Posprzątałem cały dom, elegancko się wystroiłem, nakryłem pięknie do stołu, ale nikt się nie pojawił. A jednak na córkę i zięcia czekałem do samego końca.

newskey24.com 2 godzin temu

Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć od tych dni minęły już całe dekady. Kiedy moja żona zmarła, nasza córeczka Helena miała zaledwie sześć lat. Po tym wydarzeniu wszystko nabrało innego smaku świat był szary, a dom stał się cichy i pusty. Przy trumnie żony przysięgałem, iż będę troszczył się o Helenkę, kochał ją za nas dwoje i nigdy nie pozwolę, by czegokolwiek jej zabrakło.
Helena rosła, mądrzała i była moją największą dumą. Pilnie się uczyła, a w domu wtulała się we mgle codzienności, pomagając mi przy gotowaniu i porządkach. Gotowała niemal jak matka jej pierogi i zupa pomidorowa przypominały mi dawne czasy, iż aż chciało się oblizać palce. Z czasem rozpoczęła studia na uniwersytecie w Krakowie, a wyniki w nauce nieco się pogorszyły cóż z tego, skoro dziewczyna była pracowita, dorabiała, a i tak wracając do domu, starała się mnie odciążyć.
Tam też poznała swojego przyszłego męża Jakuba. Gdy w końcu zjawił się u nas w Łodzi, byłem trochę zdenerwowany, ale i przepełniała mnie euforia na myśl, iż Helenka znalazła kogoś, kogo pokochała. Wydawał mi się dobrym człowiekiem. Dzieci zdecydowały po ślubie, iż na razie zamieszkają ze mną a ja poczułem, iż moje serce znowu bije mocniej.
Ale po tym weselu wszystko jakby się rozpadło… Zięć okazał się szorstki, nieprzyjazny, często podnosił na mnie głos, krzyczał o drobnostki. Czułem się coraz bardziej obcy we własnym domu.
Kiedy zaproponowali, byśmy sprzedali nasz dwupokojowy domek i przenieśli się do dużego mieszkania w Warszawie, postawiłem jeden warunek: akt własności miał być wydany na moje nazwisko. Jakub oczywiście wybuchł, zarzucił mi brak zaufania i wszczynał kolejne awantury. Powiedziałem jasno potrzebuję pewności, iż na starość nie będę żebrał pod kościołem. Po mojej śmierci mieszkanie i tak przejdzie na nich, więc mogą z nim robić, co zechcą.
Wtedy Helena i jej mąż spakowali się naprędce, rzucając we mnie oskarżeniami i nieprzyjemnymi słowami. Dwa dni później wyjechali do Warszawy, a ja nagle zostałem sam jak palec.
Helena potem jakby przestała mnie pamiętać, chociaż w sercu miałem cichą nadzieję, iż się pogodzi i wróci. Przyszedł w końcu ten dzień moje 60. urodziny. Byłem przekonany, iż Helena mnie zaskoczy. Umyłem cały dom, przygotowałem dla niej bigos i ulubione serniki, założyłem najlepszą koszulę i usiadłem do stołu. Siedziałem tak cały dzień, wyglądając przez okno, wypatrując, czy brama się nie uchyli i nie pojawi się znajoma sylwetka córki.
Minęła godzina za godziną. Dopiero późnym wieczorem wstałem od stołu, odłożyłem sztućce, poszedłem do łóżka, zostawiając na stole jedzenie. Łzy leciały mi po policzkach, a ja szeptałem swoją tęsknotę do zdjęcia żony stojącego na szafce. Nie wiem, kiedy zasnąłem.
Czy naprawdę Helena była na mnie tak zła, iż nie zadzwoniła choćby ze zwykłym „Sto lat, tato”? Może coś się jej stało? Przecież moja córeczka nigdy nie potrafiła zapomnieć o swoim starym ojcuRano, zaraz po przebudzeniu, usłyszałem cichy stukot do drzwi. Długo wahałem się, zanim podszedłem. Kto o tak wczesnej porze? Otworzyłem i zamarłem. Helena stała na progu, z rozczochraną grzywką, podkrążonymi oczami i dziecięcym uśmiechem, który pamiętałem jeszcze sprzed lat. W dłoniach ściskała małe, czerwone pudełko przewiązane sznurkiem.
Przepraszam, tato… jej głos drżał zmieszaniem i żalem. Nie umiałam wcześniej. Ale dziś nie wytrzymałam. Musiałam przyjechać.
Wyciągnęła rękę z pudełkiem. W środku była bransoletka krzywo nawleczona, z tanich koralików, wyraźnie własnej roboty. Zrobiłam ją na pierwszych studiach, wtedy, kiedy gotowałeś mi rosół. Długo leżała w kącie. Chciałam, żebyś miał coś ode mnie, choćby jeżeli nie potrafię wszystkiego powiedzieć głośno.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu przez chwilę, która trwała jak cała zima i całe życie. A potem objąłem ją mocno, za mocno i niepuściłem. Gdzieś w kuchni bigos wciąż pachniał wczorajszą nadzieją, a sernik czekał na tych, którzy wracają, choć wszystko wydaje się już za późno. Poczułem ciepło, którego nie dawało żadne światło ani koc tylko ona. Wtedy pojąłem, iż choćby największe cisze nie są wieczne, jeżeli choć jedna osoba potrafi do nich szeptać.
Zaczęliśmy znów. Ostrożnie, niezdarnie, ale razem i już nie byłem sam.

Idź do oryginalnego materiału