Kolejka w biurze związkowym w Busku pachniała mokrą wełną i tanim tytoniem. Ewa Kowalczyk siedziała na twardej ławce, ściskając na kolanach wytartą torebkę z brązowej skóry. Trzeci raz przyszła po skierowanie do sanatorium. Za pierwszym i drugim usłyszała, iż dla niej przydziału nie ma. Teraz miała usłyszeć to samo, ale siostra uparła się: idź, nie ustępuj. Ewa westchnęła i poprawiła chustkę na szyi.
Myślała już o drodze powrotnej: wejdzie do piekarni po obwarzanki, potem do sklepu po mleko, w domu zaparzy herbatę. To była cała jej przyjemność. Wtem kolejka zaszumiała. Ktoś wszedł bez kolejki. Ewa podniosła powieki i zobaczyła tylko zamykające się drzwi gabinetu. Po chwili drzwi się otworzyły i wyszła z nich kobieta w towarzystwie urzędniczki.
— Do widzenia, pani Zielińska, niech pani odpocznie.
— Dziękuję, pani Basiu, przywiozę pani miejscowe wino — zaśmiała się tamta.
Ten śmiech. Ewie zrobiło się duszno. To była Krystyna Zielińska, czterdzieści pięć lat później. Ewa szarpnęła chustkę i zaczęła łapać powietrze. Ktoś krzyknął, iż tu pani słabo. Przyniesiono wodę, ale Ewa odmówiła i poprosiła, żeby ją wyprowadzono. Mężczyzna obok pomógł jej wstać. Krystyna szła obok.
Po deszczu ławka przed budynkiem była mokra. Ewa chciała usiąść, ale Krystyna zdjęła z szyi jedwabny szalik i położyła go na deskach.
— Lepiej pani? — spytała.
— Tak, dziękuję.
— Też pani po skierowanie?
— Tak, ale mnie nie dadzą.
— Dlaczego?
— Trzy razy nie dali. Nic się nie zmieni.
— Proszę mi dać dowód — Krystyna wyciągnęła dłoń. — Ja zaraz wrócę.
Ewa podała jej dowód. Po dziesięciu minutach Krystyna wyszła z papierami.
— Ewa, Ewa Kowalczyk… — powiedziała, patrząc na dowód, a potem na nią. — Myślałam, iż cię już nigdy nie zobaczę.
Ewa nic nie odpowiedziała. Wstała i ruszyła w stronę domu. Krystyna szła obok. Przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Ewa minęła piekarnię, nie kupiła obwarzanków. Minęła sklep z mlekiem, nie weszła. Chciała tylko uciec od tej kobiety, która wyciągała z niej wspomnienia sprzed czterdziestu pięciu lat, wspomnienia, które przez całe życie trzymała zamknięte jak walizkę pod łóżkiem.
Przed drzwiami klatki Ewa się pożegnała, ale Krystyna uparła się: wejdę, zobaczę, gdzie mieszkasz. Ewa zadzwoniła, otworzyła jej siostra. Ewa mruknęła: to ze mną. Krystyna weszła i stanęła w progu pokoju Ewy.
To był adekwatnie schowek bez okna. Pod ścianą stało łóżko, obok niego stary stół, pod łóżkiem walizki. Na ścianie kilka półek, w kącie ikony przykryte serwetkami. Krystyna nabrała powietrza, ale nic nie powiedziała.
— W sanatorium odpoczniesz — rzuciła tylko i wyszła.
Ewa nigdy w życiu nie była w sanatorium. Budynek w Busku-Zdroju był wielki, biały, z kolumnami i lwami przy wejściu. W okolicy pachniało solanką. Recepcjonistka, wysoka blondynka, schowała się za kolumną i wypuściła dym z papierosa.
— Na zakwaterowanie? — spytała.
— Tak.
— Dwieście sześćdziesiąt pięć, drugie piętro.
Ewa wzięła klucz i poszła długim korytarzem. W połowie jarzeniówka przepaliła się i tylko migotała. Pokój 265. Drzwi były zamknięte. Przekręciła klucz, otworzyła. W środku stała Krystyna.
— Poprosiłam o wspólny pokój — powiedziała, siadając na łóżku. — Muszę ci coś powiedzieć. Powinnam była to zrobić w czterdziestym czwartym.
Ewa postawiła torbę na krześle i została przy drzwiach.
— Marek pisał do ciebie z oddziału. Ja odbierałam pocztę na poczcie polowej, bo moja matka tam pracowała. Przechwyciłam ten telegram, zanim do ciebie dotarł.
Krystyna wyjęła z torebki złożoną kartkę. Pożółkły telegram z pieczątką z tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku.
— Napisał, iż jest ranny, iż leży w szpitalu pod Krakowem, iż czeka na twój list, na wiadomość, czy jeszcze go chcesz. Bał się, iż go zostawisz kaleką. Ja mu odpisałam. Twoim imieniem. Napisałam, iż już go nie kocham, iż wychodzę za innego. Bo sama go kochałam od lat i wiedziałam, iż dopóki ty milczysz, on czeka. Kiedy dostał ten list, przestał pisać do kogokolwiek. Ożeniłam się z nim rok później, kiedy już nie miał siły walczyć.
Ewa patrzyła na kartkę. Nie wzięła jej. Zostawiła na stoliku.
— Myślałam, iż mnie zapomniał — powiedziała w końcu. — Że wybrał życie bez kaleki u boku. Czekałam trzy lata na list, którego nie było. Wyszłam za mąż, bo bałam się zostać sama, i pochowałam męża, i syna pochowałam, i nikt mi nigdy nie powiedział, iż list, na który czekałam, w ogóle istniał.
— Wiem — Krystyna spuściła wzrok na własne dłonie. — Marek zmarł dziesięć lat temu. Przed śmiercią kazał mi cię odnaleźć i oddać ten telegram. Powiedział, iż dopiero wtedy będzie mógł spokojnie umrzeć. Nie miałam odwagi. Dopiero dzisiaj, kiedy cię zobaczyłam w kolejce, pomyślałam, iż nie mam już czasu w tchórzostwo.
— Nie mam zamiaru nic od ciebie brać — powiedziała cicho Ewa.
Krystyna mówiła dalej, iż skierowanie do sanatorium załatwiła i opłaciła z własnej emerytury, iż to jedyne, co mogła jeszcze zrobić, iż nie chciała pieniędzy ani przebaczenia, tylko żeby Ewa choć raz w życiu odpoczęła w miejscu, które sama jej ukradła czterdzieści pięć lat temu razem z Markiem. Ewa słuchała, potem wzięła torebkę, wyjęła z niej tekturową teczkę ze skierowaniem i wyszła z pokoju. Krystyna za nią.
Ewa zeszła do recepcji. Położyła skierowanie na ladzie.
— Proszę anulować pobyt — powiedziała. — Chcę zwrot kosztów.
Recepcjonistka zamrugała, ale Ewa już wyjęła z teczki długopis. Podpisała kilka papierów. Urzędniczka przyniosła pieniądze — dwadzieścia cztery tysiące złotych, tyle, ile Krystyna wpłaciła za dwutygodniowy pobyt. Ewa przeliczyła je i schowała do torebki. Krystyna stała obok, blada jak ściana.
— Ewa, nie rób tego. Zostań chociaż tydzień. Pozwól, żebym ci to oddała.
— Nie chcę twojego długu spłaconego pieniędzmi — odpowiedziała Ewa. — Czterdzieści pięć lat czekałam na list. Ty mi go teraz przynosisz, kiedy już nie mam komu go pokazać. Zabierz swoje sanatorium, swoje wino i swój telegram.
Wyszła.
Na dworcu kupiła bilet do domu. W autobusie usiadła przy oknie. Krystyna została na przystanku, patrzyła za odjeżdżającym autobusem, wciąż trzymając w dłoni pożółkłą kartkę, której nikt już od niej nie chciał. Ewa wysiadła w swoim miasteczku, weszła do piekarni i kupiła cztery obwarzanki. Potem do sklepu po butelkę mleka. Usiadła na ławce przy dworcu, oderwała kawałek obwarzanka i rzuciła wróblom. Słońce już zaszło. Jadła powoli, popijała mleko prosto z butelki. Obok przebiegł pies z kulawą nogą. Ewa rzuciła mu kawałek. Pies zjadł i położył się przy jej nogach. Ewa dopiła mleko, otarła usta wierzchem dłoni i patrzyła, jak autobusy odjeżdżają jeden za drugim, aż zapaliły się latarnie.











