Najpierw była granica i dziesięciogodzinne oczekiwanie. Później kontrole, pytania i przeszukiwanie telefonu. A kiedy w końcu wjechałam na Białoruś, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie. Dworzec kolejowy i stołówki rodem z PRL-u, podejrzliwe spojrzenia przechodniów, wszechobecne zakazy oraz… wizyta na komisariacie. Choć MSZ ostrzega, by tam nie jechać, pojechałam, ale już nie wrócę.