Kobiece losy. Dobrosława
Ach, Dobrosława, na Boga Cię błagam, zabierz mojego Antosia do siebie lamentowała Daria. Serce mi mówi, iż coś złego się zdarzy. Lepiej rozłąka, niż śmierć mojego synka.
Dobrosława wolno odwróciła głowę i spojrzała na wątłego Antosia, który siedział na ławie przy piecu i dziecinnie machał wiotkimi nóżkami.
Niegdyś siostry mieszkały razem, ale życie swoje zrobiło, i starsza Daria wyszła za Kacpra i przeprowadziła się do niego do odległej wioski. Dobrosława, młodsza, została przy chorej matce, która niedługo umarła. Ojciec zmarł na suchoty, dużo wcześniej, zanim jeszcze córka zamąż wyszła. Matka pięknie obie dziewczyny wychowała dobre, pracowite, zawsze skore do pomocy. I choć Daria była starsza, to jednak Dobrosława w domu trzymała ster. Starsza siostra miękka była jak ciasto ulep, co tylko chcesz. Na to zresztą Kacper się złapał szczęśliwe mieli małżeństwo. On żonie życie na rękach nosił.
Ale Dobrosławie, w przeciwieństwie do siostry, lepiej było nie wchodzić w drogę surowa, dumna, z charakterem, a urodę miała, jakiej ze świecą szukać. Kawalerowie z okolicznych wiosek do niej się schodzili, ale wszystkich z niczym odprawiała.
Jeszcze jak mamusia żyła, to tylko jęczała:
Oj, córuś, odziedziczyłaś ty charakter naszej prababci, uważaj, żebyś i losu po niej nie przejęła! Stara panna zostaniesz, na starość nikomu nie będziesz potrzebna!
Dobrosława na te biadolenia tylko się uśmiechała nie wdawała się w kłótnie, szanowała starość, swoje wiedziała.
Prababcia Dobrosławy była osobą niezwykłą. Bez męża żyła, nieślubne dziecko urodziła, ale szczęśliwą była kobietą. Ludzi leczyła, ziół znała setki, modliła się, czarów unikała, nikomu się nie narzucała. Trochę się jej ludzie bali miała twardy charakter.
Dobrosława i naturę, i wiedzę po niej przejęła. Nie tylko charakter! Zioła znała, potrafiła zaszeptać, a z kim do pomocy się zwracała? To już ludzie różne rzeczy mówili, ona nie precyzowała. Chodziła dumna po wsi znała swoją wartość. Pomagała, ilu trzeba było, szczególnie dzieciom. Szanowano ją równie mocno, co się jej obawiano.
Nie rozumiem cię, Dario odezwała się Dobrosława, zerknąwszy na Antosia chłopak zdrowy, a ty już go do grobu chowasz.
Oj, boję się, siostro a nie słyszałaś, co się u nas w Czarnowie dzieje? spytała Daria.
A nie słyszałam odpowiedziała Dobrosława.
Dzieci jak muchy padają. Chorują miesiącami, a potem Pan Bóg zabiera.
A to na pewno Pan Bóg? podniosła brew Dobrosława.
Nie wiem, kochana. Od paru lat jakby jakaś zaraza wieś opanowała. Nie znajdziesz domu, gdzie dziecko nie umarło przeżegnała się Daria.
Od czego umierają, czemu do mnie nie przysyłaliście?
A któż to wie? Bawi się, szczęśliwe, a potem słabnie coraz bardziej, gaśnie w oczach. Siła z niego uchodzi, aż całkiem zniknie. Do ciebie nikt nie poszedł za daleko, a we wsi mamy swoją znachorkę naiwnie odpowiedziała Daria.
Od dawna? zapytała Dobrosława.
Jak tylko do Kacpra się przeniosłam, już tam była.
Czemu mi wcześniej nie mówiłaś? nie odpuszczała siostra.
A po co? Babka jak babka, ludzi leczy, zwierzętom pomaga. Ale dzieci jakoś sobie z nimi nie radzi. Zioła, zaklęcia nie pomagają. A ty nie pytałaś, dopiero teraz temat wypłynął. No to jak? Weźmiesz Antosia na trochę?
A czemu nie, cudak niech u mnie pobędzie uśmiechnęła się Dobrosława, przeczesując mu jasne włosy. Daria ucałowała synka, przeżegnała go i ruszyła w drogę powrotną.
No to chodź, Antosiu zwróciła się Dobrosława do chłopca pokażę ci, jak rudzik gniazdo w drewutni uwił. Antoś rozpromienił się i chwycił ciotkę za rękę.
***
Przyjmujcie gości! głośno zakrzyknęła Daria, wchodząc do domu siostry.
Mama przyszła! z euforii pisnął Antoś, rzucając się matce w ramiona.
Pół roku minęło, odkąd Daria zostawiła syna u Dobrosławy. Późna jesień malowała niebo szarością, smutkiem wiejąc. Matka odwiedzała syna kilka razy w miesiącu, a każda z tych wizyt kończyła się łzami i uściskami.
Mój kochany chłopczyku, jakże ja się za tobą stęskniłam! Ojciec także pyta, kiedy wreszcie syna do domu sprowadzę.
Do izby weszła Dobrosława, wycierając ręce o fartuch. Obie siostry ucałowały się na powitanie.
To jak sobie radzicie, kochani moi? spytała Daria, nie spuszczając oczu z syna.
Dobrze, mamusiu. Ciocia Dobrosława dała mi kotka, chcesz zobaczyć? zawołał Antoś i wybiegł na podwórze.
Wszystko dobrze, siostro odpowiedziała spokojnie Dobrosława. Przyszłaś zabrać Antosia?
Czas już wracać. Antosiek tyle u ciebie siedzi, zaraz zamiast mnie zacznie cię mamą nazywać zaśmiała się Daria. Kacper też się upomina wracaj z synem do domu.
A jak we wsi, co słychać? pytała Dobrosława.
Niech to nie zapeszyć ale dobrze, ani jedno dziecko nie umarło, odkąd Antoś jest u ciebie.
Drzwi otworzyły się gwałtownie Antoś wbiegł z kotkiem na rękach.
Mamo, nazwałem go Maciek. On będzie moim najlepszym przyjacielem!
No, w oborze myszy znajdzie, co robić. Zabierzemy go ze sobą odpowiedziała matka.
Gdy Antoś pakował rzeczy, siostry rozmawiały cicho Daria jak matka dopytywała, kiedy młodsza zamierza zbudować własny dom, znaleźć sobie męża.
No daj spokój, Dasia. Sama wiesz, co mi po tym wszystkim! Antoś mi wystarczy, to mój największy skarb. Pamiętaj, Antosiu, odwiedzaj ciocię, kiedy tylko chcesz!
Niełatwo było Dobrosławie żegnać się z chłopcem przez te miesiące bardzo się do niego przywiązała.
Z kotem uważajcie, nie krzywdźcie go. To mój prezent powiedziała do siostry.
Kiedyż to ja zwierzęciu krzywdę zrobiłam? obruszyła się Daria. Zawsze mleko podstawiam.
Dobrze, dobrze rzuciła pogodnie Dobrosława. W sieniach koszyk stoi, wsadźcie Maciusia i ruszajcie w drogę. Droga daleka, starajcie się przed zmrokiem dotrzeć.
Ucałowały się siostry na pożegnanie, Dobrosława objęła Antosia, przeżegnała go na drogę i z żalem patrzyła, jak idą. Życie potoczyło się dalej; nastały zimowe chłody i ciemności, wioski zasypały śniegi. Dobrosława pracy nigdy nie brakowało jedni chore dziecko przynieśli, inni prosili o zioła dla schorowanego ojca, codzienność płynęła spokojnym, zimowym tempem.
Nadeszła wiosna, słonce coraz śmielej wyglądało zza chmur. Pewnego dnia Dobrosława pracowała w ogrodzie, gdy nagle usłyszała „miau”. Odwróciła się: Maciek.
A ty czego tu szukasz? zdziwiła się. Nie stało się nic Antosiowi?
Kot miauknął raz jeszcze, przyszedł do niej, otarł się o nogi. Długo nie rozmyślała wpadła do domu, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, poleciła sąsiadce, babci Gieni, żeby popilnowała jej gospodarstwa i ruszyła w podróż do siostry.
Szła przez las, ptaki śpiewały, pachniało życiem, ale na sercu ciężko było. Jeszcze słońce było wysoko, gdy ujrzała dachy domów. Biegiem przebyła ostatni odcinek.
Dobrosławo! jęknęła Daria, rzucając się siostrze w objęcia. Co za nieszczęście! pociągnęła ją do izby.
Na łóżku leżał Antoś, blady jak ściana, sine usta, oddychał ciężko.
Z płaczu Darii udało się wysłyszeć, iż zaraz po Bożym Narodzeniu chłopiec zaczął słabnąć. Z początku biegał, bawił się, ale w siłach opadał. Tydzień temu zupełnie się położył.
Czemuś do mnie nie przybiegła wcześniej? ofuknęła siostra, gdy badała czoło chłopca.
Nie wiem, jakby ktoś mi każdą drogę zagradzał. Ile razy próbowałam, zawsze coś się działo: do progu doszłam i zaraz Antosiowi gorzej. Myślałam, že to przeziębienie; potem i ja się rozchorowałam. Maliny, herbatki, już lepiej było. Gdy on zupełnie opadł z sił, próbowałam do ciebie dotrzeć ale wiesz jaką zimą było, śnieżyce, zawieje, nie tylko do ciebie, na podwórze wyjść trudno. Pobiegłam do Pelagii naszej znachorki przynosiła zioła, szeptała nad nim, ale nic nie pomagało. A tu jeszcze kot nasz zniknął, Maciuś. Antoś tylko jego woła. Pomóż, siostrzyczko, bo jak on umrze, to i ja życia nie mam! zawyła Daria, chwytając się za głowę.
O kota się nie martw sam mnie tu zaprowadził. Mądrzejszy od ciebie, nieboraczko skarciła siostra.
Jak to zaprowadził? zdumiała się Daria.
Ot, przyszedł i przywiódł mnie. Mów, czy Antoś coś brał od obcych? Jadał coś u sąsiadów?
Przecież dzieciaki razem po domach chodziły na kolędę, Boże Narodzenie odpowiedziała Daria.
Był wszędzie? dopytywała Dobrosława.
Wszędzie, a zwłaszcza babcine ciasta Pelagii zachwalał.
Dobrosława spochmurniała.
A idź, siostro, zawołaj tę waszą Pelagię, niech jeszcze raz „leczy” Antosia. Ale nie zdradzaj, iż mnie już masz w domu. Chcę zobaczyć, co potrafi.
Daria wróciła z Pelagią niedługo potem.
Oj, Dario, chciałabym pomóc, ale widzisz, sama nie dam rady. Widocznie Pan Bóg mi zadanie dał, iż dzieci nie umiem ratować mówiła słodko starucha, znikając w izbie dziecka.
Gdy Pelagia wyszła, Dobrosława schowała się w kuchni. Po cichu wzięła dwie długie igły ze swojego węzełka i zatknęła w skrzyżowaniu nad progiem do izby. Sama wróciła do kuchni i obserwowała, co będzie.
Pelagia, po odprawieniu „leczenia”, włożyła chustę i podeszła do drzwi. Nagle stanęła w miejscu, nie mogła przejść. Zrobiła zamieszanie, wróciła niby do dziecka, próbowała ponownie wyjść, ale bezskutecznie, coraz bardziej się pociła i trzęsła.
Co ci jest, babko Pelagio? pytała zaniepokojona Daria.
Źle mi, przynieś wody, dziecko
Gdy Daria wyszła do kuchni Dobrosława szepnęła jej: odciągnij Pelagię do drugiej izby. Kiedy już drzwi były puste, wyciągnęła igły i schowała się znowu. Pelagia wypiła wodę, uspokoiła się i mogła wyjść. Ledwie wyszła, już pędziła przez podwórko, jakby jakiś diabeł ją gonił.
Po powrocie Daria zobaczyła siostrę przy łóżku syna, z zaciśniętymi ustami i trzema świecami splecionymi w dłoniach.
Co ty robisz, Dobrosława? Nie rozumiem, dlaczego tak?
Wasza znachorka jest winna śmierci tych dzieci! odparła groźnie Dobrosława. Dziecięca siła, życie, a ona na zmierzchu lat przedłuża sobie życie ich kosztem. Dlatego nie potrafi uleczyć.
Daria zaniemówiła z przerażenia.
Posłuchaj powiedziała Dobrosława idź do kuchni, zajmij się swoimi sprawami. Wieczorem wrócisz i pomożesz mi. Oddam Antosiowi swoją siłę, wyrwę go z sideł tej pajączycy!
Daria płakała, ale wyszła. Dobrosława zapaliła świece, szeptała dawne pacierze, przykryła Antosia własnym ciałem, jak ptak swoje pisklę. Ile to trwało, nie wiedziała, ocknęła się dopiero, gdy Daria pomogła jej dojść do łóżka. Opatuliła ją pierzyną, zostawiła w izbie z dogorywającą lampką przed świętym obrazem.
Rano dom napełnił się zapachem chleba i śpiewem matki. Dobrosława wyszła z izby.
Jak się czuje Antoś? zapytała. Daria rzuciła się jej na szyję.
Dziękuję, Dobrosławko! Synkowi wróciła siła!
Zajrzała do chłopca spał, na jego policzkach gościł rumieniec. Życie wracało.
Zostanę u was kilka dni oznajmiła młodsza siostra. Muszę się zastanowić, jak waszą znachorkę zdemaskować.
***
Niedobrze mi, babciu jęczała Dobrosława, siedząc u Pelagii. Zżera mnie złość. Nie mam siły patrzeć, jak ta jędza zabiega o mojego ukochanego!
Tak przyszła do znachorki, udając, iż potrzebuje pomocy.
Oj, kochanie, ja się czarnych rzeczy nie tykam! zarzekała się Pelagia. Pomagam ludziom, dobrze robię.
Pomóż i mnie upierała się Dobrosława. Tyle wytrzymałam, a ona przyszła i chce mi wszystko zabrać. jeżeli mi pomożesz, godnie się odwdzięczę.
Dobrze zgodziła się w końcu Pelagia. Widzisz, jesteśmy podobne dusze, nie można pozwolić, by niesprawiedliwość się działa. Tylko nikomu ani słowa! Zapłatą za moją przysługę będzie chleb. Ja ci go dam, a ty w swojej wsi dzieciom rozdasz.
Po co? udawała zdumienie Dobrosława.
To moja sprawa. O rozłączniczkę myśl. Podsuńmy jej męczącego ducha.
Jak? dopytywała Dobrosława. Dam ci chleby, do każdego przyczepiłam marę. Gdy kogoś chlebek dosięgnie, siła się z niego uleje i do mnie wróci. Ja im dusze, oni mi lata. Umowa.
Dobrosława wzięła chleby, wróciła do Darii.
Patrz, czym wasza znachorka dzieci karmi!
Chlebem, co w tym złego? spytała Daria.
Ten chleb jest opętany, na marę zaklęty! odparła Dobrosława.
Daria aż rękę na usta przyłożyła.
Musimy się tego pozbyć. Tak, żeby stwory, które baba karmiła, po nią same przyszły. Ale to później
Dobrosława pokruszyła chleb na kawałki i dała kurom. Czekały w milczeniu na wieści.
Nazajutrz Daria przyniosła wiadomość spod studni: rano Pelagia cała wyraziście poszarzała, postarzała się o sto lat i odstraszyła wszystkie kobiety jednym słowem.
Udało się śmiała się Dobrosława. Jej duchy przyszły, ale nic już nie dostały, więc ją samą pożarły.
Daria żegnała się ze strachu.
Dobrosławo, czasem mnie sama siebie boisz stwierdziła.
Jesteś taka jak nasza mama, każde diabelstwo byś chciała pożałować! odpaliła z uśmiechem Dobrosława.
Więc Dobrosława zasłoniła okna, zapaliła dwie świece, wyjęła ze swego węzełka stary, zardzewiały kłódka, siadła przy stole i wyszeptała:
jeżeli powiesz znikniesz,
jeśli zrobisz w proch się obrócisz.
Na kłódkę zamykam twe siły,
które w rękach twoich były.
Cicho, niemal niewyraźnie, odmawiała zaklęcia, by odebrać Pelagii moc. Po zmierzchu ruszyła do chaty wiedźmy.
Babciu Pelagio, jesteś? zawołała w progu.
W izbie zaległa cisza.
Kto tam, diabeł cię przyniósł?! rozległ się głos znachorki.
Jaka tam ze mnie diabeł, babciu?! weszła Dobrosława.
A, ty Czego chcesz? Źle mi, nie mam siły się z tobą szarpać.
Pewnie, iż źle! Karmić demony to niełatwa robota! odpowiedziała z ironią Dobrosława.
Pelagia spojrzała z przerażeniem.
To ty, wiedźmo! Przez ciebie diabły mnie całą noc męczyły, ledwo ducha nie wyzionęłam!
Ducha? roześmiała się Dobrosława. A skąd go masz? Gadziwo! Dzieci zamęczałaś! Wiek wieczny chciałaś zyskać! No to będziesz miała wieczność, tylko nie tu! rzuciła przez ramię i wyszła z chaty.
Pelagia wylazła za nią, grożąc i zawodząc:
Przeklnę cię! Wszystkie diabły rzucę na ciebie!
Wielkie rzeczy! Dobrosława śmiała się z niej. Spójrz na drzwi co tam wisi?
Stara się obejrzała na klamce wisiał zardzewiały kłódka.
Krew ją zalała. Zrozumiała, Dobrosława odebrała jej moc.
Myślałaś, iż całe życie będziesz ludzi pokrzywdzać? Dobrosława zmrużyła oczy. Wiedz więc, iż jeżeli powtórzysz jeszcze choć jedno złe słowo lub czyn, obrócisz się w popiół na miejscu! Czekają już na ciebie twoje duchy!
Zostawiła ją, jak wyła w bezsilnej złości.
***
Minęły dwa miesiące. Antoś gwałtownie doszedł do siebie. Pelagia miesiąc później umarła diabły, którym przestała służyć, same po nią przyszły. Zmarła strasznie, w mękach. Dobrosława została jedyną znachorką na kilka wsi. Swoją pracę traktowała z godnością, nigdy nie bratała się z ciemnymi mocami. Leczyła ludzi i zwierzęta, nie czyniła zła. Choć wciąż nie mogła trafić na odpowiedniego męża, to nie rozpaczała.
Oj Dobrosławo, mogłabyś już trochę spuścić z tonu i być łagodniejsza. Może wtedy byś chłopa znalazła i dzieci! wzdychała często Daria.
Łagodnością diabłów się nie pokona, Dario odparła śmiejąc się Dobrosława. A dzieci… taki los widocznie! powiedziała, całując w głowę ukochanego siostrzeńca. Antoś, odkąd wyzdrowiał, odwiedzał ciotkę przy każdej okazji, a dobrych uczuć jej nigdy nie brakowało.









![Dorota Deląg: Bycie mamą, zwłaszcza samodzielną, to istna harówa [PODCAST "Bliżej"]](https://m.mamadu.pl/aaffc119db54f7efc2a0cc6ca7d81ecb,1920,1080,0,0.webp)

