Kiedy Basia miała sześć lat, odeszła moja żona. Od tego momentu nic już nie było takie, jak dawniej. Na jej pogrzebie przysiągłem, iż będę się troszczył o naszą córkę i kochał ją za nas oboje aż do swojego końca. Moja Basia wyrosła na rezolutną dziewczynę uczyła się nieźle, ogarniała dom, a pierogi lepiła tak, iż choćby sąsiadki chciały znać przepis. Z czasem rozpoczęła studia niestety, wyniki poleciały na łeb na szyję, bo moja córka w tym samym czasie latała jeszcze do pracy i nie przestawała pomagać w domu. Później Basia poznała Michała i już po chwili przyprowadziła go na herbatę. Wydawał się w porządku, więc rozgrzałem serce do przyszłego zięcia. Byłem wniebowzięty, kiedy dzieci oznajmiły, iż chcą po ślubie zamieszkać ze mną. I właśnie wtedy wszystko posypało się w drobny mak. Michał zaczął robić się nie do życia wiecznie miał muchy w nosie, warczał na mnie przy każdej okazji, obrażał się choćby o źle pokrojoną cebulę.
Dlatego, kiedy Basia wyskoczyła z propozycją sprzedaży naszego skromnego domku i kupienia przestronnego mieszkania w Warszawie, postawiłem jeden warunek: nieruchomość musi być na moje nazwisko. Zięć, spodziewanie, podniósł larum, iż mu nie ufam. A ja przecież nie miałem nic do ukrycia po prostu potrzebowałem pewności, iż na starość nie skończę gdzieś pod mostem przy przystanku PKS. Powiedziałem im wprost: mieszkanie może być po mojej śmierci wasze i wtedy róbcie sobie z nim, co chcecie.
Basia i Michał najpierw zrzedły miny, potem spakowali manatki, rzucili we mnie wiązanką mniej lub bardziej wyrafinowanych przekleństw, i dwa dni później wyprowadzili się do miasta. Od tego czasu Basia chyba wykreśliła mnie z kalendarza, chociaż po cichu wierzyłem, iż w końcu przemyśli sprawę i jej przejdzie. Kilka miesięcy po naszej awanturze wypadały moje urodziny sześćdziesiątka! Byłem święcie przekonany, iż Basia szykuje jakąś niespodziankę. Wysprzątałem dom, ugotowałem jej ukochane kluski śląskie, założyłem świeżutką koszulę i usiadłem do stołu. Spędziłem cały dzień gapia się przez okno, wyobrażając sobie, jak za chwilę usłyszę pisk bramy i zobaczę moją Basię. Czekałem aż do zmierzchu, potem przebrałem się, zostawiłem całą kolację na stole, poszedłem do łóżka, trochę popłakałem do zdjęcia żony i nie wiem nawet, kiedy zasnąłem. Czy moja córka obraziła się na mnie aż tak, iż nie zadzwoniła choćby z życzeniami? A może coś się stało? No nie wierzę, żeby moja Basia tak po prostu o mnie zapomniałaGdy następnego ranka przeciągałem się, w kuchni uderzył mnie zapach kawy. Myślałem, iż jeszcze śnię. Wszedłem niepewnie i zamarłem. Basia siedziała przy stole, wyraźnie zgarbiona, w starym swetrze po mamie. Na talerzu stygnęły kluski, których nie tknęła.
Cześć, tato powiedziała cicho, spoglądając na mnie niebieskimi oczami, tak bardzo podobnymi do jej matki. Przepraszam, iż nie przyszłam wczoraj… Bałam się. Michał… no wiesz, on już ze mną nie mieszka. Spakował się zaraz po kłótni. Może to dobrze? Spróbowała się uśmiechnąć. Wiesz, nie chcę tracić już nikogo. choćby przez głupie ambicje. Jestem tu. o ile jeszcze mogę być.
Stałem jak wmurowany; głos ugrzązł mi w gardle. Objąłem ją, jakby świat miał się za chwilę skończyć. Przez chwilę miałem wrażenie, iż żona stoi obok i patrzy na nas z łagodnym uśmiechem.
Zawsze będziesz mogła, Baśka. Zawsze.
A potem długo piliśmy kawę w milczeniu, a słońce zaglądało przez okno, jakby maczało palce w naszym nowym początku.










