Dzień dobereł, witajcie w Paździerzowie.
SPOJLERY, BO CHCĘ WAS OSTRZEC PRZED KRWAWIĄCYMI OCZYMA XD ![]()
Freelingowie muszą być bardzo pechową rodzinką, skoro ciągle borykają się z bytami – najprościej mówiąc – będącymi duchami. Albo czymś w tym rodzaju, bo okazuje się, iż Kane (Julian Beck) nie jest ani martwy, ani żywy. Jest po prostu istotą, chcącą Carol (Heather O’Rourke). I przez to wszystko widz PRZEZ GODZINĘ ogląda familijną opowiastkę z mrocznymi akcentami. A przez kolejne pół godziny ogląda ostateczną bitwę, która może i uratowała bohaterów, ale nie uratowała filmu.
Powodem, dla którego zabrałam się za „Poltergeista II” jest nominacja do Oskarów 87′. Szczęściem wielkim, iż tylko w kategorii najlepsze efekty wizualne.
A one są naprawdę niezłe.
Nie dorównują „Alien 2”, z którym rywalizował, ale trudno rywalizować z arcydziełem.
Skupmy się na Poltergeiście II.
Było mi przykro, kiedy widziałam całkiem nieźle zawijane druty na chłopcu (Robbie grany przez Olivera Robinsa) i mocno wychodzącego potworka z ciała Steve’a (Craig T. Nelson).
To było naprawdę dobre, a pamiętajmy: lata 80′.
I całkowicie zmarnowany potencjał.
Także scenariuszowo.
Miałam wrażenie, iż postacie są bardziej papierowe od wcześniejszej wizji. W jedynce Diane (JoBeth Williams) pokazała siłę matki. To był taki bardzo dobry feminazizm. A tu? Gdzieś się to wszystko zgubiło. Nie mówię, iż to źle, iż jej mąż dostał rolę życia, czyli musi zawalczyć o rodzinę, ale… serio? Tak dennie nam to zaprezentowano, iż zamiast wzruszeń i trzymania kciuków miałam śmiech na sali, a raczej w pokoju.
NIE POLECAM.
TEN FILM NIE JEST WART WASZEGO CZASU.
5/10, a to i tylko dlatego, iż krótki.








