Każdy, kto zna mnie choć trochę, potwierdzi, iż mimo matuzalemowego wieku nie zagrzebałam się we własnej przeszłości; jasne, czasem do niej zaglądam, co owocuje wspomnieniowymi notkami na blogu, ale patrzę do przodu, myślę o tym co będzie, nie pławiąc się w tym, co było.
To, co rozgrzebania wymagało, rozgrzebałam na tyle, na ile uznałam za konieczne, czyli niespecjalnie, poukładałam w sobie i koniec tematu, super, niech sobie leży.
Czasem więc opowiem Wam jakąś historię z przeszłości, bo wyda mi się fabularnie ciekawa, ale na bank nie będę ani siebie ani innych zamęczać rozkminami, co spierdoliłam, co mogłam zrobić inaczej, czego żałuję itepe.
Jestem więc bardziej babą twardą, niż sentymentalną.
Natomiast od dziecka, od zawsze – wyczuwam, rozpoznaję chwile, które warto zachować w pamięci, do których będę chciała wrócić za 10 czy 50 lat, wrócić z uśmiechem leciuteńko zabarwionym nostalgią. Czyli żadnego mazgajowatego wzdychania z żalu i tęsknoty za utraconą młodością, czy coś, raczej myśl w rodzaju „fajne kurwa miałam życie” 😛
Staram się także zapisywać w pamięci miejsca, w których te fajne wydarzenia się działy i jeżeli nadarzy się okazja, by je ponownie odwiedzić – to to robię.
Z ciekawością oglądam, jak mocno są po latach podobne do tych, które zachowałam we wspomnieniach, czasem zastanawiając się, w jakim stopniu zmienił je czas – a w jakim wykrzywiła moja pamięć.
I jeżeli te sentymentalne podróże pomagają mi na chwilę cofnąć się w czasie – to robię to dla tej pogodnej konstatacji na temat mojego życia.
Pierwszą w moim długim życiu sentymentalną podróż odbyłam wraz z siostrą gdzieś pod koniec liceum.
Pewnej słonecznej niedzieli wybrałyśmy się na spacer, za miasto, nie planując w zasadzie celu, jedynie kierunek.
W latach 70tych Tarnów zajmował znacznie mniejszą powierzchnię, w zasadzie w jakąkolwiek stronę ruszyłeś – zaraz trafiałeś na koniec miasta, gdzie zaczynała się typowa podmiejska zabudowa, która gwałtownie zmieniała się w zwykłą wiochę, z łąkami, polami, lasami, krowami na pastwiskach i podobnymi atrakcjami.
Szłyśmy dość szybkim marszem i na pierwszym rozwidleniu szos odczytałyśmy z drogowej tablicy informacyjnej, iż zaledwie paręnaście kilometrów dzieli nas od miejscowości, w której spędzałyśmy każde wakacje, niemal od urodzenia do 4 klasy podstawówki, rok w rok.
Kiedy byłyśmy młodsze – te wyjazdy na wakacje wydawały się wielką wyprawą, a tu raptem jakieś 15km?
Część drogi już pokonałyśmy, postanowiłyśmy więc spróbować.
W razie czego, gdybyśmy się zmęczyły to po prostu zawrócimy i już – planowałyśmy. Ale okazało się, iż udało nam się nie tylko tam dojść, ale i trafić bez trudu do domu państwa Kiwiorów, od których mama każdego lata wynajmowała pokój .
Matko, ależ tam wszyscy byli zaskoczeni!
Poznali nas bez trudu, my podobnie rozpoznałyśmy znajome podwórko z ogromnym kasztanem, którego pień przebił się przez dach stodoły, czy też zbudowano ją wokół tego szerokiego pnia, nigdy o to nie zapytałam.
Nie mam pewności, czy udało się nam pogadać z całą trójką dzieci państwa Kiwiorów, towarzyszami naszych zabaw i wakacyjnych szaleństw, ale poczęstowano nas jakimś podwieczorkiem i odprowadzono na stację kolejową, bo drogę powrotną trzeba było jednak pokonać pociągiem – zbliżał się wieczór, rodzice mogli się już o nas niepokoić.
Pamiętam, iż z trudem uwierzyli w naszą opowieść.
Jak to? Poszłyście piechotą aż do Pleśnej? – pytali z niedowierzaniem.
Muszę zapytać siostry, czy pamięta tamtą wyprawę 🙂 Ja zupełnie dobrze pamiętam całą trasę, ten raźny marsz, to zaskoczenie i euforia już na miejscu i ten moment, gdy odżyły wspomnienia tego cudownego miejsca z dzieciństwa, gdy rozpoznawałam każdy kąt, każde drzewo, próg domu, schody i okna z firankami robionymi manualnie na szydełku… sławojkę za domem, studnię z wiadrem na łańcuchu i dwuspadowym daszkiem z zardzewiałymi zawiasami drzwiczek, studnię, do której nam, dzieciom, nie wolno było choćby się zbliżać, zresztą dookoła obrastał ją gąszcz pokrzyw, naturalna bariera dla naszych ciekawskich oczu.
Za domem najpierw trzeba było szybkim krokiem minąć gnojówkę, a dalej, między poletkami kukurydzy, prowadziła ścieżka na łąkę z rzędem wierzb, za którymi, wśród malowniczych piaszczystych urwisk, płynęła rzeka Biała, w tym miejscu dość płytka, w sam raz dla naszych dziecięcych zabaw i chlapania się nawzajem.
Dzieci państwa Kiwiorów były odrobinę od nas młodsze, niewiele, ale jednak, co wystarczało, by patrzyły na nas dwie jak w obraz 😀
A my, podłe jedne, wykorzystywałyśmy tę przewagę i wymyślałyśmy niestworzone historie, opowiadając je później trójce małych Kiwiorątek, które słuchały nas z szeroko rozwartymi buziami i oczami jak pięciozłotówki 😀
Jednego lata wymyśliłyśmy na przykład, iż tak naprawdę to jesteśmy chłopcami, tylko z jakichś bardzo zawiłych powodów udajemy dziewczynki i to jest straaaaszna tajemnica i nikomu ani słowa 😛
Kiwiorątka oczywiście natychmiast podzieliły się tą tajemnicą ze swoimi rodzicami no i zebrałyśmy z siostrą opieprz za te wszystkie banialuki wciskane młodszym i łatwowiernym bidulkom.
To z tą trójką dzieciaków, gdzieś w wieku przedszkolnym, przerabiałyśmy też „zabawy w doktora”, czyli sprawdzanie, czy inne dziewczynki mają „to samo od spodu” a to, co mają chłopaki, szalenie mnie zadziwiło 😀
Jeśli chodzi o obiady, to podczas wakacji w Pleśnej stołowałyśmy się u pani Kiwiorowej, natomiast mama przygotowywała nam pozostałe posiłki, ale także musujący cocktail z mleka i drożdży; pamiętam, iż garnuszek z fermentującym napojem stawiała na parapecie okna i następnego dnia, po schłodzeniu, był już gotowy.
Smakował jak lekko kwaskowa mleczna oranżada, poszukiwania netowe przynoszą info, iż to chyba był kumys.
Zastanawia mnie teraz, skąd u mojej mamy wiedza w temacie jego przyrządzania, może to zasługa jej mamy, a naszej babci, rodowitej Rosjanki z Tarusy, miasteczka na południe od Moskwy.
Z ciekawości sprawdziłam – jest parę miejsc w Krk, gdzie można go kupić i to zrobię, bo smak pamiętam słabo, jedynie to, iż był świetny w upały.
Zdjęcia z wakacji w Pleśnej pomagają przypomnieć sobie jeszcze więcej: nasze ulubione miejsce pod wielkim drzewem na łące za polem kukurydzy, gdzie Mama najchętniej ustawiała swój leżak, wystawiając się do słońca.
My z siostrą bawiłyśmy się w pobliżu i jak na grzeczne dziewczynki z dobrego domu przystało ganiałyśmy się z łukami, robionymi przez mamę z wierzbowym witek.
Mocno w pamięć wrył mi się wypadek, gdy Mama mocowała się z wierzbową gałązką i ta urwana nagle puściła, a Mama poleciała do tyłu, uderzając plecami o ziemię. Trawiaste podłoże pewnie zamortyzowało upadek – trochę, ale niewystarczająco: Mama straciła oddech.
Dziś wiem, iż takie chwilowe zaburzenia oddechu to skutek blokady przepony, mnie samej zdarzyło się to później parę razy – jednak wtedy, dla kilkuletniego dziecka, był to obraz niezrozumiały i wstrząsający. Obie z siostrą zaniosłyśmy się płaczem, co przed biedną Mamą postawiło trudny dylemat: czy walczyć o odzyskanie rytmu oddychania, czy nas uspokajać i pocieszać.
Pamiętam też, iż ledwo ten oddech udało Jej się odzyskać, to, prawdopodobnie jeszcze w nerwach i w szoku po upadku, opierniczyła nas za to zanudzanie jej o wierzbowe witki i iż ten upadek to skutek naszych durnych pomysłów… dopiero po chwili, gdy nieco ochłonęła, poryczała się także, objęła nas mocno, zaczęła przytulać i przepraszać.
To jeden z momentów dzieciństwa, który utkwił mi w pamięci bardzo mocno: dramatyczne wydarzenie i cały jego przebieg, od upadku i naszego strachu, iż Mama umiera, poprzez chwilową radość, iż jednak nie, późniejszą niesprawiedliwą reprymendę – po końcowe cudowne, idylliczne pogodzenie.
Tata odwiedzał nas w Pleśnej od czasu do czasu i prawdopodobnie to on jest autorem prezentowanych, wakacyjnych zdjęć (do tego tematu jeszcze powrócę).
Na wakacje przywoziła nas i odwoziła z powrotem jasnoniebieska warszawa zaprzyjaźnionego tarnowskiego taksówkarza, pana Cholewy, jednak Tata, odwiedzając nas, wybierał pociąg – to zaledwie kilka stacji po drodze, pewnie z pół godziny jazdy, albo i mniej.
Tych wizyt nie pamiętam zupełnie, nic, ciemna mgła, (do tego także wrócę nieco później) ale jeden detal, jedno wspomnienie utkwiło mi w pamięci mocno i kolorowo.
Gdybym miała opowieść o nim jakoś zatytułować, to pewnie byłoby to coś na kształt „czekolada z okna pociągu” 😀
Tu, dla jasności, muszę was nieco wprowadzić w temat.
Jeśli spojrzymy na tory, przebiegające tuż za domem, warzywniakiem z jednej strony i rzędem krzaków porzeczek z drugiej – to przystanek kolejowy „Pleśna Łowczówek” znajdował się paręset metrów w lewo, a trasa na Tarnów prowadziła w prawo.
Każdy więc pociąg jadący w tym kierunku musiał minąć dom i ogródek państwa Kiwiorów i to dość powoli, ponieważ ze względu na niewielką odległość od stacji nie zdążył się choćby porządnie rozpędzić.
Tata, wracając do Tarnowa po parogodzinnych, wakacyjnych odwiedzinach, zawsze wybierał miejsce przy oknie i nie, nie tylko machał nam ręką na pożegnanie – wyrzucał nam z tego okna tabliczkę Wedlowskiej czekolady, zawsze, za każdym razem.
Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten nasz rodzinny zwyczaj, ta wakacyjna tradycja, ale działo się tak regularnie i sprawiało nam niesamowitą frajdę.
Tak więc obie z siostrą nie miałyśmy w zwyczaju odprowadzać Taty na dworzec, żegnałyśmy się z nim gdzieś na końcu ścieżki między warzywniakiem i krzakami porzeczek, spokojnie patrzyłyśmy jak skręca w lewo w stronę stacji kolejowej, a potem całe w gotowości czuwałyśmy tuż przy nasypie kolejowym, porośniętym trawą, łopianem, pokrzywami i ostem.
Nasłuchiwałyśmy i wypatrywałyśmy pociągu, później wagonu z otwartym oknem, potem ręki z czekoladą i bacznie śledziłyśmy jej lot.
No bo wiadomo, czasem Tacie się „zamachło” mocniej, czasem nieco lżej, warto więc było wcześniej oszacować wzrokowo pole poszukiwań, zanim wystawiłyśmy nasze ramiona i łydki na bliski i bolesny kontakt z dziką przyrodą 😀
Naszym działaniom zawsze kibicowały Kiwiorątka, raz, iż emocje im też się pewnie udzielały, dwa – liczyły prawdopodobnie na kilka okienek tego smakołyku.
Pamiętam, iż ta nasza rodzinna tradycja tak się Kiwiorątkom spodobała, iż wymusiły na swoim własnym tacie zabawę w podobne czekoladowe frisbee przy okazji jego sporadycznych wyjazdów do Tarnowa w jakichś interesach.
Tyle, iż zabawa owa nie do końca się udała: Tata Kiwior chyba wybrał niefortunnie jakiś wyrób czekoladopodobny, może zawiniły upały, albo Kiwiorątkom zabrakło naszego z siostrą doświadczenia w poszukiwaniach czekoladowego Graala… w każdym razie odnaleziona w końcu czekolada zdążyła zmienić swój stan na brejowaty i mało apetyczny. Pamiętam pełne zawodu twarze trójki dzieciaków, czerwone z wysiłku i spocone, a może mokre od łez.
I pamiętam też, jak mocno współodczuwałam to ich rozżalenie, doświadczenie porażki i blamażu.
Przy kolejnych odwiedzinach Tata za naszą namową wyrzucił z okna pociągu 2 identyczne czekolady, dla nas i dla trójki Kiwiorątek. Dla jakiegoś przypadkowego przechodnia widok pięciorga dzieci, gorączkowo przeszukujących gęsto zarośnięty nasyp, wśród śmiechów, pokrzykiwania czy raczej dzikich wrzasków, musiałby się wydawać totalnie kosmiczny – gdyby oczywiście taki przechodzień cudem jakimś na miejscu się znalazł.
A graniczyłoby to z cudem, ponieważ wzdłuż stromego, kolejowego nasypu wiodła jedynie wąska, polna ścieżka i rzadko ktokolwiek się na niej pojawiał, a jeśli, byli to najczęściej mieszkańcy pobliskich domostw, np sąsiadująca z lewej siostra pani Kiwiorowej z rodziną. Idąc dalej w tym kierunku dosłownie po chwili dochodziło się do stacji kolejowej, dalej nigdy się nie zapuściłyśmy.
Ta bliskość torów kolejowych związana jest z jeszcze jednym moim wspomnieniem z Pleśnej.
Pewnego bardzo upalnego, sierpniowego dnia jeden z pociągów zmierzających w stronę Tarnowa zatrzymał się zaraz po ruszeniu z dworca. Okna jednego z wagonów znalazły się na wysokości warzywniaka państwa Kiwiorów i gwałtownie pojawiły się w nich rozgrzane do czerwoności, spocone twarze chłopaków, sporej grupy wracającej z kolonii. Nieprzewidziany postój się przedłużał, dzieciaki były spragnione, zaczęły więc wołać do nas z prośbami o wodę. gwałtownie ruszyłyśmy w kierunku domu, planując napełnić nią jakieś garnuszki, kubki czy butelki, ale Mama zasugerowała, żeby raczej nazbierać kolonistom porzeczek czy malin… kiedy dziś o tym myślę to pomysł Mamy, aczkolwiek romantyczny, to w tamtej sytuacji wydaje się kompletnie od czapy, ale wtedy posłusznie wlazłyśmy między krzaki porzeczek, starając się wykonać naszą robotę jak najszybciej, ale jak można było przewidzieć, zanim osiągnęłyśmy półmetek – pociąg ruszył, wśród okrzyków zawiedzionych uczniaków.
Niemal do dziś jestem zła na siebie, iż przystałam na absurdalną sugestię Mamy i dzieciaki pojechały w dalszą drogę w tym ukropie nie ugasiwszy pragnienia… ale chyba mocniej prześladuje mnie myśl o tym, iż na bank nie domyśliły się, po jaką cholerę wlazłyśmy w te krzaki zamiast przynieść im wody i podać przez otwarte okno wagonu.
Pociąg powoli nabierał prędkości, rytmiczny stukot jego kół po szynach zagłuszał gniewne głosy kolonistów, a my stałyśmy bliskie płaczu z kubkami w połowie wypełnionymi owocami porzeczek.
Jednak ogólnie my, dzieci, miałyśmy zakaz zabaw/poruszania się w takiej bliskości torów, wyjątek stanowiły sytuacje z „czekoladą z okna pociągu„. Dlatego nie wiem do dziś, dokąd prowadziła ścieżka w prawo wzdłuż nasypu, za rzędem krzaków porzeczek i poletkiem kapusty rozciągał się widok na czyjś sad, ale co było dalej, za sadem – nie mam pojęcia.
Nasz wakacyjny świat był więc dość mocno ograniczony – rozciągał się wąskim pasem od nasypu kolejowego przez ścieżkę wzdłuż rzędy krzaków porzeczek, przez podwórko i zabudowania gospodarcze, dróżkę między polem kukurydzy i żyta, przez łąkę pełną koniczyny i z naszym ulubionym sporym drzewem, w cieniu którego czaiły się jeżynowe krzewy, przez kolejną łąkę, oddzieloną od pierwszej płytkim parowem ograniczonym rzędem wierzb z każdej strony – aż po rzekę, w której się taplałyśmy, zawsze blisko brzegu – najczęściej rozgrzebując dno w poszukiwaniu muszelek, pozostawionych przez szczeżuje. Na brzegu, w kępach trawy można było znaleźć listki mięty, doskonałe do żucia, babkę z liśćmi, świetnie udającymi talerzyki i grubymi kłosami ziaren. Wśród wierzbowych krzewów na nasze gołe nogi czyhały liście pokrzyw i kolce jeżyn, trochę wyżej żądła pszczół i os, w domu trafiały się skorki zwane szczypawkami, komarnice, pająki i pajęczaki – ale to wszystko budziło w nas więcej dziecięcego zaciekawienia niż strachu.
Pamiętam natomiast wydarzenie, które nas zaniepokoiło.
Państwo Kiwiorowie zajmowali parter z obszerną kuchnią i chyba 2 pokojami, my pokój na pięterku, do którego prowadził wąski korytarz z boazerią z szerokich desek i drewnianymi schodami – wszystko pomalowane bordową farbą.
Pokój był spory, z dużym małżeńskim podwójnym łożem, w którym spałyśmy w trójkę z Mamą.
Pewnego dnia po przebudzeniu dostrzegłyśmy na prześcieradle od strony, gdzie spała Mama – złożoną w pół i rozciągniętą równo tetrową pieluchę, używaną przez nas jako poręczne ściereczki do wszystkiego. Mama z miną, której wtedy nie umiałyśmy rozszyfrować, a która po prostu wskazywała na zawstydzenie, zabroniła nam jej ruszać i nie chciała niczego wyjaśnić. Miałyśmy gwałtownie wstawać, ubrać się i zejść na śniadanie, jednak gdy się oddaliła – ciekawość kazała nam odsłonić przykryte miejsce… Widząc czerwoną plamę spojrzałyśmy na siebie wystraszone i żadna nie powiedziała ani słowa.
Wiedziałyśmy od razu, iż to krew i jak się później okazało każda z nas podejrzewała, iż Mama jest chora, iż to jakaś straszna choroba i dlatego nic nie chce na ten temat powiedzieć.
Przez kilka dni obserwowałyśmy ją ukradkiem, nosząc w sercu ciężar jakiejś strasznej tajemnicy, ale mam wrażenie, iż wracając z wakacji już o tym nie pamiętałyśmy.
Oczywiście, sytuacja odtworzyła się nam w pamięci i wyjaśniła, kiedy parę lat później uświadomiły nas nieco starsze koleżanki.
Co jeszcze utkwiło mi w pamięci?
Nie mogę sobie przypomnieć żadnych gier, kart czy innych zabaw wymagających rekwizytów nabytych w sklepie: raczej cała nasza gromadka ochoczo grzebała w piasku na rzeką, tworząc jakieś budowle albo bawiła się w chowanego czy podchody, zawsze z pewnym konkretnym podtekstem: a to w policjantów i złodziei, a to w ucieczki z miejsc odosobnienia, a to zdobywanie zamku. To głównie my z siostrą wymyślałyśmy przeróżne piętrowe fabuły, a potem wszyscy odgrywali ją jak w teatrze, scenka po scence.
Deszczowa pogoda zupełnie nam w tym nie przeszkadzała – albo bunkrowaliśmy się gdzieś w stodole czy innych zabudowaniach gospodarczych, albo w gumiakach i pelerynkach ganialiśmy wte i wewte. Bankowo bawiliśmy się też w szkołę – zgadnijcie, kto zawsze, ale to zawsze występował w roli grona pedagogicznego? 😛
Każde lato przynosiło kolejną atrakcję – małe kiciusie; kotka państwa Kiwiorów kociła się co rok w stodole, było więc skradanie się, podglądanie całej rodzinki i zabawy z kociętami, okraszone kłótniami, na kogo przypada kolej, aby kociaka ponosić i potłamsić, znaczy poprzytulać i kto jest na to za mały i nie umie i wypada z zabawy.
Wypadałoby wreszcie przedstawić całą trójkę: najstarszy z „Kiwiorątek” – rezolutny Jurek, zwany Jerzykiem; średnia Małgosia (nieustannie się obrażała, na focie także z typowym dla siebie fochem 😛 ), najmłodszy Waldek, którego brakuje na fotkach, pewnie dlatego, iż jego krótkie i pulchne nóżki często nie mogły za nami nadążyć 😛 no i nie zawsze rozumiał nasze zabawy, nie potrafił w nich uczestniczyć, więc w poczuciu głębokiej krzywdy wydzierał się dziko: „Maaaamaaaa, Aśki mnie biją, Marty mnie biją!!!!”, biegnąc po odsiecz w stronę domu. Kształt tego sformułowania, związanego z naszym bliźniaczym podobieństwem i nierozpoznawalnością, która z nas jest którą, bawił wszystkich, choćby jego rodziców, tym bardziej, iż o przemocy nie było mowy, raczej 😉
Pamiętam też nieodłączną, wymiętoloną i spraną tetrową pieluchę. Towarzyszyła Waldkowi 24 na dobę, nazywał ją nie wiedzieć czemu „gangą” i przytulał w chwilach stresu.
Jeszcze raz patrzę na zdjęcia z Pleśnej i wciąż nie jestem pewna, kto je robił.
Rozmawiałyśmy o tym z siostrą i ona sugeruje, iż Tata, no bo kto inny.
Tyle, iż ja zupełnie nie pamiętam Taty z aparatem w ręce.
Zgadza się, w domu był aparat fotograficzny, pamiętam jego eleganckie etui z jasnej skóry i próbuję wygrzebać z pamięci obraz Taty, unoszącego aparat do twarzy i mówiącego coś w rodzaju „spójrzcie w tę stronę” albo „uśmiech proszę” i nic, zupełnie nic, pustka.
To nie mógł być też żaden profesjonalny fotograf, zapamiętałabym go, jestem pewna, poza tym jakość fotek jest zdecydowanie amatorska, kadrowanie i ostrość też nie zawsze idealne; Taty nie ma na ani jednym zdjęciu – więc faktycznie, mógł być ich autorem, tylko czemu nie pamiętam ani jednej takiej sytuacji? Pamięć nie podsuwa mi zresztą żadnego wydarzenia, żadnej sceny z Pleśnej, w której tata brałby udział, gdyby nie to wyrzucanie tabliczki czekolady z okna pociągu to mogłabym sądzić, iż w czasie wakacji nie odwiedził nas z mamą ani raz.
Jedyne, co udało mi się wygrzebać z pamięci – to ręka Taty w otwartym oknie pociągu i w tle niewyraźna twarz.
Zastanawiam się teraz, czy to nie z powodu jego kalectwa… może odczuwany wówczas głupi, dziecinny wstyd i skrępowanie wymazały mi z pamięci sylwetkę Taty i wakacyjne sceny z jego udziałem.
Patrzę na zdjęcia jeszcze raz, oglądam detal po detalu, puszczam wodze wyobraźni i czuję zapach tamtego lata, zapach łąki, koniczyny i mięty, zapach rzecznego mułu… kłosy zboża pochyla wiatr, Mama wiąże nam wstążki we włosach, biegam z resztą dzieciaków, chowając się co chwilę w kukurydzianym gąszczu, a powietrze drży od słońca, pulsując szumem pszczół i trzmieli, trzepotem motylich skrzydeł.
To lato wciąż ma smak i zapach.
zdjęcia: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.122251331222307582&type=3
EDIT: Siostra właśnie dosłała mi jeszcze jedno zdjęcie z Pleśnej, chyba dość istotne w kontekście moich dywagacji, kto był ich autorem…
więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/proza-spis-tresci/









