Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o tym, co się u mnie ostatnio działo, bo ciągle mi to siedzi w głowie. Kiedyś, jeszcze jak Zosia miała sześć lat, zmarła moja żona, Ania. Potem już nigdy nie było tak samo, wiesz? Na jej pogrzebie obiecałem, iż zostanę z naszą córką na dobre i złe, i będę kochał za nas dwoje, póki żyję. Zosia wyrosła na naprawdę mądrą dziewczynę. Uczyła się dobrze, pomagała mi w domu, a gotowała, jakby Ania przez nią gotowała no mówię Ci, wszystko palce lizać.
Z czasem Zosia zaczęła studiować w Krakowie. Szczerze mówiąc, wyniki miała trochę słabsze niż w liceum, ale nie miałem jej tego za złe, bo jeszcze dorabiała po zajęciach i dalej w domu ogarniała, jak tylko mogła. Potem poznała Damiana i nie minęło dużo czasu, jak przyprowadziła go, żebym go poznał. Facet wydawał się w porządku, choćby się cieszyłem, kiedy powiedzieli, iż po ślubie chcą razem ze mną zamieszkać w naszym starym domu na przedmieściach Krakowa.
No ale właśnie od tego ślubu wszystko zaczęło się psuć. Damian okazał się wiecznie naburmuszony, potrafił krzyczeć o byle co, czepiał się, naprawdę nieprzyjemnie się zrobiło. Jak Zosia zaproponowała, żeby sprzedać nasz dom i zamienić na większe mieszkanie w Warszawie, postawiłem warunek: mieszkanie musi być na mnie. Chcę mieć pewność, iż gdy będę już stary, nie wyrzucą mnie na bruk. Damian, jak można się było spodziewać, zrobił scenę i zaczął wykrzykiwać, iż mu nie ufam. Ja tylko spokojnie powtarzałem, iż muszę mieć jakąś gwarancję na starość. Gdy mnie zabraknie proszę bardzo, wszystko jest ich.
No i co się stało? Zosia, cała we łzach, spakowała z Damianem manatki, jeszcze na odchodne obrzucali mnie oskarżeniami, i dwa dni później przeprowadzili się do Warszawy. Od tamtej pory Zosia praktycznie zapomniała, iż żyję, chociaż po cichu ciągle liczyłem, iż zmięknie, odezwie się, może zrozumie, iż nie chciałem źle.
Parę miesięcy po tej naszej awanturze wypadały moje sześćdziesiąte urodziny. Serio wierzyłem, iż Zosia zrobi mi niespodziankę i przyjedzie z Damianem. Posprzątałem cały dom, nagotowałem pełno jej ulubionych rzeczy te pierogi z kapustą, co zawsze lubiła ubrałem się porządnie i czekałem przy stole. Dosłownie cały dzień patrzyłem przez okno, aż zobaczę, jak otwierają się furtka i idzie moja Zosia. No i wiesz co? Nie przyszli. Wieczorem się przebrałem, położyłem się spać, jedzenie zostało na stole. Płakałem wtedy do zdjęcia Ani i chociaż nie lubię się rozczulać, wtedy zwyczajnie nie mogłem inaczej. Czy Zosia aż tak się na mnie obraziła, iż choćby nie zadzwoniła z życzeniami? Może coś jej się stało? Ale przecież… nie wierzę, żeby tak po prostu mogła zapomnieć o swoim tacie…wszyscy teraz mają telefony przy sobie, na pewno mogła napisać, choćby krótkiego SMS-a.
Minęło kilka miesięcy w tej ciszy. Starałem się oswoić z samotnością, choć czasem czułem się jak duch krążący po pustym, zbyt dużym domu. Pewnego późnego popołudnia, kiedy zachodzące słońce rzucało pomarańczowe światło przez firanki, usłyszałem pukanie do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo choćby listonosz już dawno nie zaglądał.
Otworzyłem. Stała na progu Zosia, bez Damiana, z dużą torbą na ramieniu i oczami pełnymi łez. Przez chwilę milczeliśmy. Dopiero po chwili wyciągnęła ręce i wtuliła się we mnie jak wtedy, gdy była dzieckiem.
Tato… przepraszam, iż nie przyszłam wtedy. Przepraszam za wszystko. szepnęła drżącym głosem.
Serce zrobiło mi się miękkie jak masło. Nie pytałem, co się stało w Warszawie, dlaczego wróciła bez niego i czemu ma tak podpuchnięte oczy. Wsunąłem tylko palce w jej włosy jak kiedyś, a potem zaprosiłem ją do kuchni.
Tam, na zimnym już stole, stała wciąż niedojedzona miska pierogów, szczelnie przykryta folią. Zosia roześmiała się przez łzy.
Pierogi z kapustą, tato! prawie krzyknęła. Właśnie za nimi najbardziej tęskniłam.
Usiedliśmy razem przy stole, zupełnie jak kiedyś, a każda łyżka ciepłego barszczu i każdy kawałek pieroga sprawiały, iż czułem, jak pomiędzy nami na powrót tka się ta nić, którą Ania zostawiła nam w spadku.
Wtedy zrozumiałem, iż choć życie potrafi przewracać wszystko do góry nogami, to rodzina zawsze znajdzie drogę do domu. I może właśnie dzięki temu, choćby gdyby kiedyś znowu nastały złe dni, będziemy już umieli się odnaleźć w zapachu lipowego miodu, w świątecznych pierogach, w zwykłym, codziennym dzień dobry. Tyle czasem wystarczy, żeby zacząć od nowa.













