13 kwietnia 1946 r.
Rano obudził mnie dziwny sen widziałam, iż mój zmarły syn, mały Aleks, stał na ganku i pukał w drzwi. Serce podskoczyło, wstałam nagle, bosą stopą pobiegłam do wejścia. Byłam tak słaba, iż opręła się o framugę i stałam w ciszy. Nikt nie przychodził. Często takie sny mnie zwodziły, ale zawsze biegłam do drzwi, otwierałam je szeroko i wpatrywałam się w nocną pustkę. Dziś znów rozłożyłam drzwi na oścież i spojrzałam w mrok. Ciemność i nocny chłód otulały mój dom. Próbując uspokoić pulsujące serce, usiadłam na stopniu. Nagle usłyszałam nieznany szelest, jakby coś drapało.
Znowu szczurek sąsiadów zaplątał się w krzak pomyślałam i ruszyłam wyciągać małe stworzonko z cierniowych krzaków, tak jak wielokrotnie robiłam. To nie był szczeniak. Gdy chwyciłam kawałek starej szmatki wystającej z roślin, okazało się, iż to zżółkła, kolorowa pielucha. Pociągnęłam mocniej i w kącie tkaniny leżało maleńkie dziecko. Był nagi i wykręcony, zdawało się, iż się rozwinął, a wśród niego leżał chłopiec.
Z rozciągniętym brzuchem, przy nienaruszonym pępku, widać było, iż ma dopiero kilka tygodni. Nie mógł już krzyczeć, był wilgotny, wyczerpany i najprawdopodobniej głodny. Gdy wzięłam go na ręce, wydał cichy jęk. Nie wiedząc, co robić, przytuliłam go mocno i pobiegłam do domu. Znaleźliśmy czystą prześcieradło, owinęłam nim dziecko, przykryłam ciepłym kocem i zaczęłam podgrzewać mleko. Umyłam buteleczkę, znalazłam smoczek, który przetrwał wiosnę, kiedy karmiłam małego koźlątka.
Mały Aleks chrapał, zacięty w chciwość, a potem, po ogrzaniu i najedzeniu, zasnął. Ranek wschodził powoli, ale ja nie zauważyłam go, rozmyślając o niespodziewanym odkryciu. Mam ponad czterdzieści lat, a w naszej wsi młodzież już nazywa mnie ciocią. Męża i syna straciłam w roku wojennym i pozostałam całkiem sama. Nie potrafiłam przyzwyczaić się do tej samotności, ale gorzka prawda życia nieustannie mi o tym przypominała. Teraz jednak byłam zagubiona i nie wiedziałam, co dalej. Spojrzałam na śpiącego chłopca szeptał słodko, jak wszystkie małe dzieci. Pomyślałam, iż powinnam porozmawiać z sąsiadką, więc jeszcze raz spojrzałam na malucha i ruszyłam w stronę Grażyny.
Grażyna żyła, jakby nigdy nie znała nieszczęścia: nie miała męża, nie straciła dzieci, nie znała pochówek. Wszystko płynęło jej spokojnie, mężczyźni przychodzili i odchodzili, a ona nie przywiązywała się do nich. Stała przy swoim ganku w rozpinanej półsukience, rozciągnięta w ciepłych promieniach wschodzącego słońca. Gdy opowiedziałam jej nocne zdarzenie, odebrała to krótko:
No i po co ci to? rzekła i weszła do domu. Dostrzegłam, jak zasłona w jej oknie lekko poruszyła się, jakby nocny gość był w pobliżu. Po co? Naprawdę po co? szeptałam. Wróciłam, nakarmiłam dziecko, owinęłam je suchą tkaniną, spakowałam jedzenie i wyruszyłam na przystanek, by złapać autobus do miasta. kilka trwało, a przy moim boku zatrzymała się ciężarówka jadąca w Kraków.
Do szpitala? zapytał kierowca, wskazując na pakunek w moich rękach.
Do szpitala odparłam spokojnie.
W przytułku, kiedy wypełniano papiery dotyczące znalezionego dziecka, nie mogłam przestać myśleć, iż robię coś nie tak, iż moja sumienie jest brudne. Pustka w sercu była nie do zniesienia, podobna do tej sprzed lat, kiedy dowiedziałam się o śmierci męża, a potem syna.
Jak go nazwiesz? zapytała opiekunka.
Imię? odpowiedziałam, chwilę się zastanawiając, i nagle, zupełnie niespodziewanie, wykrzyknęłam: Aleks.
Ładne imię przyznała opiekunka. Po wojnie mamy tu wielu Aleksów i Jadwigi. Nie wiadomo, kto zostawia dzieci bez rodziców. Nie ma już mężczyzn, więc trzeba cieszyć się tym maleństwem, choćby niech ktoś je porzucił. Kukułka, a nie matka!
Te słowa nie były skierowane wprost do mnie, ale poszły mi po sercu. Gdy wróciłam pod wieczór, włączyłam lampę w pustym domu i zobaczyłam starą pieluchę Aleksa, którą kiedyś odłożyłam na bok. Wzięłam ją w dłonie i usiadłam na łóżku. Przeglądając mokrą tkaninę, moje palce natrafiły na mały węzełek. W środku znajdowały się szara kartka i mały ołowiany krzyżyk na sznurku. Otworzyłam kartkę i przeczytałam:
Droga, dobra kobieto, wybacz. Nie potrzebuję tego dziecka, utknęłam w życiu, jutro nie będzie mnie już na tym świecie. Nie zostawiaj mojego syna, zrób dla niego to, czego nie mogę zrobić.
Pod kartką widniała data urodzenia.
Płakałam, łkając jak po pogrzebie. Łzy lały się strumieniem, choć myślałam, iż już ich nie mam. Przypomniały mi się chwile, kiedy poślubiłam i jak szczęśliwi byliśmy z mężem. Potem przyszedł Aleks, a szczęście wróciło. Wieś szeptała o nas, bo promieniowaliśmy radością. Mężczyźni nas szanowali i uwielbiali. Przed wojną syn ukończył kursy kierowców i obiecał przewieźć mnie nowym samochodem, który miał dostać w kołchozie. A potem wojna…
W sierpniu 1942 r. przyniesiono mi pochówek po ukochanym mężu, a w październiku tego samego roku po synu. Szczęście zgasło, a ja stałam się jedną z wielu kobiet w wiosce, które nocą biegły do drzwi, otwierały je szeroko i wpatrywały się w ciemność Nie było nikogo, jedynie szelesty nocy i żałosny szczurek sąsiada. Tej nocy nie zasnęłam, biegałam po podwórku, słuchałam nocnych odgłosów i czekałam na coś.
Rankiem pojechałam znowu do miasta. Kierowniczka przytułku od razu mnie rozpoznała i nie zdziwiła się, gdy oznajmiłam, iż chcę zabrać chłopca z powrotem, bo tak rozkazał mój zmarły syn.
Dobrze rzekła, pomożemy z dokumentami.
Zawinęłam Aleksa w koc i wyszłam z przytułku z innym sercem nie było już tej pożerającej pustki, która dręczyła mnie latami. Zagościły tam euforia i miłość. jeżeli los ma przeznaczyć człowiekowi szczęście, przyjdzie ono nieuchronnie tak stało się i ze mną. W pustym domu przywitały mnie jedynie zdjęcia męża i syna na ścianie.
Tym razem ich twarze wydawały się inne nie smutne, a przejrzyste, łagodne, pełne zgody i otuchy. Trzymałam w ramionach małego Aleksa i czułam się silna bo będę musiała jeszcze długo go chronić i wspierać.
Czy pomożecie mi? zwróciłam się do fotografii.
Dwadzieścia lat minęło. Aleks wyrosł na przystojnego młodzieńca, po którym podążało wiele dziewczyn. On wybrał tę, którą serce mu wskazało najukochańszą po mamie Łucję. Przedstawił ją mi kiedyś, a ja wtedy po raz ostatni odczułam, iż mam już dorosłego syna, prawdziwego mężczyznę. Pobłogosławiłam młodą parę, a wesele rozbrzmiało śmiechem i tańcami. Z czasem przyszły dzieci, a najmłodszego nazwano Alekskiem, więc nasza rodzina rosła i rosła.
Pewnej nocy obudził mnie hałas za oknem. Zgodnie ze zwykłym przyzwyczajeniem podbiegłam do drzwi, otworzyłam je i wyszłam na podwórze. Nadciągała burza, w oddali błyskało.
Dziękuję ci, synku szepnęłam w ciemność. Teraz mam trzech Aleksów i kocham was wszystkich.
Pod gankiem szumiało wielkie drzewo, które posadził mój mąż, gdy urodził się pierwszy Aleks. Błyskawica rozbłysła niczym słoneczny uśmiech mojego syna





