bym uciekła. Ale powiedziałam tylko:

Tak.

Zadzwonił do drzwi. Ze środka dobiegały głosy, śmiech, muzyka. Impreza już się zaczęła spóźniliśmy się, choć Marek specjalnie tak wszystko wyliczał, by nie być pierwszymi.

Otworzyła Kasia, siostra Marka. Dwa lata młodsza od niego, ale wygląda starzej krótko ścięte rude włosy, szczupła twarz, uśmiech nieco sztuczny.

O, wreszcie przyszliście! przesunęła się, żeby zrobić miejsce. Chodźcie, już zaczęliśmy bez was.

Cześć, Kasia Marek cmoknął siostrę w policzek. Przepraszamy, korki były.

Mhm, zawsze te korki przeniosła spojrzenie na mnie. Cześć, Gosiu.

Cześć.

Wymieniłyśmy uścisk dłoni, chłodny dotyk. To ja byłam zimna, czy ona?

A kto to taki duży? Marysia? Ale wyrosłaś! Prawie cię nie poznałam!

Marysia schowała się za moją spódnicę. Nie pamiętała cioci Kasi. Ostatni raz widziały się, jak Marysia miała trzy lata.

No dalej, przywitaj się popchnęłam córkę lekko.

Dzień dobry szepnęła i znowu się schowała.

Ależ wstydliwa Kasia wyprostowała się. No trudno, na pewno zaraz się rozkręci. Mamuśka w kuchni, Maciek w dużym pokoju z dziećmi. Zaraz będzie tort.

Weszliśmy do mieszkania, a znajomy zapach uderzył w nozdrza: coś jakby lawenda z drożdżowym ciastem. Hela zawsze trzymała w szafach suszone zioła, zawsze w soboty piekła coś słodkiego. Dziś pewnie szarlotka.

Na podłodze w przedpokoju kilka par butów dziecięce adidasy, damskie czółenka, męskie mokasyny. Widać już wszyscy są. Zdjęłam lakierowane sandały, które specjalnie kupiłam na tę wizytę, i przebrałam na baleriny. Marysia fuczała, nie chciała zdejmować sandałów, ściągnęłam je z niej w milczeniu, czując na sobie spojrzenie Kasi.

Marek, idź do Maćka, chłopak czeka. A wy dziewczyny do kuchni, mama tam jest powiedziała Kasia.

„Wy dziewczyny” skrzywiłam się w duchu. Mam czterdzieści dwa lata, dziewiętnaście lat małżeństwa, jestem główną księgową w dużej firmie budowlanej, spłacam kredyty, płacę podatki, a ona mówi do mnie „dziewczyno”.

Marek spojrzał na mnie błagalnie. Kiwnęłam głową. Poszedł z prezentem do dużego pokoju. Chwyciłam Marysię za rękę i ruszyłyśmy do kuchni.

Duża, jasna kuchnia z widokiem na blokowe podwórko. Na parapecie geranium w starych donicach, na ścianach haftowane ręczniki, na stole koronka jak kiedyś. Wszystko nie zmieniło się od dwudziestu lat, od mojej pierwszej wizyty tutaj.

Za stołem siedziała Hela. Rozmawiała z jakąś kobietą, widocznie znajomą. Gdy weszłyśmy, podniosła głowę, a uśmiech zrobił się wymuszony.

Małgosia! Jak dobrze, iż jesteś! wstała, widziałam, iż postarzała siwe włosy, zmarszczki, przygarbione plecy.

Ale spojrzenie to samo: zimne, oceniające, przezroczyste.

Dzień dobry, pani Helo podeszłam, objęłyśmy się niezręcznym uściskiem.

Witaj, córeczko. To Marysia? Moja wnuczka? Jaka śliczna! Wykapana babcia!

Marysia schowała się za mnie, pogłaskałam ją po głowie.

Przywitaj się z babcią, Marysiu.

Nie chcę.

Zapadła niezręczna cisza. Hela powoli się wyprostowała, w oczach coś błysnęło czy to było rozczarowanie, czy wyrzut?

Dzieci są nieśmiałe. Z wiekiem przejdzie powiedziała wreszcie, ale w głosie było, iż jej to bardzo nie odpowiada.

Marysia jest zmęczona po podróży próbowałam usprawiedliwiać.

Oczywiście. Siadajcie, zrobię herbatę. Może kawy? Mam dobrą z Włoch.

Herbatę poproszę.

Usiadłam. Nieznajoma uśmiechnęła się.

Jestem Barbara, przyjaciółka Heli.

Małgosia, miło mi.

Hela krzątała się przy kuchence. Myślałam o tym, o czym rozmawiały przed naszym przyjściem. O pogodzie, wnukach? Czy może o mnie?

Jak praca, Małgosiu? Dalej w tej samej firmie? zapytała teściowa, nie patrząc na mnie.

Tak, dalej.

Dużo pracy?

Wystarczająco.

A Marysię kto odbiera z przedszkola, jak ty do wieczora siedzisz w pracy?

No i się zaczęło. Wzięłam głęboki oddech.

Odbieram ja. Mam elastyczne godziny.

A, dobrze, bo już myślałam, iż może niania. Teraz wszyscy mają.

Nie, radzimy sobie we dwójkę.

Postawiła przede mną herbatę, usiadła, długo przyglądała mi się przez stół.

Schudłaś.

Nie, chyba jestem w tej samej formie.

Nie, schudłaś. Zjedz coś mężczyźni lubią, jak kobieta ma trochę ciała.

Zacisnęłam usta. Te komentarze o mojej wadze, pracy, wyglądzie były jak igły, zawsze ukryte za uśmiechem.

Dziękuję, dobrze się czuję.

Dobrze, nie będę się wtrącać. Cieszę się, iż przyjechaliście. Myślałam już nawet, iż zapomnieliście, jak się tu dojeżdża.

Jesteśmy zajęci. Praca, przedszkole, zajęcia.

Każdy jest zajęty. Ale o rodzinie nie wolno zapominać, pamiętaj.

Milczałam. Piłam gorącą herbatę. Marysia kręciła się na krześle z nudów.

Mamo, mogę pójść zobaczyć, co tam w drugim pokoju?

Idź tylko cicho, nie przeszkadzaj.

Marysia wyszła. Hela patrzyła za nią.

Żywe dziecko. Jak Marek był mały, też nigdzie mu nie było miejsca.

Tak, bardzo żywa.

A w przedszkolu? Słucha się pań?

Przeważnie tak.

Przeważnie powtórzyła znacząco Hela. A co, czasem nie?

Odłożyłam filiżankę.

Zdarza się. Jest dzieckiem.

Faktycznie No ale wiesz, Maciek to bardzo grzeczny chłopiec. Kasia świetnie go wychowała. I w szkole bardzo dobrze sobie radzi, i wszystko pomaga.

Barbara przytaknęła.

Złote dziecko. Każdemu przytakuje, dziękuje za prezenty, wszystkich wita, grzeczny.

Poczułam, jak we mnie narasta złość. Niewypowiedziane porównania, podteksty Maciek wzorowy, Marysia problematyczna. Wszystko moja wina.

Z dużego pokoju dobiegły śmiechy dzieci i głos Marka, żartującego z dzieciakami.

Pani Helo, mogę pójść do Maćka na chwilę? Złożyć mu życzenia?

Oczywiście. Zaraz będzie tort, nie uciekaj jeszcze daleko.

Wyszłam, czując na sobie ich wzrok. W korytarzu zobaczyłam Maćka przystojniak w białej koszuli, wyprostowany, uśmiechnięty.

Cześć, Maćku, wszystkiego najlepszego!

Dziękuję. Tata mówił, iż macie dla mnie prezent.

Mamy. Zaraz dostaniesz.

Uśmiechnął się i wrócił do pokoju, napomknięcie o prezencie ważniejsze niż życzenia.

Weszłam do salonu, gdzie było już kilkanaście osób. Dorośli w kątach, dzieci biegały wokół stołu. W kącie stos prezentów. Poznałam kilka twarzy ciotki, kuzyni wszyscy obserwowali mnie z ciekawością, chwytali wątki z plotek.

Marek rozmawiał z wujkiem, ale podszedł do mnie.

To moja żona, Małgosia przedstawił mnie.

Złożyłam kilka rękodzielniczych uścisków dłoni („ileż Marek o was opowiadał”), choć Marek nigdy o mnie nie opowiadał swojej rodzinie. Raczej ukrywał codzienność przed matką.

Marysia siedziała w rogu z tabletem.

Marysia, schowaj tablet. Nie wypada wyciągać gadżetów w gościach.

Nudzi mi się.

Marysia.

No mamo!

Kilka osób spojrzało w naszym kierunku. Poczułam, jak się czerwienię.

Do torebki powiedziałam stanowczo.

Schowała tablet, ale nie była zadowolona. Znowu się schowała w kącie. Osądzające spojrzenia starszyzny na mnie nie radzi sobie z dzieckiem, pomyślałam.

Do pokoju weszła Kasia z tacą z kieliszkami wino i soczki dla dzieci.

Kochani, za zdrowie naszego Maćka! Maciek, chodź tu!

On podszedł do mamy, razem pozowali do zdjęć.

Za naszego chłopca powiedział ktoś. Niech się dobrze uczy, niech rodzicom przynosi radość.

Wszyscy wypili. Przyjęcia rodzinne mają swoje rytuały. Wino było tanie i kwaśne. Marek napięty.

Prezenty teraz! zawołała Kasia.

Maciek usiadł pośrodku. Goście podchodzili kolejno z paczkami. Dostał zestaw do malowania od cioci, robota na pilota od wujka dzieci piszczały z zachwytu, potem książki, klocki, planszówki, ubrania.

Obserwowałam kątem oka Marysię jej spojrzenie pełne zazdrości, nie podobało mi się to.

Marysia, nie patrz tak proszę szepnęłam.

Dlaczego on ma tyle prezentów?

Bo ma urodziny.

A ja będę mieć kiedy?

W październiku, za cztery miesiące.

Za długo!

Cicho, nie teraz.

Marek podał Maćkowi nasz prezent efekciarską paczkę, przewiązaną wstążką. Maciek aż wstał z wrażenia wielki zestaw klocków, dokładnie taki, jakiego chciał. Kasia uśmiechała się, rodzina kiwnęła głową z uznaniem.

Taki duży prezent! Pewnie kosztował majątek.

Hela przytaknęła.

Brawo, nie pożałowaliście na Maćka.

Aż zacisnęłam pięści. Znowu znaczenie mają nie gesty, ale kwota na paragonie

Marysia szarpnęła mnie za rękaw.

Mamo, a ja dostanę prezent?

Nie dziś, Marysiu. Dziś prezenty są dla Maćka.

Ale ja chcę!

Cicho.

Nie posłuchała. Stanęła na środku i powiedziała głośno:

Maciek, możesz mi dać jeden prezent?

Zapanowała cisza. Wszyscy spojrzeli na nią. Maciek patrzył zdziwiony.

Co?

Masz tyle, jeden dla mnie?

Podbiegłam do niej.

Marysia, wychodzimy.

Ale ja chcę prezent! Proszę!

Spróbowałam zaprowadzić ją do przedpokoju, płakała, czołgała się po dywanie, szarpała.

Marysia, wyjdź natychmiast.

Chcę prezent! Chcę klocki! Chcę robota!

Twarz Kasi wydłużyła się. Hela skrzyżowała ręce, w oczach triumf „a nie mówiłam?”.

Marek próbował uspokoić córkę.

Marysiu, to nie tak. Chodź, pogadamy na korytarzu.

Nie chcę! Chcę prezent!

Zostałam z płaczącym, histeryzującym dzieckiem, pod spojrzeniami całej rodziny.

Coś we mnie pękło.

Marysia, wychodzimy. Już.

Wyciągnęłam ją siłą do korytarza. Hela zagrodziła mi drogę.

Może nie trzeba tak ostro, Małgosiu? Uspokójcie się najpierw.

Spojrzałam jej w oczy. I wypowiedziałam wszystko, co tkwiło we mnie od lat:

Wie pani co, pani Helo? Może gdyby nie wasza obsesja na punkcie prezentów i pieniędzy, moja córka nie zrobiłaby tu scen!

Jak śmiesz?

Bo zawsze było ważniejsze to, kto przyniósł droższy prezent, kto lepiej wygląda, kto jak się spisuje. W tej atmosferze dzieci nie uczą się wdzięczności, ale porównywania. I niech pani nie udaje zaskoczenia!

Małgosia, przestań! Marek złapał mnie za ramię.

Nie przestanę! Latami mówiłam, próbowałam wytrzymać, robić dobrą minę. Udawać, iż się da. Ale nie da się!

Kasia syknęła: Masz czelność oskarżać nas w naszym domu?

Tak. Bo macie mnie za gorszą. Za nigdy dość dobrą żonę, matkę, gospodynię. Ile jeszcze trzeba, żebym zasłużyła na odrobinę szacunku?

Szacunek trzeba sobie zdobyć rzuciła Kasia.

Dziewiętnaście lat małżeństwa, dom, dziecko, praca, rachunki, prowadzenie domu. Co jeszcze?

Żebyś nie robiła awantur na dziecięcych imprezach! krzyknęła Hela.

To wy jesteście winne, iż w tym domu czuję się jak obca. Zawsze miałam pokazać, iż jestem dość dobra.

Marek milczał. Stał blady, zagubiony.

Małgosiu, proszę

Spojrzałam na niego.

Marek, mam dość. Albo my, twoja rodzina, albo oni.

Zbladł.

Stawiasz mnie pod ścianą?

Sam się postawiłeś. Przez lata milczałeś, kiedy twoja matka mnie poniżała. Kiedy twoja siostra szydziła. Zawsze musiałam być cicho. Koniec.

Wyszłam, wyciągając Marysię za rękę. Zatrzymała mnie Hela:

jeżeli teraz wyjdziesz, nie licz, iż ci tego zapomnę.

Nie liczę.

Marek pobiegł za mną:

Gdzie idziesz?!

Do domu.

Poczekaj, porozmawiajmy.

Nie ma o czym. Albo nas wybierasz, albo ich.

Nie odpowiedział. Stanął bezradny.

Wezwałam taksówkę. Marysia zasnęła na moich kolanach, chlipiąc przez sen. W domu położyłam ją na kanapie, otuliłam kocem. Siedziałam przy niej długo. Moje ukochane dziecko, rozpieszczona, kapryśna, ale jedyna.

Wiedziałam, iż za bardzo ją rozpuściłam. Ale chciałam dać jej coś, czego sama nie miałam pewność, iż jest kochana.

Tylko gdzie jest ta granica, za którą troska staje się uległością?

Nie wiedziałam.

Długo później Marek wrócił. Siedliśmy w kuchni. Marysia spała. On powiedział tylko:

Mama bardzo to przeżyła.

Domyślam się.

Kasia mówi, iż się kompromitowałaś.

Może tak było.

Małgosiu, rozumiesz co zrobiłaś?

Rozumiem. Wreszcie powiedziałam prawdę.

Obraziłaś moją matkę!

Bo mnie nie szanowała.

Zamilkł.

Siedzieliśmy długo, cicho. W końcu zapytał:

Czy mam przestać ich odwiedzać?

Chcę tylko, żebyś był po mojej stronie.

Ale ona też jest moją rodziną!

Ja też.

Spojrzał na mnie.

Czego chcesz?

Żebyśmy próbowali od nowa. Żeby mnie szanowali. Żeby Marysia nie czuła się gorsza niż Maciek.

A jeżeli się nie zgodzą?

Wtedy nie będziemy przyjeżdżać.

To jest ultimatum.

To są granice.

Westchnął.

Próbowałem całe życie być dobrym synem. Ale zaniedbałem bycie dobrym mężem.

Przytuliłam się do niego.

Nie musisz przestawać być synem. Ale w domu bądź mężem i ojcem.

Potem zadzwoniła Hela. Zaprosiła nas na rozmowę. Bez Marysi zostawiliśmy ją z moją siostrą. Pojechaliśmy w ciszy.

Siedliśmy za stołem naprzeciwko siebie.

Chcę przeprosić za wczoraj powiedziałam. Nie powinnam była krzyczeć. Ale to, co mówiłam, jest prawdą.

Hela długo milczała.

Może bywam za ostra. Może faktycznie za wiele wymagam. Ale zależy mi na was. Próbujmy od nowa. Ale łatwo nie będzie.

Poczułam ulgę. Nie była to przyjaźń, nie było przebaczenia, ale może początek.

Wyszliśmy, umówieni na wspólny obiad za tydzień.

W domu Marysia przybiegła z rysunkiem:

Mamo, zobacz! To my! Na obrazku: ja, Marek, Marysia, babcia, dziadek. Wszyscy trzymali się za ręce.

Może kiedyś uda nam się stworzyć tę rodzinę, o jakiej zawsze marzyłam. Nie idealną. Ale taką, w której będzie miejsce dla wszystkich choćby jeżeli czasem między nami zapanuje cisza.

Wieczorem siedzieliśmy z Markiem w kuchni w głuchej ciszy. Tyle lat razem, tyle kompromisów, tyle uraz w sercu. A jednak chciałam tylko mieć go przy sobie.

Dasz radę? zapytałam.

Spróbuję. Daj mi czas.

Spojrzałam przez okno na nocny Kraków.

Czas nam został. Musimy znaleźć jeszcze siły.

Idź do oryginalnego materiału