Podjąłem decyzję, by przestać zabierać moje córki na rodzinne spotkania… po latach, w których nie …

twojacena.pl 5 dni temu

Podjąłem decyzję, żeby więcej nie zabierać moich córek na rodzinne zjazdy Po latach, kiedy choćby nie zdawałem sobie sprawy, co się tak naprawdę tam dzieje.

Moje córki mają 14 i 12 lat. I już jako małe dziewczynki zaczęły słyszeć z pozoru niewinne komentarze:
Dużo je.
To jej jakoś nie pasuje.
Jest za duża na takie ubrania.
Od małego powinna pilnować, ile waży.

Początkowo machałem na to ręką. Myślałem: No, tacy już są. U nas w rodzinie zawsze mówiło się wszystko prosto z mostu. Zdawało mi się, iż to takie żarty, nic poważnego.

Kiedy dziewczyny były młodsze, nie bardzo wiedziały, jak zareagować. Milczały. Spuszczały głowy. Czasem choćby się uprzejmie uśmiechały. Widziałem, iż im to nie pasuje ale wmawiałem sobie, iż pewnie przesadzam. Że takie są te nasze polskie uroczystości.

I faktycznie były suto zastawione stoły, śmiechy, wspólne zdjęcia, rodzinne uściski
Ale były też przeciągłe spojrzenia, porównywanie do kuzynki, kłopotliwe pytania. Słowa niby na żarty, ale bolesne.

A później wracały do domu cichsze niż zwykle.

Z biegiem lat te uwagi nie ustawały.
Zmieniała się tylko ich forma.
Już nie tylko jedzenie ale też wygląd, ciało, dojrzewanie.
O, ta się już nieźle rozwinęła.
A ta to taka chudzinka.
Kto ją taką polubi?
Jak dalej tak będzie jeść, to potem niech nie narzeka.

Nikt nie pytał, jak się czują.
Nikomu do głowy nie przyszło, iż to młode dziewczyny, które słuchają i pamiętają.

Wszystko zmieniło się, kiedy zaczęły chodzić do liceum.

Po jednym spotkaniu starsza córka usiadła przy mnie i mówi:
Tato już nie chcę tam chodzić.
Wyjaśniła mi, iż te rodzinne zjazdy są dla niej okropne: musi się stroić, siedzieć tam, znosić komentarze, uśmiechać się grzecznie a potem wracać do domu i czuć się podle.

Młodsza tylko przytaknęła bez słów, wszystko było jasne.

W końcu zrozumiałem, iż całe lato czuły się tak od dawna.

Od tej pory zacząłem naprawdę zwracać uwagę.
Przypominać sobie te scenki, te teksty, spojrzenia, gesty.
Rozmawiałem z innymi z ludźmi, którzy dorastali w rodzinach, gdzie wszystko dla ich dobra musi być powiedziane. I zorientowałem się, jak bardzo takie słowa mogą podgryzać poczucie własnej wartości.

Razem z żoną podjęliśmy decyzję:
Nasze córki więcej nie idą tam, gdzie nie czują się bezpiecznie.
Nie będziemy ich zmuszać.
Jeśli kiedyś same zechcą pójść super.
Jeśli nie świat się nie zawali.

Ich spokój ważniejszy niż tradycja czy barszcz na stole.
Niektórzy krewni już się połapali.
Zaczęły się pytania:
Co się dzieje?
Czemu nie przychodzą?
Przesadzacie.
Zawsze tak było!
Nie można dzieci traktować jak szkło!

Nie tłumaczyłem.
Nie robiłem dramatu.
Po prostu przestałem je tam prowadzić.

Czasem cisza mówi wszystko.

Dziś moje córki wiedzą, iż tata nie wystawi ich na sytuacje, w których mają znosić kpiny udające opinie.

Może niektórzy się na mnie krzywo patrzą.
Może myślą, iż lubię robić zamieszanie.
Ale wolę być ojcem, który stawia granicę, niż takim, który udaje, iż nie widzi, gdy jego córki uczą się nie lubić siebie, żeby się dopasować.

Powiedzcie, czy Wy zrobilibyście tak samo dla swojego dziecka?

Idź do oryginalnego materiału