Gdy Antonina miała sześć lat, śniło mi się, iż moja żona uleciała w popołudniowym wietrze, rozpuszczając się między nagimi gałęziami wierzb nad Wisłą. Od tamtego momentu żadna z rzeczywistości nie wracała już w takim samym kolorze. Podczas jej pogrzebu, trwającego wśród fruwających piór ze starych pierzyn, przyrzekłem na głos, iż zaopiekuję się naszą córką, iż wystarczy mi miłości za nas dwoje, aż do końca moich dni, choćby przyszło mi mieszkać między chmurami.
Moja Antonina rosła jak brzoza na podwórku rosła mądrze, ciągle w ruchu, a w jej oczach orbitowały szkliwiste refleksy z czasów dzieciństwa. Gdy gotowała, kuchnia pulsowała smakami, jakby mama wracała w zapachu świeżej szarlotki i swojskiego rosołu. Skończyły się lata szkolne, zaczęły się studia na uczelni w Krakowie, gdzie jej oceny staczały się po pagórkach, ale więdnące noty były niczym wobec tego, iż Antonina oprócz nauki dorabiała i przez cały czas tkała naszą codzienność swoimi drobnymi uczynkami.
Wtedy zjawił się Wojciech, którego Antonina przyprowadziła kiedyś jesienią, gdy nad miastem wisiała mgła i kokony pajęczyn. Wojciech wyglądał na człowieka dobrego, więc serce rozgrzewało się na myśl, iż po ślubie zamieszkają razem ze mną w naszym dwupokojowym, drewnianym domu z ogrodem pachnącym agrestem. Jednak po tym ślubie nagle wszystko jakby opadło z gałęzi, a pan Wojciech zamienił się w burzę, która krzyczała i przewracała meble.
Pewnego dnia Antonina zaproponowała, by sprzedać nasz dom i kupić większe mieszkanie w Warszawie. Postawiłem wtedy warunek, który śnił mi się od dawna: mieszkanie miało być zapisane na mnie, jak amulet chroniący przed samotnością na starość. Wojciech wrzasnął, iż nie mam do niego zaufania, choć przecież nie miałem nic do ukrycia. Potrzebowałem tylko pewności, iż nie skończę pod ławką w parku Saskim. Mówiłem jasno: po moim odejściu mieszkanie będzie należeć do nich, mogą z nim zrobić co chcą, choćby obsiać go mleczem.
Na te słowa Antonina i Wojciech wynieśli się z domu w pośpiechu, rzucając we mnie szeleszczącymi przekleństwami i nocą znikli w kierunku miasta niczym cień tramwaju. Od tej pory Antonina zniknęła z dnia i nocy, tylko czasem błąkała się po moich snach, a ja wciąż miałem nadzieję, iż wróci, trzymając w dłoniach stare klucze do domu.
Minęło kilka miesięcy, wśród sennych pejzaży przyszedł dzień moich sześćdziesiątych urodzin. Byłem przekonany, iż Antonina zjawi się nagle, jak mucha w letni wieczór. Porządkowałem dom, rozpalałem aromaty ulubionych potraw Antoniny: zupa ogórkowa, pierogi z jagodami, wszystko to czekało na stole w kolorowej zastawie po prababce. Ubrałem się w swój najlepszy garnitur, usiadłem przy oknie i śniłem na jawie, iż zaraz przez bramę przejdzie moja córka, niosąc w dłoniach kawałek domowego ciasta.
Czekałem cały dzień, aż tory na podwórzu zarosły ciszą. Gdy noc przykryła dom, przebrałem się w piżamę, zostawiając wszystkie potrawy jak ofiary do snu, i płakałem w poduszkę, rozmawiając z fotografią żony, unosząc się powoli w niepamięci. Czy moja Antonina aż tak się na mnie obraziła, iż nie chciała choćby wyszeptać sto lat przez telefon, czy może świat znowu poplątał jej ścieżki? Mimo to nie wierzę, iż mogła tak całkiem zapomnieć o swoim starym ojcu, który choćby we śnie czeka przy furtceNad ranem obudził mnie cichy dźwięk klucza w zamku. Zatrzymałem oddech, jakbym bał się odgonić ten dźwięk własnym ruchem. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem i do środka wpadło chłodne światło świtu, oświetlając znajome kontury drobnej sylwetki.
Antonina stała w progu z torbą przewieszoną przez ramię. Miała podkrążone oczy i przemoczoną kurtkę. Spojrzała na mnie, a jej spojrzenie po raz pierwszy od lat nie było już dziecinne, ale pełne cichej odwagi.
Tato, powiedziała, ostrożnie zamykając drzwi za sobą, nie przyszłam się gniewać. Zrobiłam tyle kółek po cudzych mieszkaniach, iż zrozumiałam: dom to nie ściany. Toście tu zawsze pachnieło zupą i spokojem. Po chwili dodała szeptem: Nie zgubiłam kluczy. Tylko musiałam nabrać odwagi, żeby wrócić.
Łzy spłynęły mi po policzkach, ale tym razem nie były gorzkie. Spojrzałem na Antoninę i nagle poczułem, jak powietrze w pokoju staje się lekkie, prawie letnie, jakby żona położyła mi dłoń na ramieniu. Antonina zdjęła buty, przechyliła głowę i uśmiechnęła się, jak dawniej, kiedy uczyła się pierwszych kroków na mokrej od rosy trawie.
Usiedliśmy razem przy stole, pośród niedojedzonych pierogów, ciszy i porannego światła, i po raz pierwszy od dawna znów zrozumiałem: chociaż gałęzie czasem ogołaca wiatr, brzóz nie da się złamać byle wichurą. Dom przetrwa tak długo, jak długo ktoś do niego wraca.













