Pracuję na Cmentarzu Rakowickim dwanaście lat. Sprzątam alejki, przycinam tuje, czasem pomagam ludziom znaleźć grób. Widziałem tu wszystko: histerię, pijaństwo, rodzinne awantury nad świeżą ziemią. Ale tę kobietę zapamiętam do końca życia.
Przyszła w czwartek, pierwszego listopada, gdzieś po jedenastej. Tydzień przed Zaduszkami adekwatnymi, ale ludzie już porządkowali groby. Miała ze sobą chryzantemy w szarym papierze i granatową reklamówkę z marketu. Szła powoli, ale nie tak, jak chodzą ci, którzy boją się dotrzeć na miejsce. Szła jak ktoś, kto niesie coś ciężkiego — nie w rękach, tylko w środku.
Stanęła przy grobie w czwartej kwaterze. Kamień z lastriko, zdjęcie kobiety po pięćdziesiątce, napis „Maria Zalewska 1954–2019”. Położyła kwiaty, poprawiła znicz. Potem wyjęła z reklamówki mokrą szmatę i zaczęła myć litery na płycie. Robiła to starannie, długo, jakby od tego zależało coś więcej niż czystość nagrobka.
Telefon zadzwonił. Wyciągnęła go z kieszeni płaszcza, popatrzyła na ekran i przez chwilę trzymała w palcach, nie odbierając. Dzwonił tak natarczywie, iż aż pomyślałem: „Odbierz, kobieto, bo nie przestanie”. Odebrała.
— Gdzie ty jesteś?! — usłyszałem, bo stałem trzy metry dalej, udając, iż zgarniam liście. Głos z telefonu był męski, podniesiony, aż zgrzytał w głośniku. — Moja matka z bratem siedzą od dwunastej! Obiad zimny, ciasta nie ma! Gdzie ty się włóczysz?!
Kobieta nie odsunęła telefonu od ucha. Słuchała. Patrzyła na zdjęcie matki. Mężczyzna krzyczał dalej, coś o ziemniakach, o tym, iż „wstyd przed rodziną”, iż „żona ma być w domu, kiedy przychodzą goście”. I iż ma wracać natychmiast.
Wtedy ona zrobiła coś dziwnego. Wyprostowała się. Spojrzała na mokrą szmatę w dłoni, złożyła ją na pół, potem jeszcze raz. I powiedziała spokojnie, aż za spokojnie:
— Masz ręce. Nakarm ich sam.
Zapadła cisza. Taka, w której choćby ptaki na cmentarzu przestają się odzywać. Mężczyzna w słuchawce chyba też zamilkł, bo kobieta odsunęła telefon, popatrzyła na niego, jakby sprawdzała, czy rozmowa trwa. Trwała. Więc powiedziała jeszcze:
— Wracam, ale nie do was.
Rozłączyła się pierwsza. Schowała telefon do kieszeni, wytarła ręce w chusteczkę. I usiadła na brzegu sąsiedniego grobu — na betonowej obwódce, nie dbając, iż zimno. Wyciągnęła z reklamówki termos. Nalała herbatę w plastikowy kubek. Piła małymi łykami, patrząc na fotografię matki.
— Przepraszam — zagadnąłem, bo nie mogłem już udawać, iż zamiatałem te same trzy liście. — Zimno siedzieć na betonie. Mogę podać kawałek kartonu.
Wzruszyła ramionami.
— Nie szkodzi.
Miała może czterdzieści parę lat. Włosy w nieładzie spięte gumką, płaszcz zapięty pod szyję. Zauważyłem, iż na serdecznym palcu zostało jaśniejsze miejsce po obrączce. Niedawno zdjętej.
— To pani mama? — zapytałem, bo w tej pracy człowiek uczy się rozmawiać z ludźmi przy grobach.
— Tak.
— Rocznica?
— Trzy lata. — Schowała kubek do torby. — Trzy lata i trzy miesiące.
Siedziała jeszcze kilka minut. Potem wstała, poprawiła chryzantemy, żeby wiatr ich nie porwał. Zbliżyła twarz do kamienia i powiedziała coś bardzo cicho. Nie podsłuchiwałem. Odwróciłem się i poszedłem dalej.
Po południu znowu ją spotkałem — przy bramie cmentarza. Rozmawiała przez telefon, ale tym razem głos miała inny. Twardszy.
— Do notariusza? Nie, nie zdążyłam. Jutro rano mam wizytę. Tak, zaniosę wypis. I proszę mi przyszykować projekt pozwu. Nie, alimenty nie wchodzą w grę. Chcę tylko rozwodu i podziału majątku. Pół na pół. Dom był kupiony za pieniądze mojej matki.
Zapaliła papierosa. Zaciągnęła się raz, drugi. Ręce już jej nie drżały.
— Karolina Ziomek. K-A-R-O-L-I-N-A. Tak, czekam na telefon od adwokata.
Rozłączyła się, zgasiła papierosa o krawężnik i wyrzuciła do kosza. Patrzyła na ulicę, na tramwaj numer 14 podjeżdżający na przystanek. Nie wsiadła. Stała, oddychała. Zupełnie jakby pierwszy raz od dawna mogła się nie spieszyć.
Wieczorem tramwaj numer 14 znowu przejechał, a ja kończyłem zmianę. Ostatnia alejka, grabie do szopy, kłódka na bramę pomocniczą. I wtedy podjechał samochód — srebrna toyota z rybną tablicą z Rzeszowa. Wysiadł z niej mężczyzna, wysoki, w skórzanej kurtce, klucze w dłoni pobrzękiwały głośno.
— Panie, była tu taka kobieta? — zapytał od razu, bez przywitania. — W granatowym płaszczu. Gdzie jest?
— Nie wiem, proszę pana. Dużo ludzi przechodzi.
— To moja żona! — warknął. — Błąka się gdzieś od rana! Mam w domu matkę z bratem, obiad stygnie!
Spojrzałem na niego. Na buty — drogie, ze skórzaną wstawką. Na twarz — rozluźnioną, miękką, nie taką człowieka, który naprawdę się martwi. I pomyślałem o tamtej kobiecie z termosem, o jej palcu z jaśniejszym śladem po obrączce.
— Przykro mi — powiedziałem. — Nie mam pojęcia.
— No ładnie. Wszyscy tu ślepi.
Wsiadł do auta, trzasnął drzwiami. Patrzyłem, jak odjeżdża w stronę ronda Ofiar Katynia, i pomyślałem, iż ten człowiek wciąż nie wie, co się dzisiaj stało. Nie wie, iż jego żona nie wróci. Że obiad wystygnie, matka się oburzy, brat wyjedzie. A potem przyjdzie list od kancelarii adwokackiej.
I iż w torbie ma wypis z księgi wieczystej. Dom w Rzeszowie, działka, garaż. I iż to wszystko pójdzie na sprzedaż, bo tak powiedziała przy mnie do telefonu.
Czasem na cmentarzu ludzie umierają po raz drugi. Nie fizycznie — gorzej. Ktoś im odbiera to, co ich trzymało: przyzwyczajenie, strach, poczucie winy. I nagle okazuje się, iż przez piętnaście lat nie mieli żony. Mieli kogoś, kto robił obiad, prał koszule i chował własny smutek do szuflady.
Nie wiem, jak się skończyła jej historia. Ale wiem jedno: kiedy następnego ranka przechodziłem obok grobu Marii Zalewskiej, chryzantemy leżały inaczej. Ktoś je przestawił. I znicz był zapalony — świeży, czerwony, z marketu. Obok stał kubek po herbacie. Pusty.
Nie podniosłem go od razu. Zostawiłem, jak był. To nie mój interes. Ja tylko sprzątam alejki.












