Słuchaj, muszę ci coś opowiedzieć, bo chodzi to za mną już od dłuższego czasu Kiedy byłem z żoną, wszystko było na swoim miejscu. Ale życie potrafi człowieka przeorać moja Hanka zmarła, gdy nasza córeczka miała zaledwie sześć lat. Świat mi się wtedy zawalił. Na jej pogrzebie przysiągłem sobie i jej, iż zadbam o naszą Marysię najlepiej, jak tylko potrafię, tak żeby czuła miłość za nas dwoje.
Czas leciał, moja Marysia wyrosła na naprawdę porządną, mądrą dziewczynę. Uczyła się, ogarniała dom, a kiedy gotowała, to przysięgam miałem wrażenie, jakby to jej mama wróciła do kuchni. No i tak jakoś poszła na studia do Warszawy i wtedy się zaczęło. Naukę trochę odpuściła, nie szło jej tak jak wcześniej, ale to nic, bo dziewczyna musiała jeszcze pracować, a jak trzeba było garnki poprzestawiać czy rachunki porobić, zawsze znalazła czas dla starego ojca.
I nagle pojawił się Krzysiek. Typ niby w porządku sympatyczny, trochę cichociemny, ale liczyłem, iż Marysia wie co robi. I wyobraź sobie, przyszli do mnie z nowiną, iż chcą po ślubie zamieszkać ze mną, no i co miałem powiedzieć? Ucieszyłem się, bo przynajmniej dom nie będzie pusty.
Ale właśnie po tym ich weselu wszystko się posypało. Krzysiek pokazał inną twarz cały czas naburmuszony, opryskliwy, potrafił na mnie wrzeszczeć o byle głupotę. Strasznie to przeżywałem, ale dla Marysi nic nie mówiłem, bo jej szczęście było dla mnie najważniejsze.
No i któregoś dnia córka wyskoczyła z pomysłem, żeby sprzedać nasz domek w Radomiu i kupić spore mieszkanie w Warszawie. Zgodziłem się pod jednym warunkiem iż mieszkanie będzie zapisane na mnie. Wyobraź sobie, jak Krzysiek się wściekł, krzyczał, iż mu nie ufam Ale ja im wtedy powiedziałem wprost: chcę mieć pewność, iż na stare lata nie zostanę bez dachu nad głową. Że jak mnie już nie będzie, to i tak mieszkanie dla nich, nie zabraniam nic.
Myślałem, iż Marysia to zrozumie, a tu szok spakowali manatki, wywrzaskali mi przeróżne słowa i za dwa dni wyjechali do Warszawy, zostawiając mnie samego. Od tego czasu Marysia znika, jakby mnie nie było. Zrobiło się strasznie pusto. Gdzieś tam w środku ciągle miałem nadzieję, iż jej przejdzie, iż zrozumie, pogadamy, wszystko się ułoży.
Przyszedł dzień moich 60. urodzin. Myślę sobie pewnie zrobi mi niespodziankę, przyjedzie z Krzyśkiem, Mama też by chciała, żebym nie był wtedy sam… Uprzątnąłem cały dom, ugotowałem barszcz i pierogi, takie jakie Marysia zawsze lubiła. Ubrałem się świątecznie, usiadłem przy stole i czekałem cały dzień. Patrzyłem przez okno jak głupi, czy brama się ruszy, ktoś zadzwoni Czekałem do wieczora, aż w końcu zebrałem się, przebrałem w piżamę, położyłem, cała kolacja została na stole. Rozmawiałem z zdjęciem Hanki, płakałem jak dziecko, a potem choćby nie pamiętam, kiedy zasnąłem od tych łez i zmęczenia.
I wiesz, cały czas się zastanawiam, czy naprawdę aż tak się na mnie obraziła, iż choćby nie zadzwoniła z życzeniami? Może coś się stało? Przecież moja Marysia nie mogłaby tak po prostu o mnie zapomnieć…










