Kiedy Anna miała zaledwie sześć lat, odeszła moja żona, Zofia. Wtedy wszystko się zmieniło nasz świat zatrzymał się na chwilę, a potem starałem się go posklejać sam, dla tej małej dziewczynki z warkoczami, która została mi po Zofii. Przy jej grobie przysiągłem, iż będę dla Anny nie tylko ojcem, ale i matką, dam jej całą miłość, która została we mnie i za nas oboje.
Anna wyrosła na bystrą, pracowitą dziewczynę. Uczyła się pilnie w szkole, utrzymywała dom w porządku, a co najważniejsze odziedziczyła po Zofii talent do gotowania. Nieraz zapach świeżego żurku czy pierogów unosił się w naszym mieszkaniu aż sąsiedzi się zaglądali, czy przypadkiem nie świętujemy.
Potem Anna zaczęła studia w Warszawie. Wyniki w nauce trochę jej się pogorszyły, ale ja nigdy nie przestałem być z niej dumny pracowała, by się utrzymać i nadal, ile mogła, pomagała mi w codziennych sprawach.
Wkrótce poznała Marcina i przyprowadziła go do naszego mieszkania w Radomiu. Byłem wtedy pełen nadziei chłopak wydawał się odpowiedzialny, serdeczny, był miły choćby dla naszego kota, Puszka, który nie każdego toleruje. Kiedy usłyszałem, iż zamierzają się pobrać i chcą mieszkać ze mną po ślubie, łzy wzruszenia zalały mi oczy. Miałem poczucie, iż rodzina znów jest pełna choć w zupełnie nowej odsłonie.
Ale po weselu wszystko zaczęło się nagle walić. Marcin okazał się nieuprzejmy, głośno komentował najdrobniejsze szczegóły naszego życia, a gdy tylko się nie zgadzałem, krzyczał i rzucał oskarżeniami.
Gdy Anna zaproponowała sprzedaż naszego dwupokojowego mieszkania w Radomiu i kupno większego lokum w Warszawie, postawiłem warunek: mieszkanie musi być zapisane na moje nazwisko. Marcin od razu wybuchł gniewem: “Nie wierzysz mi?! Chcesz nas kontrolować?!” wykrzykiwał. Spojrzałem mu w oczy i spokojnie powiedziałem: “Chcę mieć pewność, iż w razie gdyby coś się między nami zmieniło, nie zostanę samotny na ulicy. Po mojej śmierci mieszkanie i tak będzie wasze możecie zrobić z nim co tylko chcecie.”
Anna milczała, ze łzami zebrała swoje rzeczy, a Marcin w złości trzasnął drzwiami. Dwa dni później wynieśli się do Warszawy, nie żegnając się choćby ze mną jak należy.
Od tej pory Anna jakby przestała istnieć w moim życiu. Każdego ranka budziłem się z myślą, iż może dziś zadzwoni, zapyta, jak się czuję, jak sobie radzę. Nic. Czekałem jednak, zwłaszcza zbliżając się do moich 60. urodzin. Byłem przekonany, iż przyjdzie, zaskoczy mnie, iż znów poczuję się potrzebny.
Od rana pucowałem mieszkanie jak nigdy, ugotowałem jej ulubioną pomidorową i kluski śląskie, przystroiłem stół, ułożyłem kwiaty. Czekałem, wyjrzałem przez okno każda sylwetka na ulicy sprawiała, iż serce mocniej mi biło. Wieczorem, gdy ostatni autobus już minął, a brama nie skrzypnęła ani razu, usiadłem przy zdjęciu Zofii, szepcząc do niej cicho, pytając dlaczego los tak z nami igra.
W końcu zasnąłem, nie pamiętając nawet, kiedy ból zmęczył mnie do końca. Czy moja Anna naprawdę mogła zapomnieć o swoim ojcu? Czy aż tak mnie znienawidziła za tamten warunek? A może coś jej się przydarzyło? Nie dowiedziałem się jedynie pustka odpowiadała na moje wątpliwości…










