Półtora roku po ślubie, który zamiast miodu przyniósł remonty i kredyt we frankach, obudziłem się obok kobiety, którą przestałem poznawać, i zrobiłem rzecz, za którą do dziś nie umiem siebie wytłumaczyć. Chociaż nie. Umiem. Byłem zmęczony. Tylko iż to najgorsza z możliwych wymówek.
Nazywam się Marek, żona ma na imię Iwonka. Mieszkamy we Wrocławiu, na Szczepinie, w starej poniemieckiej kamienicy przy placu Strzeleckim. Czwarte piętro, wielka kuchnia z oknem na podwórko-studnię, w której wiosną pachnie wilgocią i jaśminem jednocześnie. Latem naprawialiśmy razem balkon; tak się zdarzyło, iż oboje wbiliśmy sobie drzazgi i siedzieliśmy na parapecie, wyjmując je igłą, aż zaśmialiśmy się, iż to najgorsze małżeńskie hobby.
Potem przyszła jesień, potem śnieg. A wraz z nim do mojej firmy przy ulicy Legnickiej przyszła Karolina. Nowa w dziale sprzedaży. Trochę za chuda, trochę za głośna, z kolczykiem w nosie i sposobem, w jaki kładła dłoń na moim ramieniu, gdy prosiła o kawę z automatu za dwa złote. Z początku to było nic takiego — ot, koleżanka z pracy. Potem zaczęły się wiadomości o ósmej wieczorem, niby służbowe, a kończące się buźkami. W mojej głowie zrobiło się jak w sobotniej galerii handlowej: głośno, kolorowo i bez planu.
W domu natomiast zrobiło się cicho. Iwonka wstawała o piątej, bo dojeżdża do szpitala na Borowską, gdzie pracuje w rejestracji. Ja wracałem po dwudziestej. Dwa cienie, które od czasu do czasu sprawdzają, czy starczy proszku do prania.
I wtedy, w lutą środę, Karolina powiedziała, iż w sobotę jej wynajmowana kawalerka na Zakrzowie będzie wolna, bo współlokatorka wyjeżdża na narty. Zaprosiła mnie. Bez kolacji, bez kina. Po prostu: „Przyjedź o osiemnastej, kup wino po drodze”. Stałem z telefonem w ręku na przystanku tramwajowym i patrzyłem, jak śnieg oblepia numery dziewiątki. Serce waliło mi tak, iż stara kobieta obok uniosła wzrok znad różańca.
W domu kręciłem się jak mucha w słoiku. Iwonka odgrzała mi bigos z soboty, nalała herbaty i poszła spać, mówiąc coś o tym, iż jutro przed pracą musi być u dentysty na Legnickiej. Ja dalej stałem przy oknie. Za nim — pusta ulica, żółte światło latarni i pies sąsiada, który od jedenastu lat szczeka na tramwaj numer czternaście, chociaż ten nigdy nie zmienia trasy.
O trzeciej nad ranem wciąż nie spałem. Zszedłem do kuchni, wyjąłem z szafki album ze zdjęciami, ten brązowy, z wytartym grzbietem. Otworzyłem go bez żadnego planu, jak otwiera się okno, żeby wpuścić chłodne powietrze.
Pierwsza fotografia: my na dachu kamienicy przy Ruskiej, lato dwa tysiące piętnastego roku. Iwonka ma na sobie białą sukienkę w zielone liście, ja trzymam jej rower, bo akurat pękła mi dętka i przez cztery kilometry niosłem ramę na ramieniu. Obok stoi słoik z lemoniadą i papierowa torba z jagodami. Popatrzyłem na jej twarz na zdjęciu i zobaczyłem kogoś, kogo nie widziałem w domu od dawna. Ale to wciąż była ona. Tyle iż inaczej uczesana, inaczej pochylona, z policzkiem wtulonym w ramię. I ja też byłem inny. Nie lepszy. Po prostu przytomny.
Odłożyłem album. W kuchni pachniało bigosem i cynamonem. Na parapecie stał kubek z zaschniętymi fusami. Przesiedziałem do piątej, gapiąc się w telefon, w którym wciąż świeciła wiadomość Karoliny: „To co, jesteśmy umówieni?”. Potem usłyszałem, jak Iwonka wstaje. Zrobiłem jej śniadanie: jajka sadzone, chleb na maśle, pomidor pokrojony tak, jak lubi — w ósemki. Gdy weszła do kuchni, przetarła oczy i popatrzyła na stół, jakby sprawdzała, czy to na pewno jej mieszkanie.
Nie powiedziałem nic o albumie. Zadzwoniłem do siostry, która mieszka na Sępolnie, i poprosiłem, żeby na sobotę i niedzielę pożyczyła nam swoją działkę pod Oborniki — wiedziałem, iż akurat wyjeżdża do teściów i klucz leży u niej pod doniczką z oregano. Powiedziałem, iż chcę spędzić z żoną spokojny weekend, bez telefonu i bez pracy. Siostra, patrząc na mnie zza fińskiej zastawy, z której piła herbatę z melisą, uniosła brew i stwierdziła, iż chyba znów zacząłem brać witaminy. Rano kupiłem w kwiaciarni na rogu Legnickiej bukiet lawendowych frezji i postawiłem w wazonie na kuchennym stole. Tuż obok paragonu za prąd, którego nikt nie lubi.
Sobotę zaplanowałem jak linię tramwajową: punkt po punkcie. Najpierw kawa w małej palarni przy placu Strzeleckim, gdzie właścicielka zawsze pyta, czy do kawy podać mleko migdałowe. Potem spacer wzdłuż fosy, tam gdzie kwitną kasztany i studenci puszczają latawce. Potem obiad w tej knajpie z pierogami, do której Iwonka chodziła, zanim poznaliśmy się w autobusie linii 145.
Ale pierwsze, co zrobiłem, to napisałem do Karoliny. Krótko, bez ozdobników: „Nie przyjadę. Nie chcę już tak żyć”. Odpowiedź przyszła po siedmiu minutach: „No i po co był ten cały cyrk z wiadomościami?”. Nie odpisałem. Usunąłem numer. Potem wyjąłem kartę SIM, włożyłem ją z powrotem i przez chwilę trzymałem telefon nad koszem na śmieci. Nie wyrzuciłem. Ale przestał być dla mnie ważny.
Wieczorem wróciłem do domu. Na środku kuchni stała Iwonka w nowej bluzce, którą kupiła kiedyś na wyprzedaży w Renomie i nigdy nie założyła, bo — jak twierdziła — szkoda jej było. Zapytałem, czy wieczór mamy wolny. Popatrzyła na mnie, potem na bukiet frezji, potem na garnek z zupą ogórkową, którą ugotowała w środę. I powiedziała coś, co weszło we mnie jak gwóźdź w deskę: „Marek, ty chyba znowu coś ukrywasz”.
Nie kłamałem. No dobrze — skłamałem, iż nie. Ale w tym momencie zrozumiałem, iż prawda o Karolinie będzie w tym mieszkaniu pachnieć stęchlizną, dopóki jej nie wyprowadzę. Więc poszedłem do sypialni, wziąłem album, położyłem go na stole, obok wazonu. Nie otwierałem. Po prostu usiadłem naprzeciwko Iwony i powiedziałem:
— Byłem o krok od zrobienia czegoś, po czym byś nie chciała już ze mną pić herbaty.
A potem opowiedziałem wszystko. Bez talerzy, bez tła. Kadr po kadrze, jak w filmie, w którym główny bohater okazuje się tchórzem. Iwonka siedziała nieruchomo jak kamienica po drugiej stronie podwórka. Nie trzęsła się, nie krzyczała. Złożyła serwetkę na pół, potem na ćwierć, wsunęła ją pod talerz. Wstała, podeszła do okna, otworzyła je szeroko — do kuchni wleciało zimne powietrze znad rzeki. I wtedy powiedziała coś, czego nie zapomnę:
— Przez te wszystkie miesiące myślałam, iż to przeze mnie. Że za dużo mówię o pracy, za mało się uśmiecham. A to ty po prostu zgubiłeś klucze do tego samego mieszkania.
Nie kazała mi się pakować. Nie rzuciła talerzem. Stała przy oknie, a pies sąsiada szczekał na czternastkę. Potem się odwróciła i powiedziała, iż potrzebuje czasu. Nie powiedziała, ile. Wyszła do przedpokoju, założyła płaszcz, buty, wzięła z szafki torebkę. A wychodząc, zatrzymała się na progu i rzuciła:
— Album. Zostaw. Chcę go teraz obejrzeć sama.
Wróciła po dwóch godzinach. Miała zaczerwienione policzki od wiatru lub od płaczu. W ręce trzymała papierową torbę z małego warzywniaka przy ulicy Kolejowej — wyjrzała z niej natka pietruszki i dwa banany. Iwonka weszła do kuchni, postawiła torbę na blacie, po czym powiedziała, iż jutro jedziemy do jej matki pod Oleśnicę. Niby nic wielkiego, ale dla nas to była wtedy cała podróż.
Nie naprawiłem nic jednym gestem. Przez całą niedzielę myłem okna, które zdążyły pokryć się solą i kurzem, a Iwonka przeglądała paragony z ostatniego miesiąca, żeby sprawdzić, ile płacimy za prąd. Wieczorem, już ciemno, podałem jej herbatę w kubku z odpryskiem na uchu, tym samym, z którego piła, gdy pierwszy raz całowała mnie na przystanku przy Dworcu Głównym. Nie powiedziałem „przepraszam”. To słowo pachniało zbyt tanio. Powiedziałem tylko:
— Umów nas jutro do dentysty. Obu.
Dziś, kiedy wracam z pracy tramwajem numer dziewięć i widzę, iż na naszym oknie pali się ciepłe światło, wiem, iż nie jestem już tym człowiekiem, który tamtej nocy przeglądał album. Ale też wiem, iż mogłem nim być. Wczoraj, zamiast wziąć nadgodziny, pojechałem z Iwonką na działkę do ciotki pod Wrocławiem. Zbieraliśmy porzeczki. Ciotka dała nam słoik konfitury z zeszłego roku i powiedziała: „Jak tak dalej pójdzie, to będziecie z tego małżeństwa, co to choćby weki im się udają”. Iwonka roześmiała się, a ja poczułem, iż nie muszę nikogo udawać — choćby przed sobą.
Numer Karoliny został skasowany na dobre. Ważniejsze było co innego: gdy wróciłem do domu tamtej nocy, na kuchennym stole stał talerz przykryty drugim talerzem. A pod spodem — kanapki z żółtym serem. Takie, jakie Iwonka robi mi, gdy wie, iż nie zjadłem obiadu. Zjadłem je przy zimnej herbacie, patrząc, jak po parapecie idzie pierwsza wiosenna mrówka, i pomyślałem, iż gdybym tamtej środy wsiadł w tramwaj do Zakrzowa, ten talerz nigdy by na mnie nie czekał.














